środa, 14 września 2016

Bitwa na kije i kule.

Po ostatnim dość smutnym opowiadaniu,
coś lżejszego i bardziej wesołego,
chociaż dla bohaterów tej historii,
nie było to ani trochę wesołe.
Jakie było?
Co się zdarzyło?
Za chwilę.



Ksiądz Darek był jednym z tych
młodych, aktywnych i jednocześnie
dość upierdliwych duchownych.

Dlaczego upierdliwy?
Jak już coś mu w głowie zakwitło,
trudno to było usunąć 
czyli jak już wpadł na jakiś
pomysł, to czy by się 
waliło czy paliło,
musiał go zrealizować.

Proboszcz Jan nie raz,
nie dwa miał problem
z tymi pomysłami.
Jednak w żaden sposób
nie potrafił zmienić myślenia
swojego podopiecznego.

Jego jedyną udaną taktyką
było wysyłanie księdza Darka
w różne strony, miejsca
z różnymi ludźmi.

Na takich grupowych wyjazdach
świetnie się sprawdzał.
Był jakby do wyjazdów 
stworzony jak nikt w parafii.

Jednak do zwyczajnego,
codziennego życia raczej
się nie nadawał.

Proboszcz Jan często się zastanawiał,
jak się księdza Darka pozbyć.
I proszę, nadarzyła się wreszcie
odpowiednia okazja. 

Zacznijmy od początku
czyli od pewnej niedzieli.
Tej niedzieli ksiądz Darek
ogłosił, że ma zamiar
zająć się pobliskim parkiem,
konkretnie ławkami,
jeszcze bardziej konkretnie
ich brakiem.

Proboszcz Jan tylko słuchał
i patrzył. Był pewny, 
że pomysł umrze w zarodku.

Starsze panie ostatnio były dość
skąpe i na kościół mało dawały,
jak już coś dawały,
a na ławki w parku?

Niemożliwe. Co je ławki będą
obchodzić, przecież i tak
siedzą w kościele, nie w parku.
A tu ławek raczej nie brakuje.

Tymczasem panie poszły
za przykładem księdza Darka,
który pierwszy wyciągnął
z kieszeni pieniądze
i wrzucił do skrzynki
wcześniej przez siebie 
przygotowanej na zbiórkę.

Proboszcz Jan mógł się
teraz tylko łudzić,
że i tak nikt się 
ławkami nie zajmie.

I tu się mylił,
bo już wkrótce w parku
pojawiły się nowe 
zielone ławki. 

Wszystko skończyłoby
się prawdziwym
happy endem, gdyby
nie kobiety z sąsiednich
bloków, które też 
ławki zauważyły.

Była słoneczna niedziela,
gdy sobie na nich usiadły.

Chwilę później pojawiły
się starsze panie,
które ławki sfinansowały.

Były wśród nich 
Eugenia i Stanisława.

- Drogie panie, te ławki są nasze.
Oznajmiła Eugenia.
Jednak na siedzących paniach
nie zrobiło to żadnego wrażenia.

- My za nie zapłaciłyśmy
i my na nich będziemy siedzieć. 
Dodała bardziej ostrym 
tonem Eugenia.

- I co wyrzucicie nas z tych ławek.
Roześmiała się jedna z siedzących
starsza pani z laską.

- Zaraz zobaczycie, co zrobimy.
Eugenia nie wiele myśląc chwyciła
laskę, zanim jej właścicielka zorientowała
się co się dzieje i co jeszcze będzie się działo.

Eugenia i reszta jej towarzystwa wyraźnie
ośmielona jej zachowaniem zaatakowała
laską najpierw panią, do której laska
należała, a potem siedzące obok.

Oniemiałe z zaskoczenia siedzące
panie po kolei zostały uderzone laską
w nogi, ręce, w wydatne 
i mniej wydatne brzuchy.

Nie tylko jedną laską, ale jeszcze rękami,
nogami reszty towarzystwa, 
które przyszło z Eugenią.

Uderzone szybko doszły do siebie
po pierwszym szoku 
i zaczęły oddawać ciosy.
 
Co się działo, co się działo.
Poleciały na ziemię 
ściągnięte z głów peruki.

W powietrzu zaroiło się 
od zerwanych kawałków ubrań.
Krew leciała z rozbitych nosów
oraz innych części ciała.

Aż gęsto zrobiło się od 
latającej tu i tam prowizorycznej
broni: kawałków gałęzi i krzaków
oraz bardziej niebezpiecznych:
kuli dla niepełnosprawnych
a nawet jednego, nie wiadomo
skąd wziętego wózka inwalidzkiego.

Panie pewnie by się pozabijały,
gdyby jedna z towarzyszek Eugenii
przerażona nie pobiegła po księdza,
a druga ze strony pań siedzących
wcześniej, teraz leżących lub
walczących nie wezwała policji.

Ksiądz Darek zaraz przybiegł
na miejsce zdarzenia i bezskutecznie
próbował przemówić do tłumu.

Panie go nie słyszały albo nie chciały
słyszeć. Przy okazji prób rozdzielania
ich na siłę ksiądz Darek też oberwał.
Dostał kijem w kolano, a potem ktoś
dał mu jeszcze kopniaka w tyłek.

Ze wściekłymi do granic możliwości
paniami poradzili sobie 
dopiero policjanci.

Ich kije były mocniejsze, 
groźniejsze,bardziej skuteczne.

Potłuczone, ranne kobiety 
odwieziono na posterunek i do szpitala
I tak się skończyła ta ławkowa historia.

Ławki nadal stoją.
Różni ludzie na nich siadają,
ale ich fundatorki i pobite przez nie
kobiety dochodzą do siebie i czekają
na wyroki, które dostaną za to,
co zrobiły.

Jedynie proboszcz Jan jest szczęśliwy,
że pozbył się księdza Darka,
którego po całym zdarzeniu odesłał
za karę do innej parafii.

- Warto było kłócić się o te ławki?
Zapytała później Stanisława Eugenię.
- Ech, nie ma sprawiedliwości na tym 
świecie, ale jakbym mogła to bym
im jeszcze przyłożyła wstrętnym
babsztylom. Dałyśmy pieniądze, 
a one się rozsiadły paskudy jedne.

Eugenia mimo złamanej ręki,
a może właśnie z jej powodu
nadal pałała nienawiścią do kobiet,
które zajęły jej ławki.


















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz