wtorek, 30 września 2014

Dlaczego bijemy się o tanie okazje?

Mogłabym powiedzieć, czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Mogłabym, gdybym nie widziała, gdybym była taka nieuśwadomiona. Niestety mieszkam  w marketowym mieście i nie jedno już widziałam i słyszałam.

Najczęściej słyszałam o marketach. Najczęściej je widziałam. Te duże i te małe tzw. dyskonty spożywcze. Ludzi też widziałam jak biegną i biją się o okazje, tanie okazje, jedzenie i sprzęt różnego rodzaju. Plazmowe telewizory, laptopy, komórki,
tablety, drukarki itp. itd.
I o czym to świadczy?  O tym, że wszyscy mało zarabiamy,  a ceny różnych towarów są wygórowane. Nikt przecież nie będzie kupował bluzek za 50 zł, bananów za 7, książek  
za 40 itd., jeśli zarabia około 1300, a z tego dużą część musi wydać na mieszkanie. Pokażcie mi takiego człowieka, który będzie wydawał więcej jak może mniej,
 oczywiście za to samo.
Pewnie, zdarzają się wyjątki czyli dziwacy podobni do mnie. Nie lubią marketów i wcale
do nich nie chodzą albo bardzo rzadko. Ja należę do tych drugich czyli chodzę w takie miejsca rzadko i na pewno nie zobaczycie mnie tam na otwarciu z torbą pełną okazji
i balonikiem w ręku.
Niby nie należę do tej bogatej grupy społeczeństwa. Nie zarabiam nie wiadomo jakich kokosów i tanie okazje,  by mi się przydały, a jednak nie lubię marketów. Może dlatego,
że kiedyś w jednym z pierwszych tego rodzaju sklepów rozbolała mnie głowa.  Moje oczy zwyczajnie nie mogły przetrawić tylu rzeczy zgromadzonych w jednym miejscu i do tego głupawej, głośnej muzyki i wielgachnej przestrzeni. Wtedy jeszcze nie byłam do tego przyzwyczajona. Zareagowałam tak jakbym oglądała kilka programów telewizyjnych jednocześnie. I może teraz moja podświadomość nie pozwala mi wchodzić w takie miejsca zbyt często.
W każdym razie nie biję się z innymi o dostęp do tańszej drukarki i o wiele tańszego jedzenia. Wydaje mi się to takie prymitywne, chociaż z drugiej strony zupełnie normalne. Rozumiem tych ludzi. Dlaczego mają płacić za coś 10, jeśli naprawdę nie jest to tyle warte. Nie jestem więc całkowicie przeciwko marketom. Spęłniają pragnienia wielu ludzi,
 których nie stać na rzeczy w zwykłych sklepach.
Jednak bez przesady, jeden, góra dwa na większą okolicę wystarczy. Po co więcej, zwłaszcza na takim małym osiedlu jak moje. Czy po to, żeby ludzie cały swój wolny czas spędzali na wydawaniu pieniędzy? Na pewno tak by chcieli właściciele tych sklepów. Wygryźć całą konkurencję, być monoplistą na rynku. Czy nie takie sobie stawiają cele
i akurat tutaj w moim mieście znaleźli podatny grunt.
Pewnie prędzej czy później postawią na swoim i ludzie tacy jak ja nie będą mieli nic do powiedzenia. Będą musieli nie tylko znosić widok ogołoconej z zieleni okolicy, ale jeszcze robić zakupy w dyskontach, bo innych sklepów nie będzie. Zbankrutują. Oni w końcu nie mogą sobie pozwolić na tyle, na ile mogą wielkie spożywcze firmy.
Przyszłość jawi mi się w czarnych kolorach jak Orwellowi, gdy pisał swój ,, Rok 1984,,. Okazuje się, że nie tylko komunizm niesie z sobą zagrożenie. Kapitalizm też jest straszny
i obrzydliwy.
Najpierw przenosisz się do pięknego zielonego miejsca, do ślicznego kolorowego bloku. Wokół mnóstwo przestrzeni. Las, pole, cisza. Mija trochę czasu i  biznesmeni z zewnątrz dostrzegają również ,,twoje,, piękne miejsce i się zaczyna. Wielka firma komputerowa zajmuje dużą część lasu i pola, potem magazyny, tramwaj, bloki i wreszcie dyskonty spożywcze w odległości kilku metrów jeden od drugiego.
W przyszłości widzę to tak. Zero normalnych małych sklepów. Nie ma książek i dobrych polskich ciuchów i butów. Po ulicy szwędają się analfabeci. Bezrobotni i pracownicy markektów, banków, cukierni i aptek.
Czy Wam się to podoba? Mnie nie.













































wtorek, 23 września 2014

Weź się w garść czyli coś o depresji.

Słyszeliście kiedyś coś takiego? Taką wspaniałą radę od mamy, taty, męża, żony, kolegi, koleżanki i wielu innych zawsze wiedzących lepiej, co trzeba zrobić, gdy jest ci smutno
i ciężko na sercu? Ja to czasem słyszałam, a wtedy zazwyczaj miałam ochotę kopnąć
w tyłek tę ,,mądrą,, osobę.
Dlaczego? Zapytacie, ale tylko ci z Was, którzy prawdziwego smutku nigdy nie przeżyli.
Ci pozostali nic nie powiedzą. Oni wiedzą, że taką radę możesz sobie wsadzić do kieszeni razem z wczorajszą gazetą i papierem toaletowym. Jedno i drugie do wyrzucenia czyli gazeta, papier, rada. Wszystko jedno w jakiej kolejności. Gazeta nieaktualna, papier
nie za bardzo nadaje się do wycierania nosa, chyba, że jest z tych luksusowych, super delikatnych, a rada zwyczajnie nic nie warta.
Co niby mają znaczyć zawarte w niej słowa? Nie płacz? Głowa do góry? Lepiej pozmywaj naczynia zamiast siedzieć bezradnie ze wzrokiem utkwionym w sufit? Weź w końcu coś
z tej lodówki, w której wnętrze tak się gapisz jakby to był jakiś film ciekawy, a może lodówka pomyliła ci się z telewizorem i teraz się dziwisz, dlaczego ten telewizor nie działa?
To wszystko kryje się dla mnie w tych słowach. Niby prostych zwyczajnych, rzuconych przez roześmianą osobę, która właśnie się zakochała albo jest szczęśliwa z innego powodu. Na pewno się nie zastanawia, co wam mówi i po co, bo dla niej to jest proste.
Jesteś smutny, to się weź w garść i od razu przestaniesz być smutny. Gwarantowany sukces natychmiastowy.



Jak jest naprawdę, wiedzą tylko ci, co to przeżyli lub przeżywają.
Ja to przeżyłam, więc teraz mogę się trochę pomądrzyć.
Poza tym miałam ostatnio na facebooku bardzo ciekawą rozmowę, właśnie o depresji. Osoba, z którą rozmawiałam tak bardzo się zdenerwowała, że zaraz wypisała się z moich znajomych. Niestety nie pierwsza i nie ostatnia taka, co się obraziła i odeszła. Nie mój problem tylko tej super wrażliwej osoby.
A o co poszło? O odmienne spojrzenie na depresję. On, bo to był on, uważał, że wystarczy kontrolować myśli i już człowiek będzie zdrowy. To tak jakby ktoś Wam powiedział, że sami możecie naprawić sobie złamaną nogę. Oburzycie się na pewno. Gdy chodzi o tzw. fizyczne choroby nie oczekujecie magicznej pomocy. Bez wizyty u lekarza i bez leków.
Nikt sobie nie wyobraża, że zamiast znieczulenia u dentysty, zastosuje afirmację i kontrolę umysłu, a może są tacy tylko ja o tym nie wiem. W każdym razie wydaje się normalne, że jak coś nas boli idziemy do lekarza. Jedynie niektórzy robią inaczej i ja też takiego znałam. Do lekarza nie chodził wcale, bo wierzył w metody altrnatywnego leczenia. Dzisiaj dzięki tym metodom leży na cmentarzu, ale to już inna historia.
Nie jestem przedstawcielką lekarzy ani aptekarzy i dlatego tak mówię.
Ja też chętnie korzystam z innych, nietradycyjnych sposobów leczenia. Są naprawdę dobre. Jednak trzeba wiedzieć, kiedy je zatosować.
Wróćmy teraz do mnie i mojej depresji. Nieważne dlaczego, ale, że się pojawiła. Zaczęło się od lęków. Budziły mnie wcześnie rano. Byłam pewna jak mój niedawny rozmówca, że doskonale dam sobie z tym sama radę. W końcu przeczytałam tyle książek i w dodatku skończyłam kurs Silvy, na którym uczyli różnych fajnych wizualizacji, a nazywało się to medytacją. Byłam więc bardzo mądra i bogata w techniki radzenia sobie z niepokornym, zbuntowanym umysłem. Zastosowałam wszystkie, jakie znałam, a wtedy starałam się poznać ich jak najwięcej. Zaczęłam nawet chodzić na jogę. To podobno bardzo dobry sposób na smutki i wszelkie psychiczne dolegliwości tak jak długi spacer.
Jednak ja robiłam swoje, a mój lęk swoje. Jakbym gadała do obrazu, a obraz do mnie ani razu tzn. gadał, ale po swojemu. W swojej upartej i niezrozumiałej mowie. Budził mnie już nie tylko rano, ale również w nocy. Chciałam spać. Nie pozwalał. Rano starałam się głęboko oddychać. Zazwyczaj taki oddech uspakaja, ale mój lęk się wcinał jak nieproszona Ciotka Paszczaka. Mówisz jej, nie chcę ciociu tego mleka, a ona i tak wlewa ci go do gardła. Dusi cię swoją chustką, gdy próbujesz wziąć oddech. Czasem owszem udaje się, ale nie do końca. Jeden udany oddech, drugi z lękiem. Zawsze w końcu musiałam wstać. Ćwiczyłam jogę i inne ćwiczenia. Wydawało się, że jest lepiej. Próbowałam wizualizacji czyli tej tzw. medytacji Silvy. Nie wchodziłam zbyt dobrze w stan alfa, albo szybko z niego wychodziłam. Mimo to nie rezygnowałam. W końcu przecież się uda, myślałam. Tamtym osobom z książek się udawało. Dlaczego mnie miało się nie udać, ale się nie udawało i nawet wyjazd nad morze nie pomógł. Zwyczajnie lęk wyjechał razem ze mną. Budziłam się rano i nie wiedziałam, gdzie mam wyjść, co robić. Nie chcę wstawać tak wcześnie rano, chociaż nad morzem chcę pospać. Co z tego lęk się obudził. On tak długo spać nie chciał. Porozmawiałam z nim zgodnie ze wskazówkami huny, bo niby dlaczego miałam z nich nie skorzystać. Dobre są wszystkie metody, tak sądziłam. Niestety. Lęk zwizualizowałam, ale do porozumienia z nim nie doszłam. Po 2 tygodniach wróciłam do domu z lękiem. Wiedziałam już o nim, że spać nie lubi. Boi się dnia. Woli wieczór. Noc tak sobie. Nie znosi muzyki i nie wszystkie filmy. Przy każdej płacze i w ogóle bardziej mu płacz wychodzi niż uśmiech czyli rozrywkowy to on nie jest ani trochę. Dobrze chociaż, że lubi czytać. Jednak za seksem nie przepada. Jakoś go to nie rajcuje, ani trochę. I jak tu żyć z tym lękiem?
Idź do psychiatry, poradziła mi koleżanka. Była, jest pielęgniarką i do tego jak chcecie możecie się przyczepić jak mój rozmówca, który sprawiał wrażenie nielubiącego służby zdrowia, chociaż z drugiej strony, kto ich tak bardzo lubi, ale to już inna sprawa.
W każdym razie poszłam do tego lekarza i wcale tego nie żałuję. Przpisał mi leki, które wbrew poglądom mojego rozmówcy nie zrobiły mi kaszy z mózgu, ani budyniu, ani żadnej innej potrawy. Wreszcie zaczęłam normalnie spać i funkcjonować. Lęk minął. Owszem po lekach wieczorem pojawiała się senność czyli nic za darmo, ale poza tym mogłam ćwiczyć, pisać i robić wszytko na co miałam ochotę.
Na końcu przydałby się morał, chociaż ja morałów bardzo nie lubię.
Kochani po prostu nie bójcie się lekarzy. Oni wcale nie są tacy groźni, a ich leki mają skutki uboczne jak wszystkie inne. Nie zawsze wyleczycie się samymi ziółkami, spacerem, jogą, medytacją. Depresja ma to do siebie, że rzadko udaję się z nią kontrola umysłu. Sami zresztą możecie spróbować. Mnie słuchać nie musicie. Czasem trzeba coś samemu przerobić, doświadczyć. Leki na depresję nie są na pewno białymi prochami, które robią wodę z mózgu. Nie wierzcie w takie głupoty. Najczęściej głoszą je te same osoby, które mówią Wam, weź się w garść. Takie, które o depresji mają niewielkie pojęcie. Jeśli coś przeżyli, to był mały smutek, z którym można sobie dać radę. Na depresję najlepiej działają leki w połączeniu z innymi metodami. Zawsze sprawdzcie czy to tylko smutek, czy coś poważniejszego. Jeśli mimo waszych dobrych chęci trwa i nie ma zamiaru odejść, warto udać się do lekarza.
 I tyle moich mądrych rad. Wszystkim życzę zdrowia i dobrego sampoczucia tej jesieni.





środa, 17 września 2014

Jesienne nastroje.

Zbliża się jesień. O tej porze dni są coraz krótsze i słońca niewiele, a jak jest to nie takie
na pewno jak latem. Coś się kończy, coś się zaczyna.
Ogarnia mnie bardziej romantyczny nastrój i dlatego dzisiaj zamiast super ciekawych relacji z życia Feliksa i jego wspaniałej wróżki, moje wiersze. Te stare, kiedyś Wam
przeze mnie obiecane i zupełnie nowe.


Jesienią tak jak w maju przychodzi miłość
i jak pająk w swoją sieć cię łapie znienacka.
Trzyma mocno.
Nie możesz się uwolnić.
Nie możesz oddychać.
Kładziesz się na trawie
i nagle ona cię całuje.
Spadają liście,
deszcz pada,
słońce się pokazuje,
ale ty tego nie widzisz,
nie czujesz.
Jest tylko ona
i jej namiętność nieskończona.







Jesienią czas mi się bardzo dłuży.
Czekam na ciebie.
Widzę liście spadające z drzewa,
gdy wiatr wieje
i zegar, który bije.
Mijają sekundy, minuty, godziny,
wieki.
Tak to czuję, gdy czekam na ciebie
spragniona twojego dotyku
i ust błądzących po moim ciele.
Spragniona jak ziemia słońca,
którego teraz tak niewiele.
Niby jest, ale go nie ma.
Prawie go nie czuję,
tylko zimno wszechogarniające.
Czekam, marznę jak róża,
którą ktoś zostawił,
zapomniał,
odszedł.
Światło dnia szybko blednie.
Róża już nie rośnie,
już się nie rozwija.
Pytam ciągle,
kiedy wrócisz.
Kiedy znów będziesz ze mną?
W odpowiedzi deszcz tylko szumi.

Jesienny seks z tobą jest jak słońce w południe.
Mocno mnie grzeje.
Rozbieram się i czuję swoje serce.
Ty podchodzisz do mnie
i wtedy razem nasze serca biją.
Obejmujesz mnie.
Całujesz. Ja ciebie całuję.
Jesteś moim światem.
Wchodzisz we mnie jak słońce pod skórę.
Drżę.
Chcę, żeby ta chwila trwała bez końca.
Obejmuję cię, a ty całujesz moją szyję.
Kochają się nasze ciała.
Kochają się nasze dusze.
Twoje nogi i moje.
Twoje biodra i moje uda.
Twoje ręce, moje piersi.
Twoja szyja,
nos, oczy, usta
wszystko się łączy
i wznosi jak motyl do nieba.

Dotykam chwilę codziennie.
Chwytam ją jak linę,
obronną tarczę przed dołem,
w którym kryje się ciemność.
Powoli krok po kroku
wychodzę na zewnątrz.
Otwieram drzwi szeroko
i wpuszczam światło,
a ono wnika we mnie głęboko.
Zapala się mała iskierka.
Bezszelestnie, zupełnie cichutko
staję się wielka.

P.S. To trochę sobie poważnie pomarudziłam. Następnym razem napiszę coś w innym stylu.




wtorek, 9 września 2014

Książki na półce czyli dylematy czytelników i bibliotekarzy.

Dawno, dawno temu poszłam do biblioteki i wypożyczyłam parę książek. Zrobiłam tak bo jednak mój plan napadu na księgarnię się nie udał i musiałam się zadowolić tym co było pod ręką czyli osiedlową biblioteką. Oczywiście nie kradłam, nie groziłam nikomu wypożyczonym z teatru pistoletem, ale grzecznie weszłam do środka i wyraziłam chęć korzystania ze zbiorów tej biblioteki.
Dali mi taką karteczkę do wypełnienia, na której napisałam wszystkie swoje dane 
i potwierdziłam podpisem znajomość regulaminu, chociaż nikt mi tego regulaminu nie pokazał.
Pani powiedziała mi tylko, ile mogę sobie zabrać książek do domu i na jak długo. Poinformowała mnie również, że książki można sobie przedłużyć, nie tylko przychodząc 
z nimi do biblioteki, ale również telefonicznie. Dodała jeszcze coś o dobrowolnych składkach na książki tak sugestywnie, że z litości na biblioteczną biedę, dałam jej 5zł. Potem przyniosłam jej nawet parę swoich niepotrzebnych książek. 
Niestety później, gdy byłam już dobrym i stałym czytelnikiem, zaczęłam dłużej trzymać książki. Miałam trochę innych zajęć np. niezwykle wciągające rozmowy z Feliksem i zamiast oddać książki po miesiącu, co miesiąc je przedłużałam przez pół roku. Tyle trwała cierpliwość pań bibliotekarek.


W końcu cierpliwość każdego kiedyś się kończy. Chyba, że jest to superman, superwoman, anioł całkiem bezpłciowy, android. Być może oni mają tej cierpliwości trochę więcej. Pewności mieć nie mogę, bo ich osobiście nie znam.
W każdym razie bibliotekarki nie należały do żadnego z tych gatunków. Były zwyczajnymi ludźmi, kobietami zapewne obarczonymi dziećmi i upierdliwymi mężami i z tego powodu były takie, a nie inne. Trudno przecież być wyrozumiałym dla innych, jeśli ci inni wcale dla ciebie nie są wyrozumiali.
Jakie to bardzo trudne sama się przekonałam.
Wróćmy jednak do początku.
Zadzwoniłam do biblioteki i poprosiłam o przedłużenie książek.
Pani o miłym młodym głosie zaraz odparła, że oczywiście książki przedłuży. Potem zapadła cisza. Już miałam się rozłączyć, gdy usłyszałam:
- Ale pani te książki trzyma pół roku. - I co z tego, pomyślałam. Jednak nic nie powiedziałam, cierpliwie czekając na ciąg dalszy tej mądrej wypowiedzi.
- Zgodnie z regulaminem mogę pani przedłużać książki nie dłużej niż przez pół roku.
Ciekawe, był jakiś regulamin, o którym nic nie wiedziałam. Zaraz postanowiłam, że przejdę się do biblioteki, żeby poznać regulamin tzn. zajrzę tam w najbliższym wolnym czasie.
Pani tymczasem mówiła dalej.
- Jeszcze pani przedłużę te książki do października, a potem proszę oddać.
Oczywiście, niby po co miałam bym je trzymać u siebie w domu. W tym momencie dopiero zdałam sobie sprawę, że trochę przesadziłam z tym trzymaniem. Coś tam owszem przeczytałam, ale było też coś czego już przeczytać nie mogłam i czego już pewnie i tak nie przeczytam.
Niestety z książkami jest podobnie jak z ciastkami. Wiedzą o tym wszyscy książkoholicy tacy jak ja.
Zjadasz wzrokiem jak ciastko, gdy jesteś głodny\ głodna. Później się okazuje, że twój brzuch i cała reszta zjeść tego nie może. W przypadku książek, jakby ktoś tego nie wiedział, patrzysz i myślisz, że od razu wszystko przeczytasz. Dopiero potem wychodzi na jaw przykra prawda. Zwyczajnie masz tego wszystkiego za dużo. Nie jesteś w stanie tego przeczytać, przynajmniej nie w tak krótkim czasie jak miesiąc. Zaczynasz to, co masz przedłużać prawie w nieskończoność.
Na szczęście są jeszcze na tym świecie dobre, rzetelne bibliotekarki. Takie z pewnością otworzą ci oczy na twoją głupotę.
Mimo wszystko sprawa regulaminu i długości wypożyczania książek bardzo mnie zaintrygowała. Jest coś o czym nie wiem, coś o czym powinnam wiedzieć. Powinnam to wiedzieć od samego początku jak się tam zapisywałam. Dlaczego nie wiedziałam? Zwyczajnie nie zapytałam. Nie myślałam.
Podpisałam karteluszkę jak ostatni analfabeta, nie czytając jej treści. Nawet nie wiedziałam, że podpisuję się pod ,,znam regulamin,,. Czy naprawdę się pod tym podpisałam, a regulaminu nie znałam? Czysta głupota. Niestety czasami się zdarza.
Poszłam więc do biblioteki i zapytałam o odpowiedni punkt regulaminu dotyczący przedłużania. Myślałam, że będzie coś takiego: ,, pod groźbą kary najwyższej czyli wpisania na czarną listę czytelników zabrania się przedłużania książek przez okres dłuższy niż pół roku,,.
Nie było czegoś takiego. Tylko o tym, że nie wolno książek przetrzymywać i na żądanie biblioteki trzeba je pokazać. Gdy zapytałam panie, aż dwie były, co wiedzą o zbyt długim przedłużaniu i karach za ten wyczyn, nie wiedziały i jak na złość nie miały się kogo zapytać. Ta, jak się domyślam główna bibliotekarka, która ze mną rozmawiała, gdzieś sobie poszła. W końcu jako szefowa może sobie chodzić, gdzie jej się podoba. Na prawdę szkoda, że jej nie było. Te, które były nie mogły nic na ten temat powiedzieć.
- Czy książki są komuś potrzebne? Czy ktoś chciał je wypożyczyć?
-  Nie, nikt.
- Dlaczego nie mogę ich dłużej przedłużać?
- Nie wiemy.
Nie było o czym rozmawiać. Zrobiłam to, co już dawno powinnam zrobić oddałam książki i żadnej już nie pożyczałam. Nie ma sensu korzystać z tej biblioteki.
Wyszłam, a panie odetchnęły z ulgą. Po co im taki jak ja czytelnik przetrzymujący książki. Nawet, jeśli tych książek nikt chce, one muszą stać na bibliotecznej półce, nie u mnie w domu.

      

czwartek, 4 września 2014

Natychmiastowa recepta na wszystko.

Czy istnieje coś takiego?
Jeśli tak, to gdzie, od kogo można dostać taką receptę?
Czy wyda ją lekarz tzw. pierwszego kontaktu?
Może tak, jeśli nie jest zwyczajnym lekarzem.
Czy jednak są tacy w zwyczajnej poradni, przychodni lekarskiej?
Tyle pytań, a odpowiedzi jak zwykle później. Nie od razu, bo ja w przeciwieństwie 
do recepty nie jestem natychmiastowa i nie działam błyskawicznie.


Czyż nie byłoby wspaniale, gdyby zamiast tej garści chemicznych leków, mielibyśmy jeden i w dodatku naturalny? Lek działający błyskawicznie na nasze codzienne zmartwienia, brak szczęścia i radości, depresję, bóle i alzheimera. Na wszystkie dotąd nieuleczalne choroby.
W dodatku nie trzeba by było odwiedzać zwyczajnego lekarza. Stać, siedzieć w poczekalni wśród wielu innych ludzi, słuchając przy okazji ich marudzenia o chorobach.
Z drugiej strony lekarze straciliby pracę i nie byłoby im miło. Nie byliby szczęśliwi. W końcu nie po to kończyli swoje uczelnie lekarskie, żeby potem schować dyplom do szuflady
i zostać np. hydraulikiem tak jak to robią inni ludzie. Oczywiście niekoniecznie zostają hydraulikami, ale kimś zupełnie innym niż początkowo chcieli i w swoim zawodzie 
nie pracują.
Wracając do leku błyskawicznego na wszystko.
Znajdziemy go na pewno w pewnej książce.
Jej autor wpadł na wprost genialną metodę i podzielił się nią ze swoimi czytelnikami.
Tak to ostatnio w życiu bywa, idealne metody są schowane w książkach. Nie znajdziecie ich u żadnego lekarza. Chyba, że tym lekarzem będzie autor tej książki, w co raczej wątpię.Tacy ludzie nie siedzą sobie w zwykłych lekarskich przychodniach. Jeśli gdzieś są, to w swoich prywatnych gabinetach, za duże pieniądze. Musisz mieć kasę, 
żeby przekroczyć ich próg.
Znów odeszłam zbyt daleko od głównego tematu.
Co z tą książką i jakie są w niej metody?
Jest jedna i nazywa się Synchronizacja Kwantowa. Jej autorem jest Dr Frank Kinslow.
Metoda opiera się na uważności i umiejętności skupienia oraz na wizualizacji.
Autor pisze o niej w trochę inny niż ja sposób. Przede wszystkim wiele jest u niego słów pochwalnych dotyczących metody, jej działania i jej szybkości. Nie bez powodu pojawia się słowo kwantowy. Kwanty przecież, tylko kwanty poruszają się z szybkością większą od światła.
Drugim ważnym słowem jest świadomość. Uzdrawiający ma być świadomy. Na pewno nie może myśleć o niebieskich migdałach, ani o jakieś fajnej babce lub fajnym facecie. Nie może być pod wpływem alkoholu, ani narkotyków, ale to już wynika z samej treści, jak ktoś ją uważnie czyta.
Chociaż, czy na pewno coś z tej treści wynika?
Owszem szybko zdajemy sobie sprawę, że autor jest zakochany w swojej metodzie.
Dla niego jest ona jedyna, niepowtarzalna, cudowna, doskonała, co najważniejsze bardzo łatwa. Działa zgodnie z tytułem książki w sposób natychmiastowy. Tyle tylko, że czasem na widoczne rezultaty trzeba poczekać, nawet kilka lat, zależy od problemu. Oczywiście o latach autor nic nie mówi. Ja to, może niesłusznie, odkrywam między słowami. W każdym razie zaczynam praktykować na sobie.
Co mogłabym powiedzieć o metodzie, gdybym tylko o niej przeczytała, a podanych ćwiczeń nie sprawdziła na sobie? Nic, a jakbym mimo to powiedziała, to by była bzdura.
Pierwsze ćwiczenie idzie mi względnie dobrze. Polega na zatrzymywaniu myśli .
Gdy je robię w sterylnych warunkach domowych, wychodzi idealnie. Gdy jednak próbuję to samo zrobić w autobusie i wcześniej na przystanku, mój umysł mnie nie słucha. Nadal mam wiele myśli i w żaden sposób nie mogę się ich pozbyć. Podobnie jest gdy gnębi mnie smutek. Myśli się nie zatrzymują, a ja się zastanawiam, co tu jest grane. Czy ja się nie nadaję do tej metody czy metoda nie nadaje się dla mnie?
Następne ćwiczenie tzw. Technika Bramy wychodzi mi podobnie. Najgorzej, gdy jestem senna. Zasypiam od razu. Myślę o mamie, która ma problemy ze spaniem. Może opowiedzieć jej o tym sposobie na sen, ale znając moją mamę, na nią by tak nie podziałało. Miałaby raczej więcej myśli zamiast mniej.
Kolejnych ćwiczeń mogłabym już w zasadzie nie przerabiać. Ich działanie na mnie jest odwrotne od zamierzonego. Umysł ucieka. Myśli jest dużo. Moje pytania nie robią na nich wrażenia. Zostają albo przechodzą w bardziej utajniony tryb działania. Często przysypiam, a nie o to przecież chodzi.
Autor tłumaczy lecz robi to w taki sposób, że spać chce mi się jeszcze bardziej. Jak nie śpię, to jestem zła. Złoszczę się na sposób  napisania tej książki czyli wszechobecną reklamę w stylu, ach, jakie to łatwe, jakie to wspaniałe. Nie wiem jak Wy, ale ja nie lubię czegoś tego. Niestety książka musi się sprzedawać i autor doskonale wie co robi. Nie można mieć do niego o to pretensji. Niesmak jednak zostaje.
Przypominam sobie inną książkę. Książkę o uważności Jona Kabata-Zinna
Jakże się różniła od tej, o której teraz piszę. Przede wszystkim autor nie mówił w niej
o natychmiastowości. Nic na temat błyskawicznego działania podanej przez niego medytacji i innych sposobach prowadzących do uwagi. Być może wtedy jeszcze kwanty nie były tak modne i nikt jeszcze nie zazdrościł im ich szybkości.
W każdym razie książka Zinna jest dobrą odtrutką na dziwnie działający lek pana Kinslowa.Oczywiście dla mnie. Wam być może coś takiego nie będzie potrzebne. 
Może na Was lek podziała w taki sposób jak trzeba.
Na końcu, zgodnie z obietnicą, podaję tytuł i autora.
Dr Frank J. Kinslow ,, Sekret Natychmiastowego uzdrawiania,,.  
Życzę miłej lektury.








poniedziałek, 1 września 2014

Witajcie w nowej szkolnej bajce.

Niestety wakacje się skończyły. Chciał, nie chciał trzeba wracać do szkoły.
Tylko studenci mogą się jeszcze wylegiwać gdzieś na plaży tropikalnej,
albo ci, co sobie w sposób sztuczny wakacje przedłużyli czyli mimo końca nie wracają,
bo nadal są lub jadą gdzieś w słoneczne miejsce.
Wszyscy pozostali ubrani w świąteczne stroje biało granatowe lub biało czarne posłusznie witają rok szkolny.


Jeszcze dzisiaj jest całkiem miło.
Wszyscy się do siebie uśmiechają i cieszą albo udają, że się cieszą.
Zarówno uczniowie jak i nauczyciele. W końcu ci drudzy też mieli wakacje. Oni musieli wrócić trochę wcześniej, żeby przygotować plan i takie tam związane ze szkołą sprawy.
Pani woźna przecież, a może pan woźny nie zrobi tego za nich, ani sekretarka,
ani panie z księgowości. Tak więc nauczyciele wracają w sierpniu i to jest ta dobra pocieszająca wiadomość dla Was uczniowie. Oni mają gorzej.
Nie wylegują się aż do września.
Są wśród nich tacy, co też szkoły nie cierpią. Chętnie poszliby sobie do innej pracy. Niestety innej nie ma, bo praca nie rośnie na drzewach i nie sprzedają
jej w kiosku z lodami.
Dlatego Uczniowie Kochani miejcie dla swoich nauczycieli więcej cierpliwości i zrozumienia.
Oczywiście tylko dla tych, co i Wam okazują współczucie i szacunek. Na pewno nie dla tych, co poza swoimi podręcznikami świata nie widzą. Wydaje im się, że Wy też nic więcej widzieć i robić nie możecie. Tylko 50 zadań pracy domowej i tyle samo stron
do wykucia na pamięć.
Ja miałam na studiach takich geniuszy, co myśleli, że studenci przez jeden semestr przeczytają 100 lektur, w dodatku straszliwie nudnych. Gdyby nie studenci i profesorowie, nikt by tego nie czytał. Chyba, że od każdej książki dokładnie przeczytanej, 
ze zrozumieniem tekstu każdy dostawałby 100 zł.
Wtedy naprawdę, by się opłacało nawet książkę telefoniczną przeczytać.
I tak przy okazji wpadłam na pomysł jak zwiększyć czytelnictwo w szkolnej bibliotece. Płacić uczniom za każdą książkę. Wtedy na pewno wszyscy ustawili by się w długiej kolejce i wkrótce zabrakłoby książek. Prawda jaki prosty sposób.
Inne sposoby na szkolne nudy i obowiązki.
Traktować wszystko na luzie. Nie przejmować się sprawdzianami i pracami domowymi, 
bo i tak po skończeniu szkoły ta teoretyczna wiedza do niczego Wam się nie przyda. Pójdziecie do pracy, a tam będą od Was wymagać czegoś całkiem innego.
Szkołę po prostu ktoś kiedyś wymyślił, a na ten temat napiszę więcej innym razem. 
Nic od lat się w niej nie zmienia, poza ilością egzaminów oraz matematyką na maturze. 
To ostatnie to jawna dyskryminacja humanistów, co do matematyki głowy nie mają. Dzięki nim, nauczyciele zarabiają sobie dodatkowe pieniądze. Nie nauczysz się na lekcji, pójdziesz na korepetycje takie, co cię do matury przygotują. Czy zdasz czy nie zdasz humanisto i tak tu jesteś niepotrzebny.
Przesadzam, zobaczcie sobie ile jest ofert pracy dla humanistów, a ile dla ścisłych mózgów. Potem mi powiecie, że przesadzam.
W każdym razie bariera matematyczna dobrze wymyślona, bo po co państwu 
wykształceni humaniści.
Ale nie o tym miało być, tylko o wspaniałym początku nowego roku. Jest taki wspaniały jak disneyowska bajka. Nic więc dziwnego, że w sprzedaży pojawiły się zeszyty 
z bohaterami bajki.
Nowi, całkiem nowi uczniowie na pewno się na to nabiorą. Na kolorowe kredki i piękne, przynajmniej na początku podręczniki. Dopiero trochę później zobaczą ile czasu zabiera im szkoła. Im uczeń starszy tym więcej godzin i zajęć dodatkowych możliwych do wyboru.
Gorliwe matki już teraz zapisują dzieci na taniec, grę na gitarze, judo, karate i język japoński, szydełkowanie, gotowanie, usługiwanie przyszłemu mężowi 
i wychowanie w tradycji katolickiej.
Te ostatnie to moje propozycje z cyklu ile jeszcze da się włożyć dziecku do głowy.
Można w zasadzie wszystko. Rodzice zadowoleni, bo sobie myślą, że ich dziecko dzięki temu stanie się alfą i omegą, ze wszystkim da sobie radę, na wszystko będzie odporne. Poza tym dzieci nie ma w domu. Mają więcej czasu dla siebie. Swój czas osobisty, którego dzieci mieć nie muszą.
Dzieci wszystko wytrzymują te duże i te małe. Niestety nie wszystkie.
Zdarza się też tak, że nerwy w pewnym momencie im puszczają i wtedy siedzą sobie w szpitalu psychiatrycznym i też nie przeszkadzają, przynajmniej rodzicom, 
gorzej z pielęgniarkami.
Kończę to marudzenie. ostatnie słowa do nauczycieli i rodziców.
Nie przesadzajcie chociaż w tym roku z tą nauką i różnymi dodatkami.
Pozwólcie dzieciom na zabawę i na to, co naprawdę lubią.
Dajcie im od czasu do czasu święty spokój.

P. S. Wszystkim uczniom i nauczycielom życzę udanego nowego roku szkolnego.