środa, 27 sierpnia 2014

Jak żyć w prosty sposób?

Na to pytanie najlepiej odpowiada autorka pewnej książki.
Jakiej? Oczywiście odpowiedź wszyscy otrzymacie trochę dalej.
Na razie powiem ogólnie o spojrzeniu tej pani na życie i o jej blogu.
W zasadzie najwięcej powiem o tym ostatnim czyli o blogu, który kiedyś odkryłam i bardzo mi się spodobał. Spodobała mi się jego treść tak bardzo bliska moim własnym odczuciom na ten temat i poglądom. Teraz oczywiście bardzo chciałabym przeczytać jej książkę 
i porównać z tym, co czytałam na blogu. Tak, przyznałam się, książki jeszcze nie czytałam, ale z pewnością wkrótce ją przeczytam.


Jakiś czas temu oglądałam film o pani, która w swoim domu zgromadziła mnóstwo rzeczy. Było ich tak wiele, że ona nie mogła już normalnie żyć. Z trudnością wchodziła do swojego domu. Przedzierała się wydeptanymi wśród wielu rzeczy alejkami zupełnie jak w wielkim lesie, zachwaszczonym ogrodzie, na polu pełnym dzikiej wysokiej trawy. Do żadnego miejsca nie dochodziło się w normalny sposób. Kuchnia i łazienka też były zajęte wszystkimi możliwymi zebranymi przez tę panią przedmiotami. Mimo to ona nadal nie chciała wyrzucić żadnej ze zgromadzonych przez wiele lat rzeczy. Może zresztą nie były to lata. Może pani wszystko zebrała o wiele szybciej, powiedzmy przez kilka miesięcy. 
Nie pamiętam tego dokładnie jak również tytułu filmu, nazwiska bohaterki.
W tej chwili jednak nie to jest ważne. Tylko pytanie. Czy my sami nie zachowujemy się w podobny sposób? Czy nie gromadzimy tak jak tak pani wszystkiego, co się da. 
Nie chodzi tu tylko o rzeczy materialne, ale również te subtelne niewidzialne gołym okiem, które mamy w swojej głowie.
Co by było, gdybyśmy odchwaścili, uporządkowali swój dom, swoje otoczenie, swoje wnętrze?
Dla mnie to pytanie czysto teoretyczne, bo chociaż blog o zasadach prostego życia bardzo mi się spodobał i pewnie również spodoba mi się książka, nie potrafię żyć w taki sposób. Nie potrafię obejść się bez większości moich ubrań, które tylko wiszą w szafie i sprawiają dobre wrażenie. Nie potrafię wyrzucić lub najlepiej oddać innym swoich dawno przeczytanych książek i żeby tylko książek. Są jeszcze komiksy, do których przecież nie zaglądam, ale nadal czuję do nich wielki sentyment.
W końcu przecież przypominają mi czasy, kiedy je czytałam. Czasy dzieciństwa i młodości, wydające się z pewnej perspektywy najwspanialszym okresem w moim życiu. Podobnie wygląda moje przywiązanie do zwyczajnych zdjęć tych papierowych, których też nie oglądam, ale nie mogę się z nimi rozstać. Pocztówki, bibeloty, głupawe pamiątki z różnych miejsc. Starocie.
Jak widać nie jestem wcale lepsza od tej pani. Pewnie jedyna różnica między nami to ta, że nie mam tak jak ona zbyt dużo pieniędzy do wydawania na rzeczy potrzebne czy niepotrzebne.
W każdym razie blog o prostym życiu, o życiu pozbawionym zbędnych przedmiotów, życiu bardziej uporządkowanym jest jak najbardziej godny polecenia dla takich ludzi jak ja.
Jego autorka słusznie zwraca uwagę, że nie na tym szczęście polega, żeby mieć coraz więcej, ale żeby korzystać z tego, co już się ma. Zamiast od razu kupować następny błyszczący gadżecik lub te tanie, okazyjne rzeczy, zadać sobie pytanie, a nawet dwa pytania.
Czy jest mi to naprawdę potrzebne? Czy mogę żyć bez tego?
Na pewno w pierwszej chwili powiemy tak, bo nasze oczy sycą się już obrazem tego czegoś, co oglądamy. Czy jednak musimy ulegać impulsom i pragnieniom? Czy musimy postępować tak jak od nas tego oczekują markety i wszelkie inne sklepy, media, reklamy?
Autorka mojego ulubionego blogu mówi poczekaj. Nie ulegaj. Najpierw głęboko odetchnij, policz do 10, a przede wszystkim wyjdź ze sklepu, bo tutaj w tym kolorowym otoczeniu nie podejmiesz właściwej decyzji. 
W podobny sposób potraktuj też to, co masz w głowie. Czy rzeczywiście musisz obejrzeć wszystkie premiery w kinie, przeczytać wszystkie nowe książki, pojechać w podróż dookoła świata, żeby być szczęśliwym? Czy w ogóle musisz gdzieś wyjeżdżać albo zaliczać panienki jedna za drugą albo facetów i uczyć się wszystkiego, co tylko się da?
Drogą do szczęścia nie są rozbuchane żądze i pragnienia, ale coś innego.
Co? Umiejętność cieszenia się tym, co się ma i życia w tu i teraz.
Dobrze, że jest ktoś taki tutaj w Polsce jak moja autorka, której nazwisko i blog zaraz ujawnię.
O niej samej nie powiedziałam zbyt wiele. Z tego, co pisze, realizuje podane przez siebie zasady prostego życia. Nie robi wielgachnych i w większości niepotrzebnych zakupów 
i zastanawia się nad tym, co czytać, co oglądać. Na pewno nie rzuca się na wszystko, co się błyszczy i dobrze wygląda.Nie rzuca się na każdą sklepową okazję. 
Na jej blogu znajdziecie nie tylko rady dotyczące tego jak pozbyć się niepotrzebnych rzeczy, ale również jak z prostych składników zrobić dobre ciasto i przede wszystkim jak być zamiast tylko mieć. Jak żyć w tym opanowanym przez materializm świecie.
I to jest najważniejsze. Umiejętność życia, a ja już nie będę marudzić, 
tylko odsyłam do bloga.
Prosty blog. Autorką jest Anna Mularczyk Mayer. Jej książka to ,, Minimalizm po polsku,,







piątek, 22 sierpnia 2014

O tachionach czyli jak często dajemy się nabić w butelkę.

Znów ostatnio na ciekawy film trafiłam.
Jednak, czy na pewno był taki ciekawy?
Tak, przynajmniej na początku i na pewno dla kogoś takiego jak ja,
kto nic dotąd o tachionach nie słyszał, bo gdzie i od kogo miał słyszeć.
Od pani z kiosku za rogiem?
Od sąsiada czy może od okolicznych podrywaczy?
A może od mojego wspaniałego bohatera Feliksa, który wciąż bezskutecznie
próbuje ukryć się przede mną, czego dowodem jego nowe piękne zdjęcie?
Może powiedziała mi o tym jego przyjaciółka wróżka, niesamowicie cudowna kobieta
jak widać to po jej ostatnich zdjęciach?
Niestety nikt nie powiedział. Nikt mnie o niczym nie informuje, chyba, że jacyś kochankowie w astralu. Oczywiście jeśli są takowi i akurat
nic innego nie robią tylko na mnie w astralu czekają.
W każdym razie był sobie i wciąż jest pewien film w internecie.


Oczywiście możecie go obejrzeć i ocenić, nie patrząc na to, co napisałam w tytule,
bo może jednak się mylę i to co nam ten pan pokazuje i mówi, to nie bajka,
ale prawdziwa, najprawdziwsza prawda.
Pamiętajcie nigdy nikomu nie wierzcie na słowo, tylko sami wszystko sprawdzajcie.
Jak mąż Wam krzyknie lub żona, nie jedz tego kochanie, nie pij, to trucizna, zawsze sami sprawdźcie czy miał, czy miała rację, co najwyżej Wasze życie będzie trochę krótsze.
Lepsze jednak krótkie życie bardzo dobrej jakości czyli bez niby przyjaciół, Feliksów, wróżek itp. przeszkadzaczy i upierdliwych ludzi niż długie życie razem
z nimi wszystkimi wokół.
Przejdźmy jednak do tematu.
Co to jest tachion?
Do czego służy?
Co można z niego zrobić i po co?
To są moje dzisiejsze pytania. Pytania, na które postaram się dać jakąś odpowiedź.
Dobrą, złą, gorszą. Zobaczymy.
Zacznijmy od pytania pierwszego.
Co to w ogóle jest ?
Mnie tachion na samym początku kojarzył się ze zwariowanym bohaterem
Lema Ijonem Tichym.
Nie będę tu o nim wiele mówić tylko tyle, że podróżował w kosmosie
i m.in w tej książce go znajdziecie.
Może tachion, który dla mnie tak podobnie brzmi jak Tichy, też miałby
przygody w kosmosie, gdyby był człowiekiem.
On tymczasem jest, zdaniem pana z wykładu, polem kwantowym z urojoną masą. Jednocześnie jest czymś, co jest niczym. Nie ma formy. Jego prędkość jest większa od światła i z powodu tej prędkości nie można go zobaczyć, choć niezupełnie, bo przecież jest taki punkt, w którym widać jak tachion przeleciał. Jest cząstką świadomości, która tworzy równowagę we wszechświecie i jest wszędzie.
Zwróćcie uwagę na te ostatnie słowa. Jest wszędzie. Niestety, jak się w trakcie wykładu okazuje, nie jest dla nas dostępny. Chociaż jest wszędzie, nie możemy
tak po prostu z niego korzystać.
Dlaczego?
Tutaj odpowiedź jest prosta. Nie mamy odpowiedniej anteny, która ściągnęłaby na nas tachiony. Nie jeden, ale całą masę tachionów.
Pojawia się następne pytanie, gdzie zdobyć taką antenę i po co ją zdobywać?
Już odpowiadam. Anteny, nie jedna lecz dwie dokładnie przedstawione w formie dysku
i oleju do masażu ciała, można kupić u pana wykładowcy. Oczywiście o tym nasz pan nie mówi tak wprost otwarcie tzn. w stylu typowych reklam. U mnie tylko to kupicie. Jedynie po rozwoju akcji można się domyślić, że u niego. Pan na samym końcu rzuca takie słowa. Jutro będzie stoisko.
Jasne jest, przynajmniej dla mnie po co, dlaczego to stoisko będzie.
Do momentu tych słów, a raczej już wcześniej, robię się zniesmaczona. Myślę sobie, co to jest, czekam na więcej informacji o tachionach, a tymczasem dowiaduję się, że będzie jakieś stoisko.
Mnie, po drugiej stronie ekranu, ta informacja niepotrzebna, ani pokaz wspaniale działającej ,,maszynki,, do oglądania aury, ani ten facet rozbierający się w szybkim tempie, żeby dziewczyna czekająca obok mogła go tachionowym olejem posmarować.
Owszem, facetów nagich to ja może lubię, ale niekoniecznie wtedy, kiedy czekam na dalsze informacje dotyczące tachionu i jakiegoś, nieznanego mi bliżej Instytutu Wagnera.
Niestety ciekawy wykład przeradza się w szopkę z oglądaniem aury. Na początku u faceta przed i po posmarowaniu olejem. Potem u innych już bez oleju.
Ci wszyscy inni tłoczą się w długiej kolejce, żeby tylko kolory swojej aury zobaczyć. Nikt komu się to udało nie odchodzi niezadowolony. Wręcz przeciwnie. Okazuje się, bowiem,
że wszyscy mają albo piękne kolory albo inne nadzwyczajne ciekawostki w swojej aurze.
Tutaj wreszcie spotykamy tych na wyższym poziomie rozwoju duchowego, tych już prawie przebudzonych.
Autor wykładu wyjaśnia, że to normalne, bo wszyscy są przecież w grupie wybranych. Tych, którzy zapłacili i teraz siedzą i wzmacniają swoją energię, a przy okazji poczucie własnej wartości.
Tylko mnie wydaje się trochę dziwne, że wszyscy zebrani w kolejce do odczytania swojej aury, są tacy wyjątkowi i zawsze mają w aurze zieleń i miły kolor niebieski. W dodatku temu facetowi z olejem na plecach i klatce piersiowej, pokazuje się kolor indygo.
W ten sposób dochodzimy do pytania po co?
Po co powinniśmy korzystać z energii tachionów?
Po co ze swojego ciała robić antenę przyciągającą tachiony?
Po to Kochani, żeby być zdrowym i doskonałym. Tę właśnie natychmiastową zmianę
na lepsze daje energia tachionów.
Dlatego opłaca się stać w kolejce i robić słodki minki do wykładowcy.
Och, żeby tylko mnie zauważył, żeby pokazał mi jaką mam cudowną aurę
i dał mi trochę tego niezwykłego wspaniałego oleju.
Patrzę na to wszystko i się zastanawiam. Czy, gdybym była na miejscu, uległabym wszechobecnej atmosferze głupoty wywołanej dziecinnym pragnieniem, żeby od tak za dotknięciem różdżki zmienić się w supermana? Myślę, że jest to możliwe. Często przecież różne głupoty zawracają mi w głowie.
Kupuję wtedy rzeczy niepotrzebne i całkowicie zagracam mieszkanie jakbym chciała dojść do tego punktu, do którego doszła kiedyś pewna pani. Przyniosła do domu tyle rzeczy, że nie miała już miejsca w swoim pokoju i w całym mieszkaniu dla siebie, ale to już całkiem inna historia.
Po obejrzeniu filmu sięgnęłam do innych źródeł wiedzy o tachionach.
Oto co znalazłam.
Jak widać pan wykładowca korzystał z tych informacji.
Nie pamiętam tylko, czy podał, że nie ma dowodu na istnienie tachionu.
Następne informacje znajdziecie tutaj. Słowa nie wiadomo,
czy są tachiony znów się powtarzają.
Dawid Wagner na pewno istnieje i to on jest twórcą tachionizacji.
O Instytucie Wagnera nie znalazłam nic.
W każdym razie jest pewne, że pan wykładowca reklamuje
jego ,,łapacze,, energii tachionów.
Nadal jednak nie wiem jak to naprawdę działa.
Mimo wszystko czuję się nabita w butelkę.
Coś ktoś niby odkrył, ale co i jak i kiedy i w jaki sposób?
Czy ktoś może mi to powiedzieć?  

     

wtorek, 19 sierpnia 2014

Kim jest dziadek Franek?

Dawno już nie pisałam niczego o Feliksie.
Pewnie dlatego, że Feliks dobrze ukrył się przed moim oczami.
Odszedł z grona moich facebookowych znajomych,
a jakby tego było mało zablokował swój funpage.
Wydaje mu się, że stał się niewidoczny, a ja nie widząc go,
zrezygnuję z opisywania jego przygód zarówno tych erotycznych jak i innych.
Niestety każdy pisarz ma oczy na plecach, a uszy w ścianie domu swojego bohatera.
Bohaterowi nie da się tak zupełnie odizolować od swojego autora.
I ja też wiem co nieco o swoim Feliksie i wróżce, do której Feliks bezskutecznie wzdycha.
Powiem tylko, że oboje mają się dobrze. Feliks założył na siebie nowe ubranko,
a jego wróżka wzdycha do swojego wymarzonego magicznego faceta.
Czy w końcu znajdzie takiego, a jak znajdzie, czy on obdarzy ją swoją miłością?
Te ciekawy tematy zostawmy sobie na później.
Na razie przygoda Feliksa niezwiązana z wróżką, przynajmniej tą z rzeczywistości
i z żadną nową dziewczyną.

Zdjęcie zabrane stąd.
Feliks nie pamiętał dokładnie, kiedy po raz pierwszy spotkał dziadka Franka.
Wcale nie chciał pamiętać, bo spotkanie z dziadkiem nie było przyjemne.
Gdyby miał wybierać między zrzędliwą i upierdliwą ciotką Dynią, a dziadkiem Frankiem, zdecydowanie wybrałby ciotkę. Mimo całej jej upierdliwości z ciotką dawało się jeszcze jakoś wytrzymać, ale z dziadkiem już nie.
Dziadek pojawiał się nagle i gadał, gadał, aż Feliks poczuł mdłości, zawroty głowy, ból żołądka lub ból zębów.  Jakikolwiek ból. Tak jakby dziadkowi sprawiało przyjemność zadawanie bólu, zwłaszcza Feliksowi. Dziadek był chyba sadystą.
Na pewno był uparty i dopóki Feliks nie obiecał, że zmieni, naprawi to, czego od niego żądał dziadek, siedział w jego pokoju na łóżku Feliksa i dmuchał mu w twarz śmierdzącym dymem tytoniowym. Dymem, który sprawiał, że Feliks czuł się coraz gorzej.
Nie pomagało błaganie o litość i nawet klęczenie przed dziadkiem na kolanach. Do niego to i tak nie docierało. Prędzej czy później wykończony jego obecnością Feliks, mówił to co dziadek chciał usłyszeć i spełniał wszystkie jego zachcianki. Zwyczajnie nie miał innego wyjścia. Jeśli takie wyjście istniało, to Feliks go nie znał.
Spotkania z dziadkiem odbywały się zawsze w innym czasie i w innej przestrzeni.
Feliks nie wiedział oczywiście w jaki sposób budził się ze snu w tej innej rzeczywistości.
Czuł tylko dziwny opór powietrza, które wciskało mu się do nosa, ust, wreszcie do płuc. Feliks nie mógł oddychać.
Zupełnie jakby był w niewidzialnej butelce z bardzo małą ilością tlenu.
W takich warunkach zawsze na wszystko się zgadzał. Zawsze dziadkowi ustępował i robił to co dziadek chciał. Jednocześnie mimo swojego wyuczonego ateizmu, nagle przypominał sobie o Bogu i modlił się do niego żarliwie, żeby tylko dziadek wypuścił go z dziwnej przestrzeni. Jakby zawieszonej w czasie lub zamkniętej w butelce czasu.
Tej nocy dziadek przyszedł znowu.
Pojawił się zaraz jak tylko zmęczony podróżą Feliks rzucił się na hotelowe łóżko w niemieckim mieście, z którego miał jutro wyruszyć w dalszą drogę.
Pojawił się i usiadł na brzegu łóżka. Tak jak to zazwyczaj robił w obecności Feliksa. Zawsze na łóżku i zawsze blisko niego. Robił tak jakby dla zwiększenia efektu swojej obecności i swojej męczącej gadki.
Feliks jak zwykle instynktownie się odsunął. Doskonale wiedział, że to nic nie da.
Pamiętał, co było na początku w czasie pierwszego spotkania z dziadkiem.
Uciekł wtedy do pokoju brata. Myślał, że go obudzi, a on mu pomoże.
Nic z tego. Dziadek pojawił się zaraz, a brat spał jak kamień.
Chciał czy nie chciał Feliks musiał porozmawiać z dziadkiem.
Musiał go wysłuchać i posłuchać.
Zrobić dokładnie to, czego dziadek sobie życzył, nawet jeśli mu się to nie podobało.
Dzisiaj było dokładnie tak samo z jedną małą różnicą. Dziadek nie bawił się już w podchody, w owijanie słów bawełną, tylko od razu wypalił prosto z mostu.
-Zabij ją.
- Ale przecież ciotka Dynia już nie żyje.
Oczywiście w pierwszej kolejności Feliks pomyślał o Dyni. Nie wiedział jednak jak zabija się upierdliwego nieboszczyka. Czy tak jak wampiry kołkiem wbitym w serce i poświęconą
wodą z kościoła?
-Idiota.
Dziadek Franek, nie wiadomo dlaczego każący mówić o sobie dziadek, chociaż Feliksa dziadkiem nigdy nie był i tak naprawdę nie wiadomo skąd się wziął, nastroszył gniewnie swoje długie ciemno-siwe wąsy bardziej pasujące swoim wyglądem do XVIII wieku niż do obecnych czasów. Jego równie długa ciemno siwa czupryna na głowie też się wzburzyła jak sierść u rozgniewanego psa.
Swoją drogą, gdyby dziadek Franek był psem, to z pewnością białym wilkiem albo czarnym owczarkiem niemieckim.  
Do tego doszło jeszcze groźne spojrzenie i Feliks zrozumiał, że to nie pora na żarty.
Wiedział już, że w każdej chwili dziadek może z nim zrobić, co zechce, a to co zrobi nie będzie miłe, ani przyjemne.
Kiedyś na przykład, prawie na samym początku ich spotkań Feliks niewinnie sobie z dziadka ubrania zażartował, że niby ta dziadka biała, długa koszula z dużym kołnierzem i  czarne spodnie getry pasują na dziadka jak dywan na krowę i już za chwilę miał za swoje. Dziadek powiesił go na kawałku koszuli, którą Feliks miał na sobie. Powiesił go na samej górze pod sufitem, na żyrandolu.
Potem długo się z niego śmiał.
Od tej pory Feliks nigdy się dziadkowi nie narażał.
Dlatego teraz natychmiast przeprosił dziadka i grzecznie zapytał o kogo chodzi.
- O tą dziewczynę, co do niej jedziesz. Ją masz zabić.
- Dlaczego?
- Bo ja tak mówię.
Z dziadkiem dyskusji nigdy nie było. Feliks też się już o tym przekonał.
Każda zbyt długa wymiana słów z mającym słuchać go bez gadania Feliksem, bardzo denerwowała dziadka. Gotów był wtedy wymyślić coś lepszego niż wieszanie na żyrandolu. Zamykał Feliksa w szafie albo wyrzucał przez okno, gdzie Feliks niesiony tylko siłą powietrza krążył wysoko wokół własnego domu. Zdarzało się też, że dziadek włączał telewizor, (nawet jeśli Feliks nie miał w pokoju telewizora, on i tak jakiś znalazł nie wiadomo skąd).
W telewizorze leciały zawsze ciekawe fragmenty z życia dziewczyny, w której Feliks się kochał i co z tego, że potajemnie. Dziewczyna zawsze była na ekranie z jakimś innym facetem i ze wszystkimi szczegółami Feliks musiał oglądać jej seks z tym innym.
Gdy tylko zamykał oczy dziadek raził go prądem ze swojej niby zwyczajnej popielniczki, a potem oglądał wszystko od początku, tyle razy, dopóki nie zgodził się z dziadkiem na jego propozycję. Zawsze propozycję nie do odrzucenia i nie do dyskusji.
Dlatego na wszelki wypadek zaraz przytaknął dziadkowi i bardzo grzecznie zapytał.
- Jak mam ją zabić i gdzie?
- Wszystko jedno, byle była zabita.
- A co powiedzieć ciotce?
- Mów sobie co chcesz. Jak ją zabijesz w nagrodę dostaniesz coś ode mnie
i nie pytaj co, bo to ma być niespodzianka.
Dziadek podniósł się z miejsca. Zapiął swój czarny długi płaszcz, chociaż na zewnątrz było nadal ciepło, on chyba nie miał zamiaru pokazywać się bez płaszcza. Może raczej nie miał zamiaru pokazywać swojej kwiecistej koszuli bardziej pasującej swoim wyglądem do geja niż do dziadka.
Zresztą w tej chwili to było nieistotne tak jak lakierki też czarne, które zawiązał.
Najważniejsze, że wstał z łóżka i wyszedł z pokoju. Za chwilę wrócił, ale tylko po to, żeby przypomnieć Feliksowi, że jak nie zrobi tego, o co go prosił, on z niego zrobi budyń albo coś innego.
- Poza tym- dodał -pamiętaj o naszych warunkach.
Warunki oznaczały obietnicę, jaką dziadkowi złożył na ich pierwszym spotkaniu.
Przyrzekł wtedy, że nikomu nigdy nic nie powie i będzie bez gadania spełniał wszystkie polecenia dziadka.
Tym razem jednak przerażony Feliks nie miał zamiaru słuchać dziadka. Miał już dość gróźb z jego strony i gdy tylko dziadek zniknął wreszcie za drzwiami i nic nie wskazywało na to, że pojawi się zaraz ponownie, zadzwonił do wróżki, która dała mu rytuały i przed wyjazdem pouczyła, co ma robić.
Nie zwrócił nawet uwagi na to, że jest środek nocy i dziewczyna pewnie dawno już spała.
Jednak o dziwo nie spała.
- Wiedziałam, że zadzwonisz i czekałam.
To wyznanie pewnie, by go zaskoczyło, gdyby miał do czynienia ze zwykłą dziewczyną, ale ona przecież nie była zwykła. Przekonał się o tym, gdy poszedł do jej gabinetu.
Wtedy właśnie okazało się, że jego wróżka zna doskonale wszystkie szczegóły z jego życia.
Był pewny, że ktoś taki poradzi sobie z dziadkiem.
- Dotychczas nikomu o tym nie mówiłem. Istnieje w moim życiu ktoś taki... W zasadzie nie wiem kto i chciałbym, żebyś mi powiedziała, co mam zrobić. On mi kazał kogoś zabić, a ja nie mogę tego zrobić.Nie potrafię i nie chcę zabijać i nie chce, żeby on do mnie przychodził, żeby mną rządził i ciągle mi wymyślał nowe zadania. Zadania nie do wykonania, bo jak można tak po prostu kogoś zabić.
- Podaj mi jego imię, nazwisko, zdjęcie. Bez tego nie da rady.
Zosia, bo tak miała na imię wróżka żałowała, że odebrała telefon, że powiedziała na początku to, co powiedziała. Oczywiście na żaden telefon od Feliksa nie czekała.
Po prostu miała problemy ze spaniem i o tej porze zwykle czytała w łóżku książkę. Telefon miała obok na wszelki wypadek, gdyby zadzwonił jeden z jej kochanków. Miała ich trzech i żaden jak do tej pory nic o innych nie wiedział. Między innymi z powodu jej zwyczajowej powitalnej uniwersalnej odzywki.
Wiedziałam, że zadzwonisz i czekałam.
Tym razem odzywka nie trafiła do uszu żadnego z kochanków, tylko do kretyna z biblioteki, w której od czasu do czasu pożyczała książki i który kiedyś pożyczył jej tę której od dawna szukała. Wtedy musiała mu się jakoś odwdzięczyć i dlatego zaprosiła go na bezpłatną wróżbę do swojego gabinetu.
Wcześniej dowiedziała się o nim wszystkiego od jednego ze swoich kochanków, który był detektywem i dzięki któremu jej interes zawsze dobrze prosperował. On dostarczał potrzebnych jej informacji, a w zamian za to dostawał, to co lubił, a czego nie chciała robić jego żona, bo ona akurat tego nie lubiła.
Dzięki temu wizyta bibliotekarza przebiegła bez zakłóceń, bez żadnych problemów.
Ona powiedziała mu to, co chciał wiedzieć i trochę o nim samym i dodała do tego swoje rytuały tzn. wymyślone dla niej przez drugiego kochanka, który był jasnowidzem całkiem oszalałym na punkcie jej ciała.
Teraz, gdy bibliotekarz zadzwonił i poprosił ją o pomoc w niezwykłej i niezbyt dla niej zrozumiałej sprawie, Zosia przypomniała sobie również o radzie kochanka jasnowidza.
,,Jeśli nie wiesz co zrobić, poproś o imię, nazwisko i zdjęcie. Resztę zostaw mnie. Ja to rozgryzę, oczywiście, gdy klient jeszcze będzie. Większość z nich nie lubi podawania danych osobistych,,.
Po drugie stronie Feliks nie wiedział, co ma powiedzieć.
- Widzisz to nie jest osoba rzeczywista. Mówi o sobie dziadek Franek. Nie wiem jak ma naprawdę na imię i jak się nazywa. Nie mam zdjęcia. On przychodzi do mnie między snem i jawą.
- A teraz gdzie jesteś? We śnie czy na jawie i ile i co wypiłeś?
Zdenerwowana Zosia rzuciła słuchawką. Nie chciała słuchać bajdurzeń pijanego zapewne bibliotekarza i natychmiast wyłączyła telefon, żeby on czasem znów do niej nie zadzwonił.
Jutro się jakoś wytłumaczy kochankom, którzy nie będą mogli się do niej dodzwonić.
Feliks został sam. Zanim jednak w pełni zdał sobie z tego sprawę, a także z tego,
że przed chwilą złamał daną dziadkowi obietnicę, telefon zadzwonił ponownie.
Feliks myślał, że to jego wróżka zmieniła zdanie i chce mu pomóc, ale to niestety nie była ona.
- Niedługo się przekonasz jak bardzo jestem nierzeczywisty.
Śmiech dziadka długo jeszcze brzmiał w uszach Feliksa.

 P.S. Nie myślicie chyba, że to wzięta z życia Feliksa opowieść. Jak już powiedziałam wcześniej niewiele wiem o Feliksie, nawet jeśli moje autorskie uszy i oczy sięgają daleko, to jednak nie aż tak daleko. Wszystko zostało przeze mnie zmyślone od początku do końca.   


 
 

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Majtki dla skromnej kobiety.

Były kiedyś takie różowe do kolan. Nosiła je moja mama i babcia.
Może dlatego, że innych nie było, a może wtedy obie uważały się za skromne kobiety.
Tak, moja babcia na pewno za taką się uważała, bo wszystkie zdjęcia mamy w stroju kąpielowym podobno zniszczyła. W końcu to bardzo nieobyczajne ubranie.
Teraz kobiety noszą takie, choć o wiele ładniejsze po ulicy.
Oczywiście nikt tego nie nazywa majtkami lecz legginsami do kolan.
Czy jednak taki strój podobał by się mojej babci?
Na pewno byłaby zgorszona, więc chyba lepiej dla niej, że nie żyje i tego nie widzi.
Moja mama już zdanie zmieniła na temat tego stroju, bo sama w podobnych chodziła na plaży.
Czasy się zmieniają. Kobiety pokazują latem więcej ciała niż te przed wojną i zaraz po wojnie.
Czy jednak wszystkie są aż tak ,,wyzwolone,,?
Czy nie ma wśród tych odsłaniających brzuch, nogi, biust do połowy albo cały pod przezroczystą bluzką bez biustonosza, nie ma takich, które chowają jak mogą ,,niebezpieczne,, kawałki ciała?
Dlaczego niebezpieczne i dla kogo?


Jak myślicie są wśród nas średniowieczne niewiasty, a jeśli są to, gdzie występują?
Po co i komu są potrzebne?
Odpowiedzią niech będzie ten film.
Z pewnością jest on obecnie niezwykle popularny.
Wszyscy z zaciekawieniem patrzą na skromną dziewuszkę.
Wszyscy się zastanawiają, czy ona tak sama z siebie, czy może gdzieś na ścianie ma ściągę przygotowaną przez księdza. 
On zresztą może stoi gdzieś obok i się promiennie uśmiecha,
że chociaż jedną skromną owieczkę upolował.
Po filmie zaprosi ją na herbatę, a potem...
Zdaje się, że tego zdania kończyć nie powinnam, bo zaraz się oburzą wszystkie 
cnotki w okolicy.
Kiedyś w końcu mnie dopadną i spalą na stosie.
Lepiej będzie jak przyjrzycie się opiniom innych na temat skromności, zanim we mnie kamieniem rzucicie. Swoją drogą, czy pobożni ludzie powinni kamieniami rzucać?
Jak myślicie?
Czy prawdziwemu Bogu spodobałby się taki rodzaj miłości do ,,bliźniego swego,,?
Od tematu trochę odeszłam.
Miałam przecież pokazywać opinie innych, a nie zadawać bez końca pytania.
Bardzo się starałam. Jednak nie udało mi się znaleźć kogoś całkowicie spoza kościoła, 
kto by ten piękny strój skromnisi skomentował.
Nie dość, że nie znalazłam osoby spoza kościoła to w dodatku nie znalazłam otwarcie sprzeciwiających się temu polskich katoliczek lub jakichkolwiek chrześcijanek.
Owszem znalazłam o sprzeciwiających się głośno kobietach z zagranicy.
Tutaj możecie sobie o tym przeczytać.
A gdzie coś na temat naszej rodzimej skromnisi?
Coś w bezpośredni sposób komentujące tę piękną i tak bardzo starającą się nie obrazić Boga dziewuszkę?
Niestety pod filmem tego czegoś nie znajdziecie. Wręcz przeciwnie.
Jest tu tylko wypowiedź innej ,,grzesznej,, kobiety, a dalej idiotyczna moim zdaniem dyskusja o Bogu.
Dlaczego idiotyczna?
Nie czas i miejsce, by o tym mówić. To może innym razem.
Przypominam Wam i sobie, że temat jest inny.
Czas więc na mój krótki komentarz.
Zacznę od pytania. 
Dlaczego i dla kogo niektóre kawałki mojego ciała są niebezpieczne?
Dla Boga? Gdzie i kiedy powiedział coś na ten temat?
Jak znajdziecie odpowiedź na to pytanie, to mi ją przekażcie koniecznie, 
bo jak na razie nic o tym nie słyszałam.
Uprzedzam. Chodzi mi o bezpośrednią odpowiedź Boga. 
Nie o Jego rodzinę, pomocników, papieży i kościół katolicki itp. itd. 
Pochwalcie się, jak coś znajdziecie.
Jeśli nie dla Boga, to dla kogo moje ciało takie niebezpieczne?
Odpowiedź jest prosta. 
Dla tych wszystkich, co patrząc na mnie, mają, delikatnie mówiąc ,,nieładne myśli,,. 
Czy to moja wina, że mają takie myśli?
Część z Was pewnie powie tak, bo to ja założyłam koszulkę z dekoltem i krótkie spodenki.
Ja powiem, jak Wam nie pasuje, to zamknijcie oczy i się na mnie nie patrzcie.
Czy to Wy czy ja mam dbać o Wasze myśli?
Może myślicie, że dla Waszych myśli założę strój zakonny?
Oczywiście nie założę. To Wy nie ja musicie zadbać o swoje myśli.
Poza tym, to Bóg mnie stworzył właśnie taką 
i to Wy obrażacie Boga, każąc mi zasłaniać Jego piękne dzieło.
Jeszcze raz zapytam kogo obrażam tak naprawdę swoim strojem?
Ja Wam nie powiem. To zbyt jasne.
Pomyślcie i sami znajdźcie odpowiedź.

P.S. Zapomniałam dodać, że mnie jest wszystko jedno jak się ubiera skromna dziewczyna.
Dla mnie równie dobrze może sobie założyć islamską burkę.
  
  


 





  

środa, 13 sierpnia 2014

Po co nam to święto?

Z punktu widzenia człowieka świeckiego i tego innej wiary odpowiedź jest prosta.
To święto jak każde inne respektowane przez państwo jest nam potrzebne do tego, żebyśmy w końcu mogli bez przeszkód naszą kochaną pupę usadowić przed telewizorem.
Nie tylko tam zresztą. Również na plaży nad morzem lub jakąś inną wodą.
W łóżku pod kołdrą, kocem lub czymkolwiek innym, co pozwoli nam pospać trochę
i zapomnieć o codziennych dniach pracowitych. W łóżku z ukochaną osobą,
żeby kochać się wreszcie do upadłego przez cały dzień.
Jak widzicie możliwości świeckich ludzi są duże, jeśli chodzi o święto katolickie,
którego nie obchodzą ale jak jest okazja świętują i bawią się, ile się da.
Dobrze mieć takie święto. Oczywiście, gdy naprawdę tego dnia pracować nie musimy i nikt nas w domu nie wykorzystuje np. taki upierdliwy mąż, któremu co 5 minut herbatkę trzeba zrobić albo pies, z którym trzeba wyjść na spacer albo wrzeszczące dzieci, które zawsze czegoś od nas chcą.
Po co jednak takie święto było katolikom?
Kiedy i dlaczego się pojawiło?
Jaka jest jego historia?



Do powyższych pytań dodać można jeszcze.
Jakie było kiedyś święto słowiańskie i czy było jakieś?
Na to ostatnie pytanie odpowiedź znalazłam bardzo szybko.
Święto było i było świętem Mokoszy.
Kim była Mokosza?
Tu  znajdziecie dokładne informacje.
Ja od siebie dodam, że Słowianie z pewnością dobrze się bawili zanim nadeszli najeźdźcy
i swoje własne zabawki im narzucili. Swoje poglądy, swoje widzenie świata.
To była doskonała robota, bo teraz tylko nieliczni o Mokoszy wiedzą,
a reszta trwa w mrokach niewiedzy i w blasku nowego święta, które dla lepszego efektu dostosowano do tego co było, bo chyba nie bez powodu nowa wiara ten sobie dzień wybrała do swojego święta. Stało się dokładnie to samo, co ze świętami zimowymi
i wiosennymi. Wszystko przerobione na nową modłę, nowe, korzystne dla nowych panów zwyczaje, a żeby dobrze się utrwaliły, fragmenty dawnych zostawione.
Na wsi nadal robi się zabawy, a kościół organizuje odpusty.
Jakby w ten sposób chciał powiedzieć bawcie się kochani, ale pamiętajcie o co chodzi w tym święcie. Kto jest jego główną bohaterką i świętą numer 1 pamiętajcie wierni.
To jej wszystko zawdzięczacie.To ona jest tu najważniejsza.
Wiem jak to brzmi, bluźnierczo. Zwłaszcza w uszach prawdziwego katolika, takiego, co nawet kotu nie przepuści czyli po prostu zawsze i wszędzie gotowy jest bronić swojego Kościoła, a przede wszystkim jego dogmatów ustanowionych
przez kolejnych papieży z dużą wyobraźnią.
Drodzy katolicy, to nie jest żaden atak na Was, a jak tak to odbieracie,
to nie mój, ale Wasz problem.
Wróćmy jednak do pytania numer jeden.
Po co katolikom było takie święto?
Częściowo już odpowiedziałam.
Po to m.in. żeby wymazać z pamięci ludu jakąś tam ich Mokoszę. Głupią zapewne,
bo mądrzy to są tylko chrześcijańscy święci i błogosławieni. Wszyscy pozostali doprawdy nic nie warci. Wszyscy z innych wyznań, przede wszystkim dawnych słowiańskich
niegodni są uwagi.
Takie moje częściowe wyjaśnienie po co to było.
Dlaczego z Mari, matki Jezusa zrobiono świętą i wieczną dziewicę?
To drugie zapewne po to, żeby pokazać chrześcijańskim kobietom,
na co mają zwracać uwagę, a co mają potępiać. Seks owszem, ale z mężem i po ciemku,
najlepiej w długiej koszuli nocnej z dziurą w odpowiednim miejscu
i po to, żeby kolejne dzieci spłodzić.
Cnotliwa Maria dziewica pozbawiona wszelkich seksualnych pragnień
i potrzeb jest dla Was Polki odpowiednim wzorem.
Kochane i Wy się dziwicie potem, że macie problem z seksem.
Jak się w takie banialuki uwierzy, to już niestety lepiej zostać zakonnicą.
W każdym razie za mąż na pewno nie wychodzić,
a przede wszystkim nie patrzeć w stronę innych mężczyzn.
Za bardzo odbiegłam od tematu.
Już wracam i przedstawiam katolicki punkt widzenia. Po co takie święto?
Kiedy się pojawiło i dzięki komu? Kto je wprowadził?
Kto z tego zrobił dogmat, w który macie bez żadnych dyskusji wierzyć?
Dogmatów się przecież nie tłumaczy wiernym dokładnie.
Nie mówi im się dlaczego albo tak się głowie kościoła spodobało.
A tak, spodobało się. Komu? Piusowi XII 1 listopada 1950 roku.
Tutaj macie ciekawe informacje w formie rozmowy na Forum Tradycji Katolickiej.
W innym miejscu ciekawe pytania zadaje księdzu Zbigniew .
W pełni widzimy wersję katolicką i katolicką odpowiedź na moje pytanie po co?
Z całej wypowiedzi wybieram te najważniejsze dla mnie fragmenty
wyjaśniające całą sprawę.
 "Wiarą boską i katolicką należy wierzyć w to wszystko, co jest zawarte w słowie Bożym spisanym lub przekazanym Tradycją i przez Kościół jest podawane do wierzenia jako przez Boga objawione, czy to w uroczystym orzeczeniu, czy to w zwyczajnym i powszechnym nauczaniu".
,,... dogmat nie spada z nieba, ani nie jest jakimś wymysłem Papieża, ale stanowi potwierdzenie czegoś, czym żył i żyje Kościół.,,
Masło maślane z masłem podane. Takie jest moje tłumaczenie tych zawiłych treści.
Dogmat nie z nieba spada i nie przez papieża wymyślony, to przepraszam przez kogo?
Przez Boga, który nagle sobie przypomniał, że trzeba Kościół i jego wiernych oświecić?
Jest potwierdzeniem tego czym Kościół żył i żyje, a czym żyje w przypadku tego dogmatu?
Kobiecym ciałem i kobiecą seksualnością.
Najlepsza wzorowa kobieta to ta aseksualna matka, cnotliwa dziewica Maria.
Jej ciało jest święte, bo nigdy przez mężczyznę niedotknięte.
Dlatego została wzięta przez anioła lub przez samego Jezusa z ciałem i duszą do nieba,
a my kobiety jeśli też tak chcemy mamy mieć grzeczne stosunki z własnym mężem
i tylko po to, żeby na świat nowe przyszły dzieci
i byśmy mogli je wychowywać po katolicku.
Kobiety podoba Wam taki model, taki wzór życia?
Mnie się nie podoba. Ja taka być nie chce.
Nie mam zamiaru z własnych przyjemności rezygnować w imię jakiegoś tam dogmatu.
Ten dogmat nie jest mi potrzebny.
I znów mnie poniosło. Zamiast rzeczowej odpowiedzi,
prezentuję swoje zbuntowane, antydogmatyczne treści.
Wracam szybko do odpowiedzi po co?
Czy ksiądz dał Zbigniewowi konkretną odpowiedź na to pytanie
czy tylko odpowiedzi wymijające?
,,...wiara w cielesne wniebowzięcie Maryi umocni
i uaktywni naszą wiarę w nasze własne zmartwychwstanie".
To moim zdaniem jest ta odpowiedź, chociaż czy na pewno?
Konkretna to ona nie jest jak i całe tłumaczenie księdza.
Żadnej odpowiedzi sensownej nie dał.
Tylko takie ble, ble dla mało wymagających.
Ja jednak myślę, że chodzi o to, żeby to święto pokazało nam kobietom przede wszystkim, co jest ważne i jak dążyć do celu ostatecznego, jakim jest zmartwychwstanie.
A po co mi to?
Po co mi w niebie moje obecne ciało,
przecież tam inna rzeczywistość i ciało fizyczne niepotrzebne?
Po co mi ponowne życie tu na Ziemi ze swoim dawnym ciałem?
Po co mi ten ,,raj,, na Ziemi?
I skąd się wzięła ta dziwna rozbieżność i jakby zakłamanie?
Z jednej strony nasze ciała złe dla Kościoła, grzeszne,
z drugiej mamy dążyć do zmartwychwstania
i tak jak Jezus wstać z grobu i z ciałem swoim pójść do Nieba.
To w końcu jakie to ciało dobre czy złe?
Złe, ale można je zmienić poprzez wyrzeczenia i poświęcenie?
Chyba po śmierci powinna się liczyć dusza, a nie ciało, które w proch się obróci?
Wiele jest pytań i brak odpowiedzi. Tych sensownych konkretnych.

P.S. Nie miałam zamiaru obrażać zwolenników święta katolickiego, a jedynie przedstawić swoje luźne refleksje na ten temat. Szanuję Marię i jej zwolenników tak jak szanuję inne religie.
Wszystkim katolikom i tym innym życzę miłego święta Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, znanego w kulturze ludowej jako Dzień Matki Boskiej Zielnej.

sobota, 9 sierpnia 2014

Jacy są ci przebudzeni cz.2.

Jak wiecie z części pierwszej, 
przeanalizowałam tylko jedną osobę podającą się za przebudzoną.
Jeśli nie wiecie to zapraszam do części pierwszej.
Teraz zajmę się innymi przebudzonymi.
Czy tacy w ogóle są, czy nie?
Co oznacza sama  nazwa ,,przebudzenie,, ?
Jaka jest facebookowa grupa Przebudzenie?
Czy tam można znaleźć przebudzonych?

Zdjęcie zabrane z tej strony
Zacznę od nazwy czyli od samego początku.
Nazwa niestety kojarzy mi się ze spaniem i dlatego zastanawiam się, kto ją wymyślił.
Kto pierwszy i dlaczego użył tej nazwy?
Czy to był Antoni de Mello?
A może to nie jego wina, ale tłumacza?
Zdjęłam książkę z półki i sprawdziłam jej oryginalny angielski tytuł.
Brzmi tak: Awareness.
Co oznacza to słowo?
Jakie może mieć znaczenie po polsku, 
bo jak wiadomo często angielskie słowa mogą mieć kilka znaczeń.
Sprawdzam więc w słowniku znaczenia.
Świadomość, tak to brzmi wg tego słownika.
Jak w innych?
W następnym to też świadomość.
W trzecim to samo. Świadomość.
Jednak to nie Antoni tylko polski tłumacz wymyślił taką nazwę.
Zamiast świadomość, przebudzenie.
Pewnie powiecie teraz, że to nie ma znaczenia, jak co się nazywa.
Niezupełnie, znaczenie ma, bo co innego znaczy świadomość, a co innego przebudzenie.
Dla mnie. Podkreślam te dwa słowa. Tak jest dla mnie.
Z czym mi się kojarzy przebudzenie?
Z niczym złym.
Mówiąc, myśląc o tym słowie widzę siebie.
Śpię i śnię jakiś miły sen np. o moich igraszkach łóżkowych z atrakcyjnym facetem.
Sen zostaje nagle przerwany telefonem od, powiedzmy, Ciotki Paszczaka.
Jestem przebudzona. Ledwo mówię. Myślami błądzę wokół swojego snu.
Jakoś udaje mi się rozmowę skończyć i do snu wrócić.
Takie jest dla mnie to słowo.
Chwilowe wyjście ze snu i szybki powrót do niego.
Jeśli już porównywać świadomość do snu, to znacznie lepsze jest słowo obudzenie.
Gdy już się obudzę, wstaję z łóżka, myję się, ubieram i nie wracam do snu.
Ktoś może się oczywiście przyczepić, że przecież następnej nocy znów wrócę.
Wrócę, ale obudzę się znów. Nie będę żyła we śnie, ale w rzeczywistości.
Natomiast przebudzenie to dla mnie tylko chwila między jednym snem, a drugim.
Nie będę tych snów pamiętać jak już się obudzę.
Stan obudzenia bardziej pasuje do świadomości.
Jeśli to słowo źle brzmiało dla tłumacza, to dlaczego nie zostawił oryginalnego?
Świadomość. Tak powinien brzmieć ten tytuł.
Wtedy nie miałabym się czego czepiać i nie napisałabym tego, co teraz piszę.
Czy ludzie w grupie Przebudzenie wiedzą o tym?
Sądzę, że nie. Inaczej grupa nie nazywałaby się Przebudzenie.
Czy ludzie w tej grupie są przebudzeni?
Zanim przejdę do konkretnej odpowiedzi, 
podzielę się z Wami moimi refleksjami na temat grupy.
Toczą się tu różne rozmowy.
A to o kobiecie i ogólnie kobietach materialistkach,  o tańcu, który podobno ma przebudzić czakrę podstawy. Dalej o erotycznym tańcu na wizji, o Jezusie i o tym, co powiedział.
O ucieczce od siebie samego, o kobiecie, co kupę w markecie zrobiła i itd., itp.
Zastanówcie się teraz, czy któryś z tych tematów ma związek z przebudzeniem inaczej życiem w świadomości? Ma czy nie ma?
Mnie te tematy i te rozmowy w grupie nazwanej Przebudzenie przypominają 
głupie kawiarniane gadki albo gadki prowadzone w pubie 
albo na dworcu w barze szybkiej obsługi czyli wszędzie tam, 
gdzie można zamówić kawę, piwo, wino, kawałek ciastka i inne tego typu przekąski.
Gdybyście poszli w takie miejsce z pewnością znaleźli by się tacy, z którymi można byłoby tak sobie popaplać, udając przy tym niezwykle mądrą osobę. 
Od czasu do czasu zaszokować rozmówcę jakimś
brzydkim, chamskim słowem lub własną, ułożoną przez siebie głupią mantrą.
W końcu, gdy ktoś jest przebudzony może robić, co mu się podoba. 
Tym bardziej jeśli są to tylko słowa. Ma prawo używać jakich chce i kiedy chce. 
Jest już na takim poziomie rozwoju, że mu wolno, a jeśli Tobie się to nie podoba 
widocznie nie dojrzałeś do tego poziomu. 
Zawsze możesz odejść. Wyjść z kawiarni p.t. ,,Przebudzenie,,.
I rzeczywiście są tacy, którzy odchodzą. 
Nie wytrzymują atmosfery luzu i gadania dla samego gadania.
Są więc w tej grupie przebudzeni?
Rozmawiają o przebudzeniu?
Moja odpowiedź brzmi. Nie.
W grupie są zwykli ludzie pragnący przebudzenia. 
Ludzie, którym się wydaje, że coś takiego da im trwałe szczęście i radość. 
Ludzie, którzy mają już dość smutku i swojej ogólnej niewiedzy 
na temat siebie i swojego życia. Ludzie pragnący wielkiej mocy, 
która pozwoli im zrobić wszystko np. poderwać dotychczas niechętną dla nich sąsiadkę, 
zabić ,,złą,, osobę, polatać nad osiedlem, znikać, przechodzić przez drzwi 
i wchodzić do pancernej kasy z dużą ilością gotówki i spełniać wszystkie swoje zachcianki.
Dla nich przebudzenie jest właśnie tym cudownym stanem całkowitej wolności i możliwości robienia, co się chce. Stanem wiecznego szczęścia i radości.
Porównują się przy tym z tymi, którzy podobno są przebudzeni.
Używam słowa podobno, bo przecież nie wiem jak jest naprawdę.
Ci wszyscy mistrzowie, guru, oświeceni nauczyciele są tacy uśmiechnięci i wyluzowani, 
gdy przekazują nam swoje nauki. 
Kto by nie chciał być właśnie taki?
Przejdę teraz do ostatniego pytania.
Czy są? Czy istnieją przebudzeni czyli tak naprawdę obudzeni i w pełni świadomi?
Myślę, że tak.
Różnica między nimi jest taka, że nie nie gadają po próżnicy i o byle czym. 
Nie rzucają głupimi słowami, historyjkami i innymi pierdółkami, 
którymi zajmują się zazwyczaj kawiarniane plotkary. 
Na koniec dodam oczywiście, że wszystko, co napisałam, 
to moje osobiste, subiektywne zdanie.
Każdy może, ma prawo nie zgodzić się ze mną.
 
 

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Jacy są ci przebudzeni?

Zadałam sobie to pytanie, gdy zaczęła się dyskusja o uczuciach
w grupie Przebudzenie na facebooku.
Może bym sobie tego pytania nie zadała, gdyby nie autor tematu.
Z pozoru miły, kulturalny i bardzo mądry.
W zasadzie taki, jaki dla mnie powinien być przebudzony.
Podkreślam dwa słowa. Dla mnie.
Dla Was przebudzony może być inny i jak się przekonuję, 
obserwując różne dyskusje w podanej
przeze mnie grupie, tak przeważnie jest.
Moje wyobrażenia kontra wyobrażenia innych.
I dobrze. Cóż to byłby za świat, gdyby wszyscy mieli taką samą wyobraźnię.
Na pewno wtedy nic bym nie pisała o przebudzonych.
Wszystko byłoby jasne. Pytania jakiekolwiek byłby zbędne.
A tak, nie jest prosto.



Do pierwszego pytania dodam następne.
Czy przebudzony nie ma już żadnych uczuć?
Jeśli tak to czy może się złościć?
Czy może walić słowami w drugą osobę tak jak wali mistrz zen swoich uczniów kijem?
Na razie tyle. Być może potem pojawią się następne pytania.
W miarę jak akcja czyli moje pisanie będzie się rozwijać.
Tymczasem spróbuję odpowiedzieć na już zadane pytania.
Na początku powiem.
Wszystko co piszę, to mój punkt widzenia.
Niedoskonały, ograniczony jak u każdego zwykłego, nieprzebudzonego człowieka.
W dodatku człowieka, który do przebudzenia nie dąży,
bo ważniejsze dla niego jest po prostu bycie dobrym człowiekiem.
Wszystko inne będzie albo nie będzie. Nie ma znaczenia.
Wychodząc z tego punktu widzenia, do tematu przebudzenia podchodzę na luzie.
Z dystansem. Obserwuję jedynie przebudzonych.
Nie, niezupełnie.
Zaczęłam obserwować z powodu niektórych przebudzonych.
Wróćmy jednak do pytań.
Jak myślicie, czy przebudzony ma jakieś uczucia?
O to, co na ten temat powiedział autor tekstu o uczuciach.
Uczucia są tym elementem składowym ludzkiej psyche, 
które stanowią największą przeszkodę "duchowego poznania".
Zgadzacie się z tym stwierdzeniem?
Ja się nie zgodziłam i nadal nie zgadzam.
Dla mnie człowiek bez uczuć, to nie człowiek, ale robot.
Owszem, należy uczucia kontrolować. Nie poddawać się im tak po prostu.
Z drugiej strony trzeba wiedzieć, 
kiedy je kontrolować, a kiedy sobie to kontrolowanie odpuścić.
Na przykład.
Teraz, gdy piszę i wtedy, gdy rozmawiałam z owym przebudzonym,
z pozoru miłym facetem, staram się, starałam się swój gniew kontrolować.
Kontrolować swoją złość. Jeśli teraz się jej poddam, wiem, że nic dobrego nie napiszę.
Wiem to z własnego doświadczenia.
Gdybym w czasie rozmowy z przebudzonym, 
poddała się złości, to zeszłabym na jego poziom.
Nic dobrego, by z tego nie wynikło.
Pokazałabym się tak jak on z tej gorszej strony, 
całkiem zapominając o swoim kulturalnym wizerunku.
To znaczy nikt, by już potem nie uwierzył, że jestem taka milutka, 
sympatyczna, tolerancyjna, pełna szacunku.
Nie, nie o to chodzi. Nie chodzi o to, żeby ktoś myślał, że jestem fajna.
Jednak w pewnych sytuacjach nie można poddawać się uczuciom.
Zwłaszcza przebudzony powinien mieć kontrolę nad nimi 
i wiedzę kiedy tą kontrolę stosować.
Teraz wyobraźcie sobie inną sytuację.
Ja w łóżku z atrakcyjnym facetem.
Co mi tutaj da kontrola całkowita nad swoim uczuciem do niego i nad tym, co robię?
Zwyczajny brak przyjemności.
Główny błąd popełniany przez panie, bo panowie jakoś z tym problemów nie mają.
Chociaż chyba nie wszyscy.
Wspomniany przeze mnie pan.
Ten, dla którego uczucia są przeszkodą, musi mieć duże problemy, albo nie,
bo seksu zwyczajnie unika.
Po co on takiemu?
I już mamy odpowiedź na pytanie jaki.
Jaki jest ów przebudzony?
Jeśli uczuć nie ma, jest seksualnym abstynentem.
Jak  coś robi ze swoją żoną, to ,,po bożemu,, 
i cichutko z odrazą do własnego ciała i jego potrzeb.
Z odrazą? Nie, nawet odrazy, wstrętu mieć nie może, bo przecież uczuć nie ma.
W zasadzie żony też nie powinien mieć,
bo każda żona chce mieć od czasu do czasu jakiś normalny seks.
Oczywiście, zdarzają się wyjątki, ale za daleko odbiegłam od tematu zasadniczego.
Nie piszę przecież o żonie przebudzonego, ale o przebudzonym.
I nie o seks mi głównie chodzi.
Tylko o przebudzonego.
On mówi uczucia są niepotrzebne, a ja udowadniam, że są potrzebne.
Trzeba tylko mieć nad nimi kontrolę.
Przebudzony jest dla mnie takim człowiekiem, który uczucia ma.
Wie jednak kiedy, co i jak. 
Teraz przypomniał mi się jeden z bohaterów ,,Star Treka,,. 
Data, android, drugi oficer na pokładzie statku kosmicznego USS Enterprice.
Jako android uczuć ludzkich nie ma, 
lecz zapewniam Was, gdyby był na facebooku w grupie Przebudzenie,
rozmawiałoby się z nim z czystą przyjemnością.
Dlaczego o tym piszę, bo chcę odpowiedzieć na następne pytanie.
Czy przebudzony może się złościć?
Mój Przebudzony, o którym tutaj piszę,
uważa, że uczucia są niepotrzebne.
Czy w takim razie nie ma w nim złości, bo przecież to też uczucie
i też przeszkadza w duchowym poznaniu.
Teraz przedstawię Wam fragmenty swojej rozmowy z nim.
Gdy je zobaczycie, przekonacie się, że odpowiedź na to pytanie,
jest prosta. Niezwykle prosta.
Przebudzony (Nie podam imienia i nazwiska, bo po co mu reklama): Stranc nie porównuj się z Magdaleną, bo to tak jakbyś gówno porównywała do tiramisu.
To jeden z komentarzy Przebudzonego na mój temat.
Dalsze. Wybrane oczywiście. Inaczej niestety się nie da, 
ponieważ nie jest to moja osobista tylko rozmowa z Przebudzonym.
Są też komentarze innych, 
ale ja w tym momencie skupiam się 
na tych skierowanych do mnie.
Przebudzony: do garów kuchto.
Bardzo łagodne. Idźmy dalej.
Przebudzony: Każdy mnie doskonale zna tłomoku.
Kochani, błędów nie poprawiam.
Przebudzony: Kobiet nigdy nie poniżam, co najwyżej patelniane sklerozy.
Przebudzony: Gdybyś nie zgubiła rozumu w garach, to wiedziałabyś idiotko, że u mnie już swoją szansę przegrałaś - i już nigdy nie będę Cię traktował jak podmiot, 
a zawsze jak przedmiot.
I już ostatni komentarz.
Przebudzony:  Wydrukuj sobie to na czole, albo na swoim narzędziu pracy ... z tyłu.
Tyle wystarczy.
Wróćmy do pytania.
Czy przebudzony może się złościć?
Odpowiedź. Tak. Może.
Dodajmy pytanie.
Dlaczego, przecież uczucia przeszkadzają mu w jego rozwoju?
Już pozbył się uczucia miłości.
Dlaczego nie pozbył się złości, gniewu, nienawiści, przecież to też uczucia?
Moja odpowiedź.
Nie wiem. Z jednej strony bez miłości. Z drugiej z nienawiścią.
Może te uczucia jednak nie przeszkadzają przebudzonemu.
A może osoba, o której piszę przebudzoną nie jest, 
a jedynie chce być przebudzoną.
Jednak chciejstwo to też uczucie.
Nie wiem już teraz jak przebrnąć przez te swoje pytania.
Jakby nie ruszyć, jakby nie ugryźć, 
to z każdej strony wychodzi z ciastka przebudzonego
kawałek suchego chleba.
Nie mówię, że chleb jest zły, ale gdy oczekiwało się ciastka po takiej,
nie innej notatce przebudzonego na temat uczuć,
jest się bardzo rozczarowanym, gdy nagle odkrywa się chleb na talerzu.
Przebudzony też jest zresztą rozczarowany, 
bo zamiast oczekiwanego poklasku, otrzymuje gorzką prawdę,
uwagi, których nie chce słuchać, które go złoszczą,
a jako przebudzony złościć się nie powinien.
Złość jest przecież uczuciem, więc zgodnie z tym, 
co napisał przeszkadza w rozwoju duchowym.
Wróćmy do pytania głównego.
Jacy są przebudzeni?
I tutaj mamy gotowe wskazówki Przebudzonego:
- ma absolutną pewność
- nie zadaje żadnych pytań
- nie ma wątpliwości
- nie prowadzi dyskusji
- wie dokąd zmierza w każdej chwili swojego życia
- nie potrzebuje pociechy
- nie potrzebuje pomocy
- nie potrzebuje rady
- nie narzeka
- nie prosi
- żyje prawdą na co dzień - nie kłamie
- jest absolutnie uczciwy
- nie ulega żadnym wpływom
Po tym można rozpoznać "przebudzonego".
Te wytyczne są też wskazówkami dla każdego, 
kto zastanawia się nad tym, czy sam jest "przebudzonym".
Nasz przebudzony jak widać jest nie tylko przebudzonym, ale również nauczycielem,
mistrzem, które podaje nam swoje wskazówki.
Dzięki nim nie będziemy mieli problemu z odpowiedzią.
Najpierw jaki przebudzony ma być, a potem jaki jest.
Jaki ma być to widać po wskazówkach.
Jaki jest?
Na pewno dyskusji nie unika.
Gdyby unikał, nie komentował by niezgodnych ze swoimi poglądami komentarzy.
Ma pewność?
Tak. jest pewny, że jego poglądy są jedynymi słusznymi poglądami.
Pomocy i rady nie potrzebuje, bo sam stosowną pomoc i radę proponuje.
Pytań nie zadaje i nie ma wątpliwości.
Już wszystko wie, zwłaszcza to jacy są paskudni ci z innymi poglądami.
Żyje prawdą na co dzień i nie kłamie.
Nie jestem tego pewna, chociaż jakąś tam swoją prawdą żyje na pewno.
Czy nie kłamie? Nie, bo dla niego jego kłamstwa są jego prawdą.
Czy jednak kłamstwem nie obraża innych?
Wątpliwa sprawa. Bardzo wątpliwa.
Nie ulega wpływom.
Niezupełnie, bo gdyby tak było wpływowi złości, by nie uległ.
Jest uczciwy? 
Może tak, a może nie.
Wszystko zależy od sytuacji na pewno.
Na przykład.
Sposób mówienia dostosowuje do słuchaczy.
Jeśli jest u siebie. Na swoim koncie facebookowym, jest miły.
Miły jest na swoim blogu.
W grupie Przebudzenie, 
gdzie są jego potencjalni rywale, nie jest miły.
Nie jest miły oczywiście dla tych, którzy nie potwierdzają jego racji
i zwracają mu uwagę na styl jego komentarzy.
Nie narzeka?
Być może.
Chociaż po jego epitetach odnoszących się bezpośrednio do kuchni,
można sądzić, że jego żona, jeśli ma taką, 
obrywa kijem od niego, jeśli naczyń nie pozmywa.
Tak mniej więcej wygląda nasz przebudzony.
Jacy są inni?
Zdaje się, że skupiając się na nim pominęłam innych i dlatego
nie mam wyjścia, muszę wrócić do tematu
i w następnej drugiej części podać refleksje ogólne o nich, o przebudzonych
lub tych, co chcą się przebudzić
i najważniejsze przeanalizować nazwę. 
Czy właściwe jest nazywanie osób na wyższym poziomie rozwoju przebudzonymi?
Tym pytaniem żegnam się teraz i zapraszam do części drugiej. 

P.S. Tu znajduje się cała rozmowa moja i innych z przebudzonym pod tematem dotyczącym uczuć.Wiem, że w ten sposób ujawniam jego imię i nazwisko
i być może przyczyniam się do dalszej popularności jego bloga.
Nieważne. Chodzi mi o to, żeby nikt z Was nie pomyślał, 
że podałam nie prawdziwe bzdury, a tu właśnie jest dowód, o ile Przebudzonego
z grupy nie usuną, że to była jednak prawda.