wtorek, 23 września 2014

Weź się w garść czyli coś o depresji.

Słyszeliście kiedyś coś takiego? Taką wspaniałą radę od mamy, taty, męża, żony, kolegi, koleżanki i wielu innych zawsze wiedzących lepiej, co trzeba zrobić, gdy jest ci smutno
i ciężko na sercu? Ja to czasem słyszałam, a wtedy zazwyczaj miałam ochotę kopnąć
w tyłek tę ,,mądrą,, osobę.
Dlaczego? Zapytacie, ale tylko ci z Was, którzy prawdziwego smutku nigdy nie przeżyli.
Ci pozostali nic nie powiedzą. Oni wiedzą, że taką radę możesz sobie wsadzić do kieszeni razem z wczorajszą gazetą i papierem toaletowym. Jedno i drugie do wyrzucenia czyli gazeta, papier, rada. Wszystko jedno w jakiej kolejności. Gazeta nieaktualna, papier
nie za bardzo nadaje się do wycierania nosa, chyba, że jest z tych luksusowych, super delikatnych, a rada zwyczajnie nic nie warta.
Co niby mają znaczyć zawarte w niej słowa? Nie płacz? Głowa do góry? Lepiej pozmywaj naczynia zamiast siedzieć bezradnie ze wzrokiem utkwionym w sufit? Weź w końcu coś
z tej lodówki, w której wnętrze tak się gapisz jakby to był jakiś film ciekawy, a może lodówka pomyliła ci się z telewizorem i teraz się dziwisz, dlaczego ten telewizor nie działa?
To wszystko kryje się dla mnie w tych słowach. Niby prostych zwyczajnych, rzuconych przez roześmianą osobę, która właśnie się zakochała albo jest szczęśliwa z innego powodu. Na pewno się nie zastanawia, co wam mówi i po co, bo dla niej to jest proste.
Jesteś smutny, to się weź w garść i od razu przestaniesz być smutny. Gwarantowany sukces natychmiastowy.



Jak jest naprawdę, wiedzą tylko ci, co to przeżyli lub przeżywają.
Ja to przeżyłam, więc teraz mogę się trochę pomądrzyć.
Poza tym miałam ostatnio na facebooku bardzo ciekawą rozmowę, właśnie o depresji. Osoba, z którą rozmawiałam tak bardzo się zdenerwowała, że zaraz wypisała się z moich znajomych. Niestety nie pierwsza i nie ostatnia taka, co się obraziła i odeszła. Nie mój problem tylko tej super wrażliwej osoby.
A o co poszło? O odmienne spojrzenie na depresję. On, bo to był on, uważał, że wystarczy kontrolować myśli i już człowiek będzie zdrowy. To tak jakby ktoś Wam powiedział, że sami możecie naprawić sobie złamaną nogę. Oburzycie się na pewno. Gdy chodzi o tzw. fizyczne choroby nie oczekujecie magicznej pomocy. Bez wizyty u lekarza i bez leków.
Nikt sobie nie wyobraża, że zamiast znieczulenia u dentysty, zastosuje afirmację i kontrolę umysłu, a może są tacy tylko ja o tym nie wiem. W każdym razie wydaje się normalne, że jak coś nas boli idziemy do lekarza. Jedynie niektórzy robią inaczej i ja też takiego znałam. Do lekarza nie chodził wcale, bo wierzył w metody altrnatywnego leczenia. Dzisiaj dzięki tym metodom leży na cmentarzu, ale to już inna historia.
Nie jestem przedstawcielką lekarzy ani aptekarzy i dlatego tak mówię.
Ja też chętnie korzystam z innych, nietradycyjnych sposobów leczenia. Są naprawdę dobre. Jednak trzeba wiedzieć, kiedy je zatosować.
Wróćmy teraz do mnie i mojej depresji. Nieważne dlaczego, ale, że się pojawiła. Zaczęło się od lęków. Budziły mnie wcześnie rano. Byłam pewna jak mój niedawny rozmówca, że doskonale dam sobie z tym sama radę. W końcu przeczytałam tyle książek i w dodatku skończyłam kurs Silvy, na którym uczyli różnych fajnych wizualizacji, a nazywało się to medytacją. Byłam więc bardzo mądra i bogata w techniki radzenia sobie z niepokornym, zbuntowanym umysłem. Zastosowałam wszystkie, jakie znałam, a wtedy starałam się poznać ich jak najwięcej. Zaczęłam nawet chodzić na jogę. To podobno bardzo dobry sposób na smutki i wszelkie psychiczne dolegliwości tak jak długi spacer.
Jednak ja robiłam swoje, a mój lęk swoje. Jakbym gadała do obrazu, a obraz do mnie ani razu tzn. gadał, ale po swojemu. W swojej upartej i niezrozumiałej mowie. Budził mnie już nie tylko rano, ale również w nocy. Chciałam spać. Nie pozwalał. Rano starałam się głęboko oddychać. Zazwyczaj taki oddech uspakaja, ale mój lęk się wcinał jak nieproszona Ciotka Paszczaka. Mówisz jej, nie chcę ciociu tego mleka, a ona i tak wlewa ci go do gardła. Dusi cię swoją chustką, gdy próbujesz wziąć oddech. Czasem owszem udaje się, ale nie do końca. Jeden udany oddech, drugi z lękiem. Zawsze w końcu musiałam wstać. Ćwiczyłam jogę i inne ćwiczenia. Wydawało się, że jest lepiej. Próbowałam wizualizacji czyli tej tzw. medytacji Silvy. Nie wchodziłam zbyt dobrze w stan alfa, albo szybko z niego wychodziłam. Mimo to nie rezygnowałam. W końcu przecież się uda, myślałam. Tamtym osobom z książek się udawało. Dlaczego mnie miało się nie udać, ale się nie udawało i nawet wyjazd nad morze nie pomógł. Zwyczajnie lęk wyjechał razem ze mną. Budziłam się rano i nie wiedziałam, gdzie mam wyjść, co robić. Nie chcę wstawać tak wcześnie rano, chociaż nad morzem chcę pospać. Co z tego lęk się obudził. On tak długo spać nie chciał. Porozmawiałam z nim zgodnie ze wskazówkami huny, bo niby dlaczego miałam z nich nie skorzystać. Dobre są wszystkie metody, tak sądziłam. Niestety. Lęk zwizualizowałam, ale do porozumienia z nim nie doszłam. Po 2 tygodniach wróciłam do domu z lękiem. Wiedziałam już o nim, że spać nie lubi. Boi się dnia. Woli wieczór. Noc tak sobie. Nie znosi muzyki i nie wszystkie filmy. Przy każdej płacze i w ogóle bardziej mu płacz wychodzi niż uśmiech czyli rozrywkowy to on nie jest ani trochę. Dobrze chociaż, że lubi czytać. Jednak za seksem nie przepada. Jakoś go to nie rajcuje, ani trochę. I jak tu żyć z tym lękiem?
Idź do psychiatry, poradziła mi koleżanka. Była, jest pielęgniarką i do tego jak chcecie możecie się przyczepić jak mój rozmówca, który sprawiał wrażenie nielubiącego służby zdrowia, chociaż z drugiej strony, kto ich tak bardzo lubi, ale to już inna sprawa.
W każdym razie poszłam do tego lekarza i wcale tego nie żałuję. Przpisał mi leki, które wbrew poglądom mojego rozmówcy nie zrobiły mi kaszy z mózgu, ani budyniu, ani żadnej innej potrawy. Wreszcie zaczęłam normalnie spać i funkcjonować. Lęk minął. Owszem po lekach wieczorem pojawiała się senność czyli nic za darmo, ale poza tym mogłam ćwiczyć, pisać i robić wszytko na co miałam ochotę.
Na końcu przydałby się morał, chociaż ja morałów bardzo nie lubię.
Kochani po prostu nie bójcie się lekarzy. Oni wcale nie są tacy groźni, a ich leki mają skutki uboczne jak wszystkie inne. Nie zawsze wyleczycie się samymi ziółkami, spacerem, jogą, medytacją. Depresja ma to do siebie, że rzadko udaję się z nią kontrola umysłu. Sami zresztą możecie spróbować. Mnie słuchać nie musicie. Czasem trzeba coś samemu przerobić, doświadczyć. Leki na depresję nie są na pewno białymi prochami, które robią wodę z mózgu. Nie wierzcie w takie głupoty. Najczęściej głoszą je te same osoby, które mówią Wam, weź się w garść. Takie, które o depresji mają niewielkie pojęcie. Jeśli coś przeżyli, to był mały smutek, z którym można sobie dać radę. Na depresję najlepiej działają leki w połączeniu z innymi metodami. Zawsze sprawdzcie czy to tylko smutek, czy coś poważniejszego. Jeśli mimo waszych dobrych chęci trwa i nie ma zamiaru odejść, warto udać się do lekarza.
 I tyle moich mądrych rad. Wszystkim życzę zdrowia i dobrego sampoczucia tej jesieni.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz