niedziela, 29 czerwca 2014

Bogini seksu

Zaczęły się wakacje.
Z tej okazji podzielę się z Wami opowiadaniem z serii ,, Przygody Feliksa,,.
Przyznacie, że uroczy bohater i całkowicie fikcyjny, nie z rzeczywistości, chyba,że tej alternatywnej lub wirtualnej.


Po długim, nudnym dniu pracy w bibliotece Feliks wreszcie wrócił do domu i położył się spać.
Oboje, jego ojciec i brat byli zdziwieni, że zamiast przy komputerze, Feliks grzecznie leżał z głową na poduszce.
-Co mu się stało?- Wyraził swoje zdziwienie ojciec, patrząc na sufit jakby tam chciał znaleźć właściwą odpowiedź.
-Chyba poderwał jakąś nową dziewczynę na fejsie- Poinformował ojca zawsze uczynny brat Feliksa.
-A ty skąd wiesz, przecież cię zablokował?-Tym razem spojrzenie ojca powędrowało 
w stronę garnka z zupą. Wcale nie była interesująca i on osobiście nie spodziewał się, że będzie mógł się nią najeść.Prawdopodobnie tak jak zwykle pójdzie do pobliskiego baru z pierogami, który po 20 przeistaczał się w tancbudę z piwem, chętnymi panienkami i przekąskami z łosia i innych dzikich zwierząt upolowanych przez gorliwego myśliwego Filipa. Dawniej strażaka, właściciela baru z naleśnikami, a obecnie leśniczego i oczywiście naczelnego dostawcę smacznych posiłków do różnych rzuconych tam i tu restauracji.
-A ojciec to niby skąd wie to wszystko?- Zapytał jego drugi w kolejności syn, równie upierdliwy jak pierwszy czyli Feliks.
-Synu, ty to ugotowałeś, czy znów poprosiłeś o pomoc tę, jak jej tam, Maryśkę?
Zapanowała niezręczna cisza. Brat Feliksa, Romek nie miał do powiedzenia nic na swoją obronę. Odkąd zabrakło matki, która zmarła rok temu na zawał serca, musieli gotować wszyscy na zmianę, bo tak zarządził głównodowodzący czyli ojciec. Od tego nie było żadnego odwołania, żadnego zmiłuj się.
Ojciec niczego nie przyjmował do wiadomości. Obiad zawsze musiał być na stole. Nieważne o której godzinie, ale musiał się w garnku pojawić, bo jak nie ojciec zdejmował pasek i tłukł swoich synów, a jak to nie pomagało odłączał im internet, z którego oczywiście sam też korzystał, ale miał swoją prywatną linię i o tym żaden z jego synów nie wiedział. Po co im taka niepotrzebna wiedza.
Teraz Ojciec patrzył na Romka w ten sposób, że nie wróżyło to niczego dobrego. 
-Niech się tata nie gniewa, skoczę po pizzę? - Przeprosił drugi syn równie nieudany, co pierwszy i już go nie było. Tak szybko wybiegł z domu.
Ojciec został sam z Feliksem. Trwało to jednak krótko, bo zaraz tak jak jego drugi syn wyszedł z domu zjeść coś na mieście.
Tymczasem Feliks spał spokojnie. Całkiem nieświadomy rozmowy, jaka toczyła się obok. Śnił swój sen o Bogini Seksu. Tak ją nazwał, gdy ją dziś zobaczył na spotkaniu wszystkich pracowników dzielnicowej biblioteki w śródmieściu miasta, w którym się urodził, uczył, pracował.
Miasto nie należało do super wielkich, ale nie było też małe. Można by je nazwać średnie.
W każdym razie nie jego nazwa i wielkość były teraz ważne. Liczyła się tylko ona, więc gdyby Feliks miał na nowo nazwać swoje miasto, nazwałby je Matylda. Po prostu. 
Po co jakaś inna nazwa.
Gdyby miasto Feliksa miało taką nazwę, na pewno byłoby o wiele lepsze niż było w rzeczywistości, bo taka była Matylda. Idealna perfekcjonistka. 
Nic dziwnego, że została szefową całej sieci czyli paru bibliotek śródmiejskich. Poza nią nie było innej, lepszej. Była owszem Alicja, ale o niej raczej starał się nie myśleć. 
Alicja go zdradziła. Wyjechała do innego większego miasta. Tam poznała swojego obecnego męża dyrektora szkoły podstawowej i chyba jasne, że już nigdy więcej do niego nie przyszła. 
Na szczęście do jego biblioteki przyszła ona. Matylda. 
Wprawdzie ostrzyżona na chłopaka o zafarbowanych na rudo włosach, które do tej pory mu się nie podobały, to znaczy nigdy mu się nie podobał taki kolor, ale za to o zapierającej dech w piersiach figurze. Długie nogi i wspaniały biust, ani za duży, ani za mały. 
Taki w sam raz. Z pewnością ,,Playboy,, by się nim zaciekawił.
Na spotkaniu miała na sobie dobrze skrojony szary garnitur. Wiadomo chciała pokazać, kto tu jest szefem. Musiała być inna niż te wszystkie kolorowe baby, z którymi Feliks pracował, bo taką pracę wymyśliła mu jego mamusia, zasłużona wieloletnia bibliotekarka.
Feliks zaraz wyobraził ją sobie w inny sposób. Oczywiście bez ubrania, 
ewentualnie w czarnych majtkach, rajstopach na czarnym pasku i w czarnym biustonoszu, z czarnym biczem w ręku. 
Tak mogłaby wyglądać. Tak wyglądała, gdy Feliks zamknął oczy na chwilę. 
Na chwilę, bo zaraz kierowniczka jego biblioteki zwróciła mu uwagę, żeby je otworzył i słuchał jakby słuchać nie można było z zamkniętymi oczami. Zresztą i tak, to co miała do powiedzenia Matylda w wersji szefowej nie było ciekawe i kto by tego chciał słuchać, gdyby przymusu słuchania nie było.
Dlatego Feliks nie słuchał, tylko marzył, a ponieważ na zebraniu marzyć się nie dało, bo ciągle ktoś przeszkadzał jak nie upierdliwa kierowniczka, to inne też upierdliwe baby, swoje marzenia Feliks przyniósł do domu. Zaraz jak przyszedł, położył się. Nawet nie jadł obiadu, który pewnie i tak był obrzydliwy, bo dzisiaj miał go Romek ugotować, a ten wiadomo na gotowaniu nie znał się ani trochę.
Po co więc zawracać sobie głowę obiadem.
O dziwo sen przyszedł szybko i była ona, taka jaką sobie wyobraził. Zbliżyła się do niego i trzasnęła biczem aż mu w uchu zadźwięczało. Chyba jednak trochę przesadził, wyobrażając sobie ją z biczem.
Zanim zdążył pomyśleć o tym już była na jego kolanach i szybko rozbierała z tego co miał na sobie.
Akcja się rozkręcała. Feliksowi robiło się na przemian gorąco i zimno, gdy dziewczyna, oplotła go swoimi nogami i całkiem ujarzmiła jak jakieś zwierzę. 
Dziewczyna, nie, dojrzała kobieta, a może jednak dziewczyna. 
Feliks nie wiedział, co ma o niej myśleć i wcale nie myślał.
Po prostu był pod nią, a ona na nim. Szalona, zakręcona całkiem młoda i całkiem dojrzała, jakże inna niż zwiewna Alicja, która przed nim uciekła. Jednak ktoś się chyba uwziął na Feliksa, bo znów obudził się w środku wspaniałej zabawy. Znów coś go wyrwało z samego środka tak jakby ktoś mu zabrał smaczne ciastko sprzed nosa albo kawałek czekolady.
Feliks siedział w swoim pokoju na krześle i był kompletnie ubrany w swoje wyjściowe granatowe spodnie z cienkiego materiału i marynarkę nieokreślonego koloru, to znaczy jej koloru nie mógł zobaczyć oraz białą koszulę z długim rękawem. Na przeciwko siedziała jego ciotka Dynia nazwana tak przez swoich bliskich z powodu swojej olbrzymiej tuszy.
- Dosyć tego-Powiedziała, zgarniając swój kolorowy szal na plecy i odsłaniając wielgachny dekolt swojej podobnej do piżamy błękitnej sukienki.
- O co cioci chodzi?
- O ten tramwaj, co nie chodzi.
Feliks czuł, że nie będzie to miła rozmowa. Ciotka za życia była bardzo wymagająca, a co dopiero po śmierci. 
O jejku, ona przecież nie żyła. 
Dlaczego więc była tutaj, a nie w swojej wygodnej trumnie pod ziemią?
Świadomość, że ciotka zmarła i w żadnym wypadku nie powinna tu z nim siedzieć, sprawiła, że Feliks oblał się zimnym potem. Śniadanie podeszło mu do gardła, a może to było co innego. Jakaś zimno-gorąca kula. W każdym razie owo coś przyjemne nie było.
Feliks już wiedział, że nic nie powie. Będzie tylko słuchał.
I tak było. Ciotka w dosadny sposób, którego nie będę tu przytaczać z powodu cenzury, powiedziała Feliksowi, co o nim myśli i co ma zrobić.
Ciekawi ciągu dalszego? Może go kiedyś napiszę. Oczywiście jak Feliks mi pozwoli, bo Feliks jest wrażliwym człowiekiem i wcale nie lubi swojej autorki. 

   


 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz