czwartek, 31 lipca 2014

Marzy mi się napad na księgarnię.

Skąd ten pomysł? Zupełnie zwariowany.
Dlaczego się pojawił w mojej głowie?
Na te i inne pytania zaraz odpowiem.
Odpowiedź na pierwsze jest prosta.
Pomysł pojawił się pod wpływem opowiadania o napadzie na piekarnię.
Opowiadanie napisał znany i lubiany przeze mnie pisarz. Jaki?
Gdzie znajduje się opowiadanie?
O wszystkim powiem w swoim czasie czyli pewnie na samym końcu ujawnię szczegóły.
Na początku moje luźne refleksje.

Zdjęcie zabrane z tej strony.
Dlaczego chciałabym napaść na księgarnię?
Co bym z tej księgarni zabrała?
Pewnie myślicie, że kasę. Napady robi się, przecież po to, żeby zabrać komuś jego forsę.
Jest to całkowicie logiczne. Jednak ja i moje myślenie nie wiele mamy wspólnego z logiką.
Owszem miałam taki przedmiot na studiach.
Chyba tylko po to, żeby się przekonać, że logiki nie lubię.
Podobnie jak wykładanej na studiach psychologii.
Jak sobie pomyślę, że ludzie się tego uczą, robi mi się niedobrze.
Odbiegam od tematu.
Napadłabym na księgarnię nie po to, żeby zabrać pieniądze z kasy, których tam pewnie mało, bo po pieniądze trzeba raczej iść do banku.
Na księgarnię napadłabym z powodu książek. Zabrałabym ich tyle, ile by się dało.
Normalnie są one dla mnie niedostępne i wcale nie dlatego, że jestem statystycznym Polakiem nieczytającym książek. Jak wiadomo czytam ich w nadmiarze i często mam ich dużo, gdyż chodzę do 3 bibliotek. 
Do księgarni też wchodzę, ale kupuję książki bardzo rzadko.
Dlaczego? 
Zwyczajnie ich ceny są wygórowane, więc gdy mam do wyboru ładny ciuch lub dobre jedzenie, to jednak to wybiorę. 
Nie będę przecież kosztem książek chodzić w starych łachach.
To chyba jasne. W tym przypadku jestem typową kobietą 
i w dodatku taką, która ma mało forsy, a bogatych sponsorów brakuje. 
W końcu niewielu jest takich, co dużo zarabiają i jeszcze chcą wydawać swoją forsę na zachcianki jakieś baby, nawet jeśli jest bardzo dobra w łóżku.
To jednak inny temat.
W każdym razie nie mam tyle szmalu, żeby sobie kupić kilka książek w księgarni.
Dlatego marzy mi się napad.
Ja w kominiarce z kimś, kto chciałby ze mną uczestniczyć w tym napadzie. 
Z odważnym kolegą, koleżanką, przyjacielem, przyjaciółką, sąsiadem, sąsiadką, 
a może z tym facetem, co mnie ostatnio podrywał pod sklepem. 
Też by się nadawał, o ile wykazałby się odrobiną szaleństwa i pomysłowością, 
taką jaką wykazali się bohaterowie opowiadania.
Główny bohater i narrator mówi żonie o tym jak był głodny 
i razem z drugą osobą napadł na piekarnię. 
Facet, który był w tej piekarni oddał im wszystko 
w zamian za poświęcenie trochę czasu na muzykę Wagnera. 
Teraz po latach bohater odczuwa podobny głód razem z żoną, 
która wpada nagle na pomysł napadu.
Co było dalej? 
Jak to się skończyło? 
Dowiecie się jak przeczytacie opowiadanie.
Wracając do mojego napadu. Myślę, że byłoby podobne do tego z opowiadania.
Tyle tylko, że ja zaspokoiłabym swój głód książkowy, 
a jakbym już te książki przeczytała, to bym je uwolniła 
czyli przekazała innym takim jak ja, co książek nie czytają, 
ale nie dlatego, że nie chcą, ale dlatego, że nie mają dość forsy. 
Podobnie jak biblioteki, które żebrzą o każdy grosz, 
bo tego, co mają jest zbyt mało, żeby można było kupić wiele ciekawych książek.
Czytelnictwo spada, a jaki tego powód? 
Nie brak chęci do czytania, ale brak dostatecznej ilości forsy.
Tak jak bohater opowiadania o napadzie na piekarnię, jestem głodna. 
Mój głód jest głodem książkowym. Stąd pomysł na napad, gdyż inaczej się nie da.
Jesteśmy głodni i potrzebujemy jedzenia. Nieważne, czy dla żołądka, czy dla głowy.
Ważne jest to pragnienie i realizacja pragnienia.
Ciekawe jakby na mnie zareagowali pracownicy księgarni?
Czy daliby te książki w zamian za słuchanie nielubianej przeze mnie muzyki disco polo.
To byłaby prawdziwa zapłata. Prawdziwa tortura dla moich uszu.
Chcesz książki, weź je sobie, ale posłuchaj z nami przebojów najnowszych disco polo.
Takich, co to lecą na weselach, żeby ogłupić tych zbyt jeszcze trzeźwych gości.
Zastanawiam się jak bym wytrzymała dawkę godzinną tej ,,uroczej,, muzyki?
Czy wyszłabym z księgarni bez książek, 
uciekając przed przymusowym słuchaniem muzyki?
A co z transportem? 
Mój wspólnik, wspólniczka musiałby mieć ciężarówkę, żeby zabrać moje książki.  
Może oboje mielibyśmy stopery w uszach takie jak te chroniące przed śpiewem syren.
Czy jednak wtedy usłyszelibyśmy, co mówią do nas pracownicy sklepu, 
a przecież to, co powiedzą jest bardzo ważne.
Wydaje się z pozoru, że te moje fantazje niewiele mają wspólnego z opowiadaniem, 
z jego treścią.
Pozornie. Tak naprawdę treść jest podobna. Tylko sklep inny. Inny rodzaj głodu.
Chodzi jednak dokładnie o to samo, co u mnie 
czyli kradzież rzeczy w normalny sposób niedostępnych. 
Oczywiście mogłyby być dostępne, gdyby bohater miał trochę inne poglądy na temat swojej pracy.
W moim przypadku, gdybym miała dobrą pracę czyli dobrze płatną albo bogatego sponsora.
Oburzacie się pewnie na moje pomysły. Przynajmniej niektórzy.
Jak można okradać innych?
Można, nasze państwo nas ciągle okrada i dobrze, więc my też możemy kraść, 
jeśli czujemy taką potrzebę. Musimy tylko mieć w sobie dość odwagi i luzu.
Poza tym to moje fantazje i fantazje autora opowiadania.
Do Was należy wybór, czy chcecie to czytać, czy nie i czy Wam się to podoba czy oburza.
To Wy nadajecie znaczenie temu co czytacie i własnym odczuciom 
czyli jak Wam się nie podoba, nie moja wina.
Myślę, że autor opowiadania zgodziłby się ze mną w tej kwestii, a może by się nie zgodził?
To już nie moja sprawa.
Napisałam jedynie coś w rodzaju recenzji opowiadania, które dopiero teraz przeczytałam.
Pora rozwiązać zagadkę dla tych, 
którzy jeszcze nie wiedzą, o kogo chodzi i o jakie opowiadanie.
Gdzie ono się znajduje?
Uwaga. Mówię.
Chcecie czytajcie. Nie chcecie nie czytajcie, ale osobiście polecam. 
Na pewno na to nie szkoda czasu.
Haruki Murakami ,, Zniknięcie słonia,,. Opowiadanie pod tytułem ,,Ponowny napad na piekarnię,,.


   

poniedziałek, 28 lipca 2014

Czy miasto jest dla ludzi?

Odpowiedź wydaje się łatwa, prosta.
Ludzie mieszkają w mieście, więc miasto jest dla ludzi.
Zapytam jeszcze raz. Jesteście pewni, że miasto jest dla ludzi, a jeśli tak to dla jakich?
Jakie warunki muszą spełniać ludzie, żeby tu mieszkać?
Oczywiście, możecie się oburzyć i powiedzieć od razu żadne.
Najprościej dać odpowiedź bez żadnego zastanowienia. Bez refleksji.
Jednak takie odpowiedzi nic nie są warte, chociaż może istnieją wyjątki.
Wystarczy zadać pytanie osobie, która coś wie i chce się z nami tym podzielić.
Wtedy otrzymamy z pewnością ciekawą odpowiedź.
Czy moja odpowiedź będzie ciekawa? Zobaczymy.


Gdy byłam mała, każde lato spędzałam na wsi u cioci.
Tam było strasznie nudno. 
Ani koleżanek, ani kolegów i żadnej książki, chyba, że sama sobie coś przywiozłam 
albo pojechałam do pobliskiego miasteczka i tam sobie coś kupiłam.
W każdym razie na wsi mi się nie podobało 
i z radością wracałam do swojego rodzinnego miasta.
Tutaj było, to co chciałam. Koleżanki, koledzy, książki, moje kasety z muzyką, 
co teraz wydają się śmieszne i magnetofon również teraz śmieszny.
Moje miasto było dla mnie wspaniałym miejscem, prawie świętym. 
Zawsze je broniłam przed ,,ciemnymi,, chłopami dumnymi ze swojej wsi 
i śmiejącymi się z mieszczuchów takich jak ja.
Minęło trochę czasu. Nawet nie trochę. Minęły lata. Dużo lat.
Teraz ja już dorosła całkiem inaczej patrzę na swoje miasto.
Nagle z cudownego miejsca stało się dla mnie dusznym więzieniem, 
klatką, z której na razie nie widzę żadnego wyjścia.
Teoretycznie wyjście istnieje. Mogę w każdej chwili wyjechać. 
W praktyce różne sprawy i ludzie sprawiają, że wyjechać nie mogę.
Patrzę więc na to, co się dzieje w moim mieście i w mojej najbliższej okolicy.
Kiedyś było tu pięknie. Tylko lasy i pola. Mnóstwo miejsca dla ludzi lubiących spacery.
Nagle coś się zaczęło. Zaczęło się jak katar. Dokładnie nie pamiętasz początku.
Dziwisz się. Co się stało? Jak to się stało? Jeszcze przed chwilą miałam/em zwyczajny nos, którego nie czułam/em. Skąd ten katar? Kiedy się pojawił? 
Jak długo był we mnie niezauważony?
To samo działo się z moją okolicą.
Przyjechały jakieś samochody. Pojawili się ludzie na pobliskiej ulicy.
Wtedy prowadzącej bezpośrednio do torów kolejowych.
Pewnego dnia podeszłam do jednego z robotników. 
Zapytałam, co się dzieje, co tutaj robią.
On na to, że nie może powiedzieć. Bąknął coś o konieczności poszerzenia drogi.
Ja i inni tutaj mieszkający żyliśmy do samego końca w nieświadomości.
Wycieli bardzo dużo lasu. Z dnia na dzień robił się coraz mniejszy. 
Zostawili mały kawałek.
Z drugiej strony, gdzie była jeszcze duża przestrzeń i las, też się pojawili robotnicy 
i zaczęła się wycinka i zmniejszanie przestrzeni.
Jednak z tej strony było widać, że chodzi o nowe bloki. 
Strona naprzeciwko była do końca tajemnicą.
Teren szybko się zmieniał. 
Już nie było górki, na której siedzieliśmy godzinami i małego lasku kawałek dalej. 
Zamiast górki płaska przestrzeń. 
Zamiast lasku piach, który szybko przybrał postać ulicy i trasy rowerowej. 
Za ulicą budynki. 
Na początku anonimowe, później dopiero prawda została w pełni ujawniona. 
Przestrzeń, ziemia została przez prezydenta naszego miasta 
sprzedana za grosze zagranicznym firmom. 
Pojawił się Dell, a obok duże zagraniczne magazyny.
Prezydent i jego świta przyjechali i świętowali swój świetny interes.
Ktoś powie nie było innego miejsca. Dzięki tej firmie i innym mieszkańcy mają pracę.
A ja powiem bzdura, bo wiem jaka tam jest praca. 
Znam osobę, która pracuje w tych magazynach.
Pracuje tak jak wszyscy w zagranicznych marketach, ciężko za parę groszy.
Poza tym są w naszym mieście opuszczone fabryki. Stoją w centrum pozbawionym drzew.
Pytam się dlaczego Dell nie kupił sobie ziemi z taką fabryką w centrum 
i od razu odpowiadam sobie.
Nie kupił, bo tam by musiał rzucić większą ilością swojej forsy. 
Tej ziemi nie dostałby za pół darmo.
Jemu się to nie opłacało, a ówczesnemu panu prezydentowi było wszystko jedno, 
co sprzedaje i za ile.
W końcu on tutaj nie mieszka. 
Gdzieś tam pewnie za miastem ma swój elegancki dom.
Co go obchodzą ludzie, którzy kiedyś żyli wśród drzew i pól, 
a teraz muszą żyć z małym parkiem 
i hałasem pędzących po tej ulicy motocyklowych gangów. 
Nic to pana prezydenta nie obchodzi.
Prezydent odszedł. Pojawił się następny. 
Kobieta i co? Tak samo mądra pani jak poprzedni pan.
Teraz to, co wyciąć zapomniał poprzedni prezydent, ona wycina.
Jasne, że nie sama. Nie przyjdzie tu przecież z toporem i kosą. 
Od tego ma ludzi i maszyny.
Dzięki nim znikają kolejne lasy. 
Zamiast nich będzie tramwaj, który dowiezie do pracy ludzi z Della.
Oni z pewnością się cieszą, jeśli nie są stąd.
Teraz zadam to pytanie jeszcze raz.
Dla kogo są miasta takie jak to, w którym mieszkam?
Czy naprawdę są dla ludzi?
Odpowiedź jest bardzo prosta.
Tak. Są dla ludzi. 
Dla tych, którzy mieszkają poza miastem i mają swoje szybkie samochody.
Dzięki temu mogą szybko przenieść się z zielonej przestrzeni, 
która otacza ich dom do miejsca swojej pracy.
Miasta są również dla tych, którzy lubią siedzieć przed telewizorem. 
Jak gdzieś już wyjdą to przed dom czyli blok, w którym mieszkają albo na trasę rowerową. 
Nigdzie poza tym nie chodzą.
Nie, niezupełnie. Chodzą jeszcze do teatru, kina, do kolegi, koleżanki, do znajomych, 
do rodziny, do pubu, na dyskotekę, do marketu itp. itd. 
Im to wystarczy i oni z pewnością się oburzą na mój tekst o mieście. 
W końcu mamy tu przecież atrakcje i możemy być dumni.
Turyści przyjeżdżają, żeby zobaczyć naszą główną i jedyną wspaniałą ulicę i wielki market z fontanną i placem, gdzie można usiąść, a latem zdarza się, że jest tutaj piasek 
i niektórzy grają sobie w piłkę plażową. 
Są też występy, imprezy, kino i małe restauracje, 
gdzie naprawdę podają świetne jedzenie, przynajmniej w niektórych.
Czego chcieć więcej? Władze miasta nadal myślą o turystach. 
To dla nich organizuje się Festiwal Czterech Kultur.
Moje miasto jest dla ludzi ,,kulturalnych,,. Dla takich, którym brak zieleni nie przeszkadza.
Dla takich zwykłych jak ja, nie jest.
Dlaczego?
Nie lubię tłumu, spacerów po głównej ulicy, wielkiego marketu z fontanną i okazałego Teatru Wielkiego. Nie lubię zoo i nie lubię jeździć do odległego, jedynego w mieście lasu.
( Tego lasu jeszcze nie wycieli, bo mogą się chwalić, że jest tutaj największy w Europie las miejski.)
Ja, zwykły człowiek potrzebuję tlenu. Pragnę zieleni. 
Bez tego czuje się jak ptak złapany w elegancko zabudowaną klatkę.
Myślę, że inni zwykli ludzie też tego nie lubią.


P. S. Nie podałam nazwy swojego miasta i nie porównałam go do innych miast w Polsce 
        i w Europie.
        Nazwy sami się domyślicie. To nic trudnego, naprawdę.
        Sami sobie też porównacie do swoich miast, do miejsc, 
        w których mieszkacie, tych miejskich.
        Miasta w Europie są na pewno inne. 
        Bardziej nastawione na drzewa i zieleń niż moje miasto 
        i inne miasta polskie. Tak sadzę.


     


wtorek, 22 lipca 2014

Czy istnieje jakiś dowód?

Czy latem czytacie książki?
Czy raczej tylko leżycie na plaży, chodzicie po górach lub zwyczajnie pracujecie bez przerwy?
Ja czytam na okrągło bez względu na porę roku, pogodę i wiele innych mniej lub bardziej sprzyjających warunków. Czytam, gdzie się da i jak się da. Wszędzie.
Kiedyś musiałam podróżować z wielką torbą pełną książek, a teraz wszystko to mieści się w małym czytniku. Jest tu cała moja elektroniczna biblioteka.
Nie o tym jednak chciałam pisać. Niezupełnie o tym. Tylko o mojej ostatniej lekturze.
Ciekawi jesteście, co to było?


Książkę poleciła mi koleżanka, dla której była dowodem. 
Dowodem na co? Dlaczego była dowodem?
Najpierw odpowiem na drugie pytanie. 
Książka była dowodem, ponieważ zgadzała się z poglądami mojej koleżanki. 
Ona wierzyła i wierzy, że bohater tam był i wrócił.
Wszystkim nam dał nadzieję na coś, co będzie, ale czy na pewno dla wszystkich 
jest to dobra nadzieja?
Nie wiem. To jest moja najlepsza i bardzo ogólnikowa, wymijająca odpowiedź.
Owszem wierzę, że tak może być. Jednak to wiara, nie wiedza.
Stąd moje nie wiem, bo nie byłam, a jak byłam, to i tak nic nie pamiętam.
Chciałabym, żeby tak było, ale czy tak jest? Trudno powiedzieć.
Moja wiara to nie to samo, co wiedza. Nigdy jej nie mylę z wiedzą.
Wierzę w to, co chce wierzyć, ale nie jest to żaden naukowy pewnik.
Na pewno nie należę do ludzi, którzy wierzą, więc wiedzą.
Wróćmy jednak do pierwszego pytania, bo coś mi się wydaje, że swoimi powyższymi uwagami zamąciłam Wam tylko w głowie niepotrzebnie.
Książka, o której tu piszę miała być dowodem. Dowodem na istnienie Nieba i Boga.
Książka ta jest dowodem dla jej autora Ebena Alexandra.
Myślę, że teraz już wiadomo, o co chodzi. Wiadomo o jaką książkę.
Kim jest Eben autor i bohater?
Przede wszystkim jest człowiekiem, który zapadł w śpiączkę z powodu nagłego zapalenia mózgu. Jest też lekarzem neurochirurgiem, który kiedyś pogniewał się na Boga. 
Nie wierzył.
To, co przeżył w śpiączce, przywróciło mu wiarę. Uznał to za dowód.
Moja koleżanka i inni podobnie myślący uważają to za dowód.
Ja nie. Kiedyś owszem. Takie relacje z przeżycia śmierci klinicznej były dla mnie dowodem.
Teraz nie. Dlaczego?
Proste. Zbyt wiele zadaję sobie pytań. Takich na przykład. 
Czy przeżycia ludzi związane ze śmiercią kliniczną są rzeczywiście potwierdzeniem 
istnienia Nieba i Boga? 
Czy może raczej potwierdzeniem wiary tych osób? 
Chociaż z drugiej strony są wśród nich też ateiści. 
Dla nich to nie jest potwierdzenie wiary tylko coś innego. 
Co? Czy na pewno jednak oni, ci zatwardziali ateiści przeżywają to samo, co ci wierzący? 
O co tu właściwie chodzi? Jak to jest naprawdę? 
Dlaczego w wizjach po śmierci tak mało mówi się o negatywnych przeżyciach? 
Jeśli istnieje Niebo i jest na to dowód, to chyba Piekło też musi być i dowód na jego istnienie? Dlaczego o tym nikt nie mówi?
Produkuje się, pisze się książki tylko o aniołach i anielskich wizjach świata po śmierci?
A przecież istnieją jeszcze demony. Dlaczego o nich nic nie wiem?
Takie właśnie pytania przychodzą mi do głowy, gdy czytam te wszystkie słodkie relacje po śmierci. Relacje tak podobne do siebie jak 2 krople wody. 
Tak podobne, że aż nudne i wręcz niemożliwe dla mnie do przyjęcia.
Dlaczego niemożliwe, bo wyobrażam sobie potencjalnych samobójców, którzy czytają te wszystkie dowody. Wyobrażają sobie swoje lepsze życie po drugiej stronie. 
Czy jednak jest ono lepsze?
Dla wierzących dowody są niepotrzebne, bo oni wierzą.
Ateiści też wierzą, choć w coś zupełnie innego, więc dla nich też niepotrzebne.
Komu są więc te dowody potrzebne?
Takie pytania teraz sobie zadaję po kolejnym dowodzie. Dowodzie, który przez kolegów Ebena został odrzucony i nazwany halucynacją. Tym dla naukowców są takie dowody.
Zbędne. Chyba, że sami przeżyją coś podobnego. Wtedy na pewno swój własny dowód napiszą.
Dla mnie, choć wierzę w Boga, te relacje nie są dowodem, a książka była kiepską lekturą.
Czekam wciąż na taką, która pokaże mi również ciemną stronę drugiego świata, tą w której spotkam tych drugich pomijanych milczeniem.
Czekam na relację inną od pozostałych, taką, która nie będzie zachętą dla samobójców. 
Czekam i nie wiem, czy się doczekam. 
Czy osoby, które przeżyły coś innego chcą o tym pisać?
Czy chcą się tym chwalić? Może prawdziwa wiedza jest dobrze ukryta, a nam zwykłym śmiertelnikom od czasu do czasu rzuca się jak psu biednemu jakieś ochłapy.
Macie i cieszcie się, że istnieje Niebo i wszyscy tam traficie.
W każdym razie książka jest słaba. Szkoda na nią czasu.
Żaden przekonujący dowód dla mnie na razie nie istnieje i to jest moje osobiste zdanie na ten temat. Wy możecie mieć inne.

P.S. Książka, o której napisałam, to ,,Dowód,, Ebena Alexandra, jeśli jeszcze tego nie wiecie.



czwartek, 17 lipca 2014

Miłość w pociągu.

Mam dla Was swoje nowe opowiadanie oparte trochę na faktach, a trochę na fantazji.
Jak wiecie mój na pół rzeczywisty, na pół fantastyczny bohater Feliks spotkał się
z nieżyjącą już swoją ciotką Dynią.
(Tych, którzy nie wiedzą o co chodzi, odsyłam do opowiadania ,, Bogini Seksu,,).
Ciotka coś mu powiedziała i to sprawiło, że rzucił wszystko i znalazł się w pociągu,
a naprzeciwko niego znów dziewczyna.
I co dalej? Jesteście ciekawi?


Feliks siedział sam w przedziale długiego pociągu jadącego do Niemiec.
Dziwne, że o tej porze roku nikogo nie było, a może inni jechali autobusem
podobno tańszym.
Jednak on Feliks nie mógł sobie na to pozwolić, bo w autobusach
zawsze kręciło mu się w głowie. Zbierało na wymioty.
Z tego powodu z przerażeniem myślał o dalszym etapie swojej podróży, kiedy będzie musiał wsiąść do samolotu. Co będzie jeśli tam się źle poczuje? Będzie bardzo źle.
Na samą myśl o tym, poczuł jak po jego kręgosłupie przechodzą zimne dreszcze.
Od tego całe ciało zaczęło się trząść. Z zimna raczej nie, bo na zewnątrz panował letni ukrop, coś około 32 stopni w cieniu, a ile było w słońcu?
Feliks nie miał czasu się nad tym zastanowić.
Drzwi przedziału otworzyły się nagle i stanęła w nich zjawiskowo piękna młoda kobieta
z dużą walizką na kółkach i brązową torbą na ramieniu.
Gdy ją zobaczył, nie mógł już myśleć o niczym innym, tylko o niej.
Lot samolotem w jednej chwili przestał być ważny i to miejsce, gdzie samolot wyląduje też już nie było straszne, ani dziewczyna, z którą miał się na rozkaz cioci szybko spotkać.
- Dzień dobry, czy są tu wolne miejsca?-Zapytała śliczna nieznajoma.
- Tak.-Feliks zdołał wydusić z siebie tylko to jedno słowo.
Nadal był bardzo nieśmiały mimo rytuału spisanego na kartce w kratkę, który włożył do prawej kieszeni swoich dżinsowych spodni. Jedna wróżka dała mu ten rytuał w zamian
za dostęp do niedostępnej wówczas książki o duchach.
Gdy brała książkę zapytał ją, czy jest wróżką i ona ku jego największemu zdziwieniu powiedziała, że tak. Wtedy on zapytał, czy mogłaby coś poradzić na jego nieśmiałość i kiepskie finanse. Mogła. Poradziła.
Miał je teraz w kieszeni. Raz już mu pomogły tzn, jeden z nich. Ten na pieniądze.
Postawił dużą sumę w totolotka i wygrał. Wziął urlop i wsiadł do tego pociągu.
Był w nim, a naprzeciwko niego siedziała dziewczyna-kobieta o zapachu konwalii.
Dziwne, że takie dziewczyny zawsze pięknie pachniały nawet wtedy, gdy temperatura zbliżała się do górnych granic. One zawsze były świeże jak kwiaty na łące.
W zasadzie każdą poznaną piękną kobietę mógł połączyć z jej zapachem i dopiero teraz zdał sobie z tego sprawę i natychmiast postanowił ćwiczyć uważność. Natychmiast czyli zaraz po powrocie do domu, który jeśli nastąpi, to tak nie wiadomo kiedy.
Ciotka zabroniła mu przecież kupić bilet powrotny. Powiedziała, że da mu znak, kiedy będzie mógł wrócić. Dodała jeszcze, żeby o nic się nie martwił, bo ona wszystko zorganizuje. Zwłaszcza, żeby się nie martwił swoją pracą.
Do tej pory myślał, że mu się nie uda aż tak bardzo wyluzować, ale teraz sytuacja się zmieniła i kiedy nieznajoma wyjęła ,, Newseeka,, zaczął marzyć.
(Swoją drogą co to za babka, która zamiast babskiego czasopisma, wyjmuje coś takiego!).
Feliks przymknął oczy.
Najpierw była ciemność, a potem świat zawirował i jak otworzył oczy poczuł jej ciężar
na sobie.
Jak to się stało, że nieznajoma siedziała na jego kolanach?
Nawet jeśli był to sen to bardzo rzeczywisty.
-Mam na imię Dominika. To głupie imię i takie pospolite. Powiedz jak Ty byś mnie nazwał?
Feliks nie bardzo wiedział, co powiedzieć, lecz jakaś jego część jednak wiedziała.
-Weronika.
- Nie, zbyt pospolite. Zaraz ci dam klapsa w tyłek.
Objęła rękami jego pośladki, ale jeśli to było kara to raczej bardzo miła.
-Konwalia, Kornelia, Leokadia, Leontyna. Wybierz, które chcesz.
Czy on to powiedział? Feliks sam się zdziwił. To musiał być sen, jeśli był taki śmiały.
-Dobrze, powiem ci, bo cię lubię. Jestem twoją Nadzieją.
-Nadzieją, co to za głupie imię.
Feliks nie zdążył pomyśleć do końca. Ledwo ta myśl przeleciała mu przez głowę, Nadzieja wyjęła długą czerwoną chustkę i związała mu ręce.
-Teraz tylko ja cię będę dotykać. To tak za karę. Za to, że nie podobało ci się moje imię.
Kara była jednak zbyt słodka jak na karę.
Dziewczyna zdjęła rozpinaną na guziki bluzkę. Potem biały stanik i zaczęła go dotykać swoją nagą połową ciała . Cudownymi piersiami, od których naprawdę robiło mu się gorąco. Bardzo gorąco.
Czuł jak jego twarz i szyja pokrywa się czerwienią podobną do tej, jaką miała jej chustka.
Tymczasem Nadzieja rozpinała jego koszulę niebieską.
Potem zdjęła resztę swojego ubrania.
W oczach Feliksa się wszystko dokładnie pomieszało i już nie wiedział która i jaka jest część jej ubrania. W co ona była ubrana?
Gdyby ktoś go o to zapytał, nie wiedziałby, co powiedzieć.
Jakaś spódnica? Jakieś spodnie? Pończochy? Skarpetki? Na pewno białe majtki.
Całkiem zaślepiła go jej nagość.
Wspaniałe gładkie ciało jak aksamit. Nie, jak coś o wiele lepszego.
Do tego jej dotyk delikatny i gwałtowny i straszna niemoc w związanych rękach.
Tak bardzo chciał jej dotknąć i nie mógł. Za to ona go dotykała całym swoim ciałem. Twarzą, nosem, oczami, rękami, piersiami, nogami i oczywiście swoją nagą pupą.
Wszystko było takie jak czarodziejskie zimne ognie muskające jego ciało.
Pojawiające się i znikające.
Magiczne.
Zresztą Feliks się już nad tym nie zastanawiał.
Uciekły mu wszystkie porównania. Wszystkie słowa. Były gdzieś bardzo daleko.
On był bardzo blisko i daleko.
Był w niej. Ona w nim i tylko to się liczyło.  
I znów coś mu nagle przeszkodziło.
Jakby zły los uwziął się na niego i nie pozwolił doskonałej przyjemności przeżyć do końca.
Ostre szarpnięcie i koniec.
On siedział na swoim miejscu. Ona ubrana na swoim.
-Dobrze się pan czuje?-Zapytała.
Nie zdołał odpowiedzieć.
-Jest pan taki jakiś zielony.
Jeszcze coś mówiła. Podała mu nawet szklankę wody i tabletkę aspiryny. On chyba coś jej mówił, a raczej charczał przez zaciśnięte z pragnienia gardło. Pragnienia, którego nie zaspokoił w swoim śnie.
Czy to był sen? Na pewno?

P. S. Pozdrawiam tym opowiadaniem Feliksa, który ma przed sobą podróż w nieznane. Ciąg dalszy na pewno nastąpi.  

wtorek, 15 lipca 2014

Czy warto za to płacić-cz.2.

W pierwszej części nie udało mi się napisać wielu ważnych rzeczy.
W tej części pewnie też mi się to nie uda.
Poruszę tylko najważniejsze związane z tym sprawy.
Skąd się u mnie wzięła niewiara we wróżki ogólnie dostępne czyli takie, które znajdziecie na różnych stronach w internecie lub w gazecie, tej niby mało poważnej?
Skąd? Dlaczego?
O tym teraz napiszę i pewnie dodam jeszcze kilka refleksji, które wcześniej ominęłam.


Przede wszystkim wróże. Panowie wróżbici.
Rzadko może spotykani, ale jednak są. Istnieją.
Dlaczego by nie pójść zamiast do pani, do pana?
Byłoby chyba bardzo ciekawie, a może nieciekawie.
Tak się zastanawiam jak by było?
Czy tak samo jak u pana psychologa? Czy inaczej? A może mam to sprawdzić dla Was?
Nie. Nie pójdę ani do wróża ani do wróżki. Po co?
Nie mogę sobie wyobrazić siebie ani u wróżki, ani u wróża czy wróżbity.
Widzę tylko niewyraźne kontury.
- Witam panią, co by pani chciała usłyszeć?
- Witam pana wróża, same miłe rzeczy chcę słyszeć, inaczej kasy panu nie rzucę. Tupnę nogą i wyjdę stąd natychmiast i już mnie pan nie zobaczy.
- Muszę więc dobrze kłamać, żeby panią zadowolić.
- Niestety, inaczej pójdę do innego wróża, wróżki albo do pani psycholog, pana psychologa.
Śmieszny dialog? Ale bardzo prawdziwy. Każdy idąc do wróżki albo do wróża tak sobie sam ze sobą gada. Świadomie raczej nie. Nieświadomie na pewno tak tzn. tak to sobie wyobrażam.
Moim zdaniem do takich super ,,oświeconych,, osób chodzi się wtedy, gdy życie sprawia nam problemy, a wtedy nie mamy ochoty słuchać marudzenia, ale wyłącznie słów pełnych słodkości.
Z problemem można by było iść do psychologa.
Jest jednak jedno ale, a może nawet kilka ale.
Psycholog nie ma takich super ,,czarodziejskich,, gadżetów jak kula, karty, czarny kot, pies całkowicie wykluczony itp. itd. Wszystkie te gadżety plus światło przyćmione dają niesamowity efekt, którego nie ma u psychologa. Ten drugi zazwyczaj siedzi w dobrze oświetlonym pokoju i słucha albo gada swoje mądre, książkowe głupoty.
Poza tym psycholog i wizyty u niego nie są już modne.
Tylko gabinet wróżki lub wróża są dziś na topie. Sami pomyślcie jak to brzmi.
Byłam/em u psychologa, a jak odwiedziłam/em wróżkę lub wróża.
Prawda, że to drugie o wiele lepiej. Lepiej też czuje się większość ludzi po takiej wizycie.
Przekonanie, pewność, że było się u mądrzejszej od nas osoby jest bardzo silne.
Sprawia, że wierzymy, wierząc prawie programujemy swoje życie według podanej wróżby. Dobrze, jeśli dobra. Gorzej, jeśli zła.
Wtedy to taka mała tykająca bomba, która nam powoli życie rozwala.
Wszystko to razem sprawia, że do wróżbitów pań i panów nie chodzę.
Widziałam jak to działa.
Moja koleżanka chodziła do takiej jednej super fantastycznej osoby, pani. Ona jej sny tłumaczyła i zawsze miała coś dobrego do powiedzenia. Koleżanka chodziła i była szczęśliwa i swoim szczęściem zarażała. Mnie między innymi.
Niestety przyszedł ten feralny dzień, gdy raz nie posłuchała wróżki i wbrew jej radom wzięła sobie psa do domu. Wróżka psów nie lubiła. Może wolała koty, więc powiedziała mojej koleżance, że teraz będzie coraz gorzej i rzeczywiście było. Cały dobry humor minął. Zaczęły się choroby niby związane z alergią na psa, a może po prostu z samospełniającą się wróżbą. Jeśli wcześniej koleżanka uwierzyła w dobre i było dobrze.
Teraz uwierzyła w złą i było źle.
W tym tkwi cały problem.
Nawet jeśli wydaje nam się, że traktujemy wizytę u wróżki na super luzie, może być źle, bo przecież nie wiadomo w co wierzy nasza podświadomość. Ta część nas może jednak wierzyć i wprowadzać w życie, to co nam ktoś powiedział lub odwrotnie nie wierzyć, gdy wierzyć chcemy.
Jest to główny lecz nie jedyny powód, dla którego do wróżek nie chodzę.
Przede wszystkim dla mnie te osoby nie są magiczne. Naprawdę tylko takie świetnie udają.
Myślę, że ja też, gdybym chciała mogłabym być wróżką.
Nauczyłabym się odczytywać karty i buzie swoich klientów.
Moja intuicja na pewno by mi podpowiedziała, gdybym ją rozwinęła, co i komu mam mówić.
Tylko po co?
Na to pytanie nie mam odpowiedzi i dlatego wróżką nie jestem i na razie nie będę.
A Wam drodzy moi czytelnicy zdecydowanie radzę trzymajcie się z dala od wróżek i wróżbitów od ich magicznych rad i rytuałów.
Naprawdę nie warto na to wydawać pieniędzy.
 

niedziela, 13 lipca 2014

Czy warto za to płacić?

Czy myślicie teraz o płatnym seksie?
A to nie o seksie. Nie tym razem. Jeszcze nie tym razem.
To inny temat. Temat, który sprawi, że wielu z Was, zajmujących się tą profesją, się obrazi.
Nic na to nie poradzę. 
Jak już mówił Daniel Huszcz, to od Was, nie ode mnie zależy, czy się obrazicie.
Jaki Daniel? Zapytacie. 
Ten z poprzedniego tematu o filozofii kwantowej.
Na niego wielu się obraziło. Czy mieli rację? Nie mnie to teraz osądzać. 
Zresztą odbiegam od tematu zasadniczego, a to dlatego, że lubię trzymać w niepewności. 
Znęcać się, wydłużając w nieskończoność czas, w którym dochodzę do odpowiedzi.


Albo nie dochodzę i zostawiam wszystkich z pytaniami, rozczarowanych.  
I co lepsze rozczarowanie, czy gniew na tego, kto napisał takie lub inne bzdury?
Odpowiedź zostawiam Wam.
Teraz już przejdę do tego tematu.
Istnieją tacy ludzie, którzy potrafią przepowiedzieć przyszłość. Wróżki i wróże.
Brzmi jak bajka, ale to rzeczywistość jak najbardziej realna. 
Wystarczy zajrzeć do jakieś gazety.
Może nie do każdej. Pewnie ich ogłoszeń nie ma we wszystkich gazetach, bo niektóre są na to zbyt poważne i uważają, że tylko rzeczy, o których piszą, istnieją. 
Inne, te nieudowodnione przez naukę istnieć nie mają prawa. 
Dlatego w tych gazetach ich nie ma.
Te super poważne gazety przeważnie są nudne i mocno trzymają się ziemi i tego, co widzą, dotykają, czują, słyszą itp. itd.
Gazety niezupełnie poważne i internet są pełne ogłoszeń, blogów i stron tych magicznych ludzi. 
Ludzi jakby z kosmosu.
Moje pytania brzmią. 
Czy rzeczywiście oni, one są magiczni? 
Czy warto korzystać z ich usług?
I dlaczego jest ich tak wielu? Naprawdę trudno wybrać.
W dodatku w przypadku wróży znalazłam specjalistę od rumpologii. 
Kochane ciekawskie panie przygotujcie się, jeśli chcecie mieć super oryginalną wróżbę od pierwszego w Polsce rumpologa. Co tam wróżenie z kart, pośladki są ciekawsze, zwłaszcza dla faceta i dla Was Panie, te które lubicie się rozbierać przed nieznajomym.
Kto by z Was Panów nie chciałby być rumpologiem? Na Waszym miejscu naprawdę chciałabym mieć taką specjalizację. Przy nim wszystkie wróżki wysiadają.
Wracając do innych wróży i oczywiście wróżek, tych jest najwięcej. 
Jest nawet ranking najlepszych wróżek w Polsce i już wiadomo do której pójść. 
Do jednej z tych dziesięciu. Specjalistek od tarota, intuicji, jasnowidzenia, leczenia naturalnego, rytuałów i nie wiem jeszcze czego.
Czy jednak warto?
Po odpowiedź sięgnęłam na forum
Tutaj jak widzicie kobiety wypowiadają się na ten temat.
Wierzyć, nie wierzyć, chodzić do nich czy nie chodzić.
Odpowiedzi są różne jak kobiety, które zabrały głos. 
Taka np. Wróżka Bajuszka, chociaż sama siebie tak nazwała, we wróżki nie wierzy. 
Przyszłość jej zdaniem zależy tylko od nas. My ją kształtujemy.
Inne panie albo wierzą i chodzą. Są zauroczone efektami albo tak jak Bajuszka wróżek unikają, również dlatego, że wróżki są zakazane przez kościół. Chodzenie do nich to po prostu grzech.  Poprzez wróżby wypowiada się diabeł.
Są takie, które uważają, że wiara sprawia, że przepowiednia, nawet ta niekorzystna się spełnia.
I takie, które myślą o psychologii. Ich zdaniem wróżki to dobre psycholożki lub bardziej poprawnie panie psycholog. Jak zwał tak zwał. Wiadomo o co chodzi.
Profesja psychologa na pewno pomaga we wróżeniu tym, które wróżą, ale magiczne wcale nie są. Będąc dobrym psychologiem, wiedzą co i jak mają mówić. Wystarczy tylko odpowiednia obserwacja naszego zachowania i już wiadomo, co dalej, co powiedzieć, co zrobić itp itd.
Nie będę omawiać wszystkich wypowiedzi z tego forum. 
Sami zobaczcie i samodzielnie dojdźcie do wniosków, swoich własnych.
Oczywiście podzielę się z Wami swoją opinią, swoimi odpowiedziami. Pamiętajcie jednak, że nie są one żadną wyrocznią i nie ma sensu ani zachwycać się nimi ani obrażać się z ich powodu. W końcu ja też mogę mieć własne zdanie.
Nie wierzę w żadne wróżki. Myślę, że to zwykłe kobiety i mężczyźni, choć rzadko spotykani. Zwyczajni ludzie, którzy wybrali taki, a nie inny zawód.
Ci magiczni ludzie gdzieś są na pewno, ale niekoniecznie w popularnych gazetach i sławnych gabinetach i jeśli już komuś coś powiedzą niekoniecznie biorą za to pieniądze.
A teraz możecie się obrażać, jeśli takie jest Wasze życzenie. 

P.S. Ten temat jest jednak zbyt szeroki, by omówić go w jednej części, więc cdn.




środa, 9 lipca 2014

W słońcu mózg mi się lasuje.

I stąd ten temat. Wcale nie łatwy. Wcale do upału nie pasuje.
Powinnam raczej napisać coś lekkiego. Przepis na ciasto jagodowe. Seks w gabinecie z dwoma przystojnymi lekarzami, bardzo młodymi w dodatku albo ciąg dalszy łóżkowych przygód Feliksa.
Tak, na pewno wrócę do tych tematów.
Jednak na razie, ponieważ byłam na słońcu i mózg od upału przestał pracować, napiszę o czymś zupełnie poważnym. Może niezupełnie. Wszystko zależy jak na to spojrzeć.
W każdym razie obiecuję nie przynudzać, a co z tego wyjdzie zobaczymy.
Zacznijmy od filmu.Tu jest ten film.


Tak, słowo kwantowy jest ostatnio bardzo modne. Kwantowa filozofia, fizyka, magia, a ja dodam od siebie kwantowe śniadanie, spacer kwantowy i sen kwantowy, ubranie, szafa.
Widzicie jak łatwo się to wymyśla. 
Jeszcze trochę, a sama książkę napiszę na temat kwantowy.
Jak słowo modne, to się będzie dobrze sprzedawała. Szybko stanę się sławna.
Wróćmy jednak do tematu.
Po pierwsze. Nie bierzcie mnie poważnie, bo jak się odzywam, to gówno wiem. 
Zresztą mózg mi się zlasował na słońcu i teraz już same głupoty mogę pisać. Niestety.
Jak by mi się mózg nie zlasował, to już wiecie, pisałabym o czymś innym, a tak tylko kwanty wszędzie widzę, chociaż z fizyki miałam pałę, bo jak wiecie z innego mojego tematu, na fizykę nie chodziłam.
Jednak ta fizyka w porównaniu z tym wykładem nudna była jak....
Sami sobie dopiszcie jak co.
W końcu ja jestem oddzielny świat. Zupełnie inny i moje porównania nie będą pasować do Waszych, do Waszej wyobraźni. Jeśli obejrzeliście film dokładnie, to wiecie, że moja rzeczywistość jest inna niż Wasza. Inna jest wyobraźnia.
Ciekawe. Dlaczego nie uczyli nas tego w szkole. Po prostu zbyt to szalone.
Można o tym myśleć, gdy człowiekowi mózg się zlasuje tak jak mnie dzisiaj albo wczoraj.
Kto to wie dokładnie.
Nauczycielom zazwyczaj mózg się nie lasuje. Może czasami, ale bardzo rzadko, stąd zwykła fizyka w szkołach niekwantowa. Ta druga zbyt niebezpieczna, żeby o niej opowiadać i jeszcze jej uczyć.
Myślenie według ustalonego schematu jest o wiele lepsze.
Jak się ma za dużo wolności, to człowiek szaleje jak ja na słońcu.
Nagle jak po jakieś wizji z kosmosu, zdaje sobie sprawę, że mówię innym językiem.
Niby tym samym, ale innym. Nikt nie rozumie tego, co mówię.
Ja za to nie rozumiem innych.
Prawda, że szalone i taka właśnie jest filozofia kwantowa i pewnie taka jest też fizyka i wszystko inne, co się tak nazywa. Słowo klucz to kwantowy.
Pamiętajcie jak będziecie drzwi otwierać.
A jak będziecie z sąsiadką lub z sąsiadem rozmawiać, pamiętajcie, że jesteście w Wieży Babel.
Może był kiedyś jeden zrozumiały język. Teraz jest ich wiele. Każdy ma swój.
Trudno uwierzyć? Trudno, gdy żyjemy jak automaty i nad niczym się nie zastanawiamy. 
Coś komuś mówimy albo niecierpliwe czekamy aż ta druga osoba przestanie mówić i wtedy my wreszcie możemy. Słuchamy siebie i nikogo poza tym. Niestety tak właśnie jest.
Na nic się zda bluźnienie na faceta, który o tym głośno powiedział.
Na nic się zda nasze głupie obrażanie się.
Nie. Jest inaczej. Wiem lepiej. I to lepiej to nasze bariery, które nie pozwalają nam niczego usłyszeć, a tym samym niczego się nauczyć. Zamknięci w swoich bańkach krążymy wciąż w koło. Wokół tych samych uznanych poglądów, swoich wyobrażeń.
Tak właśnie jest. Czy nam się podoba, czy nie.
Zgadzam się, a Wy możecie się nie zgadzać.
Dla mnie jednak oczywista prawda jest taka, że do każdego z Was inaczej dotrą moje słowa i to nie ode mnie, ale od Was będzie zależało, czy poczujecie się obrażeni, znudzeni, wściekli, radośni, podnieceni itp. itd.
Tę część wykładu rozumiem bardzo dobrze.
Potem zaczyna się fizyka i sławne kwanty.
Czym są? Jak się zachowują? Czy rzeczywiście zależą od obserwatora? Czy istnieją poza obserwacją?
Wcześniej sławne pytanie. Kim jestem?
Kiedyś myślałam, że wystarczy powiedzieć Atmą. Niestety nie wystarczy.
Można drążyć ten temat jak temat kwantów bez końca.
Co to jest Atma? Jaką Atmą jestem? Jak ktoś potrafi zadawać pytania i kwestionować odpowiedzi nie dojdzie z tym szybko do ładu.                            
To jednak tylko moje ograniczone zdanie.
Filozofia ma to do siebie, że lubi zadawać pytania, na które przeważnie nie ma odpowiedzi, a ta kwantowa jest chyba jeszcze gorsza. 
Odpowiedzi się mnożą jak kwanty w całej przestrzeni.
Są te uświadomione czyli obserwowane, zauważone i te nieświadome. 
Co? Kwanty oczywiście.
Nie wiem po co w tym wszystkim gadka o polityce, ale to jest już mój problem.
Jak widać w filozofii kwantowej mieści się wszystko od najbardziej mnie interesujących pytań z samej filozofii aż do kursu dolara, niestabilności gospodarki USA, wiedzy naszych polityków.
Jest też ciekawe dla mnie stwierdzenie. Może to nie wiedza jest nam potrzebna, ale my wiedzy.
Ja bym do tego dodała na pewno jesteśmy potrzebni wiedzy szkolnej, bo nam ta wiedza, to znaczy mnie ta wiedza nie jest potrzebna. 
Jednak wiedza o szczęściu jest mi potrzebna, lecz tego nie uczą w szkole. Niestety.
Na pewno filozofia kwantowa jest kontrowersyjna. Każdy może ją inaczej zrozumieć, bo każdy widzi i słyszy inaczej.
Nie dziwią mnie więc wcale takie, a nie inne komentarze pod filmem na YouTube.
Ile to ludzi się obraziło na ,,niestosowane,, poglądy pana Daniela.
Dla mnie wszystkie one brzmią śmiesznie.
Ludzie, o co tu się obrażać? O to, że ktoś gada inaczej niż tego oczekujecie. Inaczej widzi świat.
Pomyślcie, gdyby widział tak samo, czy byłoby to ciekawe i co najważniejsze, czybyśmy się czegoś nauczyli? Czy moglibyśmy spróbować wyjść poza swoje ramy.
Tak sobie myślę.
Dlaczego? Po prostu mózg mi się zlasował, a Wy Kochani dojdźcie do swoich własnych konkluzji.
P.S. Chyba jestem zbyt leniwa, żeby wszystko dokładnie opisywać, więc rzuciłam tylko parę swoich zlasowanych myśli.


sobota, 5 lipca 2014

Jak się obronić przed Ciotką Paszczaka i Wujem Trujem?

Lato w pełni. Ładnie, miło ciepło. Mamy wolne lub czekamy na wolne.
Niestety, nie tylko my. Oni też.
Kto? Nasi ,,ukochani,, krewni. Ci, co zwykle wyjeżdżają do innych krewnych czyli do swojej bliższej i dalszej rodziny. Nie mają zazwyczaj pomysłu lub ochoty na inne wyjazdy.
My, ich rodzina jesteśmy dla nich najbardziej interesujący. 
O wiele bardziej niż Wyspy Kanaryjskie, Afryka, Grecja, Indie i nie wiem, co jeszcze.
W każdym razie pakują już walizki. Wielkie, ogromne z całym swoim praktycznym, przenośnym majątkiem i tym wszystkim, czym będą chcieli nas uszczęśliwić.

Ciotka Paszczaka zabrana stąd 

Tym, którzy nie wiedzą wypadałoby powiedzieć, kim są moi dzisiejsi bohaterowie.
W naszym życiu upierdliwą rodziną, która nas odwiedza i przy okazji ogląda wszystkie nasze kąty. Te małe i te duże. Być może dotrze również do naszych tajnych haseł i prosto na Facebooka.
A wszystko to zrobi dla naszego dobra. Po to, żebyśmy byli zdrowi, szczęśliwi, porządni, przykładni, uważni, dobrzy i....
Sami sobie dopiszcie, co by jeszcze chciała od Was Wasza upierdliwa rodzina. 
Na pewno, żebyście byli grzeczni.
Tego właśnie wymagała od Muminka Ciotka Paszczaka.
(Jeśli nadal nie wiecie o co chodzi, zajrzyjcie tutaj). 
Wymagała nie tylko od niego, ale także od jego przyjaciół, z którymi płynął sobie spokojnie ,, Symfonią Mórz,,, gdy ona się pojawiła. Sam ją uratował i wciągnął na pokład. Wtedy się dopiero zaczęło. Nic, co robił nie było dobre w oczach Cioci Paszczaka. 
On i jego przyjaciele nie byli wystarczająco dobrzy.
Ciotka im wszystkim życie zatruła swoimi zasadami, planami, wzorami itp.
I jak się to skończyło? 
Odsyłam wszystkich ciekawych do książki ,,Pamiętniki Tatusia Muminka,, Tove Jansson. Bardzo dobra lektura na lato nie tylko dla dzieci.
(Uwaga na upierdliwe, paszczakowate bibliotekarki, które uważają, że książki z tzw. 2 poziomu czyli dla dzieci od 7 lat do 10 lub 11, nie są dla starszych osób. Takich książek nam dorosłym już nie wypada czytać. Bibliotekarki te na pewno zwrócą Wam uwagę w odpowiedni sposób. Miną lub słowem).
Wracając do tematu. Co robić, gdy i u nas pojawią się pewnego dnia ona i on, bo żeby było sprawiedliwie jest jeszcze on? Pojawia się w ,, Dolinie Muminków w listopadzie,, Też polecam.
Wuj wprawdzie nikogo nie poucza, ale sam w sobie jest taki, że po paru chwilach mamy go dość.
Jak widać nie zawsze kobiety grają w książkach, na scenie, w życiu te najgorsze role. Mężczyźni też potrafią być nieznośni, wprost niemożliwi.
Gdy oni już się pojawią, a my ich nie skłonimy do szybkiego wyjazdu, przez jakiś czas niestety mamy przegrane, przesrane, że tak powiem nieładnie.
Czy jest na nich jakiś sposób? Może jakiś nagły tajfun, który zmusi ich do zmiany planu, a może coś innego? Burza z piorunami? Zupa z arszenikiem? 
Myślę, że wystarczy niewygodne łóżko, niesmaczny obiad, kiepska herbata i wyjście gdzieś nieciekawe. 
Ale czy naprawdę istnieje na nich jakikolwiek sposób?
Może po prostu sami się zmieńmy na takich, którym nic i nikt nie przeszkadza.
Bądźmy dla nich mili, uprzejmi, a wtedy oni sami odejdą i znikną jak ten potwór z dowcipów Ajahna Brahma.
Ten temat dla mnie trochę trudny zakończę pytaniem.
Czy potrafię być taka dobra dla swoich krewnych?
I jeszcze jedno. 
Nie wiem. Tak brzmi odpowiedź na wszystkie pytania, które tutaj zadałam i nie wszystko muszę wiedzieć. Wierzę jednak, że przetrwam jakikolwiek najazd ze strony swoich krewnych.

środa, 2 lipca 2014

Kawałki ciała na torze.

Nadszedł czas na podróże i opowiadania o podróżach.
Są w końcu wakacje i większość z nas gdzieś wyjeżdża, a jak nie wyjeżdża 
to marzy o podróży.
Gdzieś daleko, jak najdalej od szarzyzny dnia codziennego i od samego siebie, 
tego zapracowanego, nieszczęśliwego, zagubionego. 
Na pewno gdzieś tam jest to wymarzone miejsce. Miejsce dla nas. Miejsce, dzięki któremu odpoczniemy i z nową energią wrócimy do pracy, do szkoły, do domu.
Czy rzeczywiście istnieje takie miejsce? Czy warto go szukać? Czy warto podróżować?


Zwykle latem marzą mi się podróże, wyjazdy, nowe miejsca, nowi ludzie. Nigdy zimą.
Być może jest to wpływ grupowego myślenia, zbiorowej świadomości.
Wszyscy latem biorą urlopy. Planują wyjazdy. Myślą o wyjazdach. Wtedy stają się one takie atrakcyjne dla większości. Mało jest osób, które wolą zostać tam, gdzie są, w tym samym miejscu wbrew temu, co na ten temat myślą inni. Wbrew reklamom i zachętom do wyjazdu płynącym z każdej strony.
Tego lata też wyjechałam. Razem z innymi wsiadłam do pociągu. Udało mi się znaleźć miejsce w przedziale. Miejsce siedzące, niestety, nie leżące, a podróż długa mnie czekała, więc to leżące byłoby najlepsze. Nie ma jednak tak dobrze o tej porze roku. 
Już miejsce siedzące jest czymś wyjątkowym.
Większość stoi na korytarzu.
Jestem zadowolona ze swojego miejsca, ale tylko na początku. Na samym początku.
Godziny mijają i wieczór powoli przechodzi w noc głęboką i ciemną.
 Jednak tu, gdzie jestem, hałas.
Zgrzyty, trzaski, głośne rozmowy, śmiechy, telefony, mp3 i inne bzdety zajmujące czas.
Bez nich ludzie by nie wytrzymali tej super długiej, całonocnej podróży.
Ja też nie wytrzymuję. Czuję swoje nogi, ręce, głowę, oczy i całą resztę. 
Wszystko niepotrzebne. Wszystko zbyt ciężkie i za długie, żeby się położyć na tym małym wydzielonym mi skrawku do siedzenia. Moje ciało jęczy ze zmęczenia. Ciała innych, tych obok też jęczą. Ich właściciele robią, co mogą, żeby się uspokoiły. Najczęściej zapychają je jedzeniem i piciem.
To naprawdę interesujące. Ile ludzie potrafią zjeść i wypić w pociągu. Zupełnie jakby ich żołądki poszerzały się w trakcie podróży do rozmiarów całego wszechświata.
Dlaczego mój żołądek działa w inny sposób? Nie chce jeść. Chce się położyć. 
Moja głowa już nie może znieść swojego ciężaru. Przytulam się do drzwi przedziału, bo do kogo mam się przytulić.
Jestem tu sama, chociaż obok inni ludzie. Jakiś grubas i jakaś para. Wcześniej zajęta sobą to znaczy ona nim, on nią. Teraz marzą już tylko o spaniu. Wszyscy o tym marzą.
Myślę o ludziach w bydlęcych wagonach jadących w jedną stronę bez biletu. 
Im było o wiele gorzej.
Wcale mnie to nie pociesza, że ja mam lepiej i nie jadę do jakiegoś obozu, ale do wspaniałego miejsca, miejsca marzeń. To miejsce w tym pociągu blednie i znika.
Już o niczym nie myślę. Zamykam oczy.
Na początku pod powiekami widzę ciemność. Potem widzę ją. Ma tylko 20, może 18 lat. 
W każdym razie nie dużo. Dla niej jednak, to bardzo wiele. Zdążyła przeżyć wielki smutek. Smutek, z którym sobie nie poradziła. Jak zwykle banalna historia. Jedna z wielu takich samych. Głupia, taka do śmiania, gdy się stoi z boku jak ci panowie w wysokich czarnych butach, którzy siłą wyprowadzili ją z domu i  zawieźli do szpitala. Po drodze wszyscy się śmiali. Jakie ty możesz mieć problemy idiotko? My to, co innego?
Obraz się urywa, tak nagle jak się zaczął. To tylko sen o jakimś tam smutku jakieś dziewczyny.
Myślę o tym tylko przez chwilę, bo już jest dzień i za oknem malowniczy krajobraz. Góry.
Jeszcze tylko jedna stacja i będę na miejscu. Będę odpoczywać. Zapomnę o pociągu, o ludziach i hałasach. Najpierw będę tylko ja i moje łóżko. Potem ja i góry. Już to widzę wszystko oczami duszy.
Nagle wstrząs. Pociąg hamuje. Staje gdzieś w polu między jedną stacją i drugą.
Wszyscy biegają. Ci na korytarzu. Podróżni i wbici w mundury pracownicy kolei.
Coś się stało. Ktoś wpadł pod pociąg. Nie, gorzej. Ktoś rzucił się pod pociąg.
Pociąg dalej nie pojedzie. Wszyscy wkoło zbierają informacje. Tylko ja siedzę i myślę o dziewczynie ze snu. Teraz sobie przypominam więcej szczegółów. Miała na imię Magda.
Chłopak rzucił ją dla innej. Dla niego nie była kimś ważnym. Jeszcze jedną dziewczyną, którą zaliczył i później chwalił się nią przed kolegami. A dla niej on był całym światem.
Nikt jej nie powiedział, że to nie ma sensu i nie nauczył innego życia. Ludzie współczuli albo się śmiali. W końcu nie było innego wyjścia tylko to jedno. Raz się nie udało. Musiała odsiedzieć swoje w szpitalu i tam jej pilnowali. Gdy wyszła, wiedziała, że zrobi to inaczej i bardzo skutecznie.
Udało się. Teraz niepotrzebne kawałki jej ciała zbierają.
Teraz my tu siedzimy i narzekamy, bo nie możemy stąd odjechać.
Jedni jedzą. Inni bawią się swoimi grami. Inni kręcą się wkoło jak nakręcane zabawki i informacje zbierają.Kiedy odjedziemy? Kiedy się stąd ruszymy? 
Dlaczego to tak długo trwa?
Nikt nie myśli o dziewczynie. Owszem wszyscy pytają. Kto to był?
Jakaś dziewczyna. Jaka? Dlaczego to zrobiła? To małe miasteczko. Nie ma pracy.
Zresztą nikt i tak nie chce wiedzieć, bo i po co. Jedziemy na wakacje, na urlopy.
Niepotrzebne są nam cudze zmartwienia, cudze problemy.
I tylko ja siedzę i myślę o niej.
W końcu po bardzo długim czasie, gdy wszyscy całkiem zwątpili, że ruszymy, że gdzieś jeszcze dojedziemy, ruszamy.
Dziewczyna gdzieś tam zostaje. Wreszcie jest daleko za nami.
Teraz już wszyscy wiedzą, że ta trasa jest pechowa. Tutaj często zdarzają się wypadki różnego rodzaju. Ludzie lubią się tu rzucać pod koła. Tutaj zazwyczaj kończą swoje życie.
Jestem zbyt zmęczona, by się nad tym zastanawiać.
Tym razem pozostawiam pytania bez odpowiedzi.