poniedziałek, 24 listopada 2014

Koniec czy tylko chwilowa przerwa?

Jak zdążyliście zauważyć, piszę coraz mniej.
Dlaczego? Po prostu brak natchnienia, brak pomysłów.
Coś trzeba z tym zrobić.
Co? Jeszcze nie wiem. Muszę się nad tym zastanowić. Wszystko dokładnie przemyśleć. Stąd przerwa. Mam nadzieję, że to tylko przerwa, ale kto wie.
Na razie czuję się wypalona, a może w końcu klątwy ,,życzliwych,, mi osób zaczęły działać. Oczywiście, nie wierzę w takie rzeczy.
Wierzę, że wrócę z nową energią i odnowionym blogiem.
Pozdrawiam Was. Do zobaczenia.





niedziela, 9 listopada 2014

Jak kobiety i mężczyźni sobie nawzajem rujnują życie?

Jesienią,  gdy pada deszcz, jest ciemno i zimno, chowam się pod kołdrą w wygodnym łóżku i oglądam filmy w internecie, bo telewizora już niestety nie mam. Pozbyłam się go, mając nadzieję, że już nie będę wgapiać się w ekran. 
A co teraz robię? Znów się gapię.
Nie wiem dlaczego, ale wciąż trafiam na treści niezbyt pozytywne. 
Być może mój smutek jest tak wielki, że jak magnes przyciąga inne smutki, agresję, złość, niezadowolenie. 
Ile tego jest w sieci? 
Na pewno znacznie więcej niż szczęścia, zresztą może mnie się tylko tak wydaje, bo to ja trafiam na takie filmy, wykłady prezentowane bardzo często na YouTube.
Tym razem jest to film o tym  jak kobiety rujnują mężczyzn.



Wypowiada się Rosjanin wyglądający jak pradawny wojownik albo prymitywny myśliwy żyjący w puszczy. Ta jego biała koszula, długi nóż i pomarańczowa opaska na włosach. Może się od tego człowiekowi zakręcić w głowie. Człowiekowi czyli kobiecie albo gejowi. Jednak pierwsze wrażenie szybko mija, gdy wojownik zaczyna mówić. Zamiast dalej ślinić się na jego widok, mam ochotę czymś w niego rzucić, najlepiej nożem, tym którym kroję mięso dla psa. Jest wystarczająco ostry i długi.
Jak smakowałyby kotlety z myśliwego? 
Z pewnością jego koledzy zjedliby je z wielkim apetytem, gdyby danie podała im atrakcyjna kobieta, mówiąc, że to wspaniała pieczeń z dzika.
Oczywiście później ujawniłaby im prawdę w swoim filmie na YouTube.
Każdy mężczyzna wiedziałby wtedy jak naprawdę kobiety rujnują mężczyzn i przestałby narzekać na żonę, dziewczynę, kobietę, sprzątaczkę, praczkę i kucharkę w jednym zestawie. Tą, która za niego odwala najgorszą robotę, a co ma w zamian wykład wojownika, cięte kwiaty w wazonie i trochę kiepskiego seksu, bo nie łudźmy się, ilu jest takich facetów, którzy potrafią zadowolić kobietę w łóżku. To raczej ona musi go, swojego faceta zadawalać w przerwie między jedną robotą a drugą.
Niestety wykład Rosjanina budzi we mnie nie tylko niesmak, ale również chęć do walki 
z płcią przeciwną. 
Czy o to chodziło autorowi tego filmu? Czy takie chciał wzbudzać emocje? 
Jeśli tak to po co, dlaczego?
Warto postawić sobie całkiem inne pytanie jak mężczyzni niszczą kobiety?
Wiecie mężowie jak niszczycie swoje żony po ślubie, gdy już ,,cyrograf na wieczność,, podpisany? A wy partnerzy, których partnerki zamieszkały wreszcie razem z Wami
macie pojęcie?
Zazwyczaj męźczyzna narzuca kobiecie obowiązki i swój punkt widzenia. Ona ma robić to, co on jej każe. Mieć takie same poglądy i nigdy się z nim nie kłócić. Włosy i ubranie też ma takie, jakie jemu się podobają. Całkowicie przestaje być sobą.
Z drugiej strony bardziej dominująca kobieta to samo narzuca swojemu mężowi. 
Takiego inni nazywają pantoflarzem. Jednak nie ma podobnej nazwy na zdominowaną żonę. Może dlatego, że jest ich znaczniej więcej niż stłamszonych mężczyzn.
W każdym razi ani jedno ani drugie nie jest dobre, ani dominująca żona ani dominujący mąż.  Niepotrzebne są pogadanki na temat wstrętnych kobiet i odwrotnie, na temat paskudnych mężczyzn. Wzajemne obrzucanie się błotem to droga donikąd. Na pewno nie do szczęścia i nie do harmoni.
Mój końcowy morał brzmi. Dajcie swojej połowie, mężowi, żonie choć trochę swobody. Zróbcie czasem coś dla nich zamiast rozkazywać, wymagać, narzekać. Jeśli Wam na nich zależy pozwólcie im być sobą.

P.S. Całkiem zapomniałam, ale na YouTube znajdziecie odtrutkę zarówno na Rosjanina i jego głupią gadkę jak i na podany przeze mnie tekst na blogu amana. Przyznacie tekst bardzo smutny. Odrutką jest film Moojiego Mężczyzni i Kobiety. Wybaczcie, że nie podaję linku, ale mój tablet wariuje. Film znajdziecie na YouTube. 










wtorek, 28 października 2014

I co zrobić z tym świętem?

Myślę o tym dniu codziennie.  Codziennie,  gdy przechodzę obok lisa.
Jeszcze kilka dni temu był cały i wyglądał z daleka jak pies z długą kitą.
Pies, który nie miał szczęścia. Przebiegł przez ulicę w najmniej odpowiednim momencie. Uderzył go jakiś samochód, bo chyba nie rower. Śmierć na miejscu,
a może dopiero po kilku minutach, godzinach cierpienia. Tego nie wiem i raczej wiedzieć nie chcę.
W każdym razie teraz to nie jest już piękny lis, ale jego rozkładające się ciało.
Z każdym dniem coraz bardziej. 
Myślę o tym, dlaczego nikt go nie pochował? Dlaczego ja tego nie zrobiłam?
Czy tylko z powodu braku łopaty? Czy raczej z powodu swojego lenistwa?
To drugie bardziej prawdopodobne. 
Zadaję sobie również inne pytania oprócz tego zasadniczego: dlaczego nie zakopałam lisa? Pytania te brzmią: co by było, gdyby leżał tu człowiek, jak szybko zostałby pochowany? Co byłoby potem? Mały stosik kwiatów i zniczy? Postument albo pomnik i przypięte do niego krzyże i zdjęcia Jezusa i Matki Boskiej? Jestem pewna, że coś by z tego było. Tu przychodziliby jego przyjaciele, krewni, znajomi. Każdy zapaliłby świeczkę, położył kwiaty i uczcił go modlitwą. Niestety to nie człowiek. To tylko lis i nic mu się nie należy, bo niby skąd i dlaczego. Oburzą się wszyscy katolicy-fanatycy. Ci co widzą jedynie swoją ludzką duszę i godne pochówku ciało. Niedługo oni wszyscy i ateiści tradycjonaliści zbiorą się na cmentarzu. Będą wspominać swoich nieżyjących już bliskich jakże cennych i wartych uwagi. Niedługo będzie to święto, a lis jeszcze trochę i się rozłoży na pewno i już nikogo nie będzie kłuł w oczy jego kiepski, małoświąteczny wygląd. 

Zdjęcie zabrane stąd

Jakie święto będzie niedługo? Na pewno wszyscy wiecie. Wystarczy się rozejrzeć, gdy jesteście w markecie, a już wiadomo, o co chodzi. Wystarczy spojrzeć na ludzi i na to co ostatnio kupują, co dźwigają, co trzymają, jadąc autobusem. Być może sami jesteście tym ludźmi. Sami kupujecie odopowiednie, pasujące do tego święta gadżety czyli co konkretnie? Jasne, odpowiedź jest prosta. Kwiaty i znicze, a zbliżające się święto będzie 1 listopada. 
Kiedyś można było ten dzień nazwać dniem futra. Było zimno, a może była taka moda. Eleganckie panie zakładały swoje eleganckie ubrania. Prawdziwy cmentarny pokaz mody. Nie tylko futra różnego rodzaju, także kożuchy, kozaki, czapki z lisimi ogonami, rękawice z owczej wełny. Naprawdę było na co patrzeć. Każda kobieta jak modelka paradowała między grobami. Cieszyli się wszyscy zmarli, jeśli patrzyli na nie akurat wtedy ze swoich grobów. Z czasem ta moda minęła. Czy powodem byli przeciwnicy futer tzw. Zieloni? Może swoje akcje robili też na cmentarzach. Oblewali panie kolorowym sprayem. Po czymś takim futro 
i kożuch do niczego się nie nadawało. Panie płakały, a Zieloni się śmiali. Masz za swoje głupia babo. Nie założysz już więcej futra albo będziesz chodzić z ochroniarzem. Nieważne jak było naprawdę. Moda na futra minęła. Teraz nie ujrzysz na cmentarzu dawnych elegantek tylko zwyczajne kobiety w płaszczach 
i kurtkach. To tyle jeśli chodzi o cmentarną modę. Całkiem spowszedniała.
Jest jeszcze inna moda. Moda na okazałe pomniki, kwiaty, znicze itp. itd. Sama dla siebie nazywam to, wybaczcie czcigodni katolicy i tradycjonaliści, cyrkiem na kółkach. Dlaczego na kółkach? Zwyczajnie, to co musi znaleźć się na cmentarzu w czasie święta, trzeba przywieźć, a potem odwieźć tam, skąd zostało przywiezione. Nikt przecież nie będzie nosił tego na plecach. Obwarzanki, ciastka, rurki z kremem, hamburgery i pieczone kurczaki, kolorowe balony różnych kształtów. Brakuje jedynie meksykańskich czaszek z ciasta i kolorowych trumien też z ciasta i innych tego typu smakowitych gadżetów. Proponuję lizaki 
w kształcie nagrobków, zniczy i kolorowych cmentarnych kwiatów. Klienci znajdą się na pewno.
Myślę sobie jak bardzo obecni sprzedawcy całkiem nieświadomie, nie wierzę, 
że świadomie, nawiązują do dawnych świąt zmarłych obchodzonych przez Słowian. Czas napisać o tym jak było kiedyś. Co zostało zniszczone przez Kościół Katolicki, a czego zniszczyć się nie dało i tak jak w przypadku innych świąt trzeba było przerobić na wersję katolicką.
Zacznijmy od tego, że u Słowian nie było to jedno pojedyncze święto. Swoich zmarłych czcili w kwietniu na wiosnę i jesienią. Z tej okazji palili ogniska na rozstajach dróg dla zagubionych zmarłych. Ten zwyczaj później przeniesiono na cmentarze, a jeszcze później ogniska zastąpiono zniczami. To ostatnie już w czasach chrześcijańskich. Oprócz ogni ważne było jedzenie. Jadło się je na cmentarzach za zmarłych, a jadło się po to, żeby zmarli nie byli głodni. Bogaci przywozili chleb dla biednych. W zamian oczekiwali od nich modlitwy za swoich, tych bogatych krewnych. Jak widać na cmentarzu biedni mogli się w chleb zaopatrzyć, więc pod tym względem było lepiej niż teraz, bo teraz trzeba kupić chleb wcześniej, inaczej tego dnia nie będziesz jeść chleba. Przypominam markety zamknięte.
Wracając do słowiańskiej historii, bardzo ważna była ceremonia zwana Dziadami. Ta ceremonia istniała jeszcze w XIX wieku i opisał ją Mickiewicz. 
Pod kierunkiem tzw. Guślarza lub Koźlarza lub Huslara wywoływano duchy. Pytano je czego potrzebują, co żyjący krewni, potomkowie, przyjaciele mogą dla nich zrobić. Ceremonia z pewnością była ciekawa i szkoda, że Kościół ją wytrzebił, wyrwał z korzeniami. Jasne, że niczym interesującym jej nie zastąpił. Obecny kult wszystkich świętych to już zdecydowanie nie to samo. W założeniu tego dnia wszyscy katolicy mieli czcić zmarłych chrześcijańskich świętych. Niestety ludzie założenia nie zrozumieli. Wszyscy tłumnie idą na groby swoich bliskich zamiast grzecznie siedzieć w kościele i ten szczególny czas spędzać z księdzem. Idą 1 i idą 2, a przecież mieli iść tylko 2. Wtedy jest dzień zaduszny czyli poświęcony zmarłym niekoniecznie świętym, ale czy prosty lud kiedykolwiek to zrozumie? W tym momencie warto współczuć księżom, którzy tak bardzo się starali zmienić i zniszczyć co się da z dawnej kultury, ale im się nie udało. Nie wszystko przeszło. Nie wszystkie zmiany zostały przez ludzi przyjęte.
Teraz istnieje większa szansa na to, że kiedyś święta, które jest w obecnej postaci, nie będzie. Jednak nie przyczynią się do tego księża. Oni moim zdaniem w przyszłości wiele stracą, gdyż odwrócą się od nich młodzi ludzie, ci których męczyli w szkole obowiązkową religią.
Współczesne modne święto to anglosaskie Halloween. Mnie ono się nie podoba tak bardzo jak nie podoba mi się to tradycyjne. Zdecydowanie wolałabym powrót słowiańskich Dziadów niż zagraniczne zwyczaje. Jednocześnie rozumiem młodych ludzi zmęczonych i znudzonych tradycją chodzenia na cmentarz i spotykania się tam z całą rodziną, z którą często lepiej wychodzi się na zdjęciu.
Dla nich zabawy w czarownice, demony itp. głupoty są i będą ciekawsze, jeśli nie poznają nigdy dawnych zwyczajów słowiańskich, ale co zrobić, jeśli media ich nie propagują, a cała wiedza ukryta jest w różnych zakamarkach internetu.
Pytając tak siebie, co robić, żeby nie dać się uwieść zagranicznej tradycji, trafiłam na protest umieszczony w internecie. Niestety okazało się, że to reklama pewnego filmu. Nie powiem jakiego, bo mnie się to nie podoba i nie o taki protest mi chodzi, a o Halloween kontra Dziady czyli wielki powrót do dawnej tradycji, rodzimej, nie narzuconej przez kościół albo amerykańską telewizję, a raczej amerykańskie filmy.
Na koniec jeszcze raz pytanie. Co zrobić z tym świętem?
Odpowiedź zależy od nas. Co chcemy z tym zrobić? Czy tkwić bezmyślnie w narzuconej przez kościół kulturze? Czy może uciec w kulturę zagraniczną? 
Czy może wreszcie przypomnieć sobie, kim jesteśmy i co kiedyś czcili nasi przodkowie?
Wybieram ostatnią opcję.

P.S. Życzę wszystkim miłego Dnia Wszystkich Świętych.












środa, 22 października 2014

Jaka jest nasza pamięć?

Jesienią,  gdy dni robią się coraz krótsze, jest zimno i pada, warto znaleźć czas dla siebie. Nie tylko na łóżko, faceta, kawę, ale również na pytania i odpowiedzi.
Mówiąc warto, mam na myśli głównie siebie.To ja przede wszystkim lubię jesienny czas spędzać na spacerach, wśród swoich książek,  wśród swoich pytań i poszukiwań właściwych odpowiedzi. Wam tego nie mam zamiaru narzucać. Wolę raczej opowiedzieć
o swoim sposobie na prawie codzienne mroki. Oczywiście mroki w porównaniu z tym światłem, jakie było kiedyś, latem.
Zadaję sobie pytania i jedno z nich dotyczy pamięci. Co chcemy, a czego nie chcemy pamiętać i dlaczego?































Pytanie przyszło mi do głowy po pewnej rozmowie z mamą.
- Pamiętasz- zapytałam- moje koleżanki z podstawówki, te, które przyszły zaraz po moim wyjściu?
- Jakie koleżanki?- Mama była zdziwiona.
- Te z podstawówki. Dzwoniły do drzwi, a ty byłaś pewna, że to ja znowu po coś wracam. Coś im krzyknęłaś ze złością. Jakiś wyraz na ch lub k.
- Co ty gadasz?! Ja nigdy nie bluźniłam ani na Ciebie, ani na twoje koleżanki.
Mama była oburzona. Nie pamiętała, a przecieź jeszcze nie tak dawno mówiła o tym,
ale czy to na pewno było nie tak dawno. Ja też nie pamiętałam, kiedy mama to mówiła. Kiedy wspominała tamto wydarzenie. Kiedy je jeszcze pamiętała. Teraz sobie tego nie przypomnę, a ona nie przypomni sobie tamtego. Nie przypomni sobie jak wysłała mnie
po coś, może do sklepu, jak się wracałam, a potem jak przyszły dziewczyny i ona pewna, że to znów ja, coś krzyknęła. Jedno z tych brzydkich słów, słów, których podobno nie używała. Na pewno zabraniała mnie ich używać. Ja musiałam być grzeczną dziewczynką, taką co siedzi zawsze ze złączonymi nogami, żeby przypadkiem jej majtek nie było widać
i nawet molestującemu ją facetowi nie powie wstrętna cholero odpierdol się natychmiast,
a jedynie piśnie sobie cichutko.
Nie o molestowaniu jednak chciałam pisać.
Miało być o pamięci. O łatwości, z jaką niektóre rzeczy zapominamy lub zmieniamy
w swojej pamięci. To drugie robimy podobno po to, żeby całkiem nie zgłupieć lub nie załamać się i powiesić na żyrandolu. Nasza pamięć nas przed tym chroni, chociaż nie zawsze. Ja do dziś pamiętam rzeczy, których nie chcę pamiętać. Dlaczego moja pamięć mi je często podsuwa jakby w ten sposób znęcała się nade mną?
I tak pamiętam wujka jak zabijał świnię, jak ona się darła. Pamiętam jak listonosz na wsi, tam, gdzie byłam, gdzie spędzałam wakacje, dotykał moich piersi i jak go walnęłam w to super wrażliwe miejsce. Pamiętam, że szybko uciekł i już więcej mnie nie dotykał. Pamiętam zbyt wiele i dlaczego?
Dlaczego tak nie inaczej działa moja pamięć? Utkwiły w niej bzdury i śmieci. Rzeczy, które szybko należałoby wywalić. Tylko jak to zrobić.
Odpowiedź znajduję w artkule z ,, Gazety Wyborczej,, p.t.Bagaż dobrych wspomnień.
Jak zwykle nie jest to ta odpowiedź. Nie ta, na którą czekałam. Dla mnie jest w niej za dużo słodkiej teorii. Dla mnie. Wam może się przyda. Może Wy skorzystacie.
Ja raczej nie będę zapisywać, co mnie dobrego spotkało, bo z takich pozytywnych pamiętników już dawno wyrosłam. Naprawdę nic mi to nie dawało. Jedynie smutną świadomość,  że danego dnia miłe było zjedzenie kawałka czekolady, a innego siedzące miejsce w zatłoczonym autobusie. Uwierzcie, nie chcielbyście o tym pisać.
Wchodzenie w dawne przykre wspomnienie też nie wydaje mi się dobrym pomysłem. Moim zdaniem to coś dla masochistek.
I tak wracam do pytania. Co z tą moją pamięcią? Dlaczego podsuwa mi zdechłe ryby zamiast ciastek z kremem? Gdzie się podziały te wszystkie urocze dni, wieczory, noce? Dlaczego nie pamiętam ich tak dobrze jak tej zażynanej świni? Dlaczego tak jak moja mama nie zmieniam treści swoich wspomnień?
Może, gdy będę miała tyle lat, ile ma teraz moja mama, usiądę w bujanym fotelu i w swoich wspomnieniach zobaczę zamiast świni kota, który ociera się o moje nogi, a listonosz wcale mnie nie dotknie, tylko się uśmiechnie.
Czas zmieni moją pamięć.
W końcu nie doszłam do żadnych sensownych odpowiedzi. Na pewno dla każdego pamięć jest inna. Moja jest dosyć upierdliwa. Chociaż, zdarza się, czasami bywa miła. Podsuwa mi wtedy pod nos te miłe chwile. Podsuwa mi jak psu kość. Weź sobie popatrz.
Ciesz się, że nie masz jeszcze Alzheimera.

P.S Tak. Zdaję sobie sprawę, że pominęłam całą masę rad dotyczących radzenia sobie ze złymi wspomnieniami. Zrobiłam to celowo. Nie chciałam napisać jeszcze jednej porady psychologicznej, a jedynie umieścić swoje luźne refleksje na temat pamięci.
A to dwa ciekawe linki: blog Michała Pasterskiegoblog o hunie.














poniedziałek, 13 października 2014

Pani od niemieckiego.

Może jeszcze nie zauważyliście, ci z Was, którzy nie chodzą do szkoły, ale zbliża się wielkie święto. Co to będzie? Oczywiście Dzień Nauczyciela. Dzień wolny od szkoły.
Z tej okazji zamiast narzekać i krytykować, będę wspominać i chwalić.
Pewnie mi nie uwierzycie, ale w moim życiu był ktoś tak wspaniały, że warto o nim napisać, zwłaszcza, że nie był to mężczyzna, w którym się zakochałam i zaraz poszłam z nim do łóżka.  Jeśli tak to sobie wyobrażacie to szkoda Waszego czasu. Lepiej od razu przejdźcie na stronę z dobrym seksem, bo ja seksu nie będę Wam teraz opisywać. Powspominam jedynie swoją nauczycielkę.




Zaczęło się od tego, że zapisałam się na kurs niemieckiego.

Myślałam sobie wtedy, niemiecki to jest ten drugi język, który powinnam poznać.
Przede wszystkim jednak myślałam o pewnym Niemcu bardzo przystojnym. Tak bardzo chciałam go poznać. Miał dlugie kręcone blond włosy i niebieskie oczy. Gdyby urodził się wcześniej byłby idealnym dzieckiem Hitlera. Mieszkaliśmy w tym samym bloku. Raz nawet utkwiliśmy w windzie między piątym, a szóstym piętrem. Zgasło światlo i on mnie zaczął całować. Jego ręce już wędrowały pod moją bluzką. Ja czułam jak po plecach biegną mi dreszcze. Już byłam gotowa roztopić się w jego ramionach, gdy nagle winda ruszyła, 
a wraz z nią zapaliło się światło.
Ale, ale po co ja Wam to opowiadam. Miałoby być przecież o nauczycielce, a z nią seksu nie było. Była tylko przyjaźń, aż przyjaźń. Zaprzyjaźniłyśmy się po kursie, chociaż jeszcze w trakcie kursu czułam do niej niezwykłą sympatię, bo w końcu ona była niezwykła. Mogłabym ją porównać m.in do sławnej francuskiej aktorki Katrin Denovue. Ten sam styl. Ta sama elegancja, która z pewnością przyciągała nie jednego, ale moja nauczycielka wolała zostać sama. Na zajęciach robiła przerwy na dygresje, humor i opowieści z własnego życia.  Dzięki temu lekcje niemieckiego były wyjątkowe. Prawie się zakochałam w tym języku. W końcu był to język nie tylko mojego namiętnego kochanka, ale również wspaniałej kobiety, nieważne, że w średnim wieku. Wiek nie ma tu nic do rzeczy, jedynie tyle, że w przypadku niektórych kobiet zmienia je w bardziej wyrafinowaną potrawę dla każdego.
Myślicie sobie pewnie, a jednak w kobiecie się zakochałam. Nawet jeśli, to co w tym złego?
Wróćmy lepiej do rzeczywistości. Moja nauczycielka czarowała wszystkich zabawnymi opowieściami o krajach, w których była. W jednym złamała kręgosłup i na szczyt interesującej góry pojechała w lektyce niesionej przez miejscowych. W innym złamała tylko nogę. Ortopeda, z którym w żadnym języku nie mogła się dogadać tak jej tą nogę złoźył, że lekarz w Polsce zastanawiał się, czy ona sama jej sobie w gips nie włożyła. 
W zupełnie innym miejscu młodzi chłopcy próbowali ją na seks namówić za pieniądze oczywiście. Ona mówìła, że tam takie propozycje dostaje każda samotna kobieta.
Mogłabym o niej gadać bez końca. Niestety obiecałam sobie wstrzemięźliwość w mowie. Najważniejsze,  że był ktoś taki w moim życiu. Zapowiadało się na wielką przyjaźń, niestety tylko zapowiadało. W pewnym momencie zburzyłam wszystko, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Tak sobie przypadkiem powiedziałam o chemtrails. 
A ona na to ,, i ty Aniu wierzysz w takie bzdury?!,, Niestety wierzyłam i to była ta jedna kropla wody za dużo dla mojej ,, przyjaciółki,,. Odtąd nie miała już dla mnie czasu. Podobnie jak mój kochanek, który też się w tym czasie z mojego bloku wyprowadził. Ślad po nim zaginął. Jego mi jednak nie szkoda tak bardzo jak mojej pani od niemieckiego. 
W końcu to nie z nim, ale z nią łączyła mnie wspólna niechęć do prasowania i mycia okien. Wspólne żarty zrozumiałe wyłącznie dla kobiet.
To ona, a nie Niemiec, zrobiła na mnie większe wrażenie, bo była nauczycielką, której nie zapomnę do końca życia.






niedziela, 5 października 2014

Parę słów o relacjach w związkach.

Zawsze trudny i zawsze aktualny temat. 
W końcu tu na Ziemi, czy nam się to podoba, czy nie, musimy żyć w różnych związkach. Chyba, że uda nam się znaleźć odosobnione miejsce gdzieś w jaskini albo w lesie, 
a może izolatkę w szpitalu.Tego ostatniego raczej nie polecam, zresztą przedostatnich 
też nie. Mokry, zimny las i równie mokra i zimna, w dodatku ciemna jaskina to z pewnością nie są miejsca dla tych, co lubią swoje fotele, łóżka,  poduszki,  dostęp do internetu 
i telewizji. A w szpitalu z pewnością lekarze się postarają odpowiednio uprzykrzyć Wam życie, żebyście wrócili do domu i oddali potrzebną również innym, nie tylko Wam, izolatkę.
Tak więc prędzej czy później wracamy do punktu wyjścia czyli do relacji w związku, 
w którym jesteśmy.  Co z tym związkiem zrobić lub czego nie robić, żeby wreszcie mieć święty spokój? Jak odejść od partnera? Czy pozwolić partnerowi odejść?
I jak sobie poradzić z Ciotką Paszczaka, z marudnymi dziećmi itp. itd.?
Pytań jest wiele, tak jak wiele jest związków i różnych problemów z tym związanych. 
Gdzie szukać odpowiedzi i fachowej pomocy?





Pewnie większość z Was odpowie, jak to gdzie, w internecie.
Tutaj można znaleźć wszystko, więc znajdzie się też odpowiedniego specjalistę.
Ja zwróciłam uwagę na Małgorzatę Przygońską. Dlaczego?
Czy rzeczywiście jest taka wspaniała? Komu i jak pomogła?
Po kolei odpowiem na wszystkie pytania.
Pierwsze jest dosyć łatwe. Wystarczy wpisać na YouTube hasło relacje w związkach i już nam filmy z nią wyskakują. Są aż cztery, jeśli dobrze policzyłam, bo ja z matematyki kiepska niestety.
W każdym razie filmy są. Jeden z Porozmawiajmy TV. Pozostałe z Niezależnej Telewizji. Wystarczy jednak obejrzeć jeden, żeby mieć pogląd jako taki na temat tej pani. Jako taki, poniewaź niewiele tak naprawdę można powiedzieć o kimś, tylko na podstawie paru filmików na YouTube.
Teraz już wiecie powiem niewiele i Ci z Was, co czytać nie lubią, nie będą narzekać na zbyt długi tekst tzn. taką mam nadzieję.  Nie tyle na to, że nie będziecie narzekać, ile na to, 
że tym razem uda mi się napisać coś krótkiego i sensownego.
Wracając do tematu. Pani Małgorzata pomaga tym, którzy mają w swoich związkach problemy i chcą pomocy. Brak pieniędzy jest dla niej wymówką tych, którzy pomagać sobie nie chcą. A propo słyszałam już coś podobnego na kursie Silvy. Widocznie to taka gadka prowadzących warsztaty, kursy przygotowana dla tych, którym ciężko wyciągnąć 
z kieszeni pieniądze, Nie masz. Nie chcesz dać, tyle ile my bierzemy czyli pomocy też nie chcesz. Bardzo miła, pozytywna gadka, ale znów mówię za dużo.
W każdym razie na panią Małgorzatę zwróciłam uwagę z powodu filmu na YouTube. Właśnie tam, na tym kanale często znajduję ciekawe filmy stąd nic dziwnego, że trafiłam akurat na nią.
Pani Małgorzata robi dobre wzrokowe wrażenie. Mówi ciekawe rzeczy np. o tym, 
że przyciągamy do siebie te kobiety i tych mężczyzn, z którymi mamy do przerobienia coś ważnego i niekoniecznie miłego. Nie spotykamy się po to, żeby przeżyć wspólne szczęście,  ale po to żeby realizować swoje wzorce wyniesione z rodziny i pracować nad przykrymi doświadczeniami ze swojego życia. Mówiąc w skrócie,  małżeństwo i jakikolwiek związek z partnerem to nie zabawa, ale praca, praca i jeszcze raz praca.
Jedyne,  co nam pozostaje oprócz powieszenia się na drzewie lub samotności w kopcu na ziemniaki,  jeżeli pod ręką nie mamy nic innego, to oczywiście zgłosić się na warsztaty prowadzone przez panią Małgorzatę. Tam poznamy siebie. Rozwiniemy świadomość związku nie tylko małżeńskiego i partnerskiego, ale również swoich innych związków 
np. z niegrzecznym synem lub niegrzeczną córką, wszelkimi Ciotkami Paszczaka czyli wszelkimi upierdliwymi osobami.
Pani Małgorzata niewiele mówi o samodzielnym radzeniem sobie z innymi ludźmi. 
Jej sposób na innych to odkrycie swojego wzorca np. mama się rozwiodła, to i ja się rozwiodę. Już to mam we krwi, w genach zakodowane i dopóki nie zaakceptuję tego wzorca czyli faktu, że taki wzorzec mam ten wzorzec nie da mi spokoju i przejdzie na moją córkę. Z drugiej strony, jeśli nie uświadomię sobie, że noszę w sobie potrzebę bycia ofiarą, zawsze tą ofiarą będę. To wszystko jest takie trudne, że rzeczywiście bez pomocy pani Małgorzaty nie da rady. Skąd np. mam wiedzieć, co było, a czego nie było w mojej rodzinie. Nikt dla mnie pamiętnika nie prowadził. Nikt z przeszłości nie pomyślał, żeby mi ułatwić moje obecne życie. Ja też ze swej strony niewiele zrobiłam i do tej pory nie wymyśliłam machiny czasu, która by mnie do moich przodków przeniosła. Czy jednak dałabym radę sama bez pani Małgorzaty, która najlepiej wie, co i jak ze sobą połączyć, co odjąć, co dodać, żeby było dobrze?
Nie odpowiedziałam jednak na zadane na początku pytania. 
Czy ona jest taka wspaniała i komu pomogła?
Z tego co mówi przede wszystkim pomogła sobie m.in po śmierci męża. 
Potem zaczęła pomagać innym. I dobrze i w porządku. Naprawdę nie ma się czego czepiać i jej metod też nie, bo ich nie znam tzn. nie doświadczyłam ich na własnej skórze.
Jednak, mimo to czuję dziwny niesmak. Skąd się on wziął i dlaczego?
Teraz nadszedł czas,  żeby odpowiedzieć na to pytanie?
Po pierwsze filozofia tzw. new age. Myślenie, że jeśli nie mam pieniędzy na wrsztat, to nie chce sobie pomóc.  Jeśli mam raka, sama jestem temu winna. Jeśli mam męża, który mnie bije, to mam zapotrzebowanie na bycie ofiarą itp. itd. 
Czy rzeczywiście życie jest tak proste jak sugeruje nam ten sposób myślenia?
W tym miejscu polecam Wam książkę ,, Smiertelni, nieśmiertelni,, Ken Wilbera. Główna bohaterka, żona Wilbera powoli umiera na raka i najpierw próbuje oczywiście raka pokonać. Ostatecznie godzi się ze swoją chorobą, ale nie to jest ważne, ale m.in. to, co mówi o zrzucaniu winy na nią za jej chorobę czyli ty sama chciałaś mieć raka, więc go masz. Niestety nie pamiętam dokładnie jej słów. Chodziło o to, że z jednej skrajności przechodzimy w drugą albo winimy Boga albo siebie. A może ani jedno, ani drugie, a może trochę tego, trochę tamtego.
W każdym razie nie dajcie sobie wmówić, że nie macie na warsztat pieniędzy,  bo nie chcecie sobie pomóc.  Ja bym odwróciła to w drugą stronę. Nie chcesz dostosować opłaty do moich możliwości finansowych czyli sam nie chcesz mi pomóc. 
Teraz metody. Czy rzeczywiście ktoś, kto łączy tyle różnych metod jak pani Małgorzata jest bardzo dobry i z NLP, z ustawień Hellingera, z matrycy krystalicznej, koloroskopu, vedic art, huny ? Czy może średnio dobry z każdej metody? Czy zupa z tylu składników jest dobra czy taka sobie i jakie ma działanie? To już zadanie dla Was, dla tych, którzy czują potrzebę zjedzenia zupy i mają na nią pieniądze.
To by było na tyle.
Ostatnia rada. Zanim oddacie komuś swój problem zastanówcie się, czy naprawdę nie możecie rozwiązać go sami i czy dana osoba na pewno Wam pomoże, bo niestety bywają też przypadki uzależnień od psychoterapeutów lub pseudo cudotwórców. 
Chodzicie i wydaje Wam się, że jest wspaniale. Przestajecie chodzić i wszystko wraca do starej normy. Jest dokładnie to samo, co na początku, a super psycholog, wróżka, terapeuta pieniędzy już Wam nie chce wrócić.
Miejcie się więc na baczności i nie wierzcie każdemu i we wszystko.

P.S. Niestety nie udało mi się tego napisać w sposób krótki i treściwy.




wtorek, 30 września 2014

Dlaczego bijemy się o tanie okazje?

Mogłabym powiedzieć, czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Mogłabym, gdybym nie widziała, gdybym była taka nieuśwadomiona. Niestety mieszkam  w marketowym mieście i nie jedno już widziałam i słyszałam.

Najczęściej słyszałam o marketach. Najczęściej je widziałam. Te duże i te małe tzw. dyskonty spożywcze. Ludzi też widziałam jak biegną i biją się o okazje, tanie okazje, jedzenie i sprzęt różnego rodzaju. Plazmowe telewizory, laptopy, komórki,
tablety, drukarki itp. itd.
I o czym to świadczy?  O tym, że wszyscy mało zarabiamy,  a ceny różnych towarów są wygórowane. Nikt przecież nie będzie kupował bluzek za 50 zł, bananów za 7, książek  
za 40 itd., jeśli zarabia około 1300, a z tego dużą część musi wydać na mieszkanie. Pokażcie mi takiego człowieka, który będzie wydawał więcej jak może mniej,
 oczywiście za to samo.
Pewnie, zdarzają się wyjątki czyli dziwacy podobni do mnie. Nie lubią marketów i wcale
do nich nie chodzą albo bardzo rzadko. Ja należę do tych drugich czyli chodzę w takie miejsca rzadko i na pewno nie zobaczycie mnie tam na otwarciu z torbą pełną okazji
i balonikiem w ręku.
Niby nie należę do tej bogatej grupy społeczeństwa. Nie zarabiam nie wiadomo jakich kokosów i tanie okazje,  by mi się przydały, a jednak nie lubię marketów. Może dlatego,
że kiedyś w jednym z pierwszych tego rodzaju sklepów rozbolała mnie głowa.  Moje oczy zwyczajnie nie mogły przetrawić tylu rzeczy zgromadzonych w jednym miejscu i do tego głupawej, głośnej muzyki i wielgachnej przestrzeni. Wtedy jeszcze nie byłam do tego przyzwyczajona. Zareagowałam tak jakbym oglądała kilka programów telewizyjnych jednocześnie. I może teraz moja podświadomość nie pozwala mi wchodzić w takie miejsca zbyt często.
W każdym razie nie biję się z innymi o dostęp do tańszej drukarki i o wiele tańszego jedzenia. Wydaje mi się to takie prymitywne, chociaż z drugiej strony zupełnie normalne. Rozumiem tych ludzi. Dlaczego mają płacić za coś 10, jeśli naprawdę nie jest to tyle warte. Nie jestem więc całkowicie przeciwko marketom. Spęłniają pragnienia wielu ludzi,
 których nie stać na rzeczy w zwykłych sklepach.
Jednak bez przesady, jeden, góra dwa na większą okolicę wystarczy. Po co więcej, zwłaszcza na takim małym osiedlu jak moje. Czy po to, żeby ludzie cały swój wolny czas spędzali na wydawaniu pieniędzy? Na pewno tak by chcieli właściciele tych sklepów. Wygryźć całą konkurencję, być monoplistą na rynku. Czy nie takie sobie stawiają cele
i akurat tutaj w moim mieście znaleźli podatny grunt.
Pewnie prędzej czy później postawią na swoim i ludzie tacy jak ja nie będą mieli nic do powiedzenia. Będą musieli nie tylko znosić widok ogołoconej z zieleni okolicy, ale jeszcze robić zakupy w dyskontach, bo innych sklepów nie będzie. Zbankrutują. Oni w końcu nie mogą sobie pozwolić na tyle, na ile mogą wielkie spożywcze firmy.
Przyszłość jawi mi się w czarnych kolorach jak Orwellowi, gdy pisał swój ,, Rok 1984,,. Okazuje się, że nie tylko komunizm niesie z sobą zagrożenie. Kapitalizm też jest straszny
i obrzydliwy.
Najpierw przenosisz się do pięknego zielonego miejsca, do ślicznego kolorowego bloku. Wokół mnóstwo przestrzeni. Las, pole, cisza. Mija trochę czasu i  biznesmeni z zewnątrz dostrzegają również ,,twoje,, piękne miejsce i się zaczyna. Wielka firma komputerowa zajmuje dużą część lasu i pola, potem magazyny, tramwaj, bloki i wreszcie dyskonty spożywcze w odległości kilku metrów jeden od drugiego.
W przyszłości widzę to tak. Zero normalnych małych sklepów. Nie ma książek i dobrych polskich ciuchów i butów. Po ulicy szwędają się analfabeci. Bezrobotni i pracownicy markektów, banków, cukierni i aptek.
Czy Wam się to podoba? Mnie nie.













































wtorek, 23 września 2014

Weź się w garść czyli coś o depresji.

Słyszeliście kiedyś coś takiego? Taką wspaniałą radę od mamy, taty, męża, żony, kolegi, koleżanki i wielu innych zawsze wiedzących lepiej, co trzeba zrobić, gdy jest ci smutno
i ciężko na sercu? Ja to czasem słyszałam, a wtedy zazwyczaj miałam ochotę kopnąć
w tyłek tę ,,mądrą,, osobę.
Dlaczego? Zapytacie, ale tylko ci z Was, którzy prawdziwego smutku nigdy nie przeżyli.
Ci pozostali nic nie powiedzą. Oni wiedzą, że taką radę możesz sobie wsadzić do kieszeni razem z wczorajszą gazetą i papierem toaletowym. Jedno i drugie do wyrzucenia czyli gazeta, papier, rada. Wszystko jedno w jakiej kolejności. Gazeta nieaktualna, papier
nie za bardzo nadaje się do wycierania nosa, chyba, że jest z tych luksusowych, super delikatnych, a rada zwyczajnie nic nie warta.
Co niby mają znaczyć zawarte w niej słowa? Nie płacz? Głowa do góry? Lepiej pozmywaj naczynia zamiast siedzieć bezradnie ze wzrokiem utkwionym w sufit? Weź w końcu coś
z tej lodówki, w której wnętrze tak się gapisz jakby to był jakiś film ciekawy, a może lodówka pomyliła ci się z telewizorem i teraz się dziwisz, dlaczego ten telewizor nie działa?
To wszystko kryje się dla mnie w tych słowach. Niby prostych zwyczajnych, rzuconych przez roześmianą osobę, która właśnie się zakochała albo jest szczęśliwa z innego powodu. Na pewno się nie zastanawia, co wam mówi i po co, bo dla niej to jest proste.
Jesteś smutny, to się weź w garść i od razu przestaniesz być smutny. Gwarantowany sukces natychmiastowy.



Jak jest naprawdę, wiedzą tylko ci, co to przeżyli lub przeżywają.
Ja to przeżyłam, więc teraz mogę się trochę pomądrzyć.
Poza tym miałam ostatnio na facebooku bardzo ciekawą rozmowę, właśnie o depresji. Osoba, z którą rozmawiałam tak bardzo się zdenerwowała, że zaraz wypisała się z moich znajomych. Niestety nie pierwsza i nie ostatnia taka, co się obraziła i odeszła. Nie mój problem tylko tej super wrażliwej osoby.
A o co poszło? O odmienne spojrzenie na depresję. On, bo to był on, uważał, że wystarczy kontrolować myśli i już człowiek będzie zdrowy. To tak jakby ktoś Wam powiedział, że sami możecie naprawić sobie złamaną nogę. Oburzycie się na pewno. Gdy chodzi o tzw. fizyczne choroby nie oczekujecie magicznej pomocy. Bez wizyty u lekarza i bez leków.
Nikt sobie nie wyobraża, że zamiast znieczulenia u dentysty, zastosuje afirmację i kontrolę umysłu, a może są tacy tylko ja o tym nie wiem. W każdym razie wydaje się normalne, że jak coś nas boli idziemy do lekarza. Jedynie niektórzy robią inaczej i ja też takiego znałam. Do lekarza nie chodził wcale, bo wierzył w metody altrnatywnego leczenia. Dzisiaj dzięki tym metodom leży na cmentarzu, ale to już inna historia.
Nie jestem przedstawcielką lekarzy ani aptekarzy i dlatego tak mówię.
Ja też chętnie korzystam z innych, nietradycyjnych sposobów leczenia. Są naprawdę dobre. Jednak trzeba wiedzieć, kiedy je zatosować.
Wróćmy teraz do mnie i mojej depresji. Nieważne dlaczego, ale, że się pojawiła. Zaczęło się od lęków. Budziły mnie wcześnie rano. Byłam pewna jak mój niedawny rozmówca, że doskonale dam sobie z tym sama radę. W końcu przeczytałam tyle książek i w dodatku skończyłam kurs Silvy, na którym uczyli różnych fajnych wizualizacji, a nazywało się to medytacją. Byłam więc bardzo mądra i bogata w techniki radzenia sobie z niepokornym, zbuntowanym umysłem. Zastosowałam wszystkie, jakie znałam, a wtedy starałam się poznać ich jak najwięcej. Zaczęłam nawet chodzić na jogę. To podobno bardzo dobry sposób na smutki i wszelkie psychiczne dolegliwości tak jak długi spacer.
Jednak ja robiłam swoje, a mój lęk swoje. Jakbym gadała do obrazu, a obraz do mnie ani razu tzn. gadał, ale po swojemu. W swojej upartej i niezrozumiałej mowie. Budził mnie już nie tylko rano, ale również w nocy. Chciałam spać. Nie pozwalał. Rano starałam się głęboko oddychać. Zazwyczaj taki oddech uspakaja, ale mój lęk się wcinał jak nieproszona Ciotka Paszczaka. Mówisz jej, nie chcę ciociu tego mleka, a ona i tak wlewa ci go do gardła. Dusi cię swoją chustką, gdy próbujesz wziąć oddech. Czasem owszem udaje się, ale nie do końca. Jeden udany oddech, drugi z lękiem. Zawsze w końcu musiałam wstać. Ćwiczyłam jogę i inne ćwiczenia. Wydawało się, że jest lepiej. Próbowałam wizualizacji czyli tej tzw. medytacji Silvy. Nie wchodziłam zbyt dobrze w stan alfa, albo szybko z niego wychodziłam. Mimo to nie rezygnowałam. W końcu przecież się uda, myślałam. Tamtym osobom z książek się udawało. Dlaczego mnie miało się nie udać, ale się nie udawało i nawet wyjazd nad morze nie pomógł. Zwyczajnie lęk wyjechał razem ze mną. Budziłam się rano i nie wiedziałam, gdzie mam wyjść, co robić. Nie chcę wstawać tak wcześnie rano, chociaż nad morzem chcę pospać. Co z tego lęk się obudził. On tak długo spać nie chciał. Porozmawiałam z nim zgodnie ze wskazówkami huny, bo niby dlaczego miałam z nich nie skorzystać. Dobre są wszystkie metody, tak sądziłam. Niestety. Lęk zwizualizowałam, ale do porozumienia z nim nie doszłam. Po 2 tygodniach wróciłam do domu z lękiem. Wiedziałam już o nim, że spać nie lubi. Boi się dnia. Woli wieczór. Noc tak sobie. Nie znosi muzyki i nie wszystkie filmy. Przy każdej płacze i w ogóle bardziej mu płacz wychodzi niż uśmiech czyli rozrywkowy to on nie jest ani trochę. Dobrze chociaż, że lubi czytać. Jednak za seksem nie przepada. Jakoś go to nie rajcuje, ani trochę. I jak tu żyć z tym lękiem?
Idź do psychiatry, poradziła mi koleżanka. Była, jest pielęgniarką i do tego jak chcecie możecie się przyczepić jak mój rozmówca, który sprawiał wrażenie nielubiącego służby zdrowia, chociaż z drugiej strony, kto ich tak bardzo lubi, ale to już inna sprawa.
W każdym razie poszłam do tego lekarza i wcale tego nie żałuję. Przpisał mi leki, które wbrew poglądom mojego rozmówcy nie zrobiły mi kaszy z mózgu, ani budyniu, ani żadnej innej potrawy. Wreszcie zaczęłam normalnie spać i funkcjonować. Lęk minął. Owszem po lekach wieczorem pojawiała się senność czyli nic za darmo, ale poza tym mogłam ćwiczyć, pisać i robić wszytko na co miałam ochotę.
Na końcu przydałby się morał, chociaż ja morałów bardzo nie lubię.
Kochani po prostu nie bójcie się lekarzy. Oni wcale nie są tacy groźni, a ich leki mają skutki uboczne jak wszystkie inne. Nie zawsze wyleczycie się samymi ziółkami, spacerem, jogą, medytacją. Depresja ma to do siebie, że rzadko udaję się z nią kontrola umysłu. Sami zresztą możecie spróbować. Mnie słuchać nie musicie. Czasem trzeba coś samemu przerobić, doświadczyć. Leki na depresję nie są na pewno białymi prochami, które robią wodę z mózgu. Nie wierzcie w takie głupoty. Najczęściej głoszą je te same osoby, które mówią Wam, weź się w garść. Takie, które o depresji mają niewielkie pojęcie. Jeśli coś przeżyli, to był mały smutek, z którym można sobie dać radę. Na depresję najlepiej działają leki w połączeniu z innymi metodami. Zawsze sprawdzcie czy to tylko smutek, czy coś poważniejszego. Jeśli mimo waszych dobrych chęci trwa i nie ma zamiaru odejść, warto udać się do lekarza.
 I tyle moich mądrych rad. Wszystkim życzę zdrowia i dobrego sampoczucia tej jesieni.





środa, 17 września 2014

Jesienne nastroje.

Zbliża się jesień. O tej porze dni są coraz krótsze i słońca niewiele, a jak jest to nie takie
na pewno jak latem. Coś się kończy, coś się zaczyna.
Ogarnia mnie bardziej romantyczny nastrój i dlatego dzisiaj zamiast super ciekawych relacji z życia Feliksa i jego wspaniałej wróżki, moje wiersze. Te stare, kiedyś Wam
przeze mnie obiecane i zupełnie nowe.


Jesienią tak jak w maju przychodzi miłość
i jak pająk w swoją sieć cię łapie znienacka.
Trzyma mocno.
Nie możesz się uwolnić.
Nie możesz oddychać.
Kładziesz się na trawie
i nagle ona cię całuje.
Spadają liście,
deszcz pada,
słońce się pokazuje,
ale ty tego nie widzisz,
nie czujesz.
Jest tylko ona
i jej namiętność nieskończona.







Jesienią czas mi się bardzo dłuży.
Czekam na ciebie.
Widzę liście spadające z drzewa,
gdy wiatr wieje
i zegar, który bije.
Mijają sekundy, minuty, godziny,
wieki.
Tak to czuję, gdy czekam na ciebie
spragniona twojego dotyku
i ust błądzących po moim ciele.
Spragniona jak ziemia słońca,
którego teraz tak niewiele.
Niby jest, ale go nie ma.
Prawie go nie czuję,
tylko zimno wszechogarniające.
Czekam, marznę jak róża,
którą ktoś zostawił,
zapomniał,
odszedł.
Światło dnia szybko blednie.
Róża już nie rośnie,
już się nie rozwija.
Pytam ciągle,
kiedy wrócisz.
Kiedy znów będziesz ze mną?
W odpowiedzi deszcz tylko szumi.

Jesienny seks z tobą jest jak słońce w południe.
Mocno mnie grzeje.
Rozbieram się i czuję swoje serce.
Ty podchodzisz do mnie
i wtedy razem nasze serca biją.
Obejmujesz mnie.
Całujesz. Ja ciebie całuję.
Jesteś moim światem.
Wchodzisz we mnie jak słońce pod skórę.
Drżę.
Chcę, żeby ta chwila trwała bez końca.
Obejmuję cię, a ty całujesz moją szyję.
Kochają się nasze ciała.
Kochają się nasze dusze.
Twoje nogi i moje.
Twoje biodra i moje uda.
Twoje ręce, moje piersi.
Twoja szyja,
nos, oczy, usta
wszystko się łączy
i wznosi jak motyl do nieba.

Dotykam chwilę codziennie.
Chwytam ją jak linę,
obronną tarczę przed dołem,
w którym kryje się ciemność.
Powoli krok po kroku
wychodzę na zewnątrz.
Otwieram drzwi szeroko
i wpuszczam światło,
a ono wnika we mnie głęboko.
Zapala się mała iskierka.
Bezszelestnie, zupełnie cichutko
staję się wielka.

P.S. To trochę sobie poważnie pomarudziłam. Następnym razem napiszę coś w innym stylu.




wtorek, 9 września 2014

Książki na półce czyli dylematy czytelników i bibliotekarzy.

Dawno, dawno temu poszłam do biblioteki i wypożyczyłam parę książek. Zrobiłam tak bo jednak mój plan napadu na księgarnię się nie udał i musiałam się zadowolić tym co było pod ręką czyli osiedlową biblioteką. Oczywiście nie kradłam, nie groziłam nikomu wypożyczonym z teatru pistoletem, ale grzecznie weszłam do środka i wyraziłam chęć korzystania ze zbiorów tej biblioteki.
Dali mi taką karteczkę do wypełnienia, na której napisałam wszystkie swoje dane 
i potwierdziłam podpisem znajomość regulaminu, chociaż nikt mi tego regulaminu nie pokazał.
Pani powiedziała mi tylko, ile mogę sobie zabrać książek do domu i na jak długo. Poinformowała mnie również, że książki można sobie przedłużyć, nie tylko przychodząc 
z nimi do biblioteki, ale również telefonicznie. Dodała jeszcze coś o dobrowolnych składkach na książki tak sugestywnie, że z litości na biblioteczną biedę, dałam jej 5zł. Potem przyniosłam jej nawet parę swoich niepotrzebnych książek. 
Niestety później, gdy byłam już dobrym i stałym czytelnikiem, zaczęłam dłużej trzymać książki. Miałam trochę innych zajęć np. niezwykle wciągające rozmowy z Feliksem i zamiast oddać książki po miesiącu, co miesiąc je przedłużałam przez pół roku. Tyle trwała cierpliwość pań bibliotekarek.


W końcu cierpliwość każdego kiedyś się kończy. Chyba, że jest to superman, superwoman, anioł całkiem bezpłciowy, android. Być może oni mają tej cierpliwości trochę więcej. Pewności mieć nie mogę, bo ich osobiście nie znam.
W każdym razie bibliotekarki nie należały do żadnego z tych gatunków. Były zwyczajnymi ludźmi, kobietami zapewne obarczonymi dziećmi i upierdliwymi mężami i z tego powodu były takie, a nie inne. Trudno przecież być wyrozumiałym dla innych, jeśli ci inni wcale dla ciebie nie są wyrozumiali.
Jakie to bardzo trudne sama się przekonałam.
Wróćmy jednak do początku.
Zadzwoniłam do biblioteki i poprosiłam o przedłużenie książek.
Pani o miłym młodym głosie zaraz odparła, że oczywiście książki przedłuży. Potem zapadła cisza. Już miałam się rozłączyć, gdy usłyszałam:
- Ale pani te książki trzyma pół roku. - I co z tego, pomyślałam. Jednak nic nie powiedziałam, cierpliwie czekając na ciąg dalszy tej mądrej wypowiedzi.
- Zgodnie z regulaminem mogę pani przedłużać książki nie dłużej niż przez pół roku.
Ciekawe, był jakiś regulamin, o którym nic nie wiedziałam. Zaraz postanowiłam, że przejdę się do biblioteki, żeby poznać regulamin tzn. zajrzę tam w najbliższym wolnym czasie.
Pani tymczasem mówiła dalej.
- Jeszcze pani przedłużę te książki do października, a potem proszę oddać.
Oczywiście, niby po co miałam bym je trzymać u siebie w domu. W tym momencie dopiero zdałam sobie sprawę, że trochę przesadziłam z tym trzymaniem. Coś tam owszem przeczytałam, ale było też coś czego już przeczytać nie mogłam i czego już pewnie i tak nie przeczytam.
Niestety z książkami jest podobnie jak z ciastkami. Wiedzą o tym wszyscy książkoholicy tacy jak ja.
Zjadasz wzrokiem jak ciastko, gdy jesteś głodny\ głodna. Później się okazuje, że twój brzuch i cała reszta zjeść tego nie może. W przypadku książek, jakby ktoś tego nie wiedział, patrzysz i myślisz, że od razu wszystko przeczytasz. Dopiero potem wychodzi na jaw przykra prawda. Zwyczajnie masz tego wszystkiego za dużo. Nie jesteś w stanie tego przeczytać, przynajmniej nie w tak krótkim czasie jak miesiąc. Zaczynasz to, co masz przedłużać prawie w nieskończoność.
Na szczęście są jeszcze na tym świecie dobre, rzetelne bibliotekarki. Takie z pewnością otworzą ci oczy na twoją głupotę.
Mimo wszystko sprawa regulaminu i długości wypożyczania książek bardzo mnie zaintrygowała. Jest coś o czym nie wiem, coś o czym powinnam wiedzieć. Powinnam to wiedzieć od samego początku jak się tam zapisywałam. Dlaczego nie wiedziałam? Zwyczajnie nie zapytałam. Nie myślałam.
Podpisałam karteluszkę jak ostatni analfabeta, nie czytając jej treści. Nawet nie wiedziałam, że podpisuję się pod ,,znam regulamin,,. Czy naprawdę się pod tym podpisałam, a regulaminu nie znałam? Czysta głupota. Niestety czasami się zdarza.
Poszłam więc do biblioteki i zapytałam o odpowiedni punkt regulaminu dotyczący przedłużania. Myślałam, że będzie coś takiego: ,, pod groźbą kary najwyższej czyli wpisania na czarną listę czytelników zabrania się przedłużania książek przez okres dłuższy niż pół roku,,.
Nie było czegoś takiego. Tylko o tym, że nie wolno książek przetrzymywać i na żądanie biblioteki trzeba je pokazać. Gdy zapytałam panie, aż dwie były, co wiedzą o zbyt długim przedłużaniu i karach za ten wyczyn, nie wiedziały i jak na złość nie miały się kogo zapytać. Ta, jak się domyślam główna bibliotekarka, która ze mną rozmawiała, gdzieś sobie poszła. W końcu jako szefowa może sobie chodzić, gdzie jej się podoba. Na prawdę szkoda, że jej nie było. Te, które były nie mogły nic na ten temat powiedzieć.
- Czy książki są komuś potrzebne? Czy ktoś chciał je wypożyczyć?
-  Nie, nikt.
- Dlaczego nie mogę ich dłużej przedłużać?
- Nie wiemy.
Nie było o czym rozmawiać. Zrobiłam to, co już dawno powinnam zrobić oddałam książki i żadnej już nie pożyczałam. Nie ma sensu korzystać z tej biblioteki.
Wyszłam, a panie odetchnęły z ulgą. Po co im taki jak ja czytelnik przetrzymujący książki. Nawet, jeśli tych książek nikt chce, one muszą stać na bibliotecznej półce, nie u mnie w domu.

      

czwartek, 4 września 2014

Natychmiastowa recepta na wszystko.

Czy istnieje coś takiego?
Jeśli tak, to gdzie, od kogo można dostać taką receptę?
Czy wyda ją lekarz tzw. pierwszego kontaktu?
Może tak, jeśli nie jest zwyczajnym lekarzem.
Czy jednak są tacy w zwyczajnej poradni, przychodni lekarskiej?
Tyle pytań, a odpowiedzi jak zwykle później. Nie od razu, bo ja w przeciwieństwie 
do recepty nie jestem natychmiastowa i nie działam błyskawicznie.


Czyż nie byłoby wspaniale, gdyby zamiast tej garści chemicznych leków, mielibyśmy jeden i w dodatku naturalny? Lek działający błyskawicznie na nasze codzienne zmartwienia, brak szczęścia i radości, depresję, bóle i alzheimera. Na wszystkie dotąd nieuleczalne choroby.
W dodatku nie trzeba by było odwiedzać zwyczajnego lekarza. Stać, siedzieć w poczekalni wśród wielu innych ludzi, słuchając przy okazji ich marudzenia o chorobach.
Z drugiej strony lekarze straciliby pracę i nie byłoby im miło. Nie byliby szczęśliwi. W końcu nie po to kończyli swoje uczelnie lekarskie, żeby potem schować dyplom do szuflady
i zostać np. hydraulikiem tak jak to robią inni ludzie. Oczywiście niekoniecznie zostają hydraulikami, ale kimś zupełnie innym niż początkowo chcieli i w swoim zawodzie 
nie pracują.
Wracając do leku błyskawicznego na wszystko.
Znajdziemy go na pewno w pewnej książce.
Jej autor wpadł na wprost genialną metodę i podzielił się nią ze swoimi czytelnikami.
Tak to ostatnio w życiu bywa, idealne metody są schowane w książkach. Nie znajdziecie ich u żadnego lekarza. Chyba, że tym lekarzem będzie autor tej książki, w co raczej wątpię.Tacy ludzie nie siedzą sobie w zwykłych lekarskich przychodniach. Jeśli gdzieś są, to w swoich prywatnych gabinetach, za duże pieniądze. Musisz mieć kasę, 
żeby przekroczyć ich próg.
Znów odeszłam zbyt daleko od głównego tematu.
Co z tą książką i jakie są w niej metody?
Jest jedna i nazywa się Synchronizacja Kwantowa. Jej autorem jest Dr Frank Kinslow.
Metoda opiera się na uważności i umiejętności skupienia oraz na wizualizacji.
Autor pisze o niej w trochę inny niż ja sposób. Przede wszystkim wiele jest u niego słów pochwalnych dotyczących metody, jej działania i jej szybkości. Nie bez powodu pojawia się słowo kwantowy. Kwanty przecież, tylko kwanty poruszają się z szybkością większą od światła.
Drugim ważnym słowem jest świadomość. Uzdrawiający ma być świadomy. Na pewno nie może myśleć o niebieskich migdałach, ani o jakieś fajnej babce lub fajnym facecie. Nie może być pod wpływem alkoholu, ani narkotyków, ale to już wynika z samej treści, jak ktoś ją uważnie czyta.
Chociaż, czy na pewno coś z tej treści wynika?
Owszem szybko zdajemy sobie sprawę, że autor jest zakochany w swojej metodzie.
Dla niego jest ona jedyna, niepowtarzalna, cudowna, doskonała, co najważniejsze bardzo łatwa. Działa zgodnie z tytułem książki w sposób natychmiastowy. Tyle tylko, że czasem na widoczne rezultaty trzeba poczekać, nawet kilka lat, zależy od problemu. Oczywiście o latach autor nic nie mówi. Ja to, może niesłusznie, odkrywam między słowami. W każdym razie zaczynam praktykować na sobie.
Co mogłabym powiedzieć o metodzie, gdybym tylko o niej przeczytała, a podanych ćwiczeń nie sprawdziła na sobie? Nic, a jakbym mimo to powiedziała, to by była bzdura.
Pierwsze ćwiczenie idzie mi względnie dobrze. Polega na zatrzymywaniu myśli .
Gdy je robię w sterylnych warunkach domowych, wychodzi idealnie. Gdy jednak próbuję to samo zrobić w autobusie i wcześniej na przystanku, mój umysł mnie nie słucha. Nadal mam wiele myśli i w żaden sposób nie mogę się ich pozbyć. Podobnie jest gdy gnębi mnie smutek. Myśli się nie zatrzymują, a ja się zastanawiam, co tu jest grane. Czy ja się nie nadaję do tej metody czy metoda nie nadaje się dla mnie?
Następne ćwiczenie tzw. Technika Bramy wychodzi mi podobnie. Najgorzej, gdy jestem senna. Zasypiam od razu. Myślę o mamie, która ma problemy ze spaniem. Może opowiedzieć jej o tym sposobie na sen, ale znając moją mamę, na nią by tak nie podziałało. Miałaby raczej więcej myśli zamiast mniej.
Kolejnych ćwiczeń mogłabym już w zasadzie nie przerabiać. Ich działanie na mnie jest odwrotne od zamierzonego. Umysł ucieka. Myśli jest dużo. Moje pytania nie robią na nich wrażenia. Zostają albo przechodzą w bardziej utajniony tryb działania. Często przysypiam, a nie o to przecież chodzi.
Autor tłumaczy lecz robi to w taki sposób, że spać chce mi się jeszcze bardziej. Jak nie śpię, to jestem zła. Złoszczę się na sposób  napisania tej książki czyli wszechobecną reklamę w stylu, ach, jakie to łatwe, jakie to wspaniałe. Nie wiem jak Wy, ale ja nie lubię czegoś tego. Niestety książka musi się sprzedawać i autor doskonale wie co robi. Nie można mieć do niego o to pretensji. Niesmak jednak zostaje.
Przypominam sobie inną książkę. Książkę o uważności Jona Kabata-Zinna
Jakże się różniła od tej, o której teraz piszę. Przede wszystkim autor nie mówił w niej
o natychmiastowości. Nic na temat błyskawicznego działania podanej przez niego medytacji i innych sposobach prowadzących do uwagi. Być może wtedy jeszcze kwanty nie były tak modne i nikt jeszcze nie zazdrościł im ich szybkości.
W każdym razie książka Zinna jest dobrą odtrutką na dziwnie działający lek pana Kinslowa.Oczywiście dla mnie. Wam być może coś takiego nie będzie potrzebne. 
Może na Was lek podziała w taki sposób jak trzeba.
Na końcu, zgodnie z obietnicą, podaję tytuł i autora.
Dr Frank J. Kinslow ,, Sekret Natychmiastowego uzdrawiania,,.  
Życzę miłej lektury.








poniedziałek, 1 września 2014

Witajcie w nowej szkolnej bajce.

Niestety wakacje się skończyły. Chciał, nie chciał trzeba wracać do szkoły.
Tylko studenci mogą się jeszcze wylegiwać gdzieś na plaży tropikalnej,
albo ci, co sobie w sposób sztuczny wakacje przedłużyli czyli mimo końca nie wracają,
bo nadal są lub jadą gdzieś w słoneczne miejsce.
Wszyscy pozostali ubrani w świąteczne stroje biało granatowe lub biało czarne posłusznie witają rok szkolny.


Jeszcze dzisiaj jest całkiem miło.
Wszyscy się do siebie uśmiechają i cieszą albo udają, że się cieszą.
Zarówno uczniowie jak i nauczyciele. W końcu ci drudzy też mieli wakacje. Oni musieli wrócić trochę wcześniej, żeby przygotować plan i takie tam związane ze szkołą sprawy.
Pani woźna przecież, a może pan woźny nie zrobi tego za nich, ani sekretarka,
ani panie z księgowości. Tak więc nauczyciele wracają w sierpniu i to jest ta dobra pocieszająca wiadomość dla Was uczniowie. Oni mają gorzej.
Nie wylegują się aż do września.
Są wśród nich tacy, co też szkoły nie cierpią. Chętnie poszliby sobie do innej pracy. Niestety innej nie ma, bo praca nie rośnie na drzewach i nie sprzedają
jej w kiosku z lodami.
Dlatego Uczniowie Kochani miejcie dla swoich nauczycieli więcej cierpliwości i zrozumienia.
Oczywiście tylko dla tych, co i Wam okazują współczucie i szacunek. Na pewno nie dla tych, co poza swoimi podręcznikami świata nie widzą. Wydaje im się, że Wy też nic więcej widzieć i robić nie możecie. Tylko 50 zadań pracy domowej i tyle samo stron
do wykucia na pamięć.
Ja miałam na studiach takich geniuszy, co myśleli, że studenci przez jeden semestr przeczytają 100 lektur, w dodatku straszliwie nudnych. Gdyby nie studenci i profesorowie, nikt by tego nie czytał. Chyba, że od każdej książki dokładnie przeczytanej, 
ze zrozumieniem tekstu każdy dostawałby 100 zł.
Wtedy naprawdę, by się opłacało nawet książkę telefoniczną przeczytać.
I tak przy okazji wpadłam na pomysł jak zwiększyć czytelnictwo w szkolnej bibliotece. Płacić uczniom za każdą książkę. Wtedy na pewno wszyscy ustawili by się w długiej kolejce i wkrótce zabrakłoby książek. Prawda jaki prosty sposób.
Inne sposoby na szkolne nudy i obowiązki.
Traktować wszystko na luzie. Nie przejmować się sprawdzianami i pracami domowymi, 
bo i tak po skończeniu szkoły ta teoretyczna wiedza do niczego Wam się nie przyda. Pójdziecie do pracy, a tam będą od Was wymagać czegoś całkiem innego.
Szkołę po prostu ktoś kiedyś wymyślił, a na ten temat napiszę więcej innym razem. 
Nic od lat się w niej nie zmienia, poza ilością egzaminów oraz matematyką na maturze. 
To ostatnie to jawna dyskryminacja humanistów, co do matematyki głowy nie mają. Dzięki nim, nauczyciele zarabiają sobie dodatkowe pieniądze. Nie nauczysz się na lekcji, pójdziesz na korepetycje takie, co cię do matury przygotują. Czy zdasz czy nie zdasz humanisto i tak tu jesteś niepotrzebny.
Przesadzam, zobaczcie sobie ile jest ofert pracy dla humanistów, a ile dla ścisłych mózgów. Potem mi powiecie, że przesadzam.
W każdym razie bariera matematyczna dobrze wymyślona, bo po co państwu 
wykształceni humaniści.
Ale nie o tym miało być, tylko o wspaniałym początku nowego roku. Jest taki wspaniały jak disneyowska bajka. Nic więc dziwnego, że w sprzedaży pojawiły się zeszyty 
z bohaterami bajki.
Nowi, całkiem nowi uczniowie na pewno się na to nabiorą. Na kolorowe kredki i piękne, przynajmniej na początku podręczniki. Dopiero trochę później zobaczą ile czasu zabiera im szkoła. Im uczeń starszy tym więcej godzin i zajęć dodatkowych możliwych do wyboru.
Gorliwe matki już teraz zapisują dzieci na taniec, grę na gitarze, judo, karate i język japoński, szydełkowanie, gotowanie, usługiwanie przyszłemu mężowi 
i wychowanie w tradycji katolickiej.
Te ostatnie to moje propozycje z cyklu ile jeszcze da się włożyć dziecku do głowy.
Można w zasadzie wszystko. Rodzice zadowoleni, bo sobie myślą, że ich dziecko dzięki temu stanie się alfą i omegą, ze wszystkim da sobie radę, na wszystko będzie odporne. Poza tym dzieci nie ma w domu. Mają więcej czasu dla siebie. Swój czas osobisty, którego dzieci mieć nie muszą.
Dzieci wszystko wytrzymują te duże i te małe. Niestety nie wszystkie.
Zdarza się też tak, że nerwy w pewnym momencie im puszczają i wtedy siedzą sobie w szpitalu psychiatrycznym i też nie przeszkadzają, przynajmniej rodzicom, 
gorzej z pielęgniarkami.
Kończę to marudzenie. ostatnie słowa do nauczycieli i rodziców.
Nie przesadzajcie chociaż w tym roku z tą nauką i różnymi dodatkami.
Pozwólcie dzieciom na zabawę i na to, co naprawdę lubią.
Dajcie im od czasu do czasu święty spokój.

P. S. Wszystkim uczniom i nauczycielom życzę udanego nowego roku szkolnego.

  

środa, 27 sierpnia 2014

Jak żyć w prosty sposób?

Na to pytanie najlepiej odpowiada autorka pewnej książki.
Jakiej? Oczywiście odpowiedź wszyscy otrzymacie trochę dalej.
Na razie powiem ogólnie o spojrzeniu tej pani na życie i o jej blogu.
W zasadzie najwięcej powiem o tym ostatnim czyli o blogu, który kiedyś odkryłam i bardzo mi się spodobał. Spodobała mi się jego treść tak bardzo bliska moim własnym odczuciom na ten temat i poglądom. Teraz oczywiście bardzo chciałabym przeczytać jej książkę 
i porównać z tym, co czytałam na blogu. Tak, przyznałam się, książki jeszcze nie czytałam, ale z pewnością wkrótce ją przeczytam.


Jakiś czas temu oglądałam film o pani, która w swoim domu zgromadziła mnóstwo rzeczy. Było ich tak wiele, że ona nie mogła już normalnie żyć. Z trudnością wchodziła do swojego domu. Przedzierała się wydeptanymi wśród wielu rzeczy alejkami zupełnie jak w wielkim lesie, zachwaszczonym ogrodzie, na polu pełnym dzikiej wysokiej trawy. Do żadnego miejsca nie dochodziło się w normalny sposób. Kuchnia i łazienka też były zajęte wszystkimi możliwymi zebranymi przez tę panią przedmiotami. Mimo to ona nadal nie chciała wyrzucić żadnej ze zgromadzonych przez wiele lat rzeczy. Może zresztą nie były to lata. Może pani wszystko zebrała o wiele szybciej, powiedzmy przez kilka miesięcy. 
Nie pamiętam tego dokładnie jak również tytułu filmu, nazwiska bohaterki.
W tej chwili jednak nie to jest ważne. Tylko pytanie. Czy my sami nie zachowujemy się w podobny sposób? Czy nie gromadzimy tak jak tak pani wszystkiego, co się da. 
Nie chodzi tu tylko o rzeczy materialne, ale również te subtelne niewidzialne gołym okiem, które mamy w swojej głowie.
Co by było, gdybyśmy odchwaścili, uporządkowali swój dom, swoje otoczenie, swoje wnętrze?
Dla mnie to pytanie czysto teoretyczne, bo chociaż blog o zasadach prostego życia bardzo mi się spodobał i pewnie również spodoba mi się książka, nie potrafię żyć w taki sposób. Nie potrafię obejść się bez większości moich ubrań, które tylko wiszą w szafie i sprawiają dobre wrażenie. Nie potrafię wyrzucić lub najlepiej oddać innym swoich dawno przeczytanych książek i żeby tylko książek. Są jeszcze komiksy, do których przecież nie zaglądam, ale nadal czuję do nich wielki sentyment.
W końcu przecież przypominają mi czasy, kiedy je czytałam. Czasy dzieciństwa i młodości, wydające się z pewnej perspektywy najwspanialszym okresem w moim życiu. Podobnie wygląda moje przywiązanie do zwyczajnych zdjęć tych papierowych, których też nie oglądam, ale nie mogę się z nimi rozstać. Pocztówki, bibeloty, głupawe pamiątki z różnych miejsc. Starocie.
Jak widać nie jestem wcale lepsza od tej pani. Pewnie jedyna różnica między nami to ta, że nie mam tak jak ona zbyt dużo pieniędzy do wydawania na rzeczy potrzebne czy niepotrzebne.
W każdym razie blog o prostym życiu, o życiu pozbawionym zbędnych przedmiotów, życiu bardziej uporządkowanym jest jak najbardziej godny polecenia dla takich ludzi jak ja.
Jego autorka słusznie zwraca uwagę, że nie na tym szczęście polega, żeby mieć coraz więcej, ale żeby korzystać z tego, co już się ma. Zamiast od razu kupować następny błyszczący gadżecik lub te tanie, okazyjne rzeczy, zadać sobie pytanie, a nawet dwa pytania.
Czy jest mi to naprawdę potrzebne? Czy mogę żyć bez tego?
Na pewno w pierwszej chwili powiemy tak, bo nasze oczy sycą się już obrazem tego czegoś, co oglądamy. Czy jednak musimy ulegać impulsom i pragnieniom? Czy musimy postępować tak jak od nas tego oczekują markety i wszelkie inne sklepy, media, reklamy?
Autorka mojego ulubionego blogu mówi poczekaj. Nie ulegaj. Najpierw głęboko odetchnij, policz do 10, a przede wszystkim wyjdź ze sklepu, bo tutaj w tym kolorowym otoczeniu nie podejmiesz właściwej decyzji. 
W podobny sposób potraktuj też to, co masz w głowie. Czy rzeczywiście musisz obejrzeć wszystkie premiery w kinie, przeczytać wszystkie nowe książki, pojechać w podróż dookoła świata, żeby być szczęśliwym? Czy w ogóle musisz gdzieś wyjeżdżać albo zaliczać panienki jedna za drugą albo facetów i uczyć się wszystkiego, co tylko się da?
Drogą do szczęścia nie są rozbuchane żądze i pragnienia, ale coś innego.
Co? Umiejętność cieszenia się tym, co się ma i życia w tu i teraz.
Dobrze, że jest ktoś taki tutaj w Polsce jak moja autorka, której nazwisko i blog zaraz ujawnię.
O niej samej nie powiedziałam zbyt wiele. Z tego, co pisze, realizuje podane przez siebie zasady prostego życia. Nie robi wielgachnych i w większości niepotrzebnych zakupów 
i zastanawia się nad tym, co czytać, co oglądać. Na pewno nie rzuca się na wszystko, co się błyszczy i dobrze wygląda.Nie rzuca się na każdą sklepową okazję. 
Na jej blogu znajdziecie nie tylko rady dotyczące tego jak pozbyć się niepotrzebnych rzeczy, ale również jak z prostych składników zrobić dobre ciasto i przede wszystkim jak być zamiast tylko mieć. Jak żyć w tym opanowanym przez materializm świecie.
I to jest najważniejsze. Umiejętność życia, a ja już nie będę marudzić, 
tylko odsyłam do bloga.
Prosty blog. Autorką jest Anna Mularczyk Mayer. Jej książka to ,, Minimalizm po polsku,,







piątek, 22 sierpnia 2014

O tachionach czyli jak często dajemy się nabić w butelkę.

Znów ostatnio na ciekawy film trafiłam.
Jednak, czy na pewno był taki ciekawy?
Tak, przynajmniej na początku i na pewno dla kogoś takiego jak ja,
kto nic dotąd o tachionach nie słyszał, bo gdzie i od kogo miał słyszeć.
Od pani z kiosku za rogiem?
Od sąsiada czy może od okolicznych podrywaczy?
A może od mojego wspaniałego bohatera Feliksa, który wciąż bezskutecznie
próbuje ukryć się przede mną, czego dowodem jego nowe piękne zdjęcie?
Może powiedziała mi o tym jego przyjaciółka wróżka, niesamowicie cudowna kobieta
jak widać to po jej ostatnich zdjęciach?
Niestety nikt nie powiedział. Nikt mnie o niczym nie informuje, chyba, że jacyś kochankowie w astralu. Oczywiście jeśli są takowi i akurat
nic innego nie robią tylko na mnie w astralu czekają.
W każdym razie był sobie i wciąż jest pewien film w internecie.


Oczywiście możecie go obejrzeć i ocenić, nie patrząc na to, co napisałam w tytule,
bo może jednak się mylę i to co nam ten pan pokazuje i mówi, to nie bajka,
ale prawdziwa, najprawdziwsza prawda.
Pamiętajcie nigdy nikomu nie wierzcie na słowo, tylko sami wszystko sprawdzajcie.
Jak mąż Wam krzyknie lub żona, nie jedz tego kochanie, nie pij, to trucizna, zawsze sami sprawdźcie czy miał, czy miała rację, co najwyżej Wasze życie będzie trochę krótsze.
Lepsze jednak krótkie życie bardzo dobrej jakości czyli bez niby przyjaciół, Feliksów, wróżek itp. przeszkadzaczy i upierdliwych ludzi niż długie życie razem
z nimi wszystkimi wokół.
Przejdźmy jednak do tematu.
Co to jest tachion?
Do czego służy?
Co można z niego zrobić i po co?
To są moje dzisiejsze pytania. Pytania, na które postaram się dać jakąś odpowiedź.
Dobrą, złą, gorszą. Zobaczymy.
Zacznijmy od pytania pierwszego.
Co to w ogóle jest ?
Mnie tachion na samym początku kojarzył się ze zwariowanym bohaterem
Lema Ijonem Tichym.
Nie będę tu o nim wiele mówić tylko tyle, że podróżował w kosmosie
i m.in w tej książce go znajdziecie.
Może tachion, który dla mnie tak podobnie brzmi jak Tichy, też miałby
przygody w kosmosie, gdyby był człowiekiem.
On tymczasem jest, zdaniem pana z wykładu, polem kwantowym z urojoną masą. Jednocześnie jest czymś, co jest niczym. Nie ma formy. Jego prędkość jest większa od światła i z powodu tej prędkości nie można go zobaczyć, choć niezupełnie, bo przecież jest taki punkt, w którym widać jak tachion przeleciał. Jest cząstką świadomości, która tworzy równowagę we wszechświecie i jest wszędzie.
Zwróćcie uwagę na te ostatnie słowa. Jest wszędzie. Niestety, jak się w trakcie wykładu okazuje, nie jest dla nas dostępny. Chociaż jest wszędzie, nie możemy
tak po prostu z niego korzystać.
Dlaczego?
Tutaj odpowiedź jest prosta. Nie mamy odpowiedniej anteny, która ściągnęłaby na nas tachiony. Nie jeden, ale całą masę tachionów.
Pojawia się następne pytanie, gdzie zdobyć taką antenę i po co ją zdobywać?
Już odpowiadam. Anteny, nie jedna lecz dwie dokładnie przedstawione w formie dysku
i oleju do masażu ciała, można kupić u pana wykładowcy. Oczywiście o tym nasz pan nie mówi tak wprost otwarcie tzn. w stylu typowych reklam. U mnie tylko to kupicie. Jedynie po rozwoju akcji można się domyślić, że u niego. Pan na samym końcu rzuca takie słowa. Jutro będzie stoisko.
Jasne jest, przynajmniej dla mnie po co, dlaczego to stoisko będzie.
Do momentu tych słów, a raczej już wcześniej, robię się zniesmaczona. Myślę sobie, co to jest, czekam na więcej informacji o tachionach, a tymczasem dowiaduję się, że będzie jakieś stoisko.
Mnie, po drugiej stronie ekranu, ta informacja niepotrzebna, ani pokaz wspaniale działającej ,,maszynki,, do oglądania aury, ani ten facet rozbierający się w szybkim tempie, żeby dziewczyna czekająca obok mogła go tachionowym olejem posmarować.
Owszem, facetów nagich to ja może lubię, ale niekoniecznie wtedy, kiedy czekam na dalsze informacje dotyczące tachionu i jakiegoś, nieznanego mi bliżej Instytutu Wagnera.
Niestety ciekawy wykład przeradza się w szopkę z oglądaniem aury. Na początku u faceta przed i po posmarowaniu olejem. Potem u innych już bez oleju.
Ci wszyscy inni tłoczą się w długiej kolejce, żeby tylko kolory swojej aury zobaczyć. Nikt komu się to udało nie odchodzi niezadowolony. Wręcz przeciwnie. Okazuje się, bowiem,
że wszyscy mają albo piękne kolory albo inne nadzwyczajne ciekawostki w swojej aurze.
Tutaj wreszcie spotykamy tych na wyższym poziomie rozwoju duchowego, tych już prawie przebudzonych.
Autor wykładu wyjaśnia, że to normalne, bo wszyscy są przecież w grupie wybranych. Tych, którzy zapłacili i teraz siedzą i wzmacniają swoją energię, a przy okazji poczucie własnej wartości.
Tylko mnie wydaje się trochę dziwne, że wszyscy zebrani w kolejce do odczytania swojej aury, są tacy wyjątkowi i zawsze mają w aurze zieleń i miły kolor niebieski. W dodatku temu facetowi z olejem na plecach i klatce piersiowej, pokazuje się kolor indygo.
W ten sposób dochodzimy do pytania po co?
Po co powinniśmy korzystać z energii tachionów?
Po co ze swojego ciała robić antenę przyciągającą tachiony?
Po to Kochani, żeby być zdrowym i doskonałym. Tę właśnie natychmiastową zmianę
na lepsze daje energia tachionów.
Dlatego opłaca się stać w kolejce i robić słodki minki do wykładowcy.
Och, żeby tylko mnie zauważył, żeby pokazał mi jaką mam cudowną aurę
i dał mi trochę tego niezwykłego wspaniałego oleju.
Patrzę na to wszystko i się zastanawiam. Czy, gdybym była na miejscu, uległabym wszechobecnej atmosferze głupoty wywołanej dziecinnym pragnieniem, żeby od tak za dotknięciem różdżki zmienić się w supermana? Myślę, że jest to możliwe. Często przecież różne głupoty zawracają mi w głowie.
Kupuję wtedy rzeczy niepotrzebne i całkowicie zagracam mieszkanie jakbym chciała dojść do tego punktu, do którego doszła kiedyś pewna pani. Przyniosła do domu tyle rzeczy, że nie miała już miejsca w swoim pokoju i w całym mieszkaniu dla siebie, ale to już całkiem inna historia.
Po obejrzeniu filmu sięgnęłam do innych źródeł wiedzy o tachionach.
Oto co znalazłam.
Jak widać pan wykładowca korzystał z tych informacji.
Nie pamiętam tylko, czy podał, że nie ma dowodu na istnienie tachionu.
Następne informacje znajdziecie tutaj. Słowa nie wiadomo,
czy są tachiony znów się powtarzają.
Dawid Wagner na pewno istnieje i to on jest twórcą tachionizacji.
O Instytucie Wagnera nie znalazłam nic.
W każdym razie jest pewne, że pan wykładowca reklamuje
jego ,,łapacze,, energii tachionów.
Nadal jednak nie wiem jak to naprawdę działa.
Mimo wszystko czuję się nabita w butelkę.
Coś ktoś niby odkrył, ale co i jak i kiedy i w jaki sposób?
Czy ktoś może mi to powiedzieć?  

     

wtorek, 19 sierpnia 2014

Kim jest dziadek Franek?

Dawno już nie pisałam niczego o Feliksie.
Pewnie dlatego, że Feliks dobrze ukrył się przed moim oczami.
Odszedł z grona moich facebookowych znajomych,
a jakby tego było mało zablokował swój funpage.
Wydaje mu się, że stał się niewidoczny, a ja nie widząc go,
zrezygnuję z opisywania jego przygód zarówno tych erotycznych jak i innych.
Niestety każdy pisarz ma oczy na plecach, a uszy w ścianie domu swojego bohatera.
Bohaterowi nie da się tak zupełnie odizolować od swojego autora.
I ja też wiem co nieco o swoim Feliksie i wróżce, do której Feliks bezskutecznie wzdycha.
Powiem tylko, że oboje mają się dobrze. Feliks założył na siebie nowe ubranko,
a jego wróżka wzdycha do swojego wymarzonego magicznego faceta.
Czy w końcu znajdzie takiego, a jak znajdzie, czy on obdarzy ją swoją miłością?
Te ciekawy tematy zostawmy sobie na później.
Na razie przygoda Feliksa niezwiązana z wróżką, przynajmniej tą z rzeczywistości
i z żadną nową dziewczyną.

Zdjęcie zabrane stąd.
Feliks nie pamiętał dokładnie, kiedy po raz pierwszy spotkał dziadka Franka.
Wcale nie chciał pamiętać, bo spotkanie z dziadkiem nie było przyjemne.
Gdyby miał wybierać między zrzędliwą i upierdliwą ciotką Dynią, a dziadkiem Frankiem, zdecydowanie wybrałby ciotkę. Mimo całej jej upierdliwości z ciotką dawało się jeszcze jakoś wytrzymać, ale z dziadkiem już nie.
Dziadek pojawiał się nagle i gadał, gadał, aż Feliks poczuł mdłości, zawroty głowy, ból żołądka lub ból zębów.  Jakikolwiek ból. Tak jakby dziadkowi sprawiało przyjemność zadawanie bólu, zwłaszcza Feliksowi. Dziadek był chyba sadystą.
Na pewno był uparty i dopóki Feliks nie obiecał, że zmieni, naprawi to, czego od niego żądał dziadek, siedział w jego pokoju na łóżku Feliksa i dmuchał mu w twarz śmierdzącym dymem tytoniowym. Dymem, który sprawiał, że Feliks czuł się coraz gorzej.
Nie pomagało błaganie o litość i nawet klęczenie przed dziadkiem na kolanach. Do niego to i tak nie docierało. Prędzej czy później wykończony jego obecnością Feliks, mówił to co dziadek chciał usłyszeć i spełniał wszystkie jego zachcianki. Zwyczajnie nie miał innego wyjścia. Jeśli takie wyjście istniało, to Feliks go nie znał.
Spotkania z dziadkiem odbywały się zawsze w innym czasie i w innej przestrzeni.
Feliks nie wiedział oczywiście w jaki sposób budził się ze snu w tej innej rzeczywistości.
Czuł tylko dziwny opór powietrza, które wciskało mu się do nosa, ust, wreszcie do płuc. Feliks nie mógł oddychać.
Zupełnie jakby był w niewidzialnej butelce z bardzo małą ilością tlenu.
W takich warunkach zawsze na wszystko się zgadzał. Zawsze dziadkowi ustępował i robił to co dziadek chciał. Jednocześnie mimo swojego wyuczonego ateizmu, nagle przypominał sobie o Bogu i modlił się do niego żarliwie, żeby tylko dziadek wypuścił go z dziwnej przestrzeni. Jakby zawieszonej w czasie lub zamkniętej w butelce czasu.
Tej nocy dziadek przyszedł znowu.
Pojawił się zaraz jak tylko zmęczony podróżą Feliks rzucił się na hotelowe łóżko w niemieckim mieście, z którego miał jutro wyruszyć w dalszą drogę.
Pojawił się i usiadł na brzegu łóżka. Tak jak to zazwyczaj robił w obecności Feliksa. Zawsze na łóżku i zawsze blisko niego. Robił tak jakby dla zwiększenia efektu swojej obecności i swojej męczącej gadki.
Feliks jak zwykle instynktownie się odsunął. Doskonale wiedział, że to nic nie da.
Pamiętał, co było na początku w czasie pierwszego spotkania z dziadkiem.
Uciekł wtedy do pokoju brata. Myślał, że go obudzi, a on mu pomoże.
Nic z tego. Dziadek pojawił się zaraz, a brat spał jak kamień.
Chciał czy nie chciał Feliks musiał porozmawiać z dziadkiem.
Musiał go wysłuchać i posłuchać.
Zrobić dokładnie to, czego dziadek sobie życzył, nawet jeśli mu się to nie podobało.
Dzisiaj było dokładnie tak samo z jedną małą różnicą. Dziadek nie bawił się już w podchody, w owijanie słów bawełną, tylko od razu wypalił prosto z mostu.
-Zabij ją.
- Ale przecież ciotka Dynia już nie żyje.
Oczywiście w pierwszej kolejności Feliks pomyślał o Dyni. Nie wiedział jednak jak zabija się upierdliwego nieboszczyka. Czy tak jak wampiry kołkiem wbitym w serce i poświęconą
wodą z kościoła?
-Idiota.
Dziadek Franek, nie wiadomo dlaczego każący mówić o sobie dziadek, chociaż Feliksa dziadkiem nigdy nie był i tak naprawdę nie wiadomo skąd się wziął, nastroszył gniewnie swoje długie ciemno-siwe wąsy bardziej pasujące swoim wyglądem do XVIII wieku niż do obecnych czasów. Jego równie długa ciemno siwa czupryna na głowie też się wzburzyła jak sierść u rozgniewanego psa.
Swoją drogą, gdyby dziadek Franek był psem, to z pewnością białym wilkiem albo czarnym owczarkiem niemieckim.  
Do tego doszło jeszcze groźne spojrzenie i Feliks zrozumiał, że to nie pora na żarty.
Wiedział już, że w każdej chwili dziadek może z nim zrobić, co zechce, a to co zrobi nie będzie miłe, ani przyjemne.
Kiedyś na przykład, prawie na samym początku ich spotkań Feliks niewinnie sobie z dziadka ubrania zażartował, że niby ta dziadka biała, długa koszula z dużym kołnierzem i  czarne spodnie getry pasują na dziadka jak dywan na krowę i już za chwilę miał za swoje. Dziadek powiesił go na kawałku koszuli, którą Feliks miał na sobie. Powiesił go na samej górze pod sufitem, na żyrandolu.
Potem długo się z niego śmiał.
Od tej pory Feliks nigdy się dziadkowi nie narażał.
Dlatego teraz natychmiast przeprosił dziadka i grzecznie zapytał o kogo chodzi.
- O tą dziewczynę, co do niej jedziesz. Ją masz zabić.
- Dlaczego?
- Bo ja tak mówię.
Z dziadkiem dyskusji nigdy nie było. Feliks też się już o tym przekonał.
Każda zbyt długa wymiana słów z mającym słuchać go bez gadania Feliksem, bardzo denerwowała dziadka. Gotów był wtedy wymyślić coś lepszego niż wieszanie na żyrandolu. Zamykał Feliksa w szafie albo wyrzucał przez okno, gdzie Feliks niesiony tylko siłą powietrza krążył wysoko wokół własnego domu. Zdarzało się też, że dziadek włączał telewizor, (nawet jeśli Feliks nie miał w pokoju telewizora, on i tak jakiś znalazł nie wiadomo skąd).
W telewizorze leciały zawsze ciekawe fragmenty z życia dziewczyny, w której Feliks się kochał i co z tego, że potajemnie. Dziewczyna zawsze była na ekranie z jakimś innym facetem i ze wszystkimi szczegółami Feliks musiał oglądać jej seks z tym innym.
Gdy tylko zamykał oczy dziadek raził go prądem ze swojej niby zwyczajnej popielniczki, a potem oglądał wszystko od początku, tyle razy, dopóki nie zgodził się z dziadkiem na jego propozycję. Zawsze propozycję nie do odrzucenia i nie do dyskusji.
Dlatego na wszelki wypadek zaraz przytaknął dziadkowi i bardzo grzecznie zapytał.
- Jak mam ją zabić i gdzie?
- Wszystko jedno, byle była zabita.
- A co powiedzieć ciotce?
- Mów sobie co chcesz. Jak ją zabijesz w nagrodę dostaniesz coś ode mnie
i nie pytaj co, bo to ma być niespodzianka.
Dziadek podniósł się z miejsca. Zapiął swój czarny długi płaszcz, chociaż na zewnątrz było nadal ciepło, on chyba nie miał zamiaru pokazywać się bez płaszcza. Może raczej nie miał zamiaru pokazywać swojej kwiecistej koszuli bardziej pasującej swoim wyglądem do geja niż do dziadka.
Zresztą w tej chwili to było nieistotne tak jak lakierki też czarne, które zawiązał.
Najważniejsze, że wstał z łóżka i wyszedł z pokoju. Za chwilę wrócił, ale tylko po to, żeby przypomnieć Feliksowi, że jak nie zrobi tego, o co go prosił, on z niego zrobi budyń albo coś innego.
- Poza tym- dodał -pamiętaj o naszych warunkach.
Warunki oznaczały obietnicę, jaką dziadkowi złożył na ich pierwszym spotkaniu.
Przyrzekł wtedy, że nikomu nigdy nic nie powie i będzie bez gadania spełniał wszystkie polecenia dziadka.
Tym razem jednak przerażony Feliks nie miał zamiaru słuchać dziadka. Miał już dość gróźb z jego strony i gdy tylko dziadek zniknął wreszcie za drzwiami i nic nie wskazywało na to, że pojawi się zaraz ponownie, zadzwonił do wróżki, która dała mu rytuały i przed wyjazdem pouczyła, co ma robić.
Nie zwrócił nawet uwagi na to, że jest środek nocy i dziewczyna pewnie dawno już spała.
Jednak o dziwo nie spała.
- Wiedziałam, że zadzwonisz i czekałam.
To wyznanie pewnie, by go zaskoczyło, gdyby miał do czynienia ze zwykłą dziewczyną, ale ona przecież nie była zwykła. Przekonał się o tym, gdy poszedł do jej gabinetu.
Wtedy właśnie okazało się, że jego wróżka zna doskonale wszystkie szczegóły z jego życia.
Był pewny, że ktoś taki poradzi sobie z dziadkiem.
- Dotychczas nikomu o tym nie mówiłem. Istnieje w moim życiu ktoś taki... W zasadzie nie wiem kto i chciałbym, żebyś mi powiedziała, co mam zrobić. On mi kazał kogoś zabić, a ja nie mogę tego zrobić.Nie potrafię i nie chcę zabijać i nie chce, żeby on do mnie przychodził, żeby mną rządził i ciągle mi wymyślał nowe zadania. Zadania nie do wykonania, bo jak można tak po prostu kogoś zabić.
- Podaj mi jego imię, nazwisko, zdjęcie. Bez tego nie da rady.
Zosia, bo tak miała na imię wróżka żałowała, że odebrała telefon, że powiedziała na początku to, co powiedziała. Oczywiście na żaden telefon od Feliksa nie czekała.
Po prostu miała problemy ze spaniem i o tej porze zwykle czytała w łóżku książkę. Telefon miała obok na wszelki wypadek, gdyby zadzwonił jeden z jej kochanków. Miała ich trzech i żaden jak do tej pory nic o innych nie wiedział. Między innymi z powodu jej zwyczajowej powitalnej uniwersalnej odzywki.
Wiedziałam, że zadzwonisz i czekałam.
Tym razem odzywka nie trafiła do uszu żadnego z kochanków, tylko do kretyna z biblioteki, w której od czasu do czasu pożyczała książki i który kiedyś pożyczył jej tę której od dawna szukała. Wtedy musiała mu się jakoś odwdzięczyć i dlatego zaprosiła go na bezpłatną wróżbę do swojego gabinetu.
Wcześniej dowiedziała się o nim wszystkiego od jednego ze swoich kochanków, który był detektywem i dzięki któremu jej interes zawsze dobrze prosperował. On dostarczał potrzebnych jej informacji, a w zamian za to dostawał, to co lubił, a czego nie chciała robić jego żona, bo ona akurat tego nie lubiła.
Dzięki temu wizyta bibliotekarza przebiegła bez zakłóceń, bez żadnych problemów.
Ona powiedziała mu to, co chciał wiedzieć i trochę o nim samym i dodała do tego swoje rytuały tzn. wymyślone dla niej przez drugiego kochanka, który był jasnowidzem całkiem oszalałym na punkcie jej ciała.
Teraz, gdy bibliotekarz zadzwonił i poprosił ją o pomoc w niezwykłej i niezbyt dla niej zrozumiałej sprawie, Zosia przypomniała sobie również o radzie kochanka jasnowidza.
,,Jeśli nie wiesz co zrobić, poproś o imię, nazwisko i zdjęcie. Resztę zostaw mnie. Ja to rozgryzę, oczywiście, gdy klient jeszcze będzie. Większość z nich nie lubi podawania danych osobistych,,.
Po drugie stronie Feliks nie wiedział, co ma powiedzieć.
- Widzisz to nie jest osoba rzeczywista. Mówi o sobie dziadek Franek. Nie wiem jak ma naprawdę na imię i jak się nazywa. Nie mam zdjęcia. On przychodzi do mnie między snem i jawą.
- A teraz gdzie jesteś? We śnie czy na jawie i ile i co wypiłeś?
Zdenerwowana Zosia rzuciła słuchawką. Nie chciała słuchać bajdurzeń pijanego zapewne bibliotekarza i natychmiast wyłączyła telefon, żeby on czasem znów do niej nie zadzwonił.
Jutro się jakoś wytłumaczy kochankom, którzy nie będą mogli się do niej dodzwonić.
Feliks został sam. Zanim jednak w pełni zdał sobie z tego sprawę, a także z tego,
że przed chwilą złamał daną dziadkowi obietnicę, telefon zadzwonił ponownie.
Feliks myślał, że to jego wróżka zmieniła zdanie i chce mu pomóc, ale to niestety nie była ona.
- Niedługo się przekonasz jak bardzo jestem nierzeczywisty.
Śmiech dziadka długo jeszcze brzmiał w uszach Feliksa.

 P.S. Nie myślicie chyba, że to wzięta z życia Feliksa opowieść. Jak już powiedziałam wcześniej niewiele wiem o Feliksie, nawet jeśli moje autorskie uszy i oczy sięgają daleko, to jednak nie aż tak daleko. Wszystko zostało przeze mnie zmyślone od początku do końca.