wtorek, 28 października 2014

I co zrobić z tym świętem?

Myślę o tym dniu codziennie.  Codziennie,  gdy przechodzę obok lisa.
Jeszcze kilka dni temu był cały i wyglądał z daleka jak pies z długą kitą.
Pies, który nie miał szczęścia. Przebiegł przez ulicę w najmniej odpowiednim momencie. Uderzył go jakiś samochód, bo chyba nie rower. Śmierć na miejscu,
a może dopiero po kilku minutach, godzinach cierpienia. Tego nie wiem i raczej wiedzieć nie chcę.
W każdym razie teraz to nie jest już piękny lis, ale jego rozkładające się ciało.
Z każdym dniem coraz bardziej. 
Myślę o tym, dlaczego nikt go nie pochował? Dlaczego ja tego nie zrobiłam?
Czy tylko z powodu braku łopaty? Czy raczej z powodu swojego lenistwa?
To drugie bardziej prawdopodobne. 
Zadaję sobie również inne pytania oprócz tego zasadniczego: dlaczego nie zakopałam lisa? Pytania te brzmią: co by było, gdyby leżał tu człowiek, jak szybko zostałby pochowany? Co byłoby potem? Mały stosik kwiatów i zniczy? Postument albo pomnik i przypięte do niego krzyże i zdjęcia Jezusa i Matki Boskiej? Jestem pewna, że coś by z tego było. Tu przychodziliby jego przyjaciele, krewni, znajomi. Każdy zapaliłby świeczkę, położył kwiaty i uczcił go modlitwą. Niestety to nie człowiek. To tylko lis i nic mu się nie należy, bo niby skąd i dlaczego. Oburzą się wszyscy katolicy-fanatycy. Ci co widzą jedynie swoją ludzką duszę i godne pochówku ciało. Niedługo oni wszyscy i ateiści tradycjonaliści zbiorą się na cmentarzu. Będą wspominać swoich nieżyjących już bliskich jakże cennych i wartych uwagi. Niedługo będzie to święto, a lis jeszcze trochę i się rozłoży na pewno i już nikogo nie będzie kłuł w oczy jego kiepski, małoświąteczny wygląd. 

Zdjęcie zabrane stąd

Jakie święto będzie niedługo? Na pewno wszyscy wiecie. Wystarczy się rozejrzeć, gdy jesteście w markecie, a już wiadomo, o co chodzi. Wystarczy spojrzeć na ludzi i na to co ostatnio kupują, co dźwigają, co trzymają, jadąc autobusem. Być może sami jesteście tym ludźmi. Sami kupujecie odopowiednie, pasujące do tego święta gadżety czyli co konkretnie? Jasne, odpowiedź jest prosta. Kwiaty i znicze, a zbliżające się święto będzie 1 listopada. 
Kiedyś można było ten dzień nazwać dniem futra. Było zimno, a może była taka moda. Eleganckie panie zakładały swoje eleganckie ubrania. Prawdziwy cmentarny pokaz mody. Nie tylko futra różnego rodzaju, także kożuchy, kozaki, czapki z lisimi ogonami, rękawice z owczej wełny. Naprawdę było na co patrzeć. Każda kobieta jak modelka paradowała między grobami. Cieszyli się wszyscy zmarli, jeśli patrzyli na nie akurat wtedy ze swoich grobów. Z czasem ta moda minęła. Czy powodem byli przeciwnicy futer tzw. Zieloni? Może swoje akcje robili też na cmentarzach. Oblewali panie kolorowym sprayem. Po czymś takim futro 
i kożuch do niczego się nie nadawało. Panie płakały, a Zieloni się śmiali. Masz za swoje głupia babo. Nie założysz już więcej futra albo będziesz chodzić z ochroniarzem. Nieważne jak było naprawdę. Moda na futra minęła. Teraz nie ujrzysz na cmentarzu dawnych elegantek tylko zwyczajne kobiety w płaszczach 
i kurtkach. To tyle jeśli chodzi o cmentarną modę. Całkiem spowszedniała.
Jest jeszcze inna moda. Moda na okazałe pomniki, kwiaty, znicze itp. itd. Sama dla siebie nazywam to, wybaczcie czcigodni katolicy i tradycjonaliści, cyrkiem na kółkach. Dlaczego na kółkach? Zwyczajnie, to co musi znaleźć się na cmentarzu w czasie święta, trzeba przywieźć, a potem odwieźć tam, skąd zostało przywiezione. Nikt przecież nie będzie nosił tego na plecach. Obwarzanki, ciastka, rurki z kremem, hamburgery i pieczone kurczaki, kolorowe balony różnych kształtów. Brakuje jedynie meksykańskich czaszek z ciasta i kolorowych trumien też z ciasta i innych tego typu smakowitych gadżetów. Proponuję lizaki 
w kształcie nagrobków, zniczy i kolorowych cmentarnych kwiatów. Klienci znajdą się na pewno.
Myślę sobie jak bardzo obecni sprzedawcy całkiem nieświadomie, nie wierzę, 
że świadomie, nawiązują do dawnych świąt zmarłych obchodzonych przez Słowian. Czas napisać o tym jak było kiedyś. Co zostało zniszczone przez Kościół Katolicki, a czego zniszczyć się nie dało i tak jak w przypadku innych świąt trzeba było przerobić na wersję katolicką.
Zacznijmy od tego, że u Słowian nie było to jedno pojedyncze święto. Swoich zmarłych czcili w kwietniu na wiosnę i jesienią. Z tej okazji palili ogniska na rozstajach dróg dla zagubionych zmarłych. Ten zwyczaj później przeniesiono na cmentarze, a jeszcze później ogniska zastąpiono zniczami. To ostatnie już w czasach chrześcijańskich. Oprócz ogni ważne było jedzenie. Jadło się je na cmentarzach za zmarłych, a jadło się po to, żeby zmarli nie byli głodni. Bogaci przywozili chleb dla biednych. W zamian oczekiwali od nich modlitwy za swoich, tych bogatych krewnych. Jak widać na cmentarzu biedni mogli się w chleb zaopatrzyć, więc pod tym względem było lepiej niż teraz, bo teraz trzeba kupić chleb wcześniej, inaczej tego dnia nie będziesz jeść chleba. Przypominam markety zamknięte.
Wracając do słowiańskiej historii, bardzo ważna była ceremonia zwana Dziadami. Ta ceremonia istniała jeszcze w XIX wieku i opisał ją Mickiewicz. 
Pod kierunkiem tzw. Guślarza lub Koźlarza lub Huslara wywoływano duchy. Pytano je czego potrzebują, co żyjący krewni, potomkowie, przyjaciele mogą dla nich zrobić. Ceremonia z pewnością była ciekawa i szkoda, że Kościół ją wytrzebił, wyrwał z korzeniami. Jasne, że niczym interesującym jej nie zastąpił. Obecny kult wszystkich świętych to już zdecydowanie nie to samo. W założeniu tego dnia wszyscy katolicy mieli czcić zmarłych chrześcijańskich świętych. Niestety ludzie założenia nie zrozumieli. Wszyscy tłumnie idą na groby swoich bliskich zamiast grzecznie siedzieć w kościele i ten szczególny czas spędzać z księdzem. Idą 1 i idą 2, a przecież mieli iść tylko 2. Wtedy jest dzień zaduszny czyli poświęcony zmarłym niekoniecznie świętym, ale czy prosty lud kiedykolwiek to zrozumie? W tym momencie warto współczuć księżom, którzy tak bardzo się starali zmienić i zniszczyć co się da z dawnej kultury, ale im się nie udało. Nie wszystko przeszło. Nie wszystkie zmiany zostały przez ludzi przyjęte.
Teraz istnieje większa szansa na to, że kiedyś święta, które jest w obecnej postaci, nie będzie. Jednak nie przyczynią się do tego księża. Oni moim zdaniem w przyszłości wiele stracą, gdyż odwrócą się od nich młodzi ludzie, ci których męczyli w szkole obowiązkową religią.
Współczesne modne święto to anglosaskie Halloween. Mnie ono się nie podoba tak bardzo jak nie podoba mi się to tradycyjne. Zdecydowanie wolałabym powrót słowiańskich Dziadów niż zagraniczne zwyczaje. Jednocześnie rozumiem młodych ludzi zmęczonych i znudzonych tradycją chodzenia na cmentarz i spotykania się tam z całą rodziną, z którą często lepiej wychodzi się na zdjęciu.
Dla nich zabawy w czarownice, demony itp. głupoty są i będą ciekawsze, jeśli nie poznają nigdy dawnych zwyczajów słowiańskich, ale co zrobić, jeśli media ich nie propagują, a cała wiedza ukryta jest w różnych zakamarkach internetu.
Pytając tak siebie, co robić, żeby nie dać się uwieść zagranicznej tradycji, trafiłam na protest umieszczony w internecie. Niestety okazało się, że to reklama pewnego filmu. Nie powiem jakiego, bo mnie się to nie podoba i nie o taki protest mi chodzi, a o Halloween kontra Dziady czyli wielki powrót do dawnej tradycji, rodzimej, nie narzuconej przez kościół albo amerykańską telewizję, a raczej amerykańskie filmy.
Na koniec jeszcze raz pytanie. Co zrobić z tym świętem?
Odpowiedź zależy od nas. Co chcemy z tym zrobić? Czy tkwić bezmyślnie w narzuconej przez kościół kulturze? Czy może uciec w kulturę zagraniczną? 
Czy może wreszcie przypomnieć sobie, kim jesteśmy i co kiedyś czcili nasi przodkowie?
Wybieram ostatnią opcję.

P.S. Życzę wszystkim miłego Dnia Wszystkich Świętych.












środa, 22 października 2014

Jaka jest nasza pamięć?

Jesienią,  gdy dni robią się coraz krótsze, jest zimno i pada, warto znaleźć czas dla siebie. Nie tylko na łóżko, faceta, kawę, ale również na pytania i odpowiedzi.
Mówiąc warto, mam na myśli głównie siebie.To ja przede wszystkim lubię jesienny czas spędzać na spacerach, wśród swoich książek,  wśród swoich pytań i poszukiwań właściwych odpowiedzi. Wam tego nie mam zamiaru narzucać. Wolę raczej opowiedzieć
o swoim sposobie na prawie codzienne mroki. Oczywiście mroki w porównaniu z tym światłem, jakie było kiedyś, latem.
Zadaję sobie pytania i jedno z nich dotyczy pamięci. Co chcemy, a czego nie chcemy pamiętać i dlaczego?































Pytanie przyszło mi do głowy po pewnej rozmowie z mamą.
- Pamiętasz- zapytałam- moje koleżanki z podstawówki, te, które przyszły zaraz po moim wyjściu?
- Jakie koleżanki?- Mama była zdziwiona.
- Te z podstawówki. Dzwoniły do drzwi, a ty byłaś pewna, że to ja znowu po coś wracam. Coś im krzyknęłaś ze złością. Jakiś wyraz na ch lub k.
- Co ty gadasz?! Ja nigdy nie bluźniłam ani na Ciebie, ani na twoje koleżanki.
Mama była oburzona. Nie pamiętała, a przecieź jeszcze nie tak dawno mówiła o tym,
ale czy to na pewno było nie tak dawno. Ja też nie pamiętałam, kiedy mama to mówiła. Kiedy wspominała tamto wydarzenie. Kiedy je jeszcze pamiętała. Teraz sobie tego nie przypomnę, a ona nie przypomni sobie tamtego. Nie przypomni sobie jak wysłała mnie
po coś, może do sklepu, jak się wracałam, a potem jak przyszły dziewczyny i ona pewna, że to znów ja, coś krzyknęła. Jedno z tych brzydkich słów, słów, których podobno nie używała. Na pewno zabraniała mnie ich używać. Ja musiałam być grzeczną dziewczynką, taką co siedzi zawsze ze złączonymi nogami, żeby przypadkiem jej majtek nie było widać
i nawet molestującemu ją facetowi nie powie wstrętna cholero odpierdol się natychmiast,
a jedynie piśnie sobie cichutko.
Nie o molestowaniu jednak chciałam pisać.
Miało być o pamięci. O łatwości, z jaką niektóre rzeczy zapominamy lub zmieniamy
w swojej pamięci. To drugie robimy podobno po to, żeby całkiem nie zgłupieć lub nie załamać się i powiesić na żyrandolu. Nasza pamięć nas przed tym chroni, chociaż nie zawsze. Ja do dziś pamiętam rzeczy, których nie chcę pamiętać. Dlaczego moja pamięć mi je często podsuwa jakby w ten sposób znęcała się nade mną?
I tak pamiętam wujka jak zabijał świnię, jak ona się darła. Pamiętam jak listonosz na wsi, tam, gdzie byłam, gdzie spędzałam wakacje, dotykał moich piersi i jak go walnęłam w to super wrażliwe miejsce. Pamiętam, że szybko uciekł i już więcej mnie nie dotykał. Pamiętam zbyt wiele i dlaczego?
Dlaczego tak nie inaczej działa moja pamięć? Utkwiły w niej bzdury i śmieci. Rzeczy, które szybko należałoby wywalić. Tylko jak to zrobić.
Odpowiedź znajduję w artkule z ,, Gazety Wyborczej,, p.t.Bagaż dobrych wspomnień.
Jak zwykle nie jest to ta odpowiedź. Nie ta, na którą czekałam. Dla mnie jest w niej za dużo słodkiej teorii. Dla mnie. Wam może się przyda. Może Wy skorzystacie.
Ja raczej nie będę zapisywać, co mnie dobrego spotkało, bo z takich pozytywnych pamiętników już dawno wyrosłam. Naprawdę nic mi to nie dawało. Jedynie smutną świadomość,  że danego dnia miłe było zjedzenie kawałka czekolady, a innego siedzące miejsce w zatłoczonym autobusie. Uwierzcie, nie chcielbyście o tym pisać.
Wchodzenie w dawne przykre wspomnienie też nie wydaje mi się dobrym pomysłem. Moim zdaniem to coś dla masochistek.
I tak wracam do pytania. Co z tą moją pamięcią? Dlaczego podsuwa mi zdechłe ryby zamiast ciastek z kremem? Gdzie się podziały te wszystkie urocze dni, wieczory, noce? Dlaczego nie pamiętam ich tak dobrze jak tej zażynanej świni? Dlaczego tak jak moja mama nie zmieniam treści swoich wspomnień?
Może, gdy będę miała tyle lat, ile ma teraz moja mama, usiądę w bujanym fotelu i w swoich wspomnieniach zobaczę zamiast świni kota, który ociera się o moje nogi, a listonosz wcale mnie nie dotknie, tylko się uśmiechnie.
Czas zmieni moją pamięć.
W końcu nie doszłam do żadnych sensownych odpowiedzi. Na pewno dla każdego pamięć jest inna. Moja jest dosyć upierdliwa. Chociaż, zdarza się, czasami bywa miła. Podsuwa mi wtedy pod nos te miłe chwile. Podsuwa mi jak psu kość. Weź sobie popatrz.
Ciesz się, że nie masz jeszcze Alzheimera.

P.S Tak. Zdaję sobie sprawę, że pominęłam całą masę rad dotyczących radzenia sobie ze złymi wspomnieniami. Zrobiłam to celowo. Nie chciałam napisać jeszcze jednej porady psychologicznej, a jedynie umieścić swoje luźne refleksje na temat pamięci.
A to dwa ciekawe linki: blog Michała Pasterskiegoblog o hunie.














poniedziałek, 13 października 2014

Pani od niemieckiego.

Może jeszcze nie zauważyliście, ci z Was, którzy nie chodzą do szkoły, ale zbliża się wielkie święto. Co to będzie? Oczywiście Dzień Nauczyciela. Dzień wolny od szkoły.
Z tej okazji zamiast narzekać i krytykować, będę wspominać i chwalić.
Pewnie mi nie uwierzycie, ale w moim życiu był ktoś tak wspaniały, że warto o nim napisać, zwłaszcza, że nie był to mężczyzna, w którym się zakochałam i zaraz poszłam z nim do łóżka.  Jeśli tak to sobie wyobrażacie to szkoda Waszego czasu. Lepiej od razu przejdźcie na stronę z dobrym seksem, bo ja seksu nie będę Wam teraz opisywać. Powspominam jedynie swoją nauczycielkę.




Zaczęło się od tego, że zapisałam się na kurs niemieckiego.

Myślałam sobie wtedy, niemiecki to jest ten drugi język, który powinnam poznać.
Przede wszystkim jednak myślałam o pewnym Niemcu bardzo przystojnym. Tak bardzo chciałam go poznać. Miał dlugie kręcone blond włosy i niebieskie oczy. Gdyby urodził się wcześniej byłby idealnym dzieckiem Hitlera. Mieszkaliśmy w tym samym bloku. Raz nawet utkwiliśmy w windzie między piątym, a szóstym piętrem. Zgasło światlo i on mnie zaczął całować. Jego ręce już wędrowały pod moją bluzką. Ja czułam jak po plecach biegną mi dreszcze. Już byłam gotowa roztopić się w jego ramionach, gdy nagle winda ruszyła, 
a wraz z nią zapaliło się światło.
Ale, ale po co ja Wam to opowiadam. Miałoby być przecież o nauczycielce, a z nią seksu nie było. Była tylko przyjaźń, aż przyjaźń. Zaprzyjaźniłyśmy się po kursie, chociaż jeszcze w trakcie kursu czułam do niej niezwykłą sympatię, bo w końcu ona była niezwykła. Mogłabym ją porównać m.in do sławnej francuskiej aktorki Katrin Denovue. Ten sam styl. Ta sama elegancja, która z pewnością przyciągała nie jednego, ale moja nauczycielka wolała zostać sama. Na zajęciach robiła przerwy na dygresje, humor i opowieści z własnego życia.  Dzięki temu lekcje niemieckiego były wyjątkowe. Prawie się zakochałam w tym języku. W końcu był to język nie tylko mojego namiętnego kochanka, ale również wspaniałej kobiety, nieważne, że w średnim wieku. Wiek nie ma tu nic do rzeczy, jedynie tyle, że w przypadku niektórych kobiet zmienia je w bardziej wyrafinowaną potrawę dla każdego.
Myślicie sobie pewnie, a jednak w kobiecie się zakochałam. Nawet jeśli, to co w tym złego?
Wróćmy lepiej do rzeczywistości. Moja nauczycielka czarowała wszystkich zabawnymi opowieściami o krajach, w których była. W jednym złamała kręgosłup i na szczyt interesującej góry pojechała w lektyce niesionej przez miejscowych. W innym złamała tylko nogę. Ortopeda, z którym w żadnym języku nie mogła się dogadać tak jej tą nogę złoźył, że lekarz w Polsce zastanawiał się, czy ona sama jej sobie w gips nie włożyła. 
W zupełnie innym miejscu młodzi chłopcy próbowali ją na seks namówić za pieniądze oczywiście. Ona mówìła, że tam takie propozycje dostaje każda samotna kobieta.
Mogłabym o niej gadać bez końca. Niestety obiecałam sobie wstrzemięźliwość w mowie. Najważniejsze,  że był ktoś taki w moim życiu. Zapowiadało się na wielką przyjaźń, niestety tylko zapowiadało. W pewnym momencie zburzyłam wszystko, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Tak sobie przypadkiem powiedziałam o chemtrails. 
A ona na to ,, i ty Aniu wierzysz w takie bzdury?!,, Niestety wierzyłam i to była ta jedna kropla wody za dużo dla mojej ,, przyjaciółki,,. Odtąd nie miała już dla mnie czasu. Podobnie jak mój kochanek, który też się w tym czasie z mojego bloku wyprowadził. Ślad po nim zaginął. Jego mi jednak nie szkoda tak bardzo jak mojej pani od niemieckiego. 
W końcu to nie z nim, ale z nią łączyła mnie wspólna niechęć do prasowania i mycia okien. Wspólne żarty zrozumiałe wyłącznie dla kobiet.
To ona, a nie Niemiec, zrobiła na mnie większe wrażenie, bo była nauczycielką, której nie zapomnę do końca życia.






niedziela, 5 października 2014

Parę słów o relacjach w związkach.

Zawsze trudny i zawsze aktualny temat. 
W końcu tu na Ziemi, czy nam się to podoba, czy nie, musimy żyć w różnych związkach. Chyba, że uda nam się znaleźć odosobnione miejsce gdzieś w jaskini albo w lesie, 
a może izolatkę w szpitalu.Tego ostatniego raczej nie polecam, zresztą przedostatnich 
też nie. Mokry, zimny las i równie mokra i zimna, w dodatku ciemna jaskina to z pewnością nie są miejsca dla tych, co lubią swoje fotele, łóżka,  poduszki,  dostęp do internetu 
i telewizji. A w szpitalu z pewnością lekarze się postarają odpowiednio uprzykrzyć Wam życie, żebyście wrócili do domu i oddali potrzebną również innym, nie tylko Wam, izolatkę.
Tak więc prędzej czy później wracamy do punktu wyjścia czyli do relacji w związku, 
w którym jesteśmy.  Co z tym związkiem zrobić lub czego nie robić, żeby wreszcie mieć święty spokój? Jak odejść od partnera? Czy pozwolić partnerowi odejść?
I jak sobie poradzić z Ciotką Paszczaka, z marudnymi dziećmi itp. itd.?
Pytań jest wiele, tak jak wiele jest związków i różnych problemów z tym związanych. 
Gdzie szukać odpowiedzi i fachowej pomocy?





Pewnie większość z Was odpowie, jak to gdzie, w internecie.
Tutaj można znaleźć wszystko, więc znajdzie się też odpowiedniego specjalistę.
Ja zwróciłam uwagę na Małgorzatę Przygońską. Dlaczego?
Czy rzeczywiście jest taka wspaniała? Komu i jak pomogła?
Po kolei odpowiem na wszystkie pytania.
Pierwsze jest dosyć łatwe. Wystarczy wpisać na YouTube hasło relacje w związkach i już nam filmy z nią wyskakują. Są aż cztery, jeśli dobrze policzyłam, bo ja z matematyki kiepska niestety.
W każdym razie filmy są. Jeden z Porozmawiajmy TV. Pozostałe z Niezależnej Telewizji. Wystarczy jednak obejrzeć jeden, żeby mieć pogląd jako taki na temat tej pani. Jako taki, poniewaź niewiele tak naprawdę można powiedzieć o kimś, tylko na podstawie paru filmików na YouTube.
Teraz już wiecie powiem niewiele i Ci z Was, co czytać nie lubią, nie będą narzekać na zbyt długi tekst tzn. taką mam nadzieję.  Nie tyle na to, że nie będziecie narzekać, ile na to, 
że tym razem uda mi się napisać coś krótkiego i sensownego.
Wracając do tematu. Pani Małgorzata pomaga tym, którzy mają w swoich związkach problemy i chcą pomocy. Brak pieniędzy jest dla niej wymówką tych, którzy pomagać sobie nie chcą. A propo słyszałam już coś podobnego na kursie Silvy. Widocznie to taka gadka prowadzących warsztaty, kursy przygotowana dla tych, którym ciężko wyciągnąć 
z kieszeni pieniądze, Nie masz. Nie chcesz dać, tyle ile my bierzemy czyli pomocy też nie chcesz. Bardzo miła, pozytywna gadka, ale znów mówię za dużo.
W każdym razie na panią Małgorzatę zwróciłam uwagę z powodu filmu na YouTube. Właśnie tam, na tym kanale często znajduję ciekawe filmy stąd nic dziwnego, że trafiłam akurat na nią.
Pani Małgorzata robi dobre wzrokowe wrażenie. Mówi ciekawe rzeczy np. o tym, 
że przyciągamy do siebie te kobiety i tych mężczyzn, z którymi mamy do przerobienia coś ważnego i niekoniecznie miłego. Nie spotykamy się po to, żeby przeżyć wspólne szczęście,  ale po to żeby realizować swoje wzorce wyniesione z rodziny i pracować nad przykrymi doświadczeniami ze swojego życia. Mówiąc w skrócie,  małżeństwo i jakikolwiek związek z partnerem to nie zabawa, ale praca, praca i jeszcze raz praca.
Jedyne,  co nam pozostaje oprócz powieszenia się na drzewie lub samotności w kopcu na ziemniaki,  jeżeli pod ręką nie mamy nic innego, to oczywiście zgłosić się na warsztaty prowadzone przez panią Małgorzatę. Tam poznamy siebie. Rozwiniemy świadomość związku nie tylko małżeńskiego i partnerskiego, ale również swoich innych związków 
np. z niegrzecznym synem lub niegrzeczną córką, wszelkimi Ciotkami Paszczaka czyli wszelkimi upierdliwymi osobami.
Pani Małgorzata niewiele mówi o samodzielnym radzeniem sobie z innymi ludźmi. 
Jej sposób na innych to odkrycie swojego wzorca np. mama się rozwiodła, to i ja się rozwiodę. Już to mam we krwi, w genach zakodowane i dopóki nie zaakceptuję tego wzorca czyli faktu, że taki wzorzec mam ten wzorzec nie da mi spokoju i przejdzie na moją córkę. Z drugiej strony, jeśli nie uświadomię sobie, że noszę w sobie potrzebę bycia ofiarą, zawsze tą ofiarą będę. To wszystko jest takie trudne, że rzeczywiście bez pomocy pani Małgorzaty nie da rady. Skąd np. mam wiedzieć, co było, a czego nie było w mojej rodzinie. Nikt dla mnie pamiętnika nie prowadził. Nikt z przeszłości nie pomyślał, żeby mi ułatwić moje obecne życie. Ja też ze swej strony niewiele zrobiłam i do tej pory nie wymyśliłam machiny czasu, która by mnie do moich przodków przeniosła. Czy jednak dałabym radę sama bez pani Małgorzaty, która najlepiej wie, co i jak ze sobą połączyć, co odjąć, co dodać, żeby było dobrze?
Nie odpowiedziałam jednak na zadane na początku pytania. 
Czy ona jest taka wspaniała i komu pomogła?
Z tego co mówi przede wszystkim pomogła sobie m.in po śmierci męża. 
Potem zaczęła pomagać innym. I dobrze i w porządku. Naprawdę nie ma się czego czepiać i jej metod też nie, bo ich nie znam tzn. nie doświadczyłam ich na własnej skórze.
Jednak, mimo to czuję dziwny niesmak. Skąd się on wziął i dlaczego?
Teraz nadszedł czas,  żeby odpowiedzieć na to pytanie?
Po pierwsze filozofia tzw. new age. Myślenie, że jeśli nie mam pieniędzy na wrsztat, to nie chce sobie pomóc.  Jeśli mam raka, sama jestem temu winna. Jeśli mam męża, który mnie bije, to mam zapotrzebowanie na bycie ofiarą itp. itd. 
Czy rzeczywiście życie jest tak proste jak sugeruje nam ten sposób myślenia?
W tym miejscu polecam Wam książkę ,, Smiertelni, nieśmiertelni,, Ken Wilbera. Główna bohaterka, żona Wilbera powoli umiera na raka i najpierw próbuje oczywiście raka pokonać. Ostatecznie godzi się ze swoją chorobą, ale nie to jest ważne, ale m.in. to, co mówi o zrzucaniu winy na nią za jej chorobę czyli ty sama chciałaś mieć raka, więc go masz. Niestety nie pamiętam dokładnie jej słów. Chodziło o to, że z jednej skrajności przechodzimy w drugą albo winimy Boga albo siebie. A może ani jedno, ani drugie, a może trochę tego, trochę tamtego.
W każdym razie nie dajcie sobie wmówić, że nie macie na warsztat pieniędzy,  bo nie chcecie sobie pomóc.  Ja bym odwróciła to w drugą stronę. Nie chcesz dostosować opłaty do moich możliwości finansowych czyli sam nie chcesz mi pomóc. 
Teraz metody. Czy rzeczywiście ktoś, kto łączy tyle różnych metod jak pani Małgorzata jest bardzo dobry i z NLP, z ustawień Hellingera, z matrycy krystalicznej, koloroskopu, vedic art, huny ? Czy może średnio dobry z każdej metody? Czy zupa z tylu składników jest dobra czy taka sobie i jakie ma działanie? To już zadanie dla Was, dla tych, którzy czują potrzebę zjedzenia zupy i mają na nią pieniądze.
To by było na tyle.
Ostatnia rada. Zanim oddacie komuś swój problem zastanówcie się, czy naprawdę nie możecie rozwiązać go sami i czy dana osoba na pewno Wam pomoże, bo niestety bywają też przypadki uzależnień od psychoterapeutów lub pseudo cudotwórców. 
Chodzicie i wydaje Wam się, że jest wspaniale. Przestajecie chodzić i wszystko wraca do starej normy. Jest dokładnie to samo, co na początku, a super psycholog, wróżka, terapeuta pieniędzy już Wam nie chce wrócić.
Miejcie się więc na baczności i nie wierzcie każdemu i we wszystko.

P.S. Niestety nie udało mi się tego napisać w sposób krótki i treściwy.