poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Dzieci i podróże kształcą?

Dzieci są piękne i słodkie, gdy są małe.
Owszem bywają wyjątki, ale na ogół
wtedy wszyscy się nimi zachwycają.
Później bywa różnie...
Jak różnie?
Jakie bywają dzieci, gdy już urosną
i stają się dorosłe?
O tym jest to opowiadanie.


Zdjęcie ze strony.

 Janusz, syn Wiesi miał duszę włóczykija.
Przenosił się ciągle z miejsca na miejsce.
Do żadnego się nie przywiązywał.
Był tam gdzie, były pieniądze
czyli dobra praca albo dobra kobieta.

Do kobiet miał niezwykły pociąg.
Tak samo jak do pieniędzy.
Trudno było żyć bez jednego i drugiego.

Zdarzało się, że wymieniał partnerki
jak to facet, który lubi kobiety.
Nawet jeśli brał ślub,
nie oznaczało to wcale, że będzie
do końca z tą jedną.

W jego życiu nie było czegoś
takiego jak jedyna wybranka,
wymarzona i wyśniona,
a poza nią już żadna inna.

Kobiety były raczej jak miejsca.
Na początku ciekawe, nieznane
później coraz bardziej swojskie,
znane i nudne. 

I tak z jedną miał dwoje dzieci.
Z następną troje.
Z nową na razie jedno.

Dziewczynka miała na imię Zuzia
i była ukochaną wnuczką babci Wiesi.
Pozostałych też kochała,
ale nie aż tak bardzo,
bo pozostali byli chłopcami,
a tych w rodzinie nigdy nie brakowało.

Dzięki Zuzi Janusz miał zapewnioną 
pomoc finansową u swojej matki
wtedy, kiedy tej pomocy potrzebował.
Bywało, że potrzebował.
Matka Zuzi i nowa żona Janusza Beata
miała butik, ale pieniędzy z tego było mało,
kiedy Janusz nie miał pracy.

W takiej sytuacji zwykle dzwonił do matki.
Wiedział, że go poratuje.
Ma przecież dużą emeryturę po mężu oficerze.
Starczy dla niej i dla niego.
I jak dotąd nigdy mu nie odmówiła.

Tym razem było tak samo.
- Mamo - pożalił się Janusz przez telefon.
Dałabyś mi trochę pieniędzy.
- Znów nie masz pracy?- zapytała Wiesia,
chociaż pytać nie potrzebowała.
Dobrze wiedziała, że dzwoni do niej
zawsze, gdy nie ma pracy.
Gdy ją miał, już się do niej nie odzywał.
Podobno nie miał czasu.
Nawet święta spędzał z dala od niej,
gdzieś nad morzem albo w górach,
w kraju lub za granicą.

Jego telefon jak zwykle był nie w porę.
Wiesia dopiero co pozbyła się kuzynki
Kaliny i wróciła ze szpitala,
dokąd uciekła przed Kaliną.
Teraz chciała odpocząć.
A tu masz, synek się odezwał.

Owszem kochała go i jego rodzinę,
zwłaszcza pięcioletnią Zuzię.
Gdyby nie ona pewnie by się załamała
tym telefonem Janusza, a tak
trochę tylko sobie pomarudziła
sama do siebie.

Jednak wystarczająco długo,
żeby Eugenia zwróciła uwagę,
przystawiła szklankę do ściany
i podsłuchała gadanie Wiesi.

Dla niej to była prawdziwa sensacja.
Rzadko widywany, prawie niewidzialny
i nieznany syn Wiesi przyjeżdża
i nie sam, bo jeszcze z nieznaną Eugenii
żoną i małym dzieckiem.

- Nie rozumiem - zdziwiła się Stanisława,
której w pierwszej kolejności Eugenia
przekazała informację o Januszu.
- Czego znów nie rozumiesz?
Eugenia się skrzywiła jak to ona,
gdy Stanisława nie pojmowała 
jej słów. Kto jak kto, ale przecież
ona, Eugenia zawsze mówiła jasno
i wyraźnie. Wszyscy rozumieli,
tylko jak zwykle Stanisława miała
jakieś pytania.

- Dlaczego mu nie wyśle tych
pieniędzy - wyjaśniła Stanisława.
Miałaby go z głowy, a tak 
znów będzie mieć go na głowie.
- I dobrze, chociaż go poznam
i jego rodzinę. Nie pomyślałaś 
o tym - strofowała Stanisławę
Eugenia, która była bardzo 
zadowolona z obecnej sytuacji.
W końcu nie na co dzień poznaje
się nieznanego syna bliskiej sąsiadki.

- Wiesz - dodała - pomyślałam
sobie, że ich odwiedzimy.
- Kogo? - zapytała Stanisława.
- Oj, kogo, jasne, 
że Wiesię i jej rodzinę.

- Wiesi się to będzie podobało?
Drążyła wciąż temat Stanisława.
- Pewnie, że tak - oburzyła się Eugenia.
Zresztą zapytamy, ale jestem pewna,
że nie odmówi. Przyniesiemy jej
prezent i prezent dla wnusi.
Zgodzi się, zobaczysz.

Jak postanowiła tak zrobiła
i jeszcze tego samego dnia
Eugenia zapukała do Wiesi.
- Słyszałam, że masz kochana
problemy - zagadała.
- Źle słyszałaś.

Wiesia nie miała ochoty
ani na rozmowy z plotkarką
Eugenią ani na jej pomoc.
- Wybacz, ale jestem zajęta.
Zatrzasnęła jej drzwi przed nosem.

Normalnie Eugenia 
bardzo by się obraziła.
Teraz jednak zbyt była 
ciekawa rodziny Wiesi.
Koniecznie musiała 
ją zobaczyć z bliska.

Dlatego nie przejęła się wcale
jej odmową. Wiedziała, 
że prędzej czy później
Wiesia się zgodzi
i zaprosi ją razem 
ze Stanisławą do domu 
w czasie pobytu w nim Janusza.

Następnym razem spotkały się
niby przypadkiem przed blokiem
w drodze po zakupy.
Jedna i druga coś musiała
kupić na obiad, śniadanie i kolację.
Z tym, że Wiesia miała
o wiele więcej do kupienia.

Już się jej twarz marszczyła
na samą myśl o zakupach
dla trzech dorosłych osób 
i jednego dziecka.

Właśnie w tym momencie
na jej drodze pojawiła się 
Eugenia jak cudowna 
manna z nieba.

- Trochę ostatnio przesadziłam
z zakupami. Mam za dużo jedzenia.
Wyznała Wiesi.
- Może byś sobie wzięła.
- Chętnie, jeśli masz za dużo.
Ucieszyła się Stanisława.
- Za wszystko ci zapłacę.
Obiecała.

- Nie musisz. Wystarczy
jak zobaczę twoją wnusię.
- Mam gdzieś jej zdjęcia.
Pokażę ci.
- Ach, zdjęcia obejrzę
pewnie, ale jak przyjedzie
też bym chciała ją zobaczyć.

I co miała powiedzieć Wiesia
z puszką szynki od Eugenii
pod pachą i innymi smakowitymi
wiktuałami. Zgodziła się. 
Nic innego jej nie pozostało.
Zaprosiła Eugenię na obiad 
drugiego dnia po przyjeździe syna.
Tyle tylko, że bez Stanisławy.

- Nie martw się i tak ci wszystko
opowiem - obiecała Stanisławie Eugenia.
Wiem - pomyślała Stanisława.
Jakoś nie miała odwagi 
głośno tego powiedzieć.

- A w co się ubierzesz - zapytała
zamiast tego, bo i to wiedziała, 
że Eugenia najbardziej lubi gadać
o swoich ciuchach.
- W tą niebieską sukienkę,
co to ją ostatnio w ciuchach kupiłam.
Eugenia rozgadała się na dobre,
ale Stanisława już jej nie słuchała.

Wyznaczonego dnia Eugenia
się ubrała i poszła do Wiesi.
Już na progu powitał ją 
radosny szczebiot Zuzi
i zapach palonej 
przez Janusza fajki.

- Kim ta pani jest
i po co tu przyszła - dopytywała Zuzia,
chociaż babcia Wiesia wszystkim 
przedstawiła sąsiadkę, a ta dała
jej w prezencie ładną lalkę.

Może jednak nie tak ładną,
bo Zuzia wciąż ciągnęła 
babcię za rękaw.
 - Babciu, tata powiedział,
że ta pani jest plotkarą.
Krzyczała.

Uszy i twarz Wiesi zrobiła
się czerwona ze wstydu.
- Idź się bawić. Nie przeszkadzaj.
Po raz pierwszy była zła na Zuzię.

Jak oni ją wychowali, żeby takie rzeczy
mówić - myślała Eugenia,
starając się mimo wszystko
uśmiechać i do Zuzi i do Janusza
i do Wiesi i do całkiem zblazowanej
i wyraźnie znudzonej synowej Wiesi.

Najgorsze było potem.
Zuzia odeszła i za chwilę 
przyszła z powrotem 
z kubkiem kompotu.

Podeszła do Eugenii
jakby chciała usiąść jej na kolanach.
Przechyliła kubek i wylała 
jego zawartość na niebieską 
sukienkę Eugenii.

Efekt przekroczył wszelkie
oczekiwania Zuzi.
Było więcej hałasu niż
w czasie puszczania fajerwerków
na Sylwestra.

Babcia krzyczała,
tata krzyczał i pani też krzyczała.
Tylko mama nadal siedziała
na kanapie i dyskretnie ziewała.
Chyba dobrze wiedziała, że tata
krzyczy na pokaz i babcia też,
bo przecież oboje wcześniej 
mówili, że nie lubią tej pani
i wcale nie chcą, żeby przychodziła.

Jak już przyszła jedynie udawali,
że im się podoba, a Zuzia
nie lubiła udawania.
Zawsze mówiła prawdę.
Zawsze była szczera.
I wszyscy ją za to chwalili.

Była dumna z tego, co zrobiła.
Jednak na wszelki wypadek
schowała się w drugim pokoju.
Lepiej poczekać, 
aż sytuacja się uspokoi.
Jak tata i babcia przestaną krzyczeć,
a zła pani sobie pójdzie.

Długo czekać nie musiała.
Eugenia szybko wyszła w swojej
nowej już nie pięknej sukience,
ale całkiem zniszczonym łachu.
Wprawdzie Wiesia obiecała,
że ją odda do pralni automatycznej
i że na pewno da się ją uratować,
a jakby co kupi jej inną, ładniejszą.

Eugenia musiała przyznać, 
że ta druga obietnica była 
bardzo ponętna.
W wyobraźni już widziała
siebie w salonie mody
jak naciąga Wiesię na 
wspaniałą i drogą sukienkę.
Tylko wtedy mogłaby
zapomnieć o niegrzecznym
zachowaniu jej wnuczki.

Swoją drogą nigdy więcej
nic już nie kupi dla tej małej
paskudy i wcale 
nie musi odwiedzać Wiesi,
żeby wiedzieć, co się u niej
dzieje w domu.

Stanisława z trudem
powstrzymała wybuch śmiechu,
gdy się o wszystkim dowiedziała
najpierw od Eugenii, 
a potem od Wiesi.

Obie z Wiesią doszły do wniosku,
że Zuzia utarła 
nosa wścibskiej Eugenii.

Jednak zabawne sytuacje jeszcze 
się nie skończyły.
Zdenerwowany tym, co się stało
Janusz wziął pieniądze
od matki i zaczął się pakować.
Oprócz pieniędzy mama dała
mu jeszcze duże zapasy mięsa
i innych produktów
zabranych od Eugenii z lodówki.

Wiesia cieszyła się z przyjazdu
syna, chociaż na początku
tak bardzo narzekała 
i się martwiła.
Cieszyła się i z jego odjazdu.
Eugenia jednak na coś 
się przydała. Przyspieszyła wyjazd
Janusza i odpoczynek Wiesi.

Zuzia też mimo wszystko
dostarczyła jej dobrej zabawy.
Nigdy dotąd nie widziała
tak rozgniewanej i jednocześnie
na swój sposób śmiesznej Eugenii.
Może będzie miała nauczkę.
Miała nadzieję Wiesia.

Tymczasem syn spakował
się wreszcie i razem z żoną
i Zuzią odjechał samochodem.

Niestety po jakimś czasie,
gdy Wiesia zdążyła już
pozmywać talerze i usiąść
przed telewizorem,
Janusz znów zadzwonił.

Okazało się, że musi się wrócić,
bo zapomniał zabrać pieniądze.
Niby je wziął, ale ostatecznie
nie wziął. Leżały sobie spokojnie
w drugim pokoju na łóżku.

Oczywiście, że musiał się wrócić.
Szkoda tylko, że jego powrót
obserwowała Eugenia.
- Co się stało? - spytała.
- Syn zapomniał zabrać dokumentów.
Wyjaśniła jej Wiesia.

- Akurat - skomentowała to później
Eugenia w rozmowie ze Stanisławą.
- Pieniędzy nie zabrał. 
Inaczej, by się nie wracał.
Stanisława tym razem nic nie powiedziała.
Jasne było, że Eugenia wszystko wie najlepiej.

P. S. Czy ta podróż nauczyła czegoś Janusza?
        A czy Zuzia nauczyła czegoś Eugenię?
        Raczej wątpię.













 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz