wtorek, 30 września 2014

Dlaczego bijemy się o tanie okazje?

Mogłabym powiedzieć, czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Mogłabym, gdybym nie widziała, gdybym była taka nieuśwadomiona. Niestety mieszkam  w marketowym mieście i nie jedno już widziałam i słyszałam.

Najczęściej słyszałam o marketach. Najczęściej je widziałam. Te duże i te małe tzw. dyskonty spożywcze. Ludzi też widziałam jak biegną i biją się o okazje, tanie okazje, jedzenie i sprzęt różnego rodzaju. Plazmowe telewizory, laptopy, komórki,
tablety, drukarki itp. itd.
I o czym to świadczy?  O tym, że wszyscy mało zarabiamy,  a ceny różnych towarów są wygórowane. Nikt przecież nie będzie kupował bluzek za 50 zł, bananów za 7, książek  
za 40 itd., jeśli zarabia około 1300, a z tego dużą część musi wydać na mieszkanie. Pokażcie mi takiego człowieka, który będzie wydawał więcej jak może mniej,
 oczywiście za to samo.
Pewnie, zdarzają się wyjątki czyli dziwacy podobni do mnie. Nie lubią marketów i wcale
do nich nie chodzą albo bardzo rzadko. Ja należę do tych drugich czyli chodzę w takie miejsca rzadko i na pewno nie zobaczycie mnie tam na otwarciu z torbą pełną okazji
i balonikiem w ręku.
Niby nie należę do tej bogatej grupy społeczeństwa. Nie zarabiam nie wiadomo jakich kokosów i tanie okazje,  by mi się przydały, a jednak nie lubię marketów. Może dlatego,
że kiedyś w jednym z pierwszych tego rodzaju sklepów rozbolała mnie głowa.  Moje oczy zwyczajnie nie mogły przetrawić tylu rzeczy zgromadzonych w jednym miejscu i do tego głupawej, głośnej muzyki i wielgachnej przestrzeni. Wtedy jeszcze nie byłam do tego przyzwyczajona. Zareagowałam tak jakbym oglądała kilka programów telewizyjnych jednocześnie. I może teraz moja podświadomość nie pozwala mi wchodzić w takie miejsca zbyt często.
W każdym razie nie biję się z innymi o dostęp do tańszej drukarki i o wiele tańszego jedzenia. Wydaje mi się to takie prymitywne, chociaż z drugiej strony zupełnie normalne. Rozumiem tych ludzi. Dlaczego mają płacić za coś 10, jeśli naprawdę nie jest to tyle warte. Nie jestem więc całkowicie przeciwko marketom. Spęłniają pragnienia wielu ludzi,
 których nie stać na rzeczy w zwykłych sklepach.
Jednak bez przesady, jeden, góra dwa na większą okolicę wystarczy. Po co więcej, zwłaszcza na takim małym osiedlu jak moje. Czy po to, żeby ludzie cały swój wolny czas spędzali na wydawaniu pieniędzy? Na pewno tak by chcieli właściciele tych sklepów. Wygryźć całą konkurencję, być monoplistą na rynku. Czy nie takie sobie stawiają cele
i akurat tutaj w moim mieście znaleźli podatny grunt.
Pewnie prędzej czy później postawią na swoim i ludzie tacy jak ja nie będą mieli nic do powiedzenia. Będą musieli nie tylko znosić widok ogołoconej z zieleni okolicy, ale jeszcze robić zakupy w dyskontach, bo innych sklepów nie będzie. Zbankrutują. Oni w końcu nie mogą sobie pozwolić na tyle, na ile mogą wielkie spożywcze firmy.
Przyszłość jawi mi się w czarnych kolorach jak Orwellowi, gdy pisał swój ,, Rok 1984,,. Okazuje się, że nie tylko komunizm niesie z sobą zagrożenie. Kapitalizm też jest straszny
i obrzydliwy.
Najpierw przenosisz się do pięknego zielonego miejsca, do ślicznego kolorowego bloku. Wokół mnóstwo przestrzeni. Las, pole, cisza. Mija trochę czasu i  biznesmeni z zewnątrz dostrzegają również ,,twoje,, piękne miejsce i się zaczyna. Wielka firma komputerowa zajmuje dużą część lasu i pola, potem magazyny, tramwaj, bloki i wreszcie dyskonty spożywcze w odległości kilku metrów jeden od drugiego.
W przyszłości widzę to tak. Zero normalnych małych sklepów. Nie ma książek i dobrych polskich ciuchów i butów. Po ulicy szwędają się analfabeci. Bezrobotni i pracownicy markektów, banków, cukierni i aptek.
Czy Wam się to podoba? Mnie nie.













































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz