poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Co się z nami dzieje po śmierci?

I znów temat trochę listopadowy.
O śmierci.
I jeszcze raz film, 
który nie do końca mi się podobał.
Dlaczego?
Czego oczekiwałam po tytule?
Jakiej treści i po jakim tytule?
O tym za chwilę.

Zdjęcie ze strony.


Zaczęło się od tytułu jak od ładnej okładki.
Myślałam sobie taki tytuł, to będzie film.
Jaki dokładnie? Powiem później albo się domyślicie.

W filmie równolegle opowiadane są trzy historie,
pozornie bardzo od siebie dalekie.
Mimo to ja od początku czekałam na ich połączenie.

Co i w jaki sposób połączy różnych bohaterów?
Poza tym jak rozwinie się ciekawy temat?

Niestety prozaicznie, ale o tym trochę dalej.

Pierwsza historia jest o doświadczeniu śmierci
klinicznej przez francuską dziennikarkę Marie.

Historia druga to opowieść o człowieku,
który posiada umiejętność kontaktu ze zmarłymi.

I trzecia ostatnia jest o chłopcu Markusie, 
któremu śmierć zabiera brata.

Jak widać wszystkich bohaterów łączy śmierć.
Śmierć ma ogromny wpływ na ich życie.

Reporterka zmienia pod jej wpływem 
treść przyszłej książki, a także pracę.

George, bohater drugiej opowieści
również zmienia pracę, ponieważ
swój dar uważa za przekleństwo.
Nie chce, żeby jego życie 
obracało się wokół śmierci.

Marcus z kolei nie może pogodzić
się ze śmiercią brata.

Podobnie jak reporterka Marie
Marcus zastanawia się nad tym,
co jest po śmierci.
Gdzie teraz jest jego brat?

Temat dający wielkie pole 
popisu dla wyobraźni.

Jednak Clint Eastwood, który jest
reżyserem tego filmu
nie wykorzystuje tkwiących 
przed nim możliwości.

Podejrzewam, że jest zbyt wielkim
realistą, może ateistą lub gnostykiem,
by móc skorzystać z tematu
i rozwinąć własną wersję życia po śmierci.

Może nawet trochę boi się tego tematu.
Dlatego film jest tym czym jest.
Mglistym obrazem ludzi po śmierci
i miejsca, w którym się znajdują.

Za to bardzo wyraźnym obrazem
przeżyć, tych, którzy otarli się o śmierć
w jakikolwiek sposób czyli:
poprzez kontakt ze zmarłymi,
zmarłego brata lub własne doświadczenie.

Zamiast fantastycznej teorii o życiu
pozagrobowym mamy realną
opowieść o bohaterach
z typowo amerykańskim, 
słodkim zakończeniem.

Jeśli ktoś lubi filmy psychologiczne
i słodkie zakończenia na pewno
będzie zadowolony.

Ja jednak nie tego oczekiwałam
po tytule. Jakim tytule?

Medium. Niestety niezgodnym
z tytułem oryginalnym,
który bezpośrednio nawiązuje
do nazwy miejsca pobytu zmarłych,
tyle tylko, że jest pewnie trudny
dla tłumaczy. Hereafter.

Sądziłam, że pod tytułem kryje
się właśnie ten świat zmarłych
czyli wizja reżysera.

Tymczasem odniosłam wrażenie,
że o świecie z drugiej strony
życia reżyser nie ma nic do powiedzenia.

Według niektórych recenzentów to dobrze.
Widocznie podobnie jak reżyser nic
oni nie wiedzą i może nie chcą wiedzieć.
Na pewno nie chcą żadnych kolejnych
wizji lub pseudoteorii.

Mimo to polecam film tym, którzy
wizji żadnych nie oczekują.
Tylko prostej, jasnej fabuły
o przeżyciach bohaterów.

Film z pewnością łatwy, miły.
Taki w sam raz na sobotni wieczór.

,,Medium,, film z 2010 roku,
w reżyserii Clinta Eastwooda.



 




piątek, 26 sierpnia 2016

Słabość Stanisławy.

Poznaliście już lęki Eugenii.
Teraz czas na słabości Stanisławy,
jej koleżanki z blokowej ławki,
o ile można tak określić znajomość
opierającą się głównie na plotkach
przekazywanych przed blokiem na ławce.
Co jest słabością Stanisławy?
Co jej pragnieniem?
Za chwilę się dowiecie. 
Zdjęcie ze strony.

Stanisława najbardziej w całym swoim życiu
nie lubiła gotowania, chodzenia po sklepach,
nie tylko po zakupy oraz wydawania pieniędzy.

Dopóki żył mąż, musiała, czy chciała
czy nie chciała codziennie robić obiad,
śniadanie, kolację. W związku z tym
również chodzić po zakupy.

Gdy mąż zmarł mogła w pewnym
sensie odetchnąć z ulgą.
Już nie musiała dla nikogo gotować.

Jej syn dawno temu wyjechał do Holandii
i stamtąd często jej przysyłał pieniądze.
Nie była więc biedna.
Spokojnie mogłaby chodzić na obiady
do pobliskiej jadłodajni.
Jednak nie lubiła wydawać pieniędzy.

Na szczęście poznała Karolinę,
która lubiła gotować i miała swój
mały sklep spożywczy.

Na początku tylko plotkowały
albo w sklepie Karoliny albo w jej
domu pod nieobecność męża Karoliny,
który niestety nie przepadał za Stanisławą.

Może dlatego, że nie raz, nie dwa zwróciła
mu uwagę na nieodpowiednio dobraną koszulę,
palenie papierosów i picie piwa.

Zawsze wtedy wspominała swojego męża.
- Mój mąż nie palił i nie pił i nigdy by
nie założył pstrokatego krawata do czarnej
marynarki - mówiła jakby nic przy stole
zajadając się zupą pomidorową
akurat zrobioną przez Władysława, męża
Karoliny. Ten na to odpowiadał:
- A czy twój mąż umiał robić obiady?

I zaczynała się dyskusja niezbyt miła
dla obu stron. Jedno i drugie miało 
dużo do powiedzenia, całkiem zapominając 
o tym, że: siedzi w gościnie u krytykowanej osoby, 
jest przecież wspaniałym, serdecznym gospodarzem.

I dlatego w końcu Karolina przestała zapraszać
w gości Stanisławę, gdy w domu był jej mąż.
On nie życzył jej sobie przy swoim stole
i nie dla niej gotował obiad, jeśli już go gotował.

Poza tym obie panie nie mogły przy nim
plotkować, bo to też mu się nie podobało.
Z tego powodu Stanisława odwiedzała Karolinę,
gdy mąż był w pracy.

Karolina miała wówczas okazję, żeby sama
coś ugotować. Zazwyczaj, gdy był mąż
on gotował, bo podobnie jak Karolina
lubił gotować.

Stanisława często z tej przyczyny wzdychała.
Dlaczego w jednej rodzinie jest dwoje ludzi
lubiących gotowanie, a w drugiej ani jednej
osoby, która by to robiła z przyjemnością.
Tak, świat był niesprawiedliwy.

Czasem Karolina, dla której przygotowywanie
różnych potraw było łatwe i miłe, próbowała
nauczyć czegoś Stanisławy.

Ta wtedy nie chcąc robić przykrości koleżance
słuchała cierpliwie i powtarzała jej czynności.
Jedynie w umyśle biadoląc na swój los.
Nawet u koleżanki nie ma spokoju
ze znienawidzoną przez Stanisławę czynnością.

Stanisława często też biadoliła głośno
na swój los. Jaka ona biedna i tyle pieniędzy
wydaje na leki. Jedzenie i ubrania drogie.
Syn rzadko się odzywa itp. itd.

Karolina współczuła jej z całego serca,
bo nie znała dokładnie sytuacji Stanisławy.
Może gdyby mieszkała w tym samym bloku,
Eugenia uświadomiła by jej faktyczny 
stan finansów Stanisławy.
Wiadomo, ona zawsze wiedziała wszystko
o wszystkich, prawie wszystkich.

Stanisława cieszyła się, że jak dotąd
Eugenia nie poznała Karoliny
i chętnie korzystała z proponowanych
jej przez koleżankę przysług.

Ostatnią wspaniałą przysługą było jedzenie
ze sklepu Karoliny. Dokładnie to jedzenie,
które spokojnie można by było wyrzucić.
Zwiędnięte warzywa i owoce
oraz produkty zbliżające się 
do daty ważności lub tuż po tej dacie.

Dotychczas Karolina wykorzystywała 
je do swoich posiłków.
Teraz postanowiła podzielić się 
z biedną Stanisławą.

Odtąd Stanisława codziennie biegła
do sklepu Karoliny,
co nie uszło uwadze Eugenii.

- Dlaczego tam ciągle chodzisz?
Pytała, ale nie uzyskiwała odpowiedzi.

W końcu sama się wybrała, tam gdzie
zwykle chodziła Stanisława.

I stało się to, czego tak bardzo obawiała się
Stanisława. Eugenia poznała jej sekret.
Rezultatem była złość Eugenii.

Pewnego dnia wybrała się do sklepu
Karoliny zanim poszła tam Stanisława.
Spotkały się wkrótce na miejscu.

Karolina już miała podawać jedzenie
Stanisławie, gdy Eugenia się wtrąciła.
- Nie rozumiem dlaczego bierzesz
takie stare rzeczy jak stać cię na normalne,
świeże. Czyżby syn z Holandii już ci
pieniędzy nie wysłał?
Stanisława zamarła i Karolina też.

Jasne było, że to co powiedziała Eugenia
wszystko zmienia. Nigdy już nie będzie
tak jak było. Karolina już nie uwierzy
w żadne słowo Stanisławy i nigdy
więcej nie da jej darmowego jedzenia.

- Przepraszam 
Wybąkała wreszcie Stanisława.
- Nie gniewam się. To jedzenie i tak,
by się zepsuło, a ja nie zawsze mogę
wszystko zjeść. Pani też mogę coś dać.

Reakcja Karoliny zadziwiła obie
i Stanisławę i Eugenię.
Chociaż obie były wiernymi
katoliczkami, żadna jednak
nie rozumiała w pełni
słów: kochaj bliźniego swego
jak siebie samego.

Może dlatego, że nie kochały
tak naprawdę siebie.

W każdym razie wszystko
skończyło się dobrze.

Stanisława nadal chodziła
do Karoliny, 
chociaż już nie tak często.

Obie z Eugenią czasem
zabierały coś niepotrzebnego
ze sklepu, 
niepotrzebnego dla klientów.

Obie zaczęły zapraszać do siebie
Karolinę, jednak zazwyczaj nie na obiad,
bo ten Karolina lubiła robić u siebie
i wtedy to ona je zapraszała.

P.S. A może jednak Karolina zmieniła
       zdanie i przestała pomagać
       Stanisławie i Eugenii. Może, kiedyś
       w przyszłości powstanie cd. tej opowieści?














 

środa, 24 sierpnia 2016

Dobra zmiana?

Czy mieliście kiedykolwiek 
ochotę zmienić coś w oglądanym filmie?
Ja tak i właśnie w tym, o którym opowiem.
Dlaczego?
I czy ktoś dokonał wymarzonej przeze mnie zmiany,
a jeśli tak to, czy jest to dobra zmiana?


Było jak z tym drogami, to znaczy 
ja to sobie tak wyobrażam.
Najpierw była jedna droga,
a potem powstały następne.
Niby takie same, ale inne.

I film najpierw jeden.
Po jakimś czasie inny,
podobny, lecz nie identyczny.

Ten drugi poszedł w kierunku,
w jakim chciałam zmienić 
film numer jeden.
Nie miałam pojęcia, 
że już ktoś go zmienił.

Teraz w dodatku zamiast pojedynczego
filmu, mamy cały serial,
ale po kolei, od początku.

Wczoraj obejrzałam film
z klimatem, który zostawił
we mnie niedosyt.
Dlaczego?

Fabuła rozwinęła się nie tak
jakbym chciała i zamiast
podróży w czasie był człowiek
psychicznie chory.

Mimo wszystko do samego końca
wierzyłam bohaterowi.
Byłam pewna, że to o czym 
mówi jest prawdą.
Chciałam, żeby było prawdą.

Zdecydowanie wizja więzienia
w przyszłości i garstki ocalonych
po epidemii ludzi bardziej mi
odpowiadała niż obraz
bogatej wyobraźni 
chorego umysłu.

Jak się okazało, nie tylko
ja byłam tym rozczarowana.
Znalazł się ktoś, 
kto zrealizował pomysł z epidemią
i stworzył z tego serial.

Powinnam więc być zadowolona.
Tymczasem czuję niesmak.
I dlaczego?

Dawny klimat gdzieś znikł
i ma co się dziwić.
W końcu nowy film
jest o czymś innym,
chociaż bohaterowie,
ci sami, ale też nie do końca.

W poprzednim grany przez Bruce
Willisa James Cole jest
jakby bardziej rzeczywisty.
Obecny James bardziej sztuczny,
dostosowany do filmu
komercyjnego.

Zaletą tego nowego filmu
na pewno jest przejrzystość
fabuły. Od początku do końca
wiadomo o co chodzi.
O epidemię, 
która zniszczy świat.

James, przybysz z przyszłości
ma zmienić przeszłość
i stworzyć nową przyszłość,
taką bez epidemii.

Wiadomo, że w pierwszym
odcinku nie może mu się
udać coś takiego,
bo przecież nie jest to już
pojedynczy film, ale cały serial.

W wersji pierwotnej James
też walczy o epidemię
czyli nową lepszą wersję świata.
Ta wersja jednak jest bardziej
poplątana. Przez cały czas
przewija się w niej sen bohatera.

Sen o jakimś zabitym człowieku.
Na początku nie wiemy,
kim jest ten człowiek,
gdzie został zabity
przez kogo i dlaczego.

Sen jest kluczem do zrozumienia
filmu, ale nie tylko również
podobne, prawie takie same sceny
w różnych światach, 
tym z przeszłości i tym z przyszłości.

Oglądając film nie zwróciłam
na nie uwagi, cały czas sądząc,
że to co mówi bohater jest autentyczne.
Oczekując szczęśliwego zakończenia
jego misji ratowania świata.

Dopiero krótka refleksja
po filmie pozwoliła mi zrozumieć
jego prawdziwą i dobrze ukrytą
jak dla mnie treść.

Świat przyszłości jest światem
urojonym. Bohater nie na próżno
siedzi z drugim bohaterem
w szpitalu psychiatrycznym.
Nie na próżno u boku bohatera
pojawia się pani doktor z tego
właśnie psychiatryka.
I sen też nie jest pozbawiony sensu.

Wszystko mimo całej gmatwaniny
tworzy spójną, logiczną całość.
Pozostawia w widzu ślad.
Odróżnia się od innych filmów
tym, że mamy ochotę wrócić
do przedstawionego obrazu.

Tak więc moje narzekanie
na treść było nieuzasadnione.
Początkowe narzekanie,
gdy oglądałam i chciałam
przesunąć obraz na inną drogę,
jak się okazuje łatwiejszą,
pozbawioną kamieni
niedomówień,
konieczności myślenia.

Ten nowy film pozbawiony
jest tych kamieni.
Zamiast tego łatwa i słodka
fabuła. Dokładnie to,
czego mogą oczekiwać widzowie.
Modny temat o zagładzie świata
z powodu epidemii i bohaterze,
który ratuje świat, chociaż czy
uratuje jeszcze nie wiem.
Tylko się domyślam.

Sądzę, że tak, bo dla
mnie to kolejny typowy
film amerykański.
Ten pierwszy był jego
pierwowzorem jakże
innym jak często dzieci
różne od swoich rodziców.
Z wyglądu jedynie 
trochę podobne.

Dla mnie zmiana nie jest dobra,
chociaż nie do końca.
Ten drugi, serial jest mniej
wymagający od widza
i z pewnością nadaje się
na sobotni relaks.

Ten pierwszy już mniej,
jeśli jesteś widzem, który
lubi prostą, jasną rozrywkę.

Polecam oba filmy,
ale zacznijcie od pierwszego,
jeśli jeszcze go nie znacie.
Porównajcie sami te dwa
podobne i różne filmy.

Pierwszy film: ,,12 małp,, z roku 1995
w reżyserii Terry Gillama.
Drugi film: ,, 12 małp,, serial z 2015.
Twórcy: Travis Fickett, Terry Matalas.







poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Płaskie zegary i inne dziwolągi.

Są takie obrazy, przy których przychodzą
mi do głowy wierszowane refleksje.
Jakie obrazy?
Jakie refleksje?
Dziś się z Wami tym podzielę.

Obraz ze strony.

Jest taka kraina,
w której czas
odmierzają
płaskie zegary.
Ludzie przyszyci 
sznurkiem do maszyn
się uśmiechają.
Gdybyśmy się tam kochali,
oni by nas wytykali.
Miłości żadnej tam nie ma.
Przyjaźń nie istnieje.
Jest tylko fabryka tlenu
w miejscu, gdzie kiedyś 
rosły drzewa.
Zamiast zieleni
piach i ziemia.
Gdybyś tam mnie całował,
oni by ciebie powiesili
na jednym z płaskich zegarów.
Czasem istoty stamtąd
i do nas przenikają.
Wtedy po sobie zostawiają
ślady: bloki,
magazyny,
nowe ulice i autostrady
i kolor czarno-biały.
Czasem też swoje płaskie zegary.
Nie widzisz,
zobaczysz jak będziesz bardzo stary. 

Obraz ze strony.

Zjawiłam się tutaj
nie wiadomo skąd.
To był mój raj.
Myślałam,
dopóki się nie przekonałam.
Książki nie były zadrukowane.
Jeśli w nich była jakaś treść,
ja jej nie widziałam.
Krążyłam tunelami
nieszczęśliwa, aż nagle
ciebie spotkałam.
Zaprowadziłeś mnie
w kąt miedzy
książkami.
Tam mój niepokój,
moją złość z ciała
scałowałeś.
Ramionami zakryłeś
świat niedorzeczny.
Pieszczotami do rozkoszy
poprowadziłeś.
I stało się.
Książki się zapełniły.
Przypadek?
Nie, to było przeznaczenie.

Obraz ze strony.

Codziennie jeździł na swoim rowerze.
Niby nikt,
a jednak ktoś.
Obarczony dziwnym bagażem.
Odpowiedzialny za 
całą czasu wieżę.
Czy stworzył go przypadek?
Tak, mówili
matematycy.
Nie, twierdzili literaci.
A może on wcale nie istnieje?
Pytali ci niestali.
Za to ty się uśmiechałeś.
Nieważne kim jest,
co sądzisz o nim.
On wciąż jedzie.
Swoją jazdą nakręca świat.
Kiedyś stanie,
a wtedy razem z nim 
gwiazdy, planety.
Wszystko przez chwilę
odpocznie, a potem
on znów ruszy
i atomy znów będą tańczyć
swój taniec życia i śmierci.

Obraz ze strony.

Gdyby na drzewie rosły maliny,
usiadłbyś ze mną pod nimi
i wkładał każdą
do ust moich.
Ja pewnie bym się śmiała.
Potem bym z tobą się kochała
w soczystej zieleni
w cieniu malin.
Siedząc na twoich udach,
gwiazd rozkoszy bym sięgała.
W twoich słodkich wargach
słowo kocham sto razy 
odmienione świeciło by
jak słońce.
I co wtedy?
A co byłoby potem?
Wybuchła by moja wyobraźnia.

 P. S. Jak widać większość obrazów, to obrazy
         Jacka Yerki. Tylko jeden na samym początku
         Salvadora Dali. To takie obrazy uruchamiają
         moją wyobraźnię. 

sobota, 20 sierpnia 2016

Lęki Eugenii.

Prawie każdy ma jakiś swój strach, lęk, obawę.
Jeśli nie ma, to kiedyś miał.
Tak też jest z moją bohaterką Eugenią
ciekawską, wygadaną, a jednak bojaźliwą.
Czego boi się Eugenia?
Jaki ma sposób na swój lęk?
Ciekawi?
To zaczynamy. Start. 



Eugenia przede wszystkim bała się śmierci.
Chodzenie do kościoła jakoś jej w tym
nie pomagało. Nie dawało pociechy.
Niby wierzyła w Boga i w to, 
co na jego temat mówił ksiądz,
ale chyba nie do końca, 
czego nawet sama sobie nie uświadamiała.

Do tej pory nikt ze zmarłych nie pojawił
się i nic jej o swoim obecnym życiu
nie powiedział. Może i lepiej,
bo duchów Eugenia też się bała.

Co by powiedziała, jakby w jej domu
pojawiła się nagle jej dawno zmarła
matka lub ojciec? Czy udało by się
jej coś powiedzieć? Czy może
z krzykiem wybiegłaby na klatkę
schodową? Niestety to drugie było
bardziej prawdopodobne.

Wiedziała, że w ten sposób nigdy
nie rozwiąże problemu śmierci
i strachu przed nią.

Innym męczącym ją lękiem
była obawa przed złymi skutkami leków.
Wiązała się całkowicie ze strachem
przed śmiercią, bo gdyby Eugenia
nie bała się śmierci, czy bałaby się
złych skutków czegokolwiek.
Na pewno nie.

Najgorsze, że razem z tym wszystkim
połączony był lęk przed chorobami.
Prawdziwa hipochondria albo coś
w tym rodzaju.

Ktoś mówił Eugenii o swojej chorobie
i na drugi dzień ona też była chora
na to samo lub prawie to samo.
Biegła do lekarza. Brała recepty,
a potem wszystkie kładła do szuflady,
stwierdzając, że już jest jej lepiej,
a po lekach nie wiadomo co będzie.

Ze swoich problemów często się żaliła
Stanisławie. Ta zwykle jej słuchała
cierpliwie i przytakiwała, czasem
tylko dziwiąc się czemuś.
Jak to Stanisława.

- Miałam ostatnio dziwny sen-wyznała
pewnego dnia Eugenia, gdy razem
ze Stanisławą siedziały 
na ławce przed blokiem.

- Jaki?- zapytała Stanisława.
- Śniło mi się, że się obudziłam.
Patrzę, a tu światło się w łazience pali.
Myślę sobie, zapomniałam zgasić
i idę zgasić. I coś mnie skusiło,
żeby zajrzeć do środka.

Patrzę, a tam jakiś zielony facet siedzi.
- Zielony? - zdziwiła się Stanisława.
- Miał skórę zieloną i włosy 
i jeszcze garnitur zielony.
- Kosmita jakiś albo sąsiad 
przebrany za kosmitę.

- I ja się go pytam. Kim pan jest i co pan
tu robi, a on nic tylko się uśmiecha,
a w głowie mi się pojawia statek
kosmiczny i pole, na którym stoi.
Wokół kręcą się inni zieloni.
Naprawiają ten statek. Nie wiem 
skąd to wiem, ale wiem.
- Coś takiego.

Na Stanisławie opowieść zrobiła duże
wrażenie. Może dlatego, że nigdy jeszcze
od Eugenii nie słyszała o kosmitach.

- Nie chcę dłużej patrzeć na zielonego,
więc kładę się spać. 
Zasypiam i rano się budzę.
- Rzeczywiście dziwny sen.
Stanisława chciałaby usłyszeć więcej,
ale opowieść się kończy.

Miałby ochotę westchnąć i powiedzieć
szkoda, bo przecież tak rzadko 
słyszy się o czymś ciekawym,
niespotykanym, nawet jeśli to tylko sen.

Jednak Eugenia już skończyła.
Boi się przyznać, że boi się teraz
nocy i następnego dziwnego snu.
Gorzej, boi się, że to mogło być 
nie snem ale jawą.
Jak będzie żyła, jeśli ten kosmita
znów się w jej łazience pojawi.

Chciałaby wziąć tabletkę na sen,
całą noc przespać bez snu żadnego.
Z drugiej strony boi się skutków
ubocznych tabletki.

Chyba się dziś nie położy.
Będzie czuwać, żeby nikt do łazienki
się nie wkradł, a tu niestety noc przychodzi,
sen morzy. Nie wiadomo 
kiedy i Eugenia śpi.

I znów to samo.
W łazience pali się światło,
a na sedesie siedzi obcy z innej planety.
- Czego ty ode mnie chcesz?
Pyta go Eugenia. Bardziej zła 
na niego niż wystraszona.

Obcy tak jak wcześniej mówi w jej głowie
obrazami i w dodatku jeszcze słowami.
- Nie bój się. Ja tylko sobie tu siedzę.
Jak statek naprawią wrócę z nimi do siebie.
- Ale dlaczego u mnie musisz siedzieć akurat?
Pyta go Eugenia.

- Do ciebie mam najbliżej i dlatego?
A siedzę, bo lubię siedzieć 
i mnie to uspokaja.
- A może ci herbatę zrobię?
Eugenia sama się sobie dziwi, że proponuje
coś takiego kosmicie. Może dlatego,
że już nie czuje strachu. Myśli sobie
to sen i zaraz się skończy.

- Nie, dziękuję. Nie chcę 
pić ziemskiej herbaty. 
- Dlaczego? Niesmaczna?
- Zrobiona z liści żywej istoty.
- Jakiej żywej? Liście 
nie są żywą istotą.

- Tylko wam ludziom tak się wydaje.
- To co wy pijecie?
- Napar ze sztucznych organizmów.
- Hodujecie sztuczne istoty?
- I nie tylko. Sztuczne istoty
podobne do nas pracują dla nas.
- Takie, znaczy się roboty.
- Tak, wy je tak nazywacie.
- A co wy robicie?

- Planujemy, projektujemy,
tworzymy nowe światy, obserwujemy
je potem i bronimy przed samozagładą.
- To nasz świat pewnie przez was stworzony.
- Nie, ale jest po drodze.

Eugenia chyba nigdy wcześniej się tak
nie dziwiła i nie miała tylu pytań.
Niestety kosmita nagle skrzywił się
i zamilkł jakby coś go poraziło.

Zaczął się najpierw trząść jak galareta
a potem rozwiał się w zielonym wietrze.
Po chwili już go nie było.
Tylko zielony wiatr zaczął wiać na Eugenię.
Przestraszyła się i schowała pod kołdrą.

Pewna była, że teraz już nie zaśnie.
Jednak sen przyszedł wyjątkowo szybko.
Gdy się obudziła rano pamiętała kosmitę,
lecz za nic nie mogła sobie przypomnieć,
co on do niej mówił. Coś mówił, ale co?

Następnej nocy już się tak bardzo nie bała.
Ciekawość była silniejsza od strachu.
Koniecznie musi się dowiedzieć, co kosmita
do nie mówił poprzedniej nocy.
Jakie było jej rozczarowanie, 
gdy kosmita się nie pojawił.

Owszem spała tak jak zwykle.
Obudziła się. Zobaczyła światło
w łazience, a na sedesie zamiast
kosmity leżała kłódka z małym kluczem.
Wzięła ją do ręki i tak jak wcześniej
z kosmitą w jej głowie pojawiły się
słowa i obrazy.

Kosmita siedział w statku kosmicznym,
który leciał dalej, do innej planety.
Mówił jej, że jego koledzy ze statku
bardzo się rozzłościli na niego,
ponieważ opowiedział jej o nich.
Zabrali go na statek, a jej umysł
wyczyścili z opowieści 
wiatrem zapomnienia.

- Nie martw się jednak.
Zostawiłem ci kłódkę na lęki
i wszystko, co złe.
Jak przekręcisz kluczyk w prawo,
lęki, złość, zmartwienia miną.
Poczujesz spokój i radość.
A teraz żegnaj. 
Miło się u ciebie siedziało.

Słowa i obrazy zniknęły.
Eugenia jeszcze przez chwilę
stała z kłódką w ręku.
Nie wierzyła swoim oczom
i uszom. To był sen - pomyślała
i mimowolnie przekręciła
kluczyk w prawo.

Od razu poczuła spokój
i niezwykłą senność.
Ledwo do łóżka dotarła,
zaraz usnęła.

Rano pamiętała, że dostała
we śnie kłódkę od kosmity.
O dziwo kłódka leżała obok
niej na poduszce.

Skąd się tu wzięła?
Chyba lunatykuje - pomyślała Eugenia.
Wszystko było możliwe.
Jednak sprawa kłódki nadal była
niewyjaśniona. Eugenia nie pamiętała
żadnych zbędnych kłódek w swoim domu.

Po chwili doszła do wniosku,
że nie warto się tym przejmować.
Może to z powodu dziwnego spokoju
i radości jaką poczuła zaraz po wyjściu
z łóżka. Nie zastanawiając się, 
schowała kłódkę do szuflady biurka.

Na razie o niej zapomniała.
Może kiedyś sobie o niej przypomni
i przekręci kluczyk w lewo.
Wtedy wrócą jej stare lęki.

Tymczasem Stanisława zaczepiła
Eugenię w drodze po zakupy.
- Jak twój sen, co było dalej?
- Nie mam czasu, później.

Po raz pierwszy Eugenia nie chciała
nic mówić. W dodatku przeszkadzała
jej ciekawość Stanisławy.

Jakby całkiem zapomniała, że ona
sama też jest wścibska, a może
już nie jest. Może i to się
w jej życiu zmieniło.
Okaże się, ale już w innej historii.



  















 








 

 


środa, 17 sierpnia 2016

Wirus kolorów.

Wbrew pozorom nie będzie o chorobach,
ani o tym, jak zachować zdrowie.
Nic na temat szczepień i tym
podobnych sprawach.
Jedynie o pewnym filmie.
Jesteście ciekawi jakim?
Przeczytajcie.


Było sobie pewne miejsce.
Na razie jeszcze nie zdradzę
jak się nazywało.

Po prostu było.
Istniało w tak zwanej
innej rzeczywistości.

W miejscu tym nie istniały
kolory, chociaż niezupełnie.
Jak w tym starym żarcie.
- Proszę pana - pyta mąż jednej
pani sprzedawcę telewizorów.
- Słucham - odpowiada sprzedawca.
- Niech mi pan powie 
czarny i biały to kolory.
- Tak.
- Żona kazała mi kupić telewizor
kolorowy. Jak biały i czarny
to kolory, poproszę czarno-biały.

Takie tylko kolory występowały
w tym miejscu spoza 
zwyczajnej rzeczywistości.

Ludzie, którzy tam mieszkali
tak się do nich przyzwyczaili,
że nie widzieli powodu,
by się tym martwić.

Zresztą jak mieliby się martwić,
jeśli nigdy nie widzieli innych
kolorów. Nie martwili się
też tym, że istniało tylko
to miejsce i nie byli ciekawi, 
czy coś poza nim jest jeszcze.

Nie przejmowali się brakiem
pożarów, burz, deszczu,
książkami bez treści czyli
takimi z pustymi stronami.

I wszystko było dobrze.
Aż tu nagle w tym nierealnym
miejscu pojawili się ludzie
ze świata rzeczywistego,
dwoje nastolatków chłopak
i dziewczyna, rodzeństwo.

Oni jak mityczny wąż z raju
zaczęli zmieniać miejsce.
Powoli pojawiały się kolory.

Ci przyzwyczajeni do czarnego
i białego protestowali.
Inni się cieszyli.
Dalej to już sobie zobaczycie.

Mnie film skojarzył się
ze światem, w którym
dozwolone jest tylko
myślenie pozytywne.
Nie ma gniewu, smutku,
ani żadnych innych uczuć.
Mamy radość, ale nie całkiem
prawdziwą.

Jest to radość jednowymiarowa,
czarno-biała. Sztucznie słodka.
Nie znając smutku, ludzie
nie potrafią się prawdziwie cieszyć.
Takie przynajmniej 
odnosi się wrażenie.

Niektórzy widzą w tym miejscu
odbicie raju, a to co się dzieje
później to dla nich historia
podobna do tej z Biblii
o wężu, Ewie i Adamie.
Tak więc, film jest całkowicie
niemoralny.

Skąd takie opinie.
A stąd, że w czarno- białym
świecie nie istnieje seks.
Wprowadza go dopiero
bohaterka z realnego świata.
Seks jest jedną 
z przyczyn zmian wokoło.
Seks sprawia, 
że pojawiają się kolory.

Jednak nie tylko seks.
Film byłby zbyt prosty,
gdyby tylko o to chodziło.
Miłość jest główną przyczyną
zmian. Miłość niekoniecznie
do kobiety, do mężczyzny,
ale również do swoich zainteresowań.

Film ogólnie ładny i przyjemny.
Przyjemny to słowo klucz
do tego miejsca,
bo nazywa się ono nie inaczej
jak Miasteczko Przyjemne.
Tak można by było przetłumaczyć
amerykańską nazwę miasta.
Ale o nazwie trochę później.

Gdy film oglądałam, 
podobał mi się.
Dzisiaj, na drugi dzień
po obejrzeniu jest przyjemny,
łatwy do obejrzenia,
dla niewymagającego widza.

Słodka muzyczka z lat 50-tych.
Słodkie budyneczki.
Słodkie panie domu
i eleganccy panowie.
Wszystko super przyjemne.

Tak bardzo, że chciałoby się
puścić pawia na trawnik
dopiero co ostrzyżony.

Bohaterowie z pozoru 
dodają miejscu pieprzu.
Rzeczywistość staje się
kolorowa, więc z założenia
bardziej zróżnicowana.

Jednak jest jakiś niesmak.
Pozostaje niesmak.
Znów, moim zdaniem,
z powodu dużej ilości morałów.

Filmy amerykańskie często mają
to do siebie, że mają mnóstwo
morałów, nie do strawienia.
Jak ciastko z dużą 
ilością kremu.
Bardzo dobry pomysł ginie
zwykle w morałach
i cudownym rozwiązywaniu
wszelkich problemów.

Jest coś do myślenia.
A tak, że nazwa miasteczka
oddaje klimat popularnych
w Hollywood filmów.
One wszystkie spokojnie
mogłyby się podobnie nazywać.
Pod dużą ilością kolorowego
makijażu żyje świat czarno-biały.
Schematy i jeszcze raz schematy.

Mimo to możecie film
obejrzeć, jeśli jeszcze
go nie znacie.
Miła prosta rozrywka
na sobotni wieczór.

,,Miasteczko Pleasantville,,

P.S. Miłego oglądania.