wtorek, 27 grudnia 2016

Święta z mężczyzną.

Wiem, że święta już minęły.
Ale zawsze można powspominać albo pomarzyć o następnych, że będą lepsze.
Jakie były dla moich bohaterek?

Zdjęcie zabrane z Tumblr.

Eugenia i Stanisława dwoiły się i troiły przy ostatnich przygotowaniach do świąt Bożego Narodzenia. Chociaż obie robiły już wcześniej zakupy, okazało się, że jeszcze nie wszystko kupiły. Poszły więc do marketu. Nie razem, osobno. 

Dopiero przy kasie się spotkały, obrzucając dokładnie wzrokiem, to co w koszyku ma ta druga. I dlaczego ja na to nie spojrzałam. Ale teraz przecież nie wypada pędzić z powrotem do półek. Tak sobie myślały. Jedna i druga.

- Mam już dość tych świąt - stwierdziła Eugenia wciąż ze wzrokiem w koszyku Stanisławy.
- Ja też- stwierdziła Stanisława, która też wpatrywała się w zakupy, tyle, że nie swoje, a Eugenii.
Ciekawe po co jej tyle wody mineralnej? - dziwiła się w myślach.

- A dużo masz gości? - Zapytała Stanisława.
Pewnie sądziła, że dowie się czegoś o dotąd nieznanej rodzinie Eugenii. Na próżno.
- Za dużo - odparła Eugenia i ani nie myślała, żeby powiedzieć coś więcej.
- Ja też za dużo.

Stanisława wzdychała. W żaden sposób nie mogła być gorsza od Eugenii. Może tak naprawdę nikt nie przyjdzie. Nie ma nikogo, komu, by zależało. A te wszystkie zakupy. No, cóż od czego są święta jak nie od objadania się.

- Ech, lepiej, by te święta minęły. 
W głowie Eugenii kręciły się podobne myśli. Ona też nie miała pewności, co do swoich ewentualnych gości. Prawdopodobnie skończy się wszystko na życzeniach przez telefon, a jedzeniem osłodzi sobie samotność. Bardzo dobry, wypróbowany sposób.

- E, co narzekać? Dobrze, że same nie będziemy - dalej ciągnęła temat Stanisława. - Taka Klementyna na ten przykład sama.

Eugenia się skrzywiła.
- Nie. Zygmunt przyjechał.
- No, coś takiego. Ja się już go nie spodziewałam.
Stanisława aż usta otworzyła ze zdziwienia. Jednak Eugenia zawsze potrafiła ją zaskoczyć.

- Pewnie się oświadczy. Pobiorą się w święta i będzie bal.
Eugenia już widziała siebie wśród honorowych gości. Jak to ona.
- E, tam. Ślubu tak szybko nie załatwią - przywołała ją do rzeczywistości Stanisława.
- Może mają znajomego księdza.
Eugenia nie dawała się wyrwać z marzenia.
- A może sam Zygmunt jest księdzem - uśmiechnęła się Stanisława.

- O tam, dalej widzę kuzynkę Elę. Wybacz muszę z nią porozmawiać. 
Eugenia z trudem wydostała się z kolejki i popędziła w głąb sklepu.

Stanisława tylko wzruszyła ramionami. 
Nie chce gadać, to uciekła - pomyślała - I dobrze ja też już ochotę na rozmowę straciłam. Tym bardziej nie mam zamiaru z nią wracać do domu. Znowu się będzie na moje okna gapiła. A co ja poradzę, że śnieg padał i je pobrudził. Nie mam już siły, żeby je myć. I samej Eugenii mam dość. I tych jej ciągłych rewelacji. Zygmunt wrócił, akurat. Dlaczego ja niczego nie widziałam. Zawsze tylko ona.

Powoli i bez humoru Stanisława wróciła do domu.
Eugenia też wróciła tylko znacznie później. Krążyła po sklepie zanim nie spostrzegła odchodzącej z zakupami Stanisławy. Nie zobaczyła kuzynki, ale uciekła od Stanisławy i jej głupiego gadania czyli dokładnie tak jak się tego domyśliła Stanisława.
- Co zrobić jak ona nawet słuchać nie umie. Zawsze tylko drwi z człowieka - wzdychała Eugenia.

Jednak Eugenia miała rację. Zygmunt wrócił, chociaż za bardzo nie wiedział do czego. Do pustego mieszkania na pewno nie. Do Klementyny? Może. Do Florentyny? Kto wie? Ktoś na pewno, bo Zygmunt raczej nie.

Owszem przywiózł dla jednej i drugiej czekoladki. Owszem lubił je obie. Kiedyś, nie tak dawno nawet kochał Klementynę i porównywał do nieżyjącej żony. Kiedyś. Niestety po seksie z Florentyną wszystko się zmieniło. Niczego już nie był pewien ani trochę. Sądził, że oddalenie się od obu kobiet pozwoli mu nabrać dystansu. Nie pozwoliło. O obu dużo myślał. Nie był jak mu się zdawało monogamistą. Teraz podobały mu się obie na swój sposób. Każda coś w sobie miała. Szkoda tylko, że u Klementyny przeważała cnota, pruderia nad zmysłami. Za to Florentyna miała ich aż za dużo.

Pierwsze swoje kroki skierował do Klementyny. Nadal tliła się w nim nadzieja, że może teraz Klementyna zrezygnuje ze swoich zasad. Rzuci mu się namiętnie w ramiona. W końcu zrzuci z siebie wszystko i spędzą wyjątkowe w swej odmienności święta.

Okazało się szybko, że się łudził.

Klementyna powitała go bez entuzjazmu.
- Wróciłeś - stwierdziła zmęczonym głosem. - Wejdź jak już jesteś.
Zabrzmiało to tak jakby łaskę robiła. Już poczuł się źle. Nie tego się spodziewał. Nieważne, że sobie pojechał gdzieś bez pożegnania. Mimo wszystko oczekiwał, że kochająca go kobieta bez względu na wszystko obdarzy go od progu miłością. A tu jedynie niechęć i smutek w jej oczach. Łzy jakby za chwilę miała się rozpłakać.

- Przyjdę później - oświadczył. - Muszę jeszcze się rozpakować i przygotować choinkę. Syn przychodzi.

Klementyna po raz pierwszy słyszała o synu, ale powstrzymała się od pytań i komentarzy. Starała się z całej siły uwierzyć, że to prawda, że jest jakiś syn i że go odwiedzi. Szkoda tylko, że nie chce ich sobie przedstawić. Taka wspaniała okazja, ale dobrze, nie będzie nalegać.

- Nie wejdziesz nawet na chwilę spróbować mojego sernika - uśmiechnęła się, a raczej wykrzywiła twarz przez łzy.
- Wybacz. Już jestem spóźniony. Wrócę do ciebie po wszystkim.

A to dla ciebie.
Zygmunt wyciągnął z torby czekoladki w czerwonym opakowaniu z serduszkiem.
- Dziękuję - ucieszyła się Klementyna - a ja nie pomyślałam. Tak długo cię nie było.
- Nie szkodzi kochanie.
Zygmunt delikatnie pocałował ją w policzek jak brat siostrę.
I poszedł sobie niby do siebie. Naprawdę do Florentyny.

Florentyna to przeciwieństwo Klementyny.
Od razu rzuca mu się na szyję. Wita ciepłym uśmiechem.
Jego usta muska równie ciepłymi wargami. 
Zygmunt od razu czuje pragnienie. Już teraz zaraz chce ją mieć pod sobą, na sobie, w ogóle jak się da.

Ona jakby pragnęła tego samego. Wciąga go do mieszkania. Rozpina mu płaszcz, a potem koszulę. Rozbiera go. On nie pozostaje obojętny. Przytula ją. Mówi, że się stęsknił, a nawet, że ją kocha. Całuje ją rozpalonym z pragnienia językiem. Rozpina jej bluzkę. Jak to dobrze, że Florentyna nosi takie, jakie lubi do rozpinania. Guzik za guzikiem zbliża się do jej piersi. O dziwo nie są zapięte w staniku. Są wolne i rozkosznie twardnieją pod jego dotykiem.

Zygmunt się pochyla. Całuje najpierw prawą, a potem lewą. Schodzi językiem do jej brzucha. Czuje jak jej ciało ulega. Gdy jest niżej przy udach, jest już gotowe. On jednak się nadal nie spieszy. Chce przedłużyć przyjemność jej i swoją. 

Znacznie niżej zdejmuje jej majtki białe z koronką. Pieści wargami jej łechtaczkę. Ona wzdycha. Robi się wilgotna i jeszcze bardziej ponętna.

Zygmunt nie wie jak dłużej wytrzyma. Ona tak bardzo go podnieca. W dodatku pachnie kawą, tą najbardziej ulubioną. Nieważne jak się ona nazywa. Chodzi o zapach, który go uwodzi, który sprawia w końcu, że uwolniony już ze spodni penis wchodzi w nią. 

Szybko, wolno. Jest na niej. Ona trzyma nogi na jego ramionach. Ściska go biodrami. Podnieca swoimi okrągłymi ruchami.

Zygmunt ma wrażenie, że zaraz w niej eksploduje. Dlatego zmienia pozycję. Ona przed nim z nagimi pośladkami. Nadal jędrnymi. 

Teraz on próbuje czegoś nowego, czego nigdy nie robił z żoną. Ona nie chciała. Czy Florentyna się zgodzi? Zgodziła się.

Zygmunt penetruje jej szczelinę między pośladkami. Wolno i szybko. Ona wzdycha. Jęczy. Łączą się ich spieszące się oddechy.

Jej ciało ogarniają podniecające go skurcze. Już nie może dłużej.
Wyrzuca z siebie na jej pośladki owoce swojej namiętności. 

Po chwili oboje ogarnia spokój. Przytulają się do siebie.
Ona kładzie głowę na jego piersiach. On ją obejmuje ręką.
Znów mówi, że ją kocha. I nie jest to sprzeczne z prawdą. Właśnie teraz to czuje. Miłość do Florentyny.

W innym miejscu, lecz w tym samym czasie Radomiła odbiera telefon. To Kazimierz, a czekała na Teo. Jest trochę rozczarowana. Bardzo smutna, że Teo jeszcze się nie odezwał.

Kazimierz słyszy w jej głosie niechęć i nudę, a jednak nie jest zły. Raczej dręczą go wyrzuty sumienia, że na tak długo i bez żadnego słowa wyjaśnienia zostawił ukochaną kobietę. To jest ukochana kobieta, chociaż na początku wmawiał sobie, że nie, że bardziej zależy mu na żonie, na powrocie do niej.

Niedawno się przekonał, że już mu nie zależy. Ona nadal go nie chce. Nie przytula. Nie całuje. Stała się zimna jak królowa śniegu.

Tylko dzieci ich łączą. Łączyły.  Są już dorosłe. Wyprowadziły się z domu. Syn do dziewczyny, córka do chłopaka. Żyją sobie bez ślubu. Takie czasy. Tylko jego żona się krzywi. Za dużo przebywa w kościele, zdaniem Kazimierza, by mogła zrozumieć takie sprawy.

W końcu jednak żona odeszła. Zostawiła go z krótkim listem, że musi sobie przemyśleć to i owo, zastanowić się, czy go nadal kocha, czy wytrzyma z nim i jego kochankami.

Tak. Były inne oprócz Radomiły. Ona wśród nich okazała się najlepsza. To za nią tęsknił, nie za innymi. Tamte wystarczały na jeden raz. Na dłuższą metę z żadną, by nie wytrzymał.

Teraz zaprasza Radomiłę do siebie, do swojego od jakiegoś czasu pustego domu. Wie, że zaprasza w ostatniej chwili, że powinien wcześniej, ale jakoś nie wyszło.

Kilka minut musi upłynąć zanim do Radomiły dotrze sens jego słów, zanim zareaguje radością, bo przecież nie przestała kochać Kazimierza z powodu Teo. Nawet jeśli tak jej się wydawało.

Pewnym problemem jest matka i babka, z którymi Radomiła mieszka i które spodziewają się, oczekują, że z nimi spędzi święta.
A tu nic z tego. Radomiła już wie, że będzie z Kazimierzem. 

Szybko wymyśla wymówkę-usprawiedliwienie dla swoich bliskich. Wyjeżdża z koleżanką Basią. Tylko zapomniała o tym wcześniej powiedzieć. Jakoś wypadło jej z głowy.

Równie szybko Radomiła się pakuje, starając się nie słyszeć narzekań babci i mamy, że jak to, że chyba oszalała, że tuż przed wigilią i świętami, jak może zostawić bliskich.

Może. Zostawia. Pędzi do Kazimierza taksówką, żeby już zaraz być z nim. Tylko z nim. Poczuć wreszcie prawdziwą, nie sklepową magię świąt.

On ją wita jak Florentyna Zygmunta ciepłym uśmiechem i ciepłym chętnym ciałem. Obejmuje ją przytula. Całuje namiętnie w usta, szyję. Chwilę później w jedną i drugą pierś.

Nie spieszy się, przynajmniej się stara, chociaż pośpiech krąży mu pod skórą. Krąży we krwi razem z podnieceniem jej kształtnym ciałem, jakże dawno niewidzianym, niedotykanym.

Językiem i palcami dotyka każdego centymetru  powierzchni odsłaniającego się przed nim ciała Radomiły.

Jest co podziwiać. Jest czego pragnąć.

Radomiła czuje to samo. Jego ciało wciąż ją pociąga. Wciąż sprawia, że traci głowę.

Myśli znikają. I wszystko wokół. Nic nie jest już ważne.

Ich ciała się witają. Poznają na nowo. Łączą się ze sobą w różnych pozycjach. 

On na niej. Ona na nim. Z boku i z tyłu. Pieszczoty w 69. Rozkosz wydająca się nie mieć końca. 

Radomiła odkrywa ponownie przyjemność, jaką daje jej seks z Kazimierzem. Cała pulsuje przyjemnością.

Gdy on dochodzi, ona go nadal pragnie. Mimo przeżytej przed chwilą ekstazy. Naprawdę nigdy nie ma go dość.

On jej też. Robi sobie jedynie krótką przerwę i wraca do pieszczenia jej ciała.

Na wzajemnych pieszczotach spędzają wigilię i pozostałe święta.
Poza tym się przytulają. Cieszą sobą w czasie rozmowy, wspólnych posiłków prostych, ale jak smacznych w kochanym towarzystwie, w czasie spacerów po lesie, do którego zawozi ją Kazimierz.

Podobnie Florentyna i Zygmunt wciąż siebie spragnieni. Jadą razem za miasto z dala od ciekawskich oczu Eugenii, z dala od płaczącej gdzieś tam Klementyny. Są razem. Dobrze im. O wiele lepiej niż wtedy, gdy byli sami, bez niej, bez niego. Nawet Zygmunt to zauważa.

Tak jak Kazimierz często swojej ukochanej powtarza słowo kocham. Czuję, że zawsze mógłby z nią być.

Mimo całych starań Zygmunta Eugenia jednak zauważa, dostrzega to, co się dzieje w jej bliskim sąsiedztwie. Jak mogło by być inaczej. Dla ciekawskich spostrzegawczych oczu nie ma tajemnic.

Po świętach Eugenia zaczęła testować wiedzę Stanisławy. Ile ta wie o Florentynie i Zygmuncie i o dziwnym wyjeździe Radomiły nie wiadomo z kim i dokąd.

- Klementyna płacze - stwierdziła pewnego razu, gdy znów się spotkały na ulicy w drodze po zakupy.
- Dlaczego? - zdziwiła się Stanisława.
- Nie wiesz? - Eugenia udała zaskoczoną niewiedzą Stanisławy. Naprawdę jej się właśnie spodziewała.
- Nie - przyznała Stanisława. - A co?
- Nic takiego. Widziałam Zygmunta z Florentyną w święta.

Stanisława ma ochotę zapytać: miałaś czas przy tylu gościach zobaczyć Zygmunta. Z trudem się jednak powstrzymała, bo wie, że nie tędy droga do wiedzy Eugenii.

- Ciekawe - stwierdziła. - Byli gdzieś razem, a co z Klementyną?
- Mówiłam ci, że płacze.
- Też ich widziała?
- Tego akurat nie wiem.
- A Zygmunt nie ma zamiaru znów zniknąć - drążyła dalej temat Stanisława.
- Zapytaj jego jak jesteś ciekawa - odparła Eugenia. - Na mnie czas. Muszę lecieć.

Cała Eugenia. Wzbudza ciekawość Stanisławy, a potem znika. Chyba ona najbardziej, by pasowała do Zygmunta - pomyślała Stanisława. -Tylko czy chciałby taką starą ciekawską wiedźmę?


P. S. Jak długo potrwa idylla między Zygmuntem i Florentyną oraz ta między Kazimierzem i Radomiłą? Zobaczymy już w innej opowieści.

 




 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz