czwartek, 30 czerwca 2016

Czy znasz siebie w 100 procentch?

Jakiś czas temu obejrzałam pewien film dokumentalny.
Myślę, że większość z Was już ten film widziała czyli nic nowego pod słońcem.
Jaki film? O czym?
Dlaczego zrobił na mnie duże wrażenie?
O tym za chwilę Wam opowiem.

































Zanim przejdę do treści filmu jedno małe wspomnienie.

Pojechałam kiedyś nad jezioro z ludźmi, którzy tak jak ja
ćwiczyli tai-chi.

Gdy znalazłam się na miejscu, byłam przerażona rozmiarem
pokoju. 
To nie był pokój. To była duża sala.
Wszyscy mieliśmy spać na tej sali, materac przy materacu.
W rogu jedna mała szafa.

Bezskutecznie próbowałam się przenieść w jakieś inne mniejsze
miejsce na terenie budynku, w którym byliśmy.
O przeniesieniu się do innego budynku nie było mowy.
Wokół czegoś takiego nie było.
Tylko cicha, miła wieś.

Byłam pewna, że wytrzymam góra dwa dni i zwieję do domu.
Tymczasem, przyzwyczaiłam się i zostałam.
Inna osoba uciekła.

Dlaczego to wspominam?

Film, który obejrzałam jest o warunkach, w jakich ludzie żyją.
Co się z nimi dzieje, gdy te warunki się zmieniają.

Ci dotychczas spokojni stają się agresywni.
Są tacy, którzy wpadają w histerię.
Nikt nie jest już taki sam.

O co chodzi i o kogo?
O grupę studentów w eksperymencie stanfordzkim.
O ludzi, którzy przed wejściem do eksperymentalnego 
więzienia śmiali się do siebie. 
Cieszyli się z łatwego i szybkiego zarobku.
Nie sądzili, że będzie trudno, że wyjdą stamtąd jako inne osoby.

Nie ma w tym nic niezwykłego.
Jedynie potwierdzenie tezy, że otoczenie ma nas duży wpływ.
Dostosowujemy się do wymagań danej roli, a może
pojawia się w nas nowa osobowość.

I tak stajemy się strażnikiem, ofiarą, katem.
W każdym razie kimś innym, dotychczas sobie nieznanym.

A czy jest możliwe mimo wszystko pozostać sobą?
Czy możemy nie ulec wpływowi środowiska?
I najważniejsze: kim naprawdę jesteśmy?

Te i inne pytania budzą we mnie ciekawość i wyobraźnię.
Już widzę siebie w roli okrutnego strażnika
lub buntującego się więźnia albo zwyczajnego,
co wszystko znosi ze spokojem.
Jest grzeczny i potulny.

Jaka bym była?
Czy miałabym odwagę poddać się eksperymentowi?

Teraz mówię nie, ale czy naprawdę?
Może jednak chciałabym poznać siebie z innej strony?

W każdym razie film polecam.

,,Cicha furia - stanfordzki eksperyment.,,

P. S. O samym eksperymencie wiele już napisano 
i dlatego nie podałam jego szczegółów.
Nie o to mi chodziło, a jedynie o wrażenia
po filmie i pytania.
Więcej znajdziecie m.in.tutaj
 


 
 


 

środa, 29 czerwca 2016

Namiętność gorąca i zimna.

Czy namiętność może być zimna?
Nie wiem, ale na potrzeby poetyckie, założyłam, że tak.
Oto kolejne wiersze o miłości i namiętności.

Zdjęcie wzięte ze strony.

Spotkaliśmy się w windzie
przypadkowo.
Tylko nasze ciała się znały.
Jak magnesy
przylgnęły do siebie.
Tańczyły wokół jak dzikie węże.
Język z językiem,
pierś z piersią,
penis z waginą
tworzyły jedno
rozszalałe ciało. 


Zdjęcie ze strony

Ty i ja 
w koszuli nocnej
obok siebie leżymy.
Może się przytulimy,
pytasz cicho.
Milczę.
Wolę spać.
Twoje ciało napiera.
Poddaję się
jak kwiat,
który ścinasz.
Czy on ma coś do powiedzenia?
Leżysz na mnie,
ale mnie przecież nie ma.
Taki zwyczajny szary seks.



 Latem, gdy mnie całujesz,
czereśniami smakujesz.
Cała się gubię
w ich zapachu.
Świat nie istnieje
poza nami.
Językiem mrozisz
moje uda.
Schodzisz niżej.
Pieścisz mi łono.
Pod twoim dotykiem
rozkwitam
i ginę w rozkoszy.


Zdjęcie stąd.

Nie, nie chcę.
Jestem zła.
Moje ciało mnie 
nie słucha.
Tak bardzo kocha
twój dotyk,
zapach i smak.
Złość znika.
Jedynie cisza,
żar mojej skóry,
twój przyspieszony oddech,
niekończące się rozkoszy drżenia. 

P.S. Miłych wrażeń.

wtorek, 28 czerwca 2016

Machina czasu czy pralka automatyczna?

Każdy ma jakieś marzenia. Małe, duże i wielkie.
To opowiadanie będzie właśnie o nich i sąsiedzie Florentyny.

 

Tadeusz miał obsesję na punkcie wynalazków.
Myślał o nich dniami i nocami.

W ciągu dnia zazwyczaj przesiadywał w swoim garażu z przyjacielem Józkiem, który też lubił wynalazki, a dokładnie grzebanie w starych, 
znalezionych na śmietniku rzeczach lub tych porzuconych 
przez innych na ulicy, przystanku, trawniku, gdzie się dało.

Tadeusz i Józek znosili wszelkie z pozoru niepotrzebne żelastwo
do garażu i tu się nim zajmowali.

Niestety oprócz niezwykłych ozdób dla kobiet i mebli niczego
nie wymyślili i nagle Tadeusz miał sen.

Przyśniła mu się machina czasu.
Stała na poczcie w postaci pralki automatycznej.
Nikt na nią nie zwracał uwagi jakby była zwykłą skrzynką
na listy. Nikt też nie patrzył na kabinę telefoniczną obok
niej. W dobie telefonii komórkowej wydawała się dziwna.
Mimo to ludzie przechodzili obok pralki i kabiny jakby
ich wcale nie widzieli.

Dopiero Tadeusz zapytał panią w okienku, a co to takiego,
wskazując na pralkę i kabinę.
- Machina czasu- odparła.
- Co?- Zdziwił się.
Nie uzyskał jednak odpowiedzi. 
Pani była zbyt zajęta, by z nim rozmawiać.
W jej ustach machina czasu brzmiała jak coś zwyczajnego
np. pudełko do paczek lub koperta na list.

Tadeusz wszedł do kabiny.
Zamknął za sobą drzwi.
Poczuł jakby powiew wiatru. Nic więcej.
Po chwili drzwi same się otworzyły.
Wyszedł na pocztę. Niby nic się nie zmieniło.
Jednak Tadeusz czuł, wiedział, że to pozory i teraz znajduje się
w innym czasie.
Obudził się zanim odkrył, do jakiej epoki się przeniósł.

Sen mocno wrył mu się w pamięć.
Od tej pory o niczym innym nie myślał tylko o machinie czasu.
Co by było, gdyby udało mu się ją zbudować?
Dostałby Nagrodę Nobla? Stałby się sławny i bogaty?
Jeśli tak, zaraz by się wyniósł z tego koszmarnego bloku.
Zamieszkałby w dużym, pięknym domu z warsztatem na swoje 
wynalazki.

Następnego dnia razem z Józkiem przytachali do garażu
starą, wyrzuconą przez kogoś pralkę.
Zmęczeni usiedli i sięgnęli po swoje puszki z piwem.
Znana im była zasada, odpocznij zanim zaczniesz ciężko pracować.
Przed nimi była przecież ciężka praca nad przerobieniem
pralki w machinę czasu. 
Poza tym zarówno Józek jak i Tadeusz nie bardzo wiedzieli 
jak się do tego zabrać. Co wyjąć, co dodać? 
Co w ogóle z tą pralką robić.  

- Masz pomysł?- Zapytał Józek.
- Myślę.
- A jak to tam we śnie wyglądało?
- Miała guzik czerwony.
- No to my też możemy mieć. Pójdziemy do sąsiadki.
- Jakiej znowu sąsiadki!- Krzyknął Tadeusz, który nie znosił
bab wtrącających się do jego roboty.
- A ty, co tak zaraz. - Oburzył się Józek - Jakbym ci byle co proponował. 
Nie znasz Florentyny?
- A ta dziwaczka, ale po co do niej?
- Po guziki czerwone przecież. 
- Dobra, idziemy.

Poszli więc.
Florentyna poczęstowała ich winem z czerwonych porzeczek, 
które niedawno dostała od sąsiadki Eugenii. 
Poczęstowała, ponieważ chciała wiedzieć coś więcej 
o czerwonym guziku. Po co im był potrzebny? Do czego?
Dlaczego?
Panowie nie chcieli nic jej na ten temat powiedzieć przed winem.
Po winie jak zwykle języki im się rozwiązały i zdradzili 
jej tajemnicę o nowym wynalazku.

Nie wiedziała czy śmiać się czy płakać. 
Na wszelki wypadek zachowała kamienną twarz jakby
pomysł stworzenia z pralki machiny czasu nie był niczym niezwykłym.

Pokazała im wszystkie guziki koloru czerwonego.
Kiedy w końcu wybrali odpowiedni i wypili wino, 
poszli sobie. Wrócili do garażu.

Usiedli. Wyjęli guzik i przystawili go w paru miejscach do pralki.
Co dalej nadal nie wiedzieli.

-Zdrzemnę się.- Powiedział Tadeusz.- Może mi się przyśni jakaś
wskazówka.
- To ja już pójdę.- Pożegnał się Józek.

Tadeuszowi nic się nie przyśniło.
Na drugi dzień powiedział Józkowi, że musi pomyśleć.
Potem zajął się półką na książki dla Leokadii, innej sąsiadki.
Prosiła go o nią jakiś czas temu, a dziś znów się pytała,
czy ją już zrobił.

Miał nadzieję, że w trakcie pracy przyjdzie mu do głowy jakiś
pomysł dotyczący machiny czasu, ale nie przyszedł.

Po jakimś czasie myślenie o machinie trochę go zmęczyło
i znudziło.
Czy naprawdę musi się zajmować takimi skomplikowanymi 
sprawami? 

Tadeusz uznał, że nie musi.
Razem z Józkiem naprawili pralkę i dali ją Klementynie,
którą uznali za najbiedniejszą sąsiadkę.
A Florentyna dostała z powrotem swój guzik.

 

poniedziałek, 27 czerwca 2016

O kształcie i złości.

Wszystko ma swój kształt.
Niezależnie od tego, czy to ci się podoba czy nie.
Bez względu na to, czy możesz ten kształt zobaczyć.
I teraz pytanie.
Jak bardzo będziesz się złościć z powodu kształtu?
Na ile forma jest cię w stanie wyprowadzić z równowagi?

Wydawałoby się proste pytanie, prosta odpowiedź.
Dlaczego jakiś tam kształt mógłby mnie rozłościć?
A jednak....
Jakiś czas temu wrzuciłam na Facebooka na swoją oś
film o płaskiej Ziemi.
Co się działo, co się działo.
Burza, tornado albo grad w środku lata.

Tak bardzo ludzie się wkurzali.
Jedynie na Przebudzeniu spokój.
Nikt nie rzuca we mnie czym popadnie i nie wyzywa od najgorszych.

Dlaczego wrzuciłam tak kontrowersyjny film na Naszą Astronomię..?
Dlaczego w ogóle pokazałam ten film na Fb?

Teraz to i ja zadaję sobie pytanie po co?
Czy ja jestem zwolennikiem płaskiej Ziemi?
Nie jestem. Lubię po prostu kontrowersyjne tematy.

W Naszej astronomii... chciałam się dowiedzieć jakie kontrargumenty mają specjaliści od planet i gwiazd 
do argumentów przedstawionych na filmie.

Myślałam, że podadzą mi te swoje argumenty w sposób
logiczny i rzeczowy, ale okazało się, że żaden specjalista
nie chciał oglądać filmu. Wszyscy z góry założyli, że jest głupi
i nie warto się nim zajmować.

Nie było i nie mogło być mowy o żadnej dyskusji.
Jeszcze raz sprawdziło się twierdzenie: w głowie specjalisty
możliwości jest mało, w głowie początkującego wiele.

Jeśli już coś wiesz i jesteś pewny swojej wiedzy,
nie będziesz jej sprawdzał. Po co masz sprawdzać?
Przecież wiesz, że jest tak nie inaczej i nie dopuszczasz 
innych wariantów.

Dlaczego się złościsz, kiedy ktoś ci podrzuca film
z innym niż uznałeś scenariuszem, inną możliwością?

Proste. Złości się twoje ego.
Ono pyta jak to? Kto śmie podważać moją wiedzę?
Ja się tak nie bawię.
Nie lubię Cię, bo masz inne zdanie.
Pewnie myślisz, że jestem za głupie, żeby coś wiedzieć,
a ja jestem bardzo mądre.
Z kimś takim jak ty nie będę się już przyjaźnić.

I tak zamiast rzeczowej dyskusji wyrzucam daną osobę
ze znajomych. Kiedyś była miła, ale teraz rani mnie 
paskudnie głupim filmem i jeszcze chce, żebym ja obejrzał,
obejrzała zanim skrytykuję.

Najciekawsze jest to, że często osoby, które wcześniej uważały
się za niezwykle uduchowionych, spokojnych, tolerancyjnych,
teraz wpadają w niezwykłą złość.

Nic nie dzieje się przypadkiem. 
Dlatego być może tacy super doświadczeni i zrealizowani 
ludzie trafiają w swoim życiu na bombę czyli np. na mnie,
która rzuca im przed nos inne poglądy.

Bomba pokazuje na ile jestem naprawdę tolerancyjny,
wyrozumiały, cierpliwy itp.
Czy potrafię przyjąć prawdę o sobie czy zwyczajnie się
rozzłoszczę, obrażę na bombę.

Wracając do pytania podstawowego, ode mnie
i tylko ode mnie zależy, na ile kształt czegoś
jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi.

Mogę po prostu machnąć ręką i nie odzywać się,
jeśli film uważam za głupi i nie chcę oglądać.

Podobnie z czytaniem mojego bloga.
Nie podoba ci się, to po co czytasz, po co komentujesz.

Tym pozytywnym akcentem zakończę moje wynurzenia.

P.S. Nie wiem jaki kształt ma Ziemia i nic mnie to nie obchodzi.
       Mogę żyć na płaskiej i na okrągłej. 
       Żadnej to dla mnie różnicy nie ma.














 





piątek, 24 czerwca 2016

Emocje w krótkiej formie.

Nadszedł czas na wiersze, te najnowsze, napisane przeze mnie.
Są podobnie jak opowiadania na Facebooku.
Ci z Was, którzy są moimi znajomymi pewnie je znają, podobnie jak opowiadania. Może chętnie przeczytają jeszcze raz.
Innym teraz je przedstawiam, życząc miłej lektury.


Muzyka słów niewypowiedzianych
brzmi we wszystkich atomach,
gdy twoje wargi
dotykają moich.
 



Niektóre wiersze
są jak proza
całkiem niewydarzona.
Słowa zmielone
w pasztety
z jabłek
niedojrzałych.
Prawdziwe
jak śmieci
pozostawione
nie wiadomo przez kogo.
Proszę was nauczyciele
dajcie mi spokój.
 















Stoimy na ulicy,
gdy nasze wargi,
nasze języki
smakują się nawzajem.
Palce twoje i moje
gorące
spieszą
by poznać kształt szyi
piersi
bioder.
Tak blisko
i tak daleko
by dobrze cię poczuć.
Prowadzisz mnie swoją ciszą
tam, gdzie znikną
ubrania i pozory.
Nasze ciała
staną się
namiętną jednością.
Chwila rozciągnie się
w nieskończoność.
  

 
Nasze ciała splecione
o północy
tańczą swój taniec
w mroku nocy.
Gdzieś obok
w ogromnym bloku
ludzie śnią
o sercach czekoladowych.
Gwiazdy płoną.
Istoty z Księżyca
rzucają na Ziemię
radości kamienie.
W ich blasku
nasza miłość staje się wieczna.

  

Cienistą aleją
idę
nie wiadomo dokąd.
Żal i smutek
za mną suną
jak nieodłączni przyjaciele.
Między drzewami mrok
niebiesko szary.
Szukam cię
bardzo ograniczonym
wzrokiem.
Jestem już zmęczona.
Położę się tu obok
w trochę bledszym cieniu.
Zasnę.
Zapomnę
Uwolnię się od siebie.

I to na tyle dzisiaj. Następne wiersze wkrótce.
Pozdrawiam, Ania.

 

czwartek, 23 czerwca 2016

Florentyna i inni.

Moją ostatnią postacią literacką jest Florentyna.
O niej są dwa nowe opowiadania.
Ci z Was, którzy są moimi znajomymi na  Facebooku 
już je znają.

Kim jest Florentyna?
Jest starszą panią. Ma 70 lat. Jednak jej umysł i wygląd jest znacznie młodszy, o jakieś 30 lat.
Dlaczego? Nikt nie wie. Nawet sama Florentyna. W dzieciństwie ją to bardzo denerwowało,
bo np. nie chcieli jej wpuścić w kinie na film od 16 lat. Teraz bardzo się cieszy i korzysta z życia jak może i potrafi.

Oto wybrane fragmenty z jej życia.
Miłego czytania.


 Dywan

 

Eugenia, sąsiadka i koleżanka Florentyny postanowiła kupić sobie nowy dywan. 
Kolor miał być bardziej dopasowany do brązowych mebli w salonie, jak zwykle Eugenia nazywała duży pokój w swoim mieszkaniu w bloku.
Mały pokój określała mianem sypialni, kuchnię jadalnią i tylko łazienka była łazienką.
W każdym razie Eugenia bardzo chciała zmienić dywan w salonie.

Od przyjaciółki Stanisławy dowiedziała się, że odpowiednie dywany są w pobliskim markecie.
Tak więc pewnego dnia poprosiła Stanisławę i Florentynę, by poszły z nią po dywan.

Florentyna zgodziła się, bo akurat w tym czasie praktykowała sewę czyli pomaganie innym. Stanisława nie miała wyboru. Była przecież przyjaciółką Eugenii i jeśli nadal chciała nią być, musiała jej towarzyszyć wszędzie, gdzie ta chciała, by jej towarzyszyła.

W markecie dywan koloru brązowego leżał między dwoma innymi białym i zielonym.
Florentyna od razu zwróciła uwagę na zielony. Ten kolor pasowałby do jej pokoju, gdyby w ogóle chciała kiedyś mieć dywan zamiast gołych klepek podłogowych.

Gdy Eugenia zapytała ją, co myśli o dywanie, Florentyna, patrząc na zielony,
stwierdziła, bardzo ładny.
Stanisławy Eugenia nie pytała, ponieważ ta od początku była zachwycona dywanem, jego kształtem, barwą i materiałem, z którego został zrobiony.
Eugenii wystarczyło jedno spojrzenie na Florentynę i jedno na Stanisławę.
Błysk oczu jednej i drugiej nadawał blasku i skłaniał do kupna dywanu.
To właśnie zrobiła.

Gdy już wyszły z marketu pojęczała chwilę nad ciężarem zakupu. 
Miało to oczywiście na celu skłonienie koleżanek do dźwigania dywanu, co jej się udało.
Koleżanki bez słowa protestu zataszczyły zakup do domu Eugenii.
Tam go razem rozłożyły na wcześniej odpowiednio przygotowanej przez Eugenię podłodze.
Barwy dywanu w całej krasie ukazały się ich oczom.

Najpierw skrzywiła się Florentyna. Potem Stanisława. Na końcu Eugenia.
Florentyna dlatego, że nie było już obok zielonego dywanu, a brązowego koloru po prostu nie lubiła.Stanisława z powodu bólu kręgosłupa od dźwigania ciężaru. Eugenia natomiast na widok min koleżanek.
Była pewna, że dywan jest paskudny.
-Nie pasuje- Powiedziała.
- Dlaczego- Spytały koleżanki przerażone wizją odnoszenia dywanu do sklepu.
- Za ciemny. Zresztą, poczekajcie zapytam sąsiadki Leokadii.

Leokadia niestety nie miała humoru. Dzisiaj musiała robić obiad dla swojej siostry, matki i siostrzenicy. Nie lubiła robić obiadu i stąd był jej humor.
- Ale paskudny- Burknęła od wejścia nawet nie przyglądając się dokładnie dywanowi.
Florentyna i Stanisława westchnęły czując, co je teraz czeka.

Na szczęście Eugenia postanowiła na razie umieścić dywan w piwnicy. 
Tam lądowały wszystkie jej rzeczy, z którymi nie bardzo wiedziała, co zrobić: wyrzucić, sprzedać, dać komuś czy może coś innego z nich stworzyć jak np. z różowych majtek szmatkę do wycierania kurzu.
Dywan do piwnicy zniosły oczywiście jej dobre koleżanki: Stanisława i Florentyna.


.



 

Rozmowy



W bloku, w którym mieszkała Florentyna, większość starszych pań myślała
i rozmawiała z innymi paniami czasem panami o śmierci.

Ważne było jaka będzie? 
Czy długa i bolesna, krótka i też bolesna, czy może przyjemna niezależnie od długości.
Kiedy będzie? Wiosną, latem, jesienią czy zimą. 
Będzie wtedy padał deszcz czy śnieg, a może będzie świeciło słońce.
I jak będzie ubrany zmarły, zmarła pod warunkiem, że nie zostaną spaleni 
zamiast pochowani w trumnie? 
Pewnego dnia Eugenia, Stanisława i Florentyna wymieniły się poglądami na ten jakże ważny temat.

- Nie mogłam dziś spać.- Zaczęła Eugenia. - W końcu wstałam i zaczęłam szykować 
swój strój do trumny.
- A ja- Pochwaliła się Stanisława- Liczyłam tych, którzy już odeszli z naszej klatki 
na wieczny odpoczynek.
- I co usnęłaś? Pomogło Ci to liczenie?- Zapytała Florentyna.
- Nie, potem musiałam policzyć choroby naszych sąsiadów i zastanowić się 
kto pierwszy odejdzie i czy z powodu swojej choroby, czy np. wypadku.
Jak w końcu nad ranem zasnęłam przyśnił mi się mój zmarły mąż.

- Co mówił?- Zaciekawiła się tym razem Eugenia.
- Żebym spała zamiast liczyć zmarłych.
- Tak, można się było tego spodziewać- westchnęła Florentyna- Twój mąż nigdy nie miał nic ciekawego do powiedzenia.
Stanisława się skrzywiła. Miała ochotę powiedzieć, że z Florentyną nie miał o czym gadać, 
bo ta z mężczyznami mówiła tylko o jednym, wiadomo o czym. 
Nie chciała jednak kłócić się teraz z Florentyną.
Ciekawsza była dalsza rozmowa o śmierci z koleżankami.

Niestety w tym momencie na horyzoncie pojawił się nowy, młody ksiądz 
z parafii ubrany po cywilnemu.

Szedł z siatką pełną zakupów.

Wszystkie panie zaniemówiły z wrażenia i z powodu stroju, w którym ksiądz wyglądał bardzo pociągająco i z powodu siatki. Do tej pory nigdy nie widziały księdza z zakupami.
Dlatego nowy wydał im się dziwny i bardzo ciekawy.
Na pewno ciekawszy od rozmów o śmierci.
Czym jeszcze je zaskoczy? 
Nowoczesnym kazaniem czy młodym towarzyszem u swego boku albo towarzyszką?

W każdym razie rozmowa jak nagle się zaczęła tak nagle skończyła.

 

 

środa, 22 czerwca 2016

Powrót czyli co, jak i dlaczego na moim blogu.

Po dłuższej przerwie wracam do swojego pisania.
Okazuje się, że lubię pisać.

Witam wszystkich, którzy kiedyś czytali wpisy na moim blogu, zarówno tych, którym blog się podobał jak i tych marudnych narzekaczy, którym prawie nic się nie podoba, a blog czytają, bo ....
Sama nie wiem dlaczego i w zasadzie lepiej by było jakby nie czytali i nie wstawiali swoich głupich anonimowych komentarzy. Od razu uprzedzam, że komentarze wszelkiego rodzaju anonimów będą kasowane. Chyba, że będzie w nich zawarta konstruktywna krytyka a nie ględzenie typu: jesteś nudna i zajmij się robieniem swetrów na drutach.
Tu i teraz odpowiem na proste pytania dotyczące treści mojego bloga.
Co będzie? Dla kogo? Jak? A przy okazji parę słów o naszym postrzeganiu rzeczywistości.
Skąd się wziął nowy tytuł bloga?

 Zdjęcie wzięte z  Iluzji optycznych


Zacznę od tytułu.
Dlaczego taki, a nie Pociecha.
Dlatego, że nie jestem, nie byłam pociechą, osobą, która zawsze i wszędzie wszystkich pociesza. Sprawia, że się śmieją i dobrze się czują w jej towarzystwie.
Nie piszę pocieszających tekstów, tylko różne, miłe i mniej miłe  albo ciekawe, nieciekawe i często bardzo niegrzeczne. Wydaje mi się, że bliżej mi do złośliwości niż łagodności.
Poza tym Pociecha kojarzy mi się z małym dzieckiem i jego zabawkami.
Niestety albo stety, zależy od spojrzenia, nie piszę tekstów związanych z dziećmi.
Nie znajdziecie u mnie niczego na temat fajnych zabawek, pieluch i sposobów wychowywania dzieci.
Z tych powodów nazwa Pociecha nie pasuje ani trochę do mojego bloga.

Obecną nazwę stworzyłam w oparciu o imię słowiańskie Lubosława. 
Jak wszystkie słowiańskie imiona, prawie wszystkie ma wyraźne znaczenie, czytelne na pierwszy rzut oka w przeciwieństwie do współczesnych imion takich jak moje, Anna. 
Widać w nim, co znaczy? Nie.
Patrząc na budowę Lubosławy czyli tej, która lubi, miłuje sławę, utworzyłam własne imię Lubisłowa czyli ta, która lubi słowa.
To imię w pełni  oddaje moją pasję, jaką jest pisanie i czytanie dobrych książek.

Na moim blogu pojawią się na pewno moje nowe opowiadania i wiersze, artykuły na kontrowersyjne tematy oraz recenzje ciekawych książek i filmów.

Blog jest więc na pewno dla tych, co lubią czytać . Dla tych , którzy mają otwarte umysły.
Nie mają zwyczaju szufladkowania życia i świata według ustalonych przez innych schematów.
Niektóre schematy postaram się zburzyć lub chociaż przedstawić z innej strony.
Na ile mi się to uda, zobaczymy.
W tym miejscu jeszcze raz poproszę o opuszczenia bloga tych, którzy czytają go tylko i wyłącznie po to, żeby mnie skrytykować. Jedynie konstruktywna krytyka dotycząca treści bloga jest mi potrzebna. Chętnie przeczytam komentarze o tym, co i jak można zmienić i o czym napisać.

Na końcu o obrazku i postrzeganiu rzeczywistości.
Jak widać na przykładzie tego obrazka można patrzeć z różnych punktów i zauważyć coś innego, co dla nas jest prawdą, lecz dla kogoś innego wyda się kłamstwem, ponieważ dostrzegł coś innego.
Taka bardzo często bywa prawda. Coś wydaje nam się całkowicie prawdziwe np. że obrazek przedstawia twarz. Inni zobaczą, że tak nie jest. I kto ma rację. Jedni i drudzy.


Dlatego nie dziwcie się i nie denerwujcie, kiedy jakąś z pozoru oczywistość przedstawię z innego punktu widzenia.

Po to jest ten blog, żeby pokazywać inną stronę danej sprawy, tematu, ale przede wszystkim po to, żebyśmy się razem bawili. Ja pisząc, Wy czytając.

Pozdrawiam Wszystkich czytelników.