niedziela, 30 marca 2014

Czas.

Miałam zamiar z okazji zmiany czasu z zimowego na letni napisać o naturze czasu, ale pisanie o tym to jak wejście do czarnej dziury. Wejdziesz, ale czy wyjdziesz nie wiadomo. Teoretycznie nie. Jednak teoria swoją drogą, a praktyka swoją. Co niemożliwe w teorii, może okazać się prawdziwe w praktyce lub na odwrót. 
Uwaga, to co napisałam jest tylko moją teorią. Prawda może być całkiem inna. Zaskakująca i niespodziewana. Wcale nie taka, jaką chciały by widzieć wszystkie autorytety naukowe. Dlatego nie będę się wysilać i pisać o naturze czasu. Inni potrafią to lepiej wyjaśnić i bardziej zainteresowanych odsyłam do tej strony http://arkadiusz.jadczyk.salon24.pl/350669,o-naturach-czasu#1.
 Tam znajdziecie wszystkie szczegóły o naturze czasu. Po co ja mam się powtarzać, zwłaszcza, że nie jestem fizykiem i polecaną stronę sama muszę przeczytać kilka razy, żeby coś zrozumieć. 
Tak kochani działa umysł humanisty. Całkiem pozbawiony logiki i dlatego musi w szkole uczyć się matematyki i zdawać z niej maturę. Ja nie uczyłam się dobrze, nie miałam jej na maturze i teraz proszę nie rozumiem prostego tekstu o naturze czasu.
Wracając do tematu, to już wiecie, nie będzie o żadnej naturze, a będą jedynie moje luźne myśli na temat czasu.
 Zacznijmy od pewnej kłótni. Szłam na jogę z przyjaciółką i zaciekle, głośno dyskutowałam o nadchodzącej zmianie czasu, która jak zwykle bardzo mnie oburzała. Jak to jest, że dwa razy w roku muszę przestawiać zegarek i cały swój organizm na późniejsze i wcześniejsze wstawanie. Przyjaciółka, która lubi mnie czasem pouczyć, powiedziała mi o korzyściach związanych z przesuwaniem zegarka. Powtórzyła dokładnie to, co mówili komuniści na ten temat czyli o oszczędnościach energii. Dziwne, że teraz już się o tym nie mówi, a może mówi, tylko ja tego nie słyszę jakoś. W każdym razie przyjaciółka powtórzyła ich argumenty i dodała coś o podobnych zwyczajach w w innych krajach. Na wspomnienie tego, co wtedy mówiła do dziś ogarnia mnie biała gorączka gniewu, chociaż tyle czasu minęło, a to dlatego, że nie tylko ona, ale ja jeszcze bardziej lubię mieć rację zawsze i wszędzie. Nie podoba mi się, gdy ktoś myśli inaczej, a jeszcze bardziej, że nie dopuszcza mnie do głosu, bo tak właśnie było i jest, gdy spotykają się z sobą dwie uparte babki.
Kłóciłyśmy się namiętnie, psując sobie nastrój przed ważnymi i fajnymi ćwiczeniami i teraz wiem, że to nie miało sensu.
A po co piszę o tym wszystkim?A po to, żeby powiedzieć Wam wszystkim nie warto dyskutować i kłócić się o zmianę czasu, jeśli nie macie zamiaru napisać petycji do rządu w tej sprawie. Nie warto sobie strzępić języka. Szkoda czasu. Nie możecie czegoś zmienić, dajcie sobie spokój i zaakceptujcie to co jest.
To była jedna moja refleksja. Nie ma co narzekać wiecznie na zmianę czasu, tylko się do niej dostosować i tyle. Kłaść się wcześniej do łózka i nie zarywać tak jak ja całej prawie nocy. To taka refleksja grzecznej, akceptującej wszystko i miłej dziewczynki.
Ta niegrzeczna, która też jest we mnie, jest buntowniczką i pyta po co mi ta cholerna zmiana czasu i jeszcze a po co mi życie w rzece czasu i powtarzam wtedy za Perem Pettersonem przeklinam rzekę czasu, a swoją drogą jest to tytuł jednej z jego książek. Bardzo ciekawej godnej polecenia. Nie jest wprawdzie o naturze czasu, a raczej o tym jak ten czas przeżywa bohater. Nie będę jednak zdradzać szczegółów. Szczegóły możecie znaleźć tu  http://lubimyczytac.pl/ksiazka/23491/przeklinam-rzeke-czasu.
Wracając do moich refleksji nie łatwo być obojętnym wobec czasu, zarówno zmiany czasu z zimowego na letni jak i naszego czasu, który mija, zmienia wszystko. Rozwija nas albo niszczy. W zasadzie obojętni mogą być tylko ci, którzy o czasie nie myślą tyle co ja.
 I jeszcze jedna refleksja jak by się nie wściekać, akceptować lub być obojętnym, czas i tak sobie nic z tego nie robi. Zmienia nas. Istnieje w nas i w naszym życiu i całkiem nieważne, czy się z tym zgadzasz, czy nie, czy ci się podoba czy nie.
Szkoda czasu na gadanie i pisanie czyli w takim razie po co ja to wszystko pisałam, ale ten problem zostawiam super logicznym umysłom, dzięki którym znów mamy maturę z matematyki. Oni na pewno dotrą do właściwej odpowiedzi i jak poprosicie, to się z Wami podzielą swoimi wnioskami..

Tag: Psychologiczne

sobota, 29 marca 2014

O buddyźmie zen słów kilka.

Kilka, bo tylko przez ,, chwilę,, praktykowałam ten rodzaj medytacji i spojrzenia na świat. Chodziłam do pobliskiego ośrodka zen i razem z innymi medytowałam, śpiewałam i słuchałam prowadzącego, który zawsze na koniec czytał nam coś ze zbioru nauk mistrza zen Seung Sahna.

Seung Sang i mnisi z Abbey of Our Lady of Gethsemani.

To właśnie on przyczynił się do założenia ( mam na myśli Seung Sahna, nie prowadzącego ) Buddyjskiego Stowarzyszenia Zen Kwan Um w Polsce w 1981 roku, a ja siedziałam w grupie praktykującej jego nauki.  Jak to się stało, że tam trafiłam? Zwyczajnie, popchnął mnie tam mój głód medytacji i jak zwykle książki, które czytałam. Były to: ,,Strzepując popiół na Buddę,,  Seung Sahna,   ,,Trzy filary zen,,  Philipa Kapleau,  ,, Zen świt na zachodzie ,,  tego samego autora,  ,, Oko nigdy nie śpi ,,  i książki Thich Nhat Hanha. Te ostatnie po prostu o zen życia codziennego, niekoniecznie o praktykowanym przeze mnie później Kwan Um.
Jak widzicie teoretycznie byłam świetnie przygotowana. Mniej więcej wiedziałam co to jest koan i jak się powinno siedzieć na poduszce i oczywiście czym jest i czym nie jest zen. Czego chcieć więcej. A jednak...
Wróćmy do początku. Było tak. Przez internet znalazłam najbliższą grupę zen i zadzwoniłam pod podany numer. Z drugiej strony odezwał się miły męski głos. Umówiliśmy się na dzień i godzinę. O spotkaniu z zen powiedziałam przyjaciółce, która tak jak ja interesowała się medytacją. Poza tym praktykowała buddyzm i była, jest ciekawską osobą. Obie chciałyśmy spróbować czegoś nowego i obie przybyłyśmy na miejsce spotkania. Pod podanym adresem znajdowała się jedna z wielu starych kamienic tuż przy głośnej ulicy i rynku z różnościami. Po starych rozklekotanych schodach weszłyśmy, nie pamiętam już, na drugie lub trzecie piętro. Wszędzie wysokie sufity i unoszący się w powietrzu zapach staroci i jakby kocich sików. Stare drewniane drzwi z donośnym dzwonkiem. Po chwili byłyśmy już w długim korytarzu przedpokoju. Tutaj zostawiłyśmy ubrania i buty. Na salę medytacyjną nie wchodzi się w butach. Droga na salę prowadziła przez obszerny pokój. Wisiały tu takie jakby kimona. Naprawdę nie wiem jak to się nazywało. Musiałyśmy to coś założyć przed wejściem na salę. Dla mnie najtrudniejsze było zawiązanie paska. Podobno wiąże się go jak krawat, a czy ja kiedykolwiek nosiłam krawaty. Na szczęście nasz wprowadzający w nauki zen przystojny facet pomógł mi ten pasek-krawat zawiązać. My miałyśmy krótkie ,,kimonka,, , a on dla odmiany całkiem długi strój też biały i do tego taką dziwną torbę na szyi. Przeczytałam tyle książek, ale nie wiem, co to było. Zen nie zajmuje się takimi szczegółami, albo ja zwyczajnie czegoś nie usłyszałam i nie zrozumiałam i dlatego teraz nie potrafię powiedzieć jak się, co nazywa. W każdym razie w końcu weszłyśmy na tę salę. W drzwiach trzeba było się odpowiedni ukłonić stającemu na przeciwko w drugim końcu sali posążkowi Buddy. Dopiero potem można było usiąść na jednej z wielu tworzących krąg poduszce. Na razie poduszki były puste. Medytujący mieli pojawić się później. My z przyjaciółką byłyśmy na tzw. wprowadzeniu w praktyczne techniki medytacji czyli mówiąc zwyczajnie co, gdzie i po co mamy robić.


Prowadzący powiedział nam krótko czym jego zdaniem jest zen. Do jakiego celu się dąży. Jak ważny jest czysty umysł, umysł dziecka, które niczego nie określa słowami i dzięki temu widzi świat, taki jakim jest.
 Wprowadzenie bardzo mi się podobało. Było całkowicie zgodne z tym, co wyczytałam w książkach. Och, jaka wspaniała była mantra, jaką mieliśmy powtarzać w swojej głowie. Na wdechu czysty umysł, na wydechu nie wiem. Cudowne słowa. Byłam pełna entuzjazmu i z wielka radością przystąpiłam do medytacji formalnej, która zaczęła się później. Chwilę później, gdy przyszli pozostali, ci już wtajemniczeni w praktyczne sekrety zen. Dziwne było to, że kobiet było mało. Prawie wszyscy młodzi mężczyźni, bardzo przystojni i dlatego pomyślałam sobie, szkoda, że nie przyprowadziłam tutaj mojej drugiej przyjaciółki, tej, która wtedy wciąż jeszcze polowała na fajnego faceta. Ta, z którą byłam raczej napalona nie była, przynajmniej nie na nich tylko na medytację tak jak ja.
Zaczęło się. Najpierw niezrozumiałe śpiewy z ukłonami. Do tych śpiewów każdy dostał swój śpiewnik, ale mimo to śpiewanie nie było wcale łatwe. Trzeba było zachować odpowiedni rytm, podział samogłosek i szybkość. Ja nie nadążałam. Moja przyjaciółka też nie, ale jakoś tam śpiewałyśmy. Te pokłony to była istna gimnastyka czyli mogłyby zen praktykować tłuste kobiety w ramach odchudzania. Wstawanie siadanie i znów siadanie z pokłonem do ziemi. Nie da się tego opisać, to trzeba przeżyć. I wreszcie po tym wszystkim medytacja. Ulga, można odpocząć, ale nie można zasnąć, bo trzeba mieć oczy otwarte skierowane pod pewnym kątem w punkt na ziemi. Trudno dokładnie powiedzieć jak, bo nasz wprowadzający tłumaczył nam to bardzo ogólnikowo. Mistrza nie było, tylko prowadzący zwany starszym uczniem, chociaż niewątpliwe był młodszy od nas. Nie wiek się tu jednak liczy, tylko mądrość.
Ulga spokojnego siedzenia trwała krótko. Zaraz odezwało się ciało i umysł, który już naprawdę nie wiedział co w myślach powtarza jak bezrozumna katarynka. Protestował kręgosłup, protestowały nogi. Owszem można było wstać i medytować na stojąco, ale to nic nie dawało. Ciało i tak miało dość. Oczy też się męczyły wpatrywaniem w jakiś punkt leżący na podłodze. Widziałam skupione twarze na przeciwko. Najgorzej mieli ci z katarem, bo jak tu rozpraszać wszystkich brzmiącym w tej ciszy jak trąby jerychońskie wydmuchiwaniem nosa. Z drugiej strony nie można przecież siedzieć z kapiącym nosem, żeby nie zrobić małego jeziorka wokół siebie. Trudna sprawa. Takie i inne myśli chodziły mi po głowie i ta jedna najważniejsza, kiedy wreszcie będzie koniec. Czas wydłużył się do nieskończoności. Wniosek, jeśli czas Wam szybko mija, idźcie na zen i praktykujcie medytację. To naprawdę niezły sposób na zatrzymanie czasu. Nagle okazuje się, że jest go za dużo i nie wiadomo, kiedy się skończy. Pewnym urozmaiceniem były chwile kiedy prowadzący wstawał ze swojego miejsca tuż obok Buddy i rozpoczynał przechadzkę wokół nas. Chodził powoli przed nami i ta osoba, która czuła największe zmęczenie lub ból, gdy przechodził obok kłaniała się przed nim, a on w zamian poklepywał ją swoim kijem po plecach. Miał go oczywiście przy sobie, nie latał po sali w poszukiwaniu kija, piszę dokładnie jakby ktoś z Was miał tu jakieś wątpliwości, co do tego, gdzie kij się znajdował. Ja też skorzystałam z tzw. ,, dobroci,,  kija. Nie powiem, żeby mi to pomogło. Nadal bolało mnie całe ciało od siedzenia. Raz czy dwa, nie pamiętam dokładnie był spacer wokół sali. Medytacja chodząca tak to się mniej więcej nazywa. Byli tacy, którzy wtedy korzystali z okazji i dyskretnie uciekali do drugiego pokoju. Może nawet całkiem uciekali z całego budynku, ale wtedy ktoś musiał zamknąć za nimi drzwi, tak łatwo nie było. Uciekniesz sobie i zostawisz drzwi otwarte. W zasadzie dobrze, bo po co ktoś miałby ukraść moje rzeczy, a w czym bym wróciła do domu.
Wracajmy jednak do medytacji. Szłam za innymi razem z przyjaciółką, nie korzystając z możliwości ucieczki, bo niby dlaczego miałam uciekać. Jak już się tu znalazłam chciałam wytrwać do końca. Przyjaciółka dyskretnie pokazywała mi godzinę na zegarku. Naprawdę było późno. Powoli zbliżała się 9 wieczorem. Ciemno jeszcze nie było, bo trwało lato, ale jednak nie była to wczesna pora. Po kilku okrążeniach usiedliśmy, by medytować dalej na siedząco lub stojąco. Męka trwała jeszcze trochę. Prowadzący dał w końcu znać dzwonkiem, że to koniec medytacji. Jeszcze zaśpiewaliśmy tzw. wielką mantrę czy coś takiego, a potem prowadzący czytał nam fragment z książki ,, Strzepując popiół na Buddę,, naszego głównego mistrza Seung Sahna. Potem bez żadnych komentarzy na temat danego tekstu, mogliśmy wyjść z sali, rozebrać się z kimonek w drugim pokoju, ubrać się w przedpokoju i iść do domu. Wcześniej wszyscy znajomi gadali, ściskali się, a prowadzący pytał nas o wrażenia i zapraszał na herbatę. Niektórzy zostawali, ale my wtedy, zmęczone po pierwszej medytacji wróciłyśmy do domu.     
Na zewnątrz z całą siłą uderzyły mnie dźwięki, takie czyste wyraźne po tej ciszy, w której byłyśmy tyle czasu. Nawet przyjemniej teraz brzmiały niż wcześniej, gdy tu wchodziłyśmy przed 7 wieczorem. 
Tak, ten pierwszy raz z medytacją zen zrobił na mnie duże pozytywne wrażenie mimo bólu kręgosłupa i bólu mięśni. Ten ból nie był ważny. Można go było przezwyciężyć. Miałam zamiar kontynuować swoje bliskie spotkania z zen i przychodzić do ośrodka medytacji raz w tygodniu. Moja przyjaciółka też miała taki zamiar. Razem zawsze raźniej i wrażeniami można się podzielić. Obie chciałyśmy oświecenia. Obie podchodziłyśmy do tego bardzo poważnie i zaczęłyśmy medytować w domu po 30 minut codziennie. Najlepiej o stałej porze, ale wiadomo życie takie, a nie inne więc u nas było to o różnych i często w czasie spaceru z psem, bo ona i ja miałyśmy, mamy psy. Oczywiście nie zawsze był to nasz wspólny spacer, ale nie to akurat jest ważne. Na medytacje zen chodziłyśmy regularnie, zostając czasem na herbacie i rozmowie z innymi medytującymi. Mimo nękającego mnie bólu mięśni i kręgosłupa medytacja mi się podobała, bo czułam po niej większy spokój. Miałam wrażenie, że wreszcie robię coś, co ma sens i zaprowadzi mnie daleko w moim rozwoju duchowym. 
Sielanka jednak nie trwała długo. Najpierw się przeziębiłam. Może dlatego, że sala była kiepsko ogrzewana. Leciało mi z nosa drapało w gardle, ale jakoś sobie z tym radziłam. Chciałam dalej medytować. Z kolei mojej przyjaciółce wysiadały nogi. Kiedyś zamiast na poduszce siedziała na stołku. Trochę później do mojego przeziębienia dołączyły dziwne wrażenia związane ze wzrokiem. Na granicy wzroku zaczęły się pojawiać dziwne falujące migoczące linie. Pojawiały się często po medytacjach. Ja jednak starałam się nie zwracać na nie uwagi, zwłaszcza, że raz były, innym razem nie.


Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Tuż przed wigilią było jeszcze jedno spotkanie w ośrodku zen. Chciałam pójść a jednocześnie trochę mi się nie chciało. Nadal miałam katar, kaszel. Na sali wciążl było lodowato mimo włączonego grzejnika. Zaczęłam zadawać sobie pytanie mam iść czy nie. Mimo wszystko jestem wierzącą osobą, więc w sytuacjach, gdy nie wiem co zrobić, pytam o zdanie Boga. Teraz też zapytałam, a przede wszystkim o to, czy ten cały zen jest rzeczywiście dla mnie, czy rzeczywiście jest mi potrzebny. Wkrótce, możecie wierzyć albo i nie, dostałam odpowiedź i była ona bardzo dokuczliwa. Co się stało zapytacie? Niby nic takiego. Na spacerze z psem, biegnąc za nim potknęłam się o wystającą płytę chodnikową. Z całej siły walnęłam głową w chodnik. Podarłam swoje ulubione spodnie, rozbiłam rękę i kolano i kulejąc, prawie z płaczem wróciłam do domu.
Szybko okazało się, że moje obrażenia to tylko dodatkowy szczegół uboczny. Szczegół dość miły w porównaniu z tym, co dostałam w wigilijnym prezencie, prezencie od losu, Boga, od siebie, sama już nie wiem od kogo. Wieczorem zaczęłam wszystko podwójnie widzieć. Myślałam, że to tylko zmęczenie, ale następnego dnia, gdy otworzyłam oczy było to samo. Nie mogłam już czytać książek. Górna linijka wchodziła na dolną. Bezskutecznie szukałam pomocy u okulisty i neurologa. Badania łącznie z rezonansem mózgu niczego nie wykazały. Lekarze nie wiedzieli, co to może być. Okuliści trochę pocieszali, że normalny wzrok może wrócić, chociaż dla mnie to nie było żadne pocieszenie.
 I tak moja przygoda z zen się skończyła. Na medytacje już nie wróciłam. Na początku nie mogłam, a potem już nie chciałam. Normalny wzrok pojawił się po około trzech, czterech miesiącach, gdy już prawie straciłam nadzieję, że kiedyś będzie tak jak dawniej.
Po tej długiej opowieści czas na wnioski. Zen jest fajny, owszem, ale nie dla każdego. Bardzo możliwe, że nie wszystkim w nauce i praktykowaniu medytacji wystarcza sam starszy uczeń. Nic tu mistrza nie zastąpi, bo tylko on może prawidłowo skorygować twoją postawę, to czy dobrze siedzisz i masz we właściwy sposób otwarte oczy. Ja z pewnością popełniłam jakiś błąd. Prawdopodobnie mistrz, by go zauważył i nadal chodziłabym na zen, a tak piszę tylko na blogu o swoich wrażeniach. O wrażeniach, które były dobre i złe.

P. S. Nie miałam zamiaru odradzać komukolwiek praktykę zen, ani krytykować to czym jest lub nie jest zen. Dla mnie na pewno nie jest to żadna szkodliwa sekta. Inni medytujący nie mają, nie mieli podwójnego widzenia, inaczej nie byłoby medytujących i zen nigdy by się w Polsce nie pojawiło. Moje uwagi są tylko moimi uwagami niczym więcej.

Tag: Z życia, Religie       

wtorek, 25 marca 2014

Siedzę i myślę.

Przyszedł czas podzielić się z Wami wierszami, które napisałam ostatnio i tymi ze starego zeszytu, z czasów mojej przyjaźni z pewną wspaniałą kobietą. Teraz przyjaźń też trwa, ale pojawili się już nowi ludzie, nowe sytuacje i dystans między nami się zwiększył. Takie życie, ale wiersze przetrwały.




Mogłabym z Tobą gadać do rana
o niebieskich migdałach,
o motylach i ptakach
i nie wiadomo o czym,
a tymczasem siedzę w kuchni przy nieumytych garach
i wzdycham.

Zabrane ze strony Międzynarodowa Akademia Rozwoju Swietłany Bogdanienko

Wojna między nami trwa
tu na Ziemi.
Jestem kobietą, a ty mężczyzną,
wiele nas dzieli.
Nasza płeć jak ściana
między nami.
Krzyczę do Boga
czy nie ma już nadziei,
a On się uśmiecha
i zsyła promyk światła.
Już wiem, pamiętam.
Jestem duszą i jestem w tobie,
ty jesteś we mnie.
Nie ma podziału na męskie i żeńskie.
Oboje jesteśmy w Bogu
i już nie muszę walczyć
z Tobą, ani Ty ze mną.


W gabinecie luster szukam swojej twarzy,
ale znajduję tylko różne światy.
Jestem w nich ta inna, obca, smutna
jakby na pół przełamana.
Płaczę.
Przez moje łzy promyk światła do luster dociera.
Szkło pęka.
Odsłania mnie prawdziwą,
radosną, piękną i szczęśliwą.
I tylko jedna zadra.
Myśl w mojej głowie to nieprawda.


 Nie zobaczysz mnie na wysokich obcasach,
nie zobaczysz w sukience mini
ani w makijażach
i koralach na szyi.
Nie zobaczysz mnie z wielką torebką
i siatami pełnymi niepotrzebnych rzeczy.
Nie zobaczysz mnie wcale,
jeśli staniesz tylko na progu
i nie wejdziesz dalej.
Jeśli spojrzysz na mnie jak na okładkę,
jak na ciało
i przedmiot, który by się chciało
zniknę i już mnie nie ujrzysz
jak kropla deszczu na wietrze
jak słońce za obłokami.


Lubię deszcz,
bo wtedy pod parasolem całujesz mnie czule
i w twoich oczach pojawia się blask.
Znikam w nim, tonę.
Staję się promykiem na twoich powiekach,
kroplą deszczu i łzą w twoim oku,
śpiewem odległych gwiazd,
które gdzieś tam za chmurami się kryją.
Nie jestem już tylko twoją kobietą.
Teraz i zawsze nie należę do nikogo.
Byłam, jestem i będę boską istotą,
duszą, której nie można spętać żadnym łańcuchem
i zamknąć w klatce swoich oczekiwań.
Taka właśnie jestem, gdy deszcz pada na nas,
a my chowamy się przed nim pod parasolem.

Tag: Moja twórczość, wiersze   

P.S. To są moje ostatnio napisane wiersze. Tworzyłam je pod wpływem 2 interesujących znajomych z facebooka - 2 atrakcyjnych facetów i im je dedykuje. Te ze starego zeszytu następnym razem. 
  






czwartek, 20 marca 2014

Uwazność w moim wykonaniu-cz.2

Co było w pierwszej części? A macie oczy i rozum? Jeśli tak, zakładam, że tak, znajdziecie z łatwością część pierwszą.


Nie wiem dlaczego, jak to się dzieje, że chociaż mi nie wychodzi, nadal jej pragnę, szukam jej wszędzie i dążę do niej. Dlaczego jest dla mnie taka ważna? Może dlatego, że nie chcę być jeszcze jednym automatem, któremu da się wszystko wcisnąć. Taki nie ma własnego zdania. Kieruje się tym, co mówi ogół, najbliżsi, rodzina, przyjaciele, koledzy, koleżanki, sąsiedzi, ksiądz w kościele, ludzie w kolejkach do kasy w markecie i ogólnie dostępne media. Gdyby automat zatrzymał się na chwilę i zaczął praktykować uważność, przestałby być automatem. Właśnie dlatego warto choć przez chwilę być świadomym. Wyłączyć na chwilę pilota, który zazwyczaj robi, mówi i myśli za nas. Tylko przez chwilę spróbować inaczej i zobaczyć, jak to jest być świadomym. Czy to trudne? Czy łatwe i co daje? Jaka jest wtedy rzeczywistość, nasz świat i ludzie wokół? Wszystko takie samo? Czy może coś się zmienia?
Ja spróbowałam wiele razy, bo byłam, jestem i będę ciekawa. Nie przyjmuję tego, co zazwyczaj słyszę od innych. Lubię sprawdzić i sama się przekonać. Czy słone jest naprawdę słone, a słodkie słodkie? Czy deszcz jest paskudny, a słońce wspaniałe? Czy inni mają rację, a ja się mylę? Czy można zapanować nad bólem bez tabletek? Co czuję? Kim jestem, gdy odrzucę etykietki nadane mi przez ludzi? Moim zdaniem stała praktyka uważności daje odpowiedzi na różne pytania, a przy okazji umysł się relaksuje. W końcu tak jak komputer stale włączony zużywa się i psuje kto wtedy go naprawi? Zawsze lepiej zapobiegać niż leczyć, a gdy już jest choroba, zmierzyć się z nią twarzą w twarz, zamiast uciekać i tłumić na wszelki sposób.
Uzdrawiające właściwości uważności odkrył Jon Kabat Zinn. Kim on jest? Profesorem na Uniwersytecie Medycznym w Massachusetts. Prowadzi Klinkę Łagodzenia Stresu. W swoich książkach podaje praktyczne ćwiczenia uważności i mówi o tym jak ważna w życiu codziennym jest uważność. Dwie z jego książek mam na swojej półce: ,, Życie piękna katastrofa ,, i ,, Świadomą drogą przez depresję,, Należą do tych, do których często zaglądam, chcąc się nauczyć uważności. Wybaczcie, ale na drogie kursy organizowane w Polsce mnie nie stać, a może po prostu nie mam do nich zaufania. Czy nie zauważyliście, że teraz jest dużo takich kursów i czy one rzeczywiście prowadzą do celu. Może osiągnie się więcej czytając książki Jona Kabata Zinna zamiast nauki na kursie osoby, która się tego nauczyła gdzieś tam niekoniecznie od niego. Jeśli nie mam racji, a może jednak nie sprawdziłam dokładnie i kursy prowadzi sam pan Zinn, to proszę niech mnie ktoś poprawi w komentarzu. Jestem otwarta na wasze uwagi. Na razie póki co kontynuuje temat uważności.
Tam w Massachusetts można się jej uczyć w Klinice Łagodzenia Stresu. Jeśli tego właśnie potrzebujesz, lekarz może Cię do niej skierować. Zajęcia z uważności są terapią uzupełniającą. Pomagają ludziom z przewlekłymi schorzeniami po prostu żyć. Zazwyczaj lepiej niż dotychczas. Co pisze o tym sam Zinn ,, Nie ma leków, które uodpornią was na stres czy ból, magicznie rozwiążą wasze problemy życiowe czy przyspieszą zdrowienie. Potrzebny jest wasz świadomy wysiłek... trzeba nauczyć się pracować z tym stresem i bólem, ..., Ludzie, którzy przyszli do kliniki mówią tak : ,, Wciąż pamiętam jak zimą 1981 weszłam do wielkiej sali konferencyjnej na akademii medycznej przy University of Massachusetts. Siedziało w niej w kręgu 30 osób - młodych i starych. ... Choć przyszłam na tę sesję z kolegą [...]  jako ,, obserwator,, od razu zapragnęłam zostać uczestnikiem tych porannych zajęć. ... wszyscy obecni w sali nowicjusze - z których wielu cierpiało na chroniczny ból i miało problemy z usiedzeniem bez ruchu - zobowiązali się do codziennych 45 minutowych ćwiczeń w domu. I w ciągu zaledwie kilku tygodni wielu z nich informowało o niezwykłej poprawie ich stosunku do własnego ciała, umysłu i innych ludzi.,,
I jeszcze Jon Kabat Zinn o swoich pacjentach: ,, Choć skierowano ich do kliniki, by nauczyli się relaksować i lepiej radzić ze stresem, widać wyraźnie, że uczą się o wiele więcej. Często wyjeżdżają z mniejszą liczbą i mniej uciążliwymi fizycznymi objawami, z większą pewnością siebie, optymizmem i asertywnością.,,
Nic dodać nic ująć. Jon i to co robi mówi samo za siebie i w pełni odpowiada na pytanie dlaczego warto uganiać się za uważnością, dlaczego warto jej pragnąć i próbować do upadłego, nawet do końca życia. Może na moim nagrobku ktoś napisze ta, która próbowała, bo nie chciała żyć tak jak wszyscy, o ile będzie jakiś nagrobek, bo osobiście wolę kremację, ale to już temat na święto zmarłych, na pewno nie będę o tym teraz pisać. Podsumowując uważność jest ważna, warto jej próbować i nie przejmować się, że nie zawsze wychodzi lub wcale nie wychodzi, bo zawsze dzięki tym próbom przestajemy powoli być automatem i marionetką w rękach innych ludzi.
P. S. Cytaty pochodzą z książki ,, Życie piękna katastrofa , którą Wam polecam.

Tag: Medytacja, Religie

sobota, 15 marca 2014

Uważność w moim wykonaniu-cz.1.

Jak się łatwo o tym czyta. Wydaje się, że Ty sam to potrafisz. 
Wystarczy tylko odłożyć książkę i zacząć. Chyba nie ma nic prostszego, a jednak....
 
 

To nie reklama środka do zmywania naczyń.



Jest jak z jazdą na łyżwach, gdy tylko patrzysz jak inni pięknie jeżdżą, a potem sam, sama zakładasz łyżwy, chociaż jeździć na nich nie potrafisz. I co, zaraz ryjesz nosem ziemię,bo nogi gdzieś uciekają.Tak samo jest z uważnością. Czytasz, wydaje się łatwa. Nabierasz zapału i szybko zaczynasz działać. Szybko też kończy się Twoje działanie. Okazuje się, że nie potrafisz tak jak ten mądry facet, autor książki. Potrzeba czegoś więcej niż przelotny entuzjazm. Czego? Nie dowiecie się tego ode mnie, chyba, że przeczytacie to gdzieś między wierszami. Naprawdę nie wiem, co zrobić, żeby być uważnym.
Tylko sobie myślę o tym. Dlaczego nie umiem tak jak Thich Nhat Hanh pozmywać naczyń. Może gdyby przyjechał tutaj do mnie z tłumaczem, żebym mogła go zrozumieć, a on mnie, byłoby inaczej. Jednak nauka wymaga nauczyciela. Bez tego nie jest łatwo. Wyższa szkoła jazdy. Nie znasz zasad, żadnych reguł i co jak sobie poradzisz. Same książkowe mądrości nie zawsze coś dają.
Owszem przeczytałam tekst o zmywaniu naczyń i...? Nadal leżą brudne w zlewie, a ja omijam je wzrokiem.To potrafię doskonale, zamiast zauważać,nie zauważać.W końcu jeżdżę autobusem i wiele razy muszę w sposób świadomy nie patrzeć, nie widzieć: ludzi z wyraźnym brudem, liżących się nastolatków, babć i dziadków szukających wolnego miejsca i wiele innych mniej lub bardziej nieprzyjemnych rzeczy
Wracając do naczyń i uważności. Thich pisze tak: ,, ...pogląd, że mycie naczyń jest nieprzyjemne, może powstać tylko wtedy, kiedy ich nie zmywasz.,, Ja zmywam, zmywałam i będę zmywać, choć z dużym  opóźnieniem i niechęcią. Dalej Thich pisze tak: ,, Lubię bez pośpiechu wziąć każdy talerz do ręki. Jestem wtedy w pełni świadomy talerza, wody, każdego ruchu  moich rąk.,, Już samo zanurzenie rąk w ciepłej wodzie, jest dla naszego mistrza czymś cudownym. Jak do tego doszedł? Na pewno nie poprzez czytanie książek na ten temat. Pobyt w klasztorze od 16 roku życia go tego nauczył. Codzienna praktyka pod okiem nauczyciela. Na pewno nie dyskoteki i inne swawole. Palenie, picie, objadanie się, oglądanie telewizji i siedzenie na facebooku. Nie łudźcie się, ale to nie pomaga.
Wkładam ręce do wody i co czuje, złość, że nie jestem gdzie indziej. Nie lubię tej wody i tych naczyń. Myślę, tak jak nie powinnam czyli kiedy to się skończy, kiedy zacznie się coś innego. Dopiero, gdy pozmywam czuję ulgę.Tak samo jest z innymi rzeczami np. z czekaniem na przystanku. Kiedy wreszcie ten autobus przyjedzie. Nie chcę tu już stać. W tym momencie nie potrafię być uważna. Mnie się ta chwila nie podoba. Nie chcę, żeby trwała i uciekam w swoje myśli, do swojej głowy. Już mnie tu nie ma, a do uważności nie tędy droga. Trzeba umieć zaakceptować daną chwilę, siebie w tej chwili i innych wokół. Nie odwracać się tylko spojrzeć, zobaczyć swoje uczucia i zapytać dlaczego są takie, czy mogą być inne, czy ja mogę być inna.
Nieźle się rozpisałam. Ci co nie wiedzą mówią, ci co wiedzą milczą, ale od każdej zasady są wyjątki.
Skąd wzięłam Thicha Nhata Hanha?  Oczywiście tylko z książek. Nie znam go osobiście. Jest mnichem buddyjskim wyświęconym w wieku 16 lat. Wie zatem sporo. Napisał trochę o byciu uważnym. Moja ulubiona książka jego autorstwa to ,, Każdy krok niesie pokój,, i tam jest cały tekst o zmywaniu naczyń. Na pewno warto po tę książkę sięgnąć i po inne jego autorstwa.
Wciąż się zastanawiam, choć nie wiem dlaczego tak mnie to pociąga,
 jak być bardziej uważną i polubić zmywanie naczyń.
 P. S. Czuję że temat niewyczerpany. Napiszę jeszcze c.d.

Tag: Medytacja, Religie 

środa, 5 marca 2014

Już zbliża się ta data i to nie koniec świata. Obyczajowe

Nie, nie będzie o końcu świata i nowych przepowiedniach Nostradamusa, chociaż ciekawe,
co by on sam powiedział, gdyby nagle ktoś go wepchnął do maszyny czasu i chciał, nie
chciał znalazłby się w naszych czasach. Chyba nie byłby szczególnie szczęśliwy i może nawet dostałby zawału.


 
Ale odbiegam od tematu. Może innym razem posnuje fantazje o Nostradamusie, a na razie
coś bardziej przyziemnego czyli ten dzień, niby zwykły, bo idziesz do pracy albo jest niedziela
lub sobota i twój tyłek wyleguje się na kanapie przed telewizorem. Nic nadzwyczajnego, a jednak
tego dnia jak jesteś facetem, to niestety musisz ściągnąć tyłek z kanapy i iść po kwiaty,
a jak jesteś babką musisz się wykrzywić w uśmiechu i udawać, że ci się to podoba, chyba,
że naprawdę ci się podoba. Och, kotku pamiętałeś o mnie, chyba ci zaraz obiadek podam,
a potem upiekę ciasto. Tak postępuje dobrze wychowana żona szczególnie w takim dniu.
Już wiecie o co chodzi? Jasne, odpowiedź jest prosta jak linia w zeszycie i jak drut, którym
włamujesz się do samochodu sąsiada. Nasz ,,ukochany,, dzień kobiety moje. Wszystkie po równo dostaniecie kwiatka i lizaka. Potem polecicie po zakupy, założycie fartuszek i będziecie swojemu
lubemu dogadzać frykasami z lodówki. On sobie w tym czasie odpocznie przed telewizorem,
a nawet jeśli będzie inaczej, to i tak następnego dnia znów przerodzicie się w usłużne panie domu.
To tylko jeden dzień. Facet może w tym dniu zrobić dla ciebie wyjątek, czemu nie i tak się
opłaca, bo w pozostałe dni ty kochana będziesz się kręcić koło niego. Dlaczego? Jesteś kobietą
i do tego cię przygotowywano w domu, w szkole. Co z tego, że masz równe prawa. Możesz
głosować i pracować. Dla nich i tak jesteś lalką z pociągającym tyłkiem.
Dali ci ten dzień na odczepnego, że niby taka jesteś ważna jak kobiety z Nowego Jorku 1908 roku.
Dzięki nim możesz teraz uczyć się, pracować, być kimś, a po pracy wrócić do domu gotować,
prać i niańczyć dzieci i być pocieszycielką dla swojego męża. Czy naprawdę tak wiele się
zmieniło od dawnych czasów. Na pewno. Kobiety nie są już tak jawnie poniżane, najwyżej
gdzieś na boku. Mniejsza pensja niż faceta na tym samym stanowisku, ewentualne zaloty szefa,
który daje do zrozumienia, że masz być grzeczna, inni narzucający się faceci.
W każdym razie nie jesteś i nie byłaś traktowana poważnie. Jesteś lalką, której można dać zerwane,
martwe kwiaty, zatkać buzię ciastkiem, ładną ozdóbką i ciuchem z wytwornego sklepu.
Och, czemu ja się tak oburzam, przecież to piękne święto i wcale nie komunistyczne, bo wtedy
w Nowym Jorku to nie komuniści je wymyślili, tylko ludzie
( czyt. mężczyźni), którzy w ten sposób
chcieli upamiętnić bohaterskie kobiety czyli super cacy, wspaniały dzień, więc czemu ja tego
dnia naprawdę czuję, że jestem tą drugą gorszą płcią?
 
P.S. Nie jestem feministką i do żadnej manify czy jak to się tam nazywa, się nie przyłączam.
Zdecydowanie jestem sobą czyli indywidualistką, dziwaczką, która woli być szanowana i kochana
przez cały rok, a nie tylko jednego dnia.
Czy ktoś może mi powiedzieć, kiedy jest dzień mężczyzn i dlaczego się go tak hucznie nie obchodzi
w wielu krajach świata? Pewnie jestem w tym temacie niedouczona, więc może mnie ktoś oświeci.
Wszystkim kobietom życzę, żeby nie tylko ten dzień, ale i wszystkie pozostałe były wspaniałe. 


Tag: Obyczajowe             

poniedziałek, 3 marca 2014

Tak miało być- nienapisany komentarz.

Jakiś czas temu przeczytałam ciekawy wpis na jednym z moich ulubionych blogów. 
Link do bloga podam na końcu. 
W każdym razie bardzo mnie poruszył jak zresztą większość wpisów z tego bloga. 
Teraz jednak nie będę pisać o większości, ale o tym jednym. 
Wystarczy, żeby was zanudzić albo zaciekawić.
Nie zgadzam się z autorką wpisu. Pewnie, gdybym się zgadzała, nie pisałabym o tym.
Powiedzenie ,, tak miało być ,, nie jest usprawiedliwieniem dla moich złych decyzji, 
złych wyborów i całkiem sknoconej roboty. Nigdy tym dla mnie nie było. 
Myślę nawet, że gdyby jakiś psycholog powiedział mi, że gadam w ten sposób, 
bo nie chcę ponosić odpowiedzialności, to bardzo bym się wkurzyła. 
Niestety komentarze niektórych psychologów bywają upierdliwe, a jeszcze bardziej
entuzjazm, z jakim próbują wmówić pacjentom, że coś jest tak, nie inaczej. 
Ale, ale czy my wszyscy nie postępujemy w ten sposób.
 Dlatego nie mam żalu do autorki za to, że przedstawia swój punkt widzenia.
Do rzeczy, bo trochę odbiegłam od tematu. Myślę sobie, życie i świat nie są przypadkowe.
 Nie zostały stworzone przez dzieci bawiące się w chowanego. 
Są po coś i dla kogoś. Nie muszą takie być dla każdego. 
Tak więc dla autorki bloga życie jest, jak zrozumiałam, zbiorem przypadkowych rzeczy.
Jeśli źle zrozumiałam autorka mnie poprawi i mam nadzieję tutaj na moim blogu.
W świecie, który jest po coś jest miejsce na ,, tak miało być,, 
ale w świecie przypadku i naszych planów, uporządkowanym przez nasz umysł, 
miejsca na takie stwierdzenia nie ma. Tutaj wszystko zależy tylko od nas. 
Jeśli coś nie wyjdzie, my ponosimy odpowiedzialność.
Świat pierwszy jest moim światem i wcale nie dlatego, że unikam odpowiedzialności,
 uciekam przed konsekwencjami i pocieszam się głupim gadaniem.




 To nie tak. Różnica między mną, a autorką bloga polega na tym, że ja wierzę, że nie tylko my tworzymy naszą rzeczywistość. Na pewno nie wiemy wszystkiego o naszych planach. Czy są rzeczywiście dobre dla nas i dla innych ludzi, dobre dla całego świata, a nie tylko dla grajdołka, w którym się znajdujemy.Wydają się wspaniałe, ale czy rzeczywiście są takie. Gdy popełnimy błąd, wściekamy się, bo jest inaczej niż chcieliśmy, niż sobie wyobrażaliśmy. W dodatku być może przez nasz błąd cierpią inni.
Dla osoby, która tak myśli, powiedzenie ,, tak miało być,, albo ją pocieszy albo rozzłości. Jednak dla
osoby takiej jak ja nieprzywiązanej do rezultatów swoich działań i przekonanej, że światem rządzi
większa mądrość, powiedzenie ,, tak miało być,, brzmi inaczej. Nie jesteśmy tacy doskonali, żeby
wiedzieć, że to, co sobie wymyśliliśmy było dobre. Nawet jeśli inni przez to cierpią, nie oznacza to,
że mieliśmy dobry pomysł. Jeśli coś się nie udało, miało być tak nie inaczej.
Tak zdecydowała wyższa od nas mądrość. Mądrość, która wie więcej niż my.
Niestety trzeba jeszcze przyjąć do wiadomości, że istnieje wyższa mądrość, a to już inna bajka.
Zbyt trudna na ten post.
W każdym razie, podsumowując, nie bądź uzależniony i przywiązany do efektów, a wtedy z pewnością
Cię nie rozczarują i nie zdenerwujesz się, gdy ktoś powie ,, tak miało być ,,.
Pozdrawiam serdecznie autorkę bloga, za to, że dodaje mi inspiracji do pisania takich tekstów jak powyższy i uwaga, podaję link do jej strony:   http://www.pozaschematy.pl/2013/10/22/tak-mialo-byc/