sobota, 30 lipca 2016

Sojanki i styropian na śniadanie?

Jedliście kiedyś sojanki i styropian?
To pierwsze pewnie część z Was. 
To drugie większość.
A co to takiego?
Gdzie to można zjeść i jak smakuje?
Powiem za chwilę.





Siedzę na plaży
i marzę
o twoich palcach
mojego ciała spragnionych,
o opalonych plecach,
ramionach stęsknionych,
miękkim brzuchu,
twardych udach,
penisie szalonym.
Gdy zamykam oczy,
czuję
jak palcami
po moim ciele w dół schodzisz.
Wargami dotykasz 
wszystko po kolei.
Żadna cząstka ciała
nie zostaje sama.
Siadam na twoich udach
całkiem naga.
Wznoszę się
i opadam
jak fala.
Razem tworzymy ocean
rozkoszy.
Obejmuje nas morze,
niebo, ziemia.
Kochamy się
wciąż od początku
i bez końca.
A jednak coś mnie uderza.
Piłka plażowa.
Otwieram oczy.
Gdzie jesteś?
Tu cię nie ma.

  






























Zatrzymałam się razu pewnego
w chatce czarodziejki.
W ogrodzie pachniały
maciejki,
róże małe i duże.
Na śniadanie
były sojanki.
Pokrojone równo
w plasterki.
Szumiały cicho drzewa.
Obok ścieżka prowadziła
do morza.
Herbata na stoliku
malinowa.
Pomidor,
sałata,
kolorowe pasty
z soczewicy.
Chleb razowy,
a jak ktoś narzekał
dostał styropian.
Wiecie już co to?
Nie?
Sojanki
parówki sojowe.
Styropian
wafle ryżowe.
Proste
i smakowite.




Jest takie miasto nad morzem
całe w zieleni i kwiatach.
Idę drogą.
W wyobraźni mojej
idziesz obok.
Patrzymy 
i ściskamy swoje dłonie.
Każdą chwilę
smakujemy
językiem.
Ty swoim na mojej skórze.
Ja moim na twojej.
Słyszymy swoje oddechy
jak bardzo się spieszą
by gdzieś się schować,
przed ludźmi uciec
w krainę własnych
marzeń.
Czas nam nie sprzyja.
Wydłuża się z każdym krokiem.
Skraca, gdy już
się chowamy
przed cudzym wzrokiem.
Całujesz mnie,
a ja ciebie.
Nasze ciała
do siebie się kleją.
Pędzą w nieskończoność.
Topią się w cieniu
i drżą w pragnieniu
bycia z sobą.
Ktoś mnie potrąca.
Wracam z wyobraźni
do rzeczywistości,
do drogi, którą idę sama,
w mieście morza.







Tutaj czas chowa się
w łąkach,
w drzewach,
na plaży
na horyzoncie
między morzem
i niebem.
Próbuję go złapać,
lecz on jest
szybki jak komar
lub mucha
i przez palce jak woda 
przecieka.
Nieubłaganie
biegnie ścieżką
dalej i dalej.
Jeszcze niedawno był.
Już go nie ma.
Opuszczam plażę.
Zostawiam las.
Wracam
do hałasu,
asfaltu, betonu,
marketów, tłoku.
Tylko ty spokojnie 
na peronie czekasz,
żeby wziąć mnie
w ramiona.



P. S. Jednak nie wszystko da się opisać.
         Zdjęcia są moje i jak tekst 
         objęte są prawami autorskimi.
         Jedynie zdjęcie Pani Czarodziejki
         jest ze strony http://anandaresort.pl/
         Naprawdę warto tam pojechać.
         A Pani Czarodziejce dziękuję
         za super odpoczynek. 














środa, 13 lipca 2016

Dlaczego Kalina ma duży brzuch?

To już ostatni tekst przed krótką wakacyjną przerwą.
W sobotę wyjeżdżam nad morze.
Wracam pod koniec miesiąca.
Macie więc czas, żeby pomyśleć, co chcecie
lub czego nie chcecie czytać na blogu.
Propozycje zostawiajcie w komentarzach.
Jak wrócę, chętnie przeczytam i się dostosuję.

Na razie o tym, co znów spotkało Wiesię.
Czy i jak sobie z tym poradziła?


Jeszcze nie ochłonęła po  wypadku znajomego, 
a już spotkało ją następne nieszczęście.

Po nieoczekiwanym przyjeździe kuzynki,
Wiesia pewna była, że ma pecha.
Jak inaczej nazwać to nagłe pojawienie się
krewnej, z którą od tylu lat nie miała
żadnego kontaktu.

Ostatni raz Wiesia widziała ją
z okazji sławnego przyjazdu papieża do miasta.

Kalina była wtedy bardzo religijną panienką.
W swojej religijności porównywalną
z obecną jej sąsiadką Eugenią.
Dla obu wszystko, co ksiądz mówił
było święte i niepodważalne.
Obie z radością poszły na spotkanie
ze wspaniałym Ojcem Kościoła.

Jedynie Wiesia się wymówiła bólem głowy.
Zresztą nawet, gdyby poszła, to i tak
bez męża, który był do śmierci
zdecydowanie antykatolicki.
A bez męża Wiesia wtedy nigdzie nie chodziła.
Sama jakoś źle się czuła.

Kalina miała wówczas 18 lat.
Była młoda i urocza.
Wielu chłopakom zawróciła w głowie,
lecz nie miała zamiaru wyjść za mąż.

Dopiero po 2 latach zmieniła zdanie.
Zaprosiła Wiesię na ślub.
I odtąd była już zawsze z mężem.
Regularnie co rok rodziła mu nowe dziecko
jak to tylko prawdziwie katolicka kobieta potrafi.
Może jednak dlatego również, że żyła na wsi,
a tam wiedza o antykoncepcji nie była
tak rozpowszechniona jak w mieście.

W każdym razie Wiesia sobie
w ten sposób tłumaczyła szóstkę dzieci Kaliny.
Osobiście nie miała nic przeciwko.
Niech się Kalina rozmnaża i będzie szczęśliwa.
Dzięki niej i jej podobnym kraj
jeszcze nie upadł z powodu niskiego
przyrostu urodzin.

Teraz jednak nie było jej do śmiechu.
Kuzynka zjawiła się z dużym brzuchem.
Wiesia nie miała wątpliwości, że znów jest w ciąży.

Już jej miała pogratulować kolejnego dziecka,
gdy ta nagle ją zaskoczyła.
- To nie tak jak myślisz. To nie ciąża. To choroba.
- Jaka choroba? Westchnęła Wiesia, bo już
czuła, że nie obejdzie się bez jej pomocy,
pewnie pieniężnej.

Chce usunąć ciążę.- Myślała Wiesia i była
przerażona, przecież aborcja była prawie zabroniona
z małymi wyjątkami, a już na pewno nie przy
tak zaawansowanej ciąży.

- Jak ci mogę pomóc? - Zapytała Wiesia Kalinę.
- Znajdź mi jakieś mieszkanie.
- Mieszkanie? - Zdziwiła się Wiesia.
- Przecież masz dom na wsi.
- Mam, ale nie mój, tylko wspólny,
a mąż już mnie nie chce.
- Nie chce dlaczego?
- Oj, Wiesia jakaś ty głupia,
jasne, że z powodu tego brzucha.

I tak wyszło szydło z worka.
Kalinę mąż wyrzucił, bo tak jak
wszyscy inni wątpił, że brzuch
jest spowodowany chorobą.

W dodatku dziecko, które z pewnością
za tym się kryło, było nie jego.
On już dawno sobie Kalinę odpuścił
i po kryjomu spotykał się z inną.
Ta chociaż była chętna.
Nie narzekała i nie leżała pod nim jak
martwa deska.

Kalina powiedziała Wiesi,
to co chciała powiedzieć.
O dziecku ani słowa.

Przecież jak się urodzi i tak się wyda.
Myślała Wiesia, która z tego wszystkiego
nie mogła zasnąć.

Wkrótce o Kalinie wiedział już prawie
cały blok, a to za sprawą zawsze ciekawskiej Eugenii.

- Wiecie, że Wiesia ma problem?- Zagadała pewnego
dnia Eugenia do swoich koleżanek.
- Jaki? - Zapytały Stanisława i Florentyna.
- Kuzynka przyjechała do niej w ciąży.
Będzie teraz z nią mieszkała i jej dzieckiem
w tych swoich dwóch pokojach.
- Jak się kiedyś zmieściła z mężem i synem,
to i teraz się zmieści.- Zauważyła Florentyna.
- Akurat ty wiesz jak było.
Eugenia rzuciła na Florentynę złe spojrzenia.

Mimo to Florentyna odparła:
- A ty wiesz lepiej.
- Nie kłóćcie się. - Poprosiła Stanisława, czując,
że za chwilę straci główny wątek rozmowy
i jak zwykle niczego sensownego się nie dowie.
Poskutkowało.
Eugenia odwróciła się do niej jakby
tylko ją chciała poinformować:
- Kalina chce od Wiesi mieszkania.
- Znaczy się, żeby ta jej mieszkania poszukała.
Podobno z mężem się rozwodzi i stąd to mieszkanie.

Można się było tego spodziewać.
Pomyślała Florentyna, a na głos powiedziała:
- Problem z głowy. Znam kogoś, kto wyjeżdża do Indii
i szuka kogoś do opieki nad psem i mieszkaniem.
Tylko czy ta Kalina zgodzi się na psa?
- E, tam, nie będzie wybrzydzać, przecież na wsi
cały inwentarz miała na głowie.  
Stwierdziła Eugenia, która znów spojrzała 
życzliwie na Florentynę.

- I dlatego uciekła.- Westchnęła Stanisława.
- E, tam, od męża uciekła, nie od inwentarza.
Dzieci jej tylko robił i nic więcej.
Ostanie zdanie należało zawsze do wszystkowiedzącej
Eugenii, która choć męża nie miała, na mężach
znała się najlepiej.

Eugenia razem z Florentyną powiedziały Wiesi
o mieszkaniu i psie.
- Pies mały.- Przekonywała Florentyna. Mieszkanie
ładne i duże. Zmieści się razem z dzieckiem.
Przez dwa lata właściciel nie wróci.
W Indiach ma pracę. Wystarczy, że będzie czynsz płaciła.

Wiesia się ucieszyła. Miała problem z głowy.
Nie chciała być już dłużej z kuzynką,
która zrobiła się strasznie wybredna i wymagająca
jakby myślała, że ktoś przy niej musi skakać
i obsługiwać ją jak królewnę.

Tymczasem Kalina odrzuciła propozycję.
Nagle okazało się, że Wiesia jest jej bardzo potrzebna.
- Może to nie guz Wiesiu - zwierzyła się - ale kolejne dziecko.
Jak ja sobie sama dam radę bez opieki.

Jednak Wiesia nie miała zamiaru zaklinować się
w mieszkaniu z niechcianą kuzynką i jej dzieckiem.
Jak jesteś taka mądra, to ja też.- Pomyślała wściekła.
Zgięła się w pół niby z bólu i poszła do lekarza
po skierowanie do szpitala.
Sobie tylko znanymi sposobami skierowanie
dostała, a może naprawdę była chora.

I tak Kalina musiała się wynieść,
bo przecież w swoim stanie nie wyobrażała sobie 
dodatkowych obciążeń starszą schorowaną kuzynką.

Wiesia dopięła swego czyli pozbyła się Kaliny.
Jednak ani ona ani wszystkowiedząca Eugenia
dotąd nie wiedzą, gdzie wyjechała Kalina.

Wróciła do męża?
Znalazła sobie inną krewną z mieszkaniem?
A jej brzuch był brzuchem ciężarnej kłamczuchy,
czy prawdziwą chorobą?
I kto był ojcem dziecka?
I jak to się stało?
Najbardziej z powodu niewiedzy ubolewa Eugenia.
Nie ma o czym opowiadać. 

P. S. Ważna uwaga Wiesia ma 70 lat, a Kalina 50.


poniedziałek, 11 lipca 2016

Co Wiesia robi z mężczyznami?

Następne opowiadanie z serii o Florentynie 
i jej sąsiadach.
Kto i dlaczego odwiedza Wiesławę?
I kto o tym wszystkim opowiada? 

Zdjęcie zabrane ze strony.

 Eugenia od jakiegoś czasu mówiła tylko o jednym.
- Moją sąsiadkę Wiesię odwiedzają mężczyźni.

- I co z tego?- Zapytała ją poinformowana 
o wydarzeniu Florentyna.
- A to, że się w końcu doigra, zobaczysz.

Eugenia była w bloku głównym wyznacznikiem moralności
i źródłem informacji.
Nie wiadomo było tylko jak ona zdobywa
te wszystkie wiadomości.
Czy ma u siebie zainstalowany aparat szpiegowski
czyli lunety, wizjery i podsłuchy?
Jeśli tak jest, Florentyna tego dotąd nie zobaczyła,
a przecież nie raz była u niej na herbacie i ciastkach.

W każdym razie o Wiesi wiedzieli już prawie wszyscy.
Nie wiedzieli jedynie ci, którym w jakiś sposób
udało się uniknąć spotkania z Eugenią albo
byli głusi lub wkładali stopery do uszu na jej widok.
Jednych i drugich i trzecich było niewielu
czyli tych, którym udało się nie spotkać Eugenii,
tych głuchych i tych ze stoperami.

Eugenia zazwyczaj siedziała na ławce przy swojej
klatce i zaczepiała każdego, kto obok przechodził.
Zawsze coś wiedziała, czego inni jeszcze nie wiedzieli.

I tak było z wiadomością o Wiesi.
Eugenia jakimś cudem wiedziała, że do Wiesi 
przychodzą różni mężczyźni.
Na ten temat miała też swoje dwie teorie.

Przychodzili, bo Wiesia nielegalnie sprzedawała
alkohol i dzięki temu wiązała jakoś koniec z końcem
na swojej kiepskiej emeryturze.
Mężczyźni odwiedzali Wiesię, bo była sympatyczną
wdową i można u niej było liczyć na darmowy
seks lub seks za małą drobną przysługę
np. naprawienie kranu, pralki ewentualnie telewizora.

Trzecią teorię dotyczącą Wiesi i mężczyzn
podsunęła Eugenii Florentyna.
- Może organizuje w swoim domu randki
tych, którzy nie mają lokalu do swoich spotkań.
- A wiesz, to możliwe.
Eugenia ucieszyła się z nowego wątku, jaki
doda do swoich rozmów z innymi o Wiesi.

Nie musiała jednak nic dodawać.
U Wiesi pojawił się ktoś nowy
i całkiem nie pasujący do tych, co byli.

Miał na sobie stare spłowiałe dżińsy
upaprane wapnem lub czymś do 
wapna podobnym.
Miał również stare zniszczone 
brudne adidasy oraz kurtkę
jakby zdjętą z młodszego brata.
Nie trzeba chyba dodawać, że i ona była brudna.

- I kogoś takiego zaprasza do siebie do domu?
Zdziwiła się Eugenia i zaraz szybko przystawiła szklankę 
do ściany, żeby lepiej słyszeć, co dalej będzie.
Na początku była cisza. 
Potem brzęk szklanek i łup, jakby coś dużego
uderzyło o podłogę.
- Jezu, co ci się stało? - krzyknęła Wiesia.
A po chwili:
- Hallo, pogotowie, przyjedźcie natychmiast. 
Mężczyzna zemdlał u mnie w domu.

- To się będzie działo.- Ucieszyła się Eugenia.
Zaraz zapukała do Wiesi niby to z propozycją
pomocy, ale naprawdę z powodu chęci 
zobaczenia wszystkiego, 
żeby potem mogła innym dokładnie
o tym opowiedzieć.

Nic nie podejrzewająca Wiesia wpuściła ją do środka.
Widać było, że jest bardzo zdenerwowana.
- Znajomy- wyjaśniła - ledwo się nad herbatą
pochylił i stracił przytomność.
- Pił coś wcześniej? - Dopytywała Eugenia.
- Nie wiem. - Wiesi z nerwów głos drżał 
i ręce się trzęsły.
- Usiądź sobie kochana i uspokój się. Ja ci herbatę zrobię.
Zaproponowała Eugenia, bo myślała, że w ten sposób 
wyciągnie z sąsiadki więcej szczegółów, ale do niej
to nie dotarło. Nadal stała i się trzęsła z nerwów.
- Nie, dziękuję. Nic bym teraz nie wypiła.
Nie mogę.
- To coś na uspokojenie z domu przyniosę.
Nadal drążyła ciekawska Eugenia. 
Drążyła oczywiście sposoby dotarcia
do jakże cennych informacji o nieznajomym.

Skąd się tu wziął i dlaczego?
Kim był?
Jak dotąd niczego nie mogła się dowiedzieć.

Kiedy w końcu przyjechało pogotowie
obie i Eugenia i Wiesia odetchnęły z ulgą.
Wiesia ponieważ wreszcie ktoś zajmie 
się jej gościem.
Eugenia dlatego, że była pewna, że teraz 
wszystkiego się dowie.

Tymczasem jak tylko lekarz pochylił
się nad nieprzytomnym, ten nagle
się ocknął.
Spojrzał na lekarza i pielęgniarzy
przerażonym wzrokiem i krzyknął.
- Co się dzieje?

- Zemdlał pan. Zabieramy pana na badania do szpitala.
Poinformował go lekarz.
-Nic mi nie jest. Pójdę już do domu.
- W żadnym wypadku.
Lekarz nie miał zamiaru wracać z niczym.
Pielęgniarze chyba też nie, bo mimo
protestów położyli mężczyznę na noszach.

Eugenia była wściekła.
Pogotowie zabrało faceta, lecz niczego nie wyjaśniło.
Pytanie skąd się wziął pozostało razem z Wiesią,
która niczego nie chciała powiedzieć,
przynajmniej na razie. 
Może później jak się uspokoi zdradzi tajemnicę
tego i tamtych innych mężczyzn.

- Wiecie, co stało się z ostatnim?
Opowiadała koleżankom.
- Wiesia go zabiła?- Zapytała Florentyna.
- Ech, jak ty coś powiesz- Obruszyła się Eugenia.
- Co się stało?- Dopytywała Stanisława.
- Stracił przytomność przy herbacie.
Pogotowie go zabrało. Wcześniej ocknął się 
i krzyczał, że chce wrócić do domu.
- To dopiero. Ciekawe co mu jest? 
Wszystkie po równo chciały się dowiedzieć
czegoś więcej o tym i innych mężczyznach Wiesi.

P. S. Też chcecie więcej szczegółów na ten temat?






sobota, 9 lipca 2016

Zapaszkowy problem.

Najczęściej pojawia się latem, kiedy jest gorąco.
Chyba nie raz i nie dwa mieliście ochotę wysiąść 
z autobusu lub tramwaju.
Czasem też uciec z jakiegoś budynku, nawet jeśli
przyszliście tam w jakieś ważnej sprawie.
Tak więc jest to duży problem.
Co z nim zrobić?
A co on robi z nami? 

Zdjęcie stąd.

Ostatnio zapaszek dopadł mnie w przychodni lekarskiej.
Siedziałam razem z innymi w poczekalni przed gabinetem
lekarza internisty.
Chodzę do niego głównie po recepty na lek na tarczycę.

Chociaż zawsze wyznaczona jestem na określoną godzinę
i tak muszę czekać. Są opóźnienia.
Jak to u lekarza.

Siedzę więc i przeglądam sobie kolorowe czasopisma
położone na stoliku obok.
W sumie nic ciekawego.
Kolorowe bzdety, taki komiks dla dorosłych 
z małymi wymaganiami, oczywiście skierowany
do kobiet. Mężczyźni rzadko po takie sięgają.

Ale nie o tym chciałam pisać.

W pewnym momencie, gdy jedna z pań
usiadła obok pana w średnim wieku, 
on wstał i się przesiadł.
Chwilę później przeniósł się do korytarza obok.

Prawdziwy dramat rozegrał się, 
gdy weszłam do lekarza.
Przez drzwi słychać było podniesione głosy
oczekujących na zewnątrz.

Myślałam, że znów się kłócą o swoje numerki
do lekarza, bo o co innego można się tu kłócić.
Ale nie.
Jak wyszłam ten sam pan, który wędrował
wcześniej z jednego miejsca na drugie
powiedział, że wreszcie sobie poszła.
Kto? Kobieta, która przyszła i od której,
zaczęły się wędrówki tego pana po poradni.

- Zwróciłem tej pani uwagę, że zapach jest
nie do wytrzymania, a ona na to, co przeze mnie.
Jeszcze się pyta. I proszę poszła sobie 
i zapachu nie ma. Swoją drogą ten lekarz
jak on z nią wytrzyma. Później go zapytam,
czy miał maskę na twarzy.

Zamurowało mnie całkowicie.
Pan zwrócił pani uwagę na jej nieprzyjemny zapach.
Owszem pachnieć nie pachniało.
Jednak sądziłam, że to wina klimatyzacji,
a raczej jej braku.
Nie przypuszczałam, że to od pani 
i w dodatku ładnie ubranej.
Jakby zapach zależał od samego ubioru.

Śmieszna sytuacja.
Dopiero po jakimś czasie doszłam do wniosku,
że nie bardzo śmieszna. 
Na pewno nie dla pani, której zwrócono uwagę.
Nie dla pana, któremu, to przeszkadzało.

Wracając do pytań początkowych.
Co zrobić z tym problemem?
Myć się przede wszystkim.
Korzystać z kosmetyków.
Zgłosić problem u lekarza.

Właśnie, a może ta pani przyszła z tym problemem
i już na wstępie została skrytykowana z powodu swojej
choroby czyli zanim skrytykujesz kogoś zastanów się.
Łatwo w kogoś rzucić słowem, 
ale cofnąć słowa się nie da jak i kamienia,
którym kogoś uderzyłeś.

Wracając do pytań początkowych,
co problem zapaszkowy robi z nami?
Wytrąca z równowagi.
Zwraca uwagę w niewłaściwe strony i miejsca.
Dzieli nas na katów i ofiary.

A może, gdybyśmy tak trochę pomedytowali,
zapachy nieprzyjemne nie robiły by na nas wrażenia.
Przecież wszystko mija tu na Ziemi.
To tylko jedna chwila.
Mogę to wytrzymać.

Na pewno?





czwartek, 7 lipca 2016

Nic takiego.

Dzisiaj wracam do Florentyny i jej sąsiadów.
Tym razem będzie o Zygmuncie i o tym, co zrobił.
On sam stwierdził, że nic takiego.
Na pewno?


Zdjęcie ze strony.

 Już pierwszego dnia, kiedy się pojawił, Florentyna
straciła dla niego głowę.
Potem było już coraz gorzej i gorzej.
Zwłaszcza wtedy, gdy zobaczyła błysk w jego oku 
na widok Klementyny.

Nie mogła tego zrozumieć jak ktoś taki jak Klementyna
może się podobać seksownemu facetowi.
Klementyna była przecież typową szarą myszą
ubraną na czarno i zawsze w starych przesiąkniętych
naftaliną ciuchach.

Ze wszystkich sąsiadek akurat ją musiał wybrać.
Dlaczego los jest taki niesprawiedliwy?

Na nic się zdały wdzięki Florentyny zwykle doceniane
przez wszystkich sąsiadów.
Zygmunt, nowy sąsiad, nie zwracał na nie uwagi.
Przechodził obok niej jakby była zwyczajnym meblem,
a do Klementyny szczerzył zęby.

Florentyna wiedziała, że coś z tym musi zrobić.
Samo się w końcu się nie zrobi.
Musi skierować uwagę Zygmunta na siebie
i odwrócić od Klementyny.

Długo myślała co i jak ma zrobić.
Poszła z tym problemem nawet do wróżki.
Jednak ta jej nie pomogła, wręcz
przeciwnie postraszyła, że może być źle,
jeśli Florentyna rozdzieli Klementynę i Zygmunta.

Podobno, zdaniem wróżki, znali się jeszcze 
w poprzednim życiu i teraz znów mieli się połączyć.

Florentyna z góry założyła, że wróżka jest głupia
jak, zresztą wszystkie wróżki.
Niepotrzebnie dla niej czas traciła 
i w dodatku pieniądze.
Sama coś wymyśli. Obejdzie się bez cudzej pomocy.

I wymyśliła.
Zaczęła niby od niechcenia zagadywać Zygmunta.
Najpierw łagodnie:
- Klementyna to urocza kobieta, nie uważa pan?
Potem mniej łagodnie:
- Przychodzi do niej pewien pan. Dobrze, może wreszcie 
zrzuci z siebie ten ponury kolor.

Nie widać było, żeby jej gadanie dotarło do Zygmunta.
Nadal mu się przy Klementynie oczy świeciły.
I dlatego Florentyna postanowiła wykorzystać swoje 
blokowe znajomości.

Byli tacy, którzy dla niej wiele by zrobili.
Jednym z nich 30 letni Dominik,
który nie wiadomo dlaczego chodził
za nią jak pies za kością.
Nie wiadomo dlaczego, bo przecież w bloku
mieszkały też ładne młode dziewczyny,
choćby Radomiła, zresztą nieważne.

Florentyna poprosiła Dominika, żeby od czasu do czasu
poszedł z Klementyną na spacer.
- Ona taka biedna, samotna. 
Niech mi pan zrobi przyjemność i wyjdzie z nią czasem.
- Dobrze, jeśli pani prosi - zgodził się Dominik
i zaczął z Klementyną wychodzić na spacery,
a nawet się postarał, żeby wszyscy ich z bloku widzieli.
To był warunek Florentyny, która w zamian obiecała,
że pójdzie z nim do kina.

I tak pewnego dnia Zygmunt ich zobaczył.
Zaczęło się.

Najpierw Zygmunt wylał przez okno wodę
wprost na idącego chodnikiem Dominika.
Miał wtedy na sobie wyjściowy garnitur
i spieszył się na spotkanie w sprawie pracy.
Dominik oczywiście, nie Zygmunt, bo ten
jedynie wyglądał przez okno 
w mało wyjściowej koszuli z kołnierzykiem.
Zobaczył Dominika i postanowił skorzystać
z okazji. Polał go wodą, którą przed chwilą
mył podłogę.

Miał nadzieję, że jedno ostrzeżenie wystarczy
i Dominik przestanie się spotykać z Klementyną
Niestety nie wystarczyło.
Przede wszystkim dlatego, że Dominik nie wiedział,
kto i dlaczego tak go potraktował.
Myślał, że to jakiś łobuz dowcipniś 
i starał się szybko o wszystkim zapomnieć,
bo jaka może być inna rada na łobuza dowcipnisia.
Tylko obojętność, brak odpowiedzi.

Zygmunt widząc, że jego działanie nie dało
rezultatu ponowił i rozszerzył swoją aktywność.

Pod drzwi Dominika podrzucił starego karpia
z kartką ,,odczep się od Klementyny,,.
I znów nic.
Wtedy wysmarował jego klamkę smołą.
Nic.
Poprosił dawnych kolegów, żeby go pobili.
Nic.
Dominik wydawał się być niepokonany.
Obojętność, z jaką reagował, 
coraz bardziej wkurzała Zygmunta.
Dlatego zrobił, to co zrobił.

Pewnej nocy wstał i wysmarował ławkę 
przed klatką Dominika smołą.
Następnego dnia wrzało.
Dominik jeszcze na ławce nie siedział, ale inni owszem.
Była wśród nich Florentyna, Eugenia, Stanisława,
Józek, Tadeusz, a nawet zmęczony listonosz.
- Wiem, wiem, kto to zrobił. - Krzyczała Florentyna.
- Kto? - Krzyczeli sąsiedzi.
- Najpierw sama z nim pogadam.
Złość złością, a miłość miłością albo zadurzenie 
albo cokolwiek to było, a co nie pozwalało Florentynie tak 
po prostu zdradzić Zygmunta.

Zostawiła sąsiadów. Zdjęła brudną sukienkę.
Założyła inną i poszła do Zygmunta.

- Wiem, że to pan. - Powiedziała.
- Niech pan przeprosi sąsiadów i przestanie dokuczać Dominikowi.
- Niby dlaczego mam to zrobić?
- Dlatego, że im powiem i pana zlinczują. 
Oni są do wszystkiego zdolni.
- Akurat.
- Zresztą ja nic nie zrobiłem.
- W takim razie, idę im powiedzieć.
Wydawało się, że Zygmunt nigdy w życiu nikogo nie przeprosi.
A jednak w końcu zmiękł.
Może dlatego, że Florentyna zagroziła, że powie Klementynie,
która o niczym jeszcze nie wiedziała, bo jak zwykle była
do tyłu z blokowymi nowościami.

Zygmunt zszedł na dół i przeprosił sąsiadów.
Mówił coś o nieszczęśliwym wypadku.
Upadł wczoraj wieczorem na ławkę i rozlał smołę.
Powiedział to z takim wdziękiem, 
że wszyscy mu wybaczyli również Dominik.

Nic takiego się nie stało.
Tylko Florentyna płakała do poduszki, że nie udało
się jej odwrócić uwagi Zygmunta od Klementyny.


 










wtorek, 5 lipca 2016

Zakochany pan Śmierć.

Było już poważnie, a teraz na wesoło o śmierci.
Można tak? Można. 
Spójrzcie na ilość filmów i książek traktujących temat z przymrużeniem oka.
Nie jest to więc nic nowego i odkrywczego, 
a jednak z pewnością inna opowieść filmowa.


Zdjęcie ze strony.  

Opowieść bardziej pasująca do lenistwa lipcowego 
niż moje poprzednie smutne wiersze.

Opowieść dla tych, którzy lubią sobie usiąść w głębokim
fotelu z torebką czipsów lub z czekoladą albo i z jednym i drugim.
( Uwaga może się to skończyć zbędnymi kilogramami lub
udławieniem się na śmierć z powodu nagłego ataku śmiechu).

Główni bohaterowie na zdjęciu,chociaż nie wszyscy.
Jest jeszcze jedna ważna postać: chorąży Zoltan.

Zacznijmy jednak od tych na zdjęciu.
Ten w seledynowej barwie swojego garnituru to pan Śmierć
i duch japońskiego piosenkarza z lat 50, Tomy Tani.
Ta obok niego to Liza, która w dniu swoich 30 urodzin
postanawia znaleźć swojego przyszłego męża.

Przez cały czas pojawiają się nowi chętni do ręki i ciała Lizy.
Zazdrosny Tomy dwoi się i troi, by pokrzyżować im plany.
Na każdego dmucha swoim śmiercionośnym oddechem.
Mężczyźni zainteresowani Lizą padają jak muchy.

Zadowolony Tomy skacze w rytm japońskiej muzyki pop.
Liza płacze, a chorąży Zolan z policji ją obserwuje.

Czy Liza morduje swoich niedoszłych kochanków?
Czy jest przeklętą wróżką z japońskiej bajki?
A co z uczuciami wobec niej samego Zoltana z pozoru
zimnego mężczyzny, który lubi fińską muzykę?
I co z samą Lizą? Czy ulegnie miłości Tomego Śmierci?

Jeśli jesteście naprawdę ciekawi, na pewno film obejrzycie.
Ci, którzy już widzieli, wiedzą jak się potoczyła ta historia.

A jakie są moje wrażenia?
Punkt ostatni i najważniejszy.

Miałabym wątpliwości polecając ten film jako super interesujący.
Dla mnie to taka bajka dla dorosłych, zabawna bajka.

Ciekawa z pewnością jest atmosfera opowieści.
Węgry z lat 70 i nie pasująca do tych czasów wizja 
alternatywnego McDonaldsa, który jest głównym miejscem
towarzyskich spotkań i randek bohaterki oraz japońskie tło
w postaci japońskiej bajki o przeklętych kobietach, napisów
i muzyki w tle. Dosyć oryginalne połączenie.
Jednak całość trochę płaska i nie do końca w moim stylu.

P.S. Jest to film węgierski ,,Liza, lisia wróżka,,.


 
 

 

 
 

poniedziałek, 4 lipca 2016

Listopadowe wiersze.

Dlaczego listopadowe, przecież jest lipiec?
Dlatego, że są smutne, a listopad z tym uczuciem mi się kojarzy.
A skąd smutek w lipcu?
Po pierwsze, smutek zawsze może się pojawić niezależnie od pory roku. 
Po drugie i najważniejsze, obejrzałam niewesoły film.
Jaki? Na końcu na pewno pojawi się tytuł albo wcześniej się domyślicie.



 Korytarz pusty.
Drzwi pozamykane.
Wszystko
dalekie i bliskie
gdzieś tam,
za murami.
Siedzę w bieli
ścian, kołdry,
łóżka i plastiku.
Jestem sama
ze swoimi uczuciami.
Jeszcze wierzę,
że powrót do świata
jest możliwy.
Przejdę przez to.
Słowa mi pomagają.
Tworzę je
na papierze,
oknie, na ścianach,
w powietrzu,
w głowie.
W końcu zasypiam
zmęczona.



Jaki jest mój czas?
Stoi czy płynie?
Pełznie jak wąż.
Za dzień, za dwa
za godzinę, za minutę,
za sekundę
zawiśnie mi na szyi.
Pociągnie mnie 
w mrok.
Stracę swój zwykły słuch
i wzrok.
Co zyskam?
Siebie jaką byłam
bez ciała,
bez pragnień,
bez słów.
Nie wiem,
co myśleć.
Zaczynam się bać.

Ból roztrzaskuje
mnie na pojedyncze atomy.
Wydaje się,
że wszystkie wyją.
I słowa giną.
Jestem już tylko krzyczącą
chwilą
rozciągniętą w czasie,
ciemną nieskończoną 
głębią rozpaczy.
Niech będzie koniec.
Mam dość.
Jęczę i płaczę.


 
 Przede mną droga
daleka 
i jeszcze nie odkryta.
Idę,
choć nie wiem jak.
Ciało przecież zostawiłam.
Porzuciłam lęk
i płacz.
Coś nowego się zaczyna.
Ty, który cierpisz
bo mnie nie ma,
nie przeklinaj.
Ja jestem
na drodze.
Wspinam się,
odchodzę
do krainy słów
i wiecznych bajek.

P.S. To były refleksje po filmie ,,Dowcip,,.
        Polecam tym, którzy lubią bardzo poważne tematy
        i mają dość odwagi, by zanurzyć się w ponurych uczuciach.