piątek, 30 września 2016

Ludzie i ich kolory.

Niedawno odkryłam nową stronę o sztuce.
Nową dla mnie. Dla wielu z Was,
tych zainteresowanych tematem,
być może już starą i nieaktualną.

Nie widzę na niej, przynajmniej na razie
wpisów z obecnego 2016 roku.

Nie to jednak jest ważne,
ale jej treść i wpływ, 
jaki miała, ma na mnie. 

Obraz z odkrytej przeze mnie strony. 
 
Jestem tu w czerwonym raju.
Oni się mną zachwycają,
a ja tonę.
Krzykiem próbuję
twoją uwagę schwytać,
byś spojrzał,
byś mnie uratował.

Obraz zabrany stąd. 

 Seks z tobą
budzi kolory
na powierzchni mojej
i twojej skóry.
One też łączą się 
ze sobą.
Tworzą miasta,
wsie, rzeki, tunele.
Gubię się
i odnajduję
zupełnie inna i nowa.
 

Obraz ze strony.

Jestem głodny
nieuleczalnym głodem.
Mogę jeść każdą chwilę.
Trawię żołądkiem krowy,
a może hipopotama.
Biorę, liżę, połykam.
Wszystko we mnie znika
niezupełnie strawione.
Tylko pragnienie 
wciąż to samo.
Żądza, która mnie dusi,
męczy, pożera.

Obraz stąd.

Mam na imię 
Lenistwo.
Leżę, odpoczywam.
Czasem stroję
miny do lustra.
Czasem się śmieję.
Czasem coś śnię.
Zazwyczaj trwam
nieporuszona
wśród kwiatów.
Nie jestem ani słodka
ani słona,
tylko zamyślona.

Obraz ze strony.

W szale namiętności
po raz pierwszy,
po raz drugi,
po raz enty
tej wiosny, lata
jesieni, zimy.
Wciąż inaczej, 
wciąż od nowa
radość moja kolorowa. 

P. S. Autorem obrazów jest Dominik Jasiński.
Strona, którą odkryłam i do której link
podałam na początku, zawiera ciekawy,
przeprowadzony z nim wywiad.
Był to punkt wyjścia do moich dalszych
poszukiwań innych obrazów tego malarza.
 



 


 

 

 

poniedziałek, 26 września 2016

Powrót miłości.

Ukochani mężczyźni 
moich bohaterek wracają. 
Ale po co?
I co dalej?






To był niezwykły dzień
i dla jednej i dla drugiej.

Na pewno nie dla Florentyny.
Ta tylko jęknęła, gdy go zobaczyła,
bo zaraz okazało się, 
że wcale o nim nie zapomniała.

Filip go nigdy nie zastąpił.
Nie zrobił nic, co by go
z jej serca wymazało.

Zobaczyła go 
i poczuła się źle.

Był nadal taki przystojny,
w dodatku opalony.
Być może tak jak ona
był gdzieś w tropikach,
ale z kim i po co wrócił?

Jasne, po Klementynę.
Florentyna jęknęła.
Czuła, że jeszcze chwila,
a się przewróci.

- Co się dzieje?
Zapytał Filip,
jej nowy towarzysz
od czasu szpitala,
w którym leczyła smutek
po Zygmuncie.

- Nic, w głowie mi się zakręciło.
Przepraszam cię. Muszę się położyć.
Próbowała wyjaśnić Filipowi,
a raczej pozbyć się go natychmiast.

Teraz już nie miała ochoty
z nim być. Chciała być sama.
Na spokojnie to przemyśleć,
o ile się da w ogóle zebrać myśli.

Dawno się tak nie czuła,
zupełnie bezradna,
jakby ktoś przeciął ją na pół,
lepiej, jakby strzelił jej w serce.

- Może pójdziemy na spacer?
Filip nie dawał się wyrzucić.
- Nie, innym razem.
Przepraszam cię, muszę zostać sama.

W oczach Filipa widać było
niewypowiedziane pytanie.
Być może nie jedno, ale wiele.

Jednak wstał.
Założył kurtkę i wyszedł.
Coś tam przy tym burknął pod nosem.
Wyraźnie był zdenerwowany.

Nieważne, ważne, że poszedł.
Florentyna położyła się na łóżku
w ubraniu. Musi zebrać myśli, odpocząć.

Tymczasem Zygmunt, winowajca
całego zamieszania już dzwonił
do drzwi Klementyny, kobiety
swojego życia jak ją często
w myślach nazywał.

Otworzyła.
Jakaś inna, jakby starsza, 
zgarbiona z siniakiem na twarzy
i kołnierzem ortopedycznym na szyi.

- Boże, co ci się stało?
Miał ochotę się rozpłakać.
- Zygmunt?!
Była zdziwiona, 
ale bez entuzjazmu.

Jeszcze to do niej nie dotarło.

Zygmunt ostrożnie przytulił ją
do siebie, chociaż miał ochotę
chwycić i zakręcić młynka
w powietrzu z radości,
że znów ją widzi.

- Miałaś wypadek?
- Nie, to tylko....
Zaczęła i urwała.

- Wejdź proszę.
Dopiero teraz zauważyła,
że nadal stoją na progu
zamiast w mieszkaniu.

- Zrobię ci herbatę.
Zaczęła się krzątać.
- Nie ja ci zrobię, 
ale najpierw chodź tutaj.
Przytulił ją i posadził
sobie na kolanach.

- Coś ty, jestem za ciężka.
Klementyna tak długo czekała
na tę chwilę, a teraz 
nie potrafiła się nią cieszyć.

Po prostu źle wyglądała
i nadal nosiła w sobie
ten dziwny kamień
po tym co się wydarzyło
między nią, a jej siostrzenicą Weroniką.

- Jesteś moim 
słodkim ciężarem.
Zygmunt już ją całował
najpierw delikatnie,
potem coraz bardziej zmysłowo.

Chciała się oprzeć, 
ale nie umiała.
Ulegała. Topniała
z każdym jego ruchem,
z każdą zrzuconą
przez niego warstwą ubrania.

Była już w samych majtkach
i staniku, gdy zadzwonił telefon.

W tym samym czasie 
Radomiła zanurzała się
w ramiona Kazimierza,
wciąż nie mogąc uwierzyć,
że on jest. Wrócił.

Tak nagle, tak niespodziewanie
jak duch z głębi ruin zamku,
w którym przebywali,
ruin odrestaurowanych
i zamienionych na hotel.

Na razie Kazimierz 
tutaj mieszkał po rozwodzie z żoną.
Niedługo znajdzie sobie coś innego,
a jeśli Radomiła nadal go kocha
zamieszka razem z nim.

Brzmiało jak bajka.

Radomiła powoli smakowała 
rzeczywistość, przede wszystkim
ciało Kazimierza.

Znów było jak dawniej,
w kupionym dla niej
przez Kazimierza mieszkaniu.

A przecież sobie obiecała,
że z nim koniec.
Obiecywała Dominikowi,
że wyjdzie za niego.

Tyle, że Dominik nie był
Kazimierzem i nigdy 
nim nie będzie.

Z nim nie ma, 
nie było takiej magii.
Mimo swojego młodego
ciała nigdy nie dorówna Kazimierzowi.

Ich wargi prawie się nie rozłączały.
Podobnie języki.

Kazimierz szybko ją rozebrał,
by po chwili sięgnąć 
najpierw palcami, wreszcie językiem
do jej łechtaczki,
tego zwierzątka, które z takim
trudem uspokoiła w szpitalu
po ich rozstaniu.

Jęczała z rozkoszy
coraz bardziej podniecona
i mokra, spragniona jego
ciała w sobie.

W końcu wszedł w nią,
z każdym ruchem
zwiększając jej przyjemność.

Ich ciała tańczyły
na przemian powoli i szybko.
Raz on na górze, raz ona.
Raz z przodu i z tyłu
aż do orgazmu jej i jego.

Potem leżeli przytuleni 
do siebie, czekając 
aż ich ciała odpoczną,
nabiorą energii do dalszego seksu.

Do Klementyny znów 
dzwoniła Helena jej siostra.
Od czasu jak Weronika, 
córka Heleny poszła do szpitala,
Helena wcześniej długo milcząca
często się do Klementyny odzywała.

Jasne, miała wyrzuty sumienia.

- Nie martw się. U mnie wszystko
w porządku. Gotuje obiad.
Zadzwonię do ciebie później.

Klementyna szybko się pozbyła
niechcianej w tym momencie siostry.
Niestety równie szybko zdała
sobie sprawę, że jest prawie naga.
Niestety dla Zygmunta,
który nadal pragnął jej ciała.

- Tak nie można.
Odepchnęła go od siebie.
- Dlaczego?
Pytał jakby nie wiedział,
że nie tylko w ich wieku
nie wypada, ale również
przed ślubem porządna 
kobieta nie powinna.

- Zrozum to grzech.
Próbowała mu tłumaczyć.
- Nie marudź skarbie.
- Przecież obiecałeś.
Przypomniała mu Klementyna.

Dla Zygmunta grzech nic
nie znaczył. Obietnica jednak tak.

Kiedy jej to obiecywał i po co?
Teraz czuł się 
jak oblany zimną wodą.

Klementyna już się od niego
odsunęła. Poszła do kuchni
robić herbatę.
Coś mówiła, ale Zygmunt już
jej nie słuchał. Wyszedł.

Po chwili zadzwonił 
do drzwi Florentyny.
Bez słowa wpuściła go do środka.

Czekała na niego i on przyszedł.
Wiedziała, że prędzej 
czy później przyjdzie.

O nic się nie pytała.
Bez słowa się rozebrała.

On tylko patrzył i czekał.
I pozwalał, żeby jej ręce
go rozbierały, wargi i język
całowały, żeby go popchnęła
na łóżko, żeby na nim usiadła,
żeby jej biodra i cała miednica
wznosiły się i opadały.

Wyglądało to jak gwałt
dojrzałej, świadomej swego
ciała kobiety na równie 
dojrzałym mężczyźnie. 

Zresztą jak zwał, tak zwał.
Dla niego był to wspaniały seks,
który uwolnił jego jądra od bólu
i napięcia zbyt długo 
nagromadzonego z powodu pruderyjnego
wobec seksu stanowiska Klementyny.

Gdy do niej wracał,
nie myślał, że skończy w objęciach
Florentyny i że będzie mu w tych
ramionach tak dobrze.

Wiedział od dawna, że Florentyna
by chciała i umiała.
Wystarczyło mu spojrzeć w jej oczy,
kiedy przyniosła swoje ciastka
albo zapraszała na filiżankę herbaty.

Nie przypuszczał, że do niej pójdzie,
że jej ulegnie.
Po co to zrobił?
Teraz, gdy jego ciało zostało 
zaspokojone nie bardzo wiedział. 

- Przyjdziesz jeszcze?
Zapytała Florentyna.
- Tak.
Powiedział, chociaż nie był pewny.

Zrobił coś, czego nigdy wcześniej
nie robił. Zdradził ukochaną kobietę.
Zdrada nawet mu się podobała.

Cieszyły się wszystkie
jak żony marynarzy, 
którzy po długiej wędrówce
wrócili do domu.

Radomiła z powrotu 
i seksu z Kazimierzem biegała
radośnie po mieszkaniu.
Klementyna i Florentyna
upiekły ciasto.

Nawet Eugenii i Stanisławie,
które jak zwykle usiadły
na ławce pod blokiem
udzieliła się radość.

- Zobaczysz, 
niedługo będziemy mieć dwa śluby.
Stwierdziła Eugenia.
- Myślisz, że Klementyna i Zygmunt?
Dopytywała Stanisława.
- I nie tylko, Radomiła i Dominik.
Dzisiaj rano widziałam jak biegła do niego.
Poinformowała Eugenia Stanisławę.

Obie się uśmiechnęły
jakby i one w jakiś sposób zostały
uszczęśliwione cudzym szczęściem.

Nic jednak nie było pewne.

Kazimierz miał następnego
dnia zadzwonić do Radomiły
i nie zadzwonił.

Czy naprawdę rozwiódł się z żoną,
czy tylko pokłócił?

Zygmunt nie przyszedł 
ani do Florentyny ani do Klementyny.

Znów gdzieś odszedł?
Czy może schował się, 
żeby sobie wszystko jeszcze raz
przemyśleć i poukładać w głowie?

I co dalej? - zastanawiały się kobiety:
Florentyna, Klementyna i Radomiła.


P. S. Na razie nie wiem.




 


 




 


 

 



 





poniedziałek, 19 września 2016

Włącz swoją wyobrażnię.

O co chodzi tym razem?
O moje luźne refleksje 
do pewnych plakatów.
Może lepiej, luźne refleksje
po obejrzeniu pewnych plakatów.

Stary i gniewny. Nie odbieraj.

Jestem już stary.
I co z tego?
Czas mój płynie
inną drogą.
Pamiętam, co zrobiłeś.
Jak mnie kiedyś zostawiłeś.
Dzisiaj ci za to zapłacę.
Będziesz w siódmym piekle,
tam, gdzie ja byłem.
Tam, gdzie ty mnie wysłałeś,
a twoja słodka żona
jedynie pomachała,
gdy na dół schodziłem.
Teraz ona zejdzie
razem z tobą.
Szykuj się.
Niedługo cię odwiedzę.
Już więcej nikomu
życia nie odbierzesz.

Gdy po raz trzeci
tego dnia
radio na cały
regulator rozkręcone
usłyszałem,
z szuflady swój pistolet
zabrałem.
Strzeliłem do sąsiada.
On padł z dziurą
w skroni.
Czy żałowałem?
Nie.
Dlaczego?
Bo wreszcie ciszę usłyszałem.

Mroczne przejście. Każda dusza musi je przejść.

Gdy już cię zabiję,
będziesz musiał przejść
na tamtą stronę.
Uważaj, wybierz dobrze,
bo każdy błędny krok
zaprowadzi cię w wieczność mroku.
Pojawi się przy tobie przewodnik.
Zada kilka pytań,
a zła odpowiedź,
to dalsza gra
na planszy zła,
które jest,
ale go nie ma.
Wszystko zależy od ciebie
i twojej wyobraźni. 

Taka zwyczajna ulica,
skąpana w mroku,
a jednak coś się czai.
Warczy i szczeka.
To pies przez ciebie 
porzucony.
Teraz on cię zaprowadzi,
tam, gdzie wieczna,
mroźna zima
i ukrop ze stali.

Na ślepo. Zaufaj swojemu instynktowi.

Gdzieś za tą górą
kończy się świat.
Nic nie widzę.
Czy wyląduję?
Co tam zobaczę?
Sto pytań
i ani jednej odpowiedzi.

Dziadek do samolotu
po raz pierwszy wsiadł.
Trzęsły się ręce,
gacie były pełne
wiary, że gdzieś tam
dotrze
i rodziny swojej nie zawiedzie.
Z mgły wyrosła góra
i dziadek stracił
przytomność.
Dusza poleciała do nieba.
Czy wróci?
Czy dziadka samego zostawi?

Powrót. Miłość doprowadzi ich do domu.

Odyseusz wracał dniami
i nocami
między licznymi gwiazdami.
Oni też wracali.
Uśmiechnięci
żołnierze,
pewni siebie ludzie.
Odyseusz pędził
do swojej żony.
Oni do znanych
ze zdjęć kobiet.
Dumni z siebie
sądzili, że świat
do nich należy.
Kobiety jednak
ich odrzuciły. 
Zła miłość ich prowadziła.
To nie był dom,
do którego chcieli wrócić.

P. S. Zainspirowały mnie plakaty
        do nieistniejących filmów.
       




środa, 14 września 2016

Koniec gry?

Długo się zastanawiałam,
czy warto o tym pisać.
O czym?
O filmie, który ostatnio 
oglądałam. 





Na początku atrakcyjne
cytaty: ,,Koniec gry 
to jej początek,, (Herberg),
,,Nie ustaniemy w poszukiwaniach
a ich kresem będzie dojście
do punktu wyjścia 
i poznanie go po raz pierwszy,, (Eliot)

Po pierwszych minutach
mam już dość.
Zniechęca mnie chwalona
przez odbiorców forma,
dokładnie muzyka techno.

Zadaję sobie pytanie:
po co ja to oglądam?
Odpowiedź zaraz nadchodzi:
dlatego, że jestem ciekawa,
co w tym filmie widzieli inni,
ci, którzy go chwalili?
Dlaczego film został nagrodzony?

Potrzeba trochę czasu i cierpliwości,
żeby historia zaczęła mnie wciągać.

Historia banalna.
Dzwoni telefon.
Rudowłosa jak z komiksu
dziewczyna dość ładna
go odbiera.

Jej chłopak mówi jej
o swoich problemach.
Prosi ją o pomoc,
a ona chce mu pomóc.

Jeśli ma mu pomóc,
musi być o określonej godzinie
w określonym miejscu.

Biegnie i stąd muzyka techno.
Podkreśla tempo.

Pojawia się również animacja
i szybkie migawki zdjęć,
gdy bohaterka mija kolejne osoby
na swojej drodze.

Migawki z ich myśli, skojarzeń,
może niedalekiej przyszłości.

W końcu dziewczyna dociera
do celu, ale okazuje się,
że to jeszcze nie koniec.

Pewnie, film trwałby zbyt krótko,
tylko 20 minut.
Dlatego wszystko wraca
do początku.

Niezupełnie tak, 
wraca do początku,
bo ten koniec nie jest 
taki jaki mógłby być.
Przynajmniej mnie się tak wydaje.

Zaczyna się nowa historia.
Niby taka sama, ale inna.
Ten sam początek.
Inne rozwinięcie,
inny koniec.

Inne zdarzenia,
inne przypadki
wywołujące inne skutki.

Już w trakcie drugiej
historii jestem ciekawa
co dalej.

Muzyka techno przestaje
mi przeszkadzać.
Widzę, że film jednak
da się obejrzeć.
Przyzwyczajam się 
do jego ,,dziwnej,, formy.

Druga historia to też nie koniec.
Jakby nie ta ścieżka labiryntu
czasu. I dlatego znów wracamy
do początku.

Trzeci wariant jest tym ostatecznym.
Zakończenie takie jakie miało być.

A jakie dokładnie,
sami zobaczycie,
jeśli zdecydujecie się ten film obejrzeć.

O co tu chodzi?
Z pewnością o te dwie sentencje
z początku.

Poza tym ten bieg
to życie, pęd do końca
do celu, do skutku.

Małe drobne rzeczy
po drodze, te niby przypadki
to ważne elementy życia.

Dlaczego niby przypadki?
Taka moja teoria,
że wszystko jest niezbędne,
musi się wydarzyć, by dana 
wersja życia się powiodła.

Być może człowiek 
jest tylko pionkiem
w rozgrywającej się,
nieznanej mu grze.

Co w takim razie
z wolną wolą?
Nie wiem.
Zawsze miałam z tym problem.
Jest czy jej nie ma?
W jakim stopniu jest?
W jakim stopniu jej nie ma?

Może jednak Wam zostawię
te pytania na deser
po obejrzeniu filmu.

A jednak warto
było go obejrzeć dla tej 
chwili myślenia.

,,Biegnij Lola, biegnij,, film z 1998,
reżyser Tom Tykwer,
w rolach głównych: Franka Potente,
Moritz Bleibfreu.
Produkcja: Niemcy.







 



Bitwa na kije i kule.

Po ostatnim dość smutnym opowiadaniu,
coś lżejszego i bardziej wesołego,
chociaż dla bohaterów tej historii,
nie było to ani trochę wesołe.
Jakie było?
Co się zdarzyło?
Za chwilę.



Ksiądz Darek był jednym z tych
młodych, aktywnych i jednocześnie
dość upierdliwych duchownych.

Dlaczego upierdliwy?
Jak już coś mu w głowie zakwitło,
trudno to było usunąć 
czyli jak już wpadł na jakiś
pomysł, to czy by się 
waliło czy paliło,
musiał go zrealizować.

Proboszcz Jan nie raz,
nie dwa miał problem
z tymi pomysłami.
Jednak w żaden sposób
nie potrafił zmienić myślenia
swojego podopiecznego.

Jego jedyną udaną taktyką
było wysyłanie księdza Darka
w różne strony, miejsca
z różnymi ludźmi.

Na takich grupowych wyjazdach
świetnie się sprawdzał.
Był jakby do wyjazdów 
stworzony jak nikt w parafii.

Jednak do zwyczajnego,
codziennego życia raczej
się nie nadawał.

Proboszcz Jan często się zastanawiał,
jak się księdza Darka pozbyć.
I proszę, nadarzyła się wreszcie
odpowiednia okazja. 

Zacznijmy od początku
czyli od pewnej niedzieli.
Tej niedzieli ksiądz Darek
ogłosił, że ma zamiar
zająć się pobliskim parkiem,
konkretnie ławkami,
jeszcze bardziej konkretnie
ich brakiem.

Proboszcz Jan tylko słuchał
i patrzył. Był pewny, 
że pomysł umrze w zarodku.

Starsze panie ostatnio były dość
skąpe i na kościół mało dawały,
jak już coś dawały,
a na ławki w parku?

Niemożliwe. Co je ławki będą
obchodzić, przecież i tak
siedzą w kościele, nie w parku.
A tu ławek raczej nie brakuje.

Tymczasem panie poszły
za przykładem księdza Darka,
który pierwszy wyciągnął
z kieszeni pieniądze
i wrzucił do skrzynki
wcześniej przez siebie 
przygotowanej na zbiórkę.

Proboszcz Jan mógł się
teraz tylko łudzić,
że i tak nikt się 
ławkami nie zajmie.

I tu się mylił,
bo już wkrótce w parku
pojawiły się nowe 
zielone ławki. 

Wszystko skończyłoby
się prawdziwym
happy endem, gdyby
nie kobiety z sąsiednich
bloków, które też 
ławki zauważyły.

Była słoneczna niedziela,
gdy sobie na nich usiadły.

Chwilę później pojawiły
się starsze panie,
które ławki sfinansowały.

Były wśród nich 
Eugenia i Stanisława.

- Drogie panie, te ławki są nasze.
Oznajmiła Eugenia.
Jednak na siedzących paniach
nie zrobiło to żadnego wrażenia.

- My za nie zapłaciłyśmy
i my na nich będziemy siedzieć. 
Dodała bardziej ostrym 
tonem Eugenia.

- I co wyrzucicie nas z tych ławek.
Roześmiała się jedna z siedzących
starsza pani z laską.

- Zaraz zobaczycie, co zrobimy.
Eugenia nie wiele myśląc chwyciła
laskę, zanim jej właścicielka zorientowała
się co się dzieje i co jeszcze będzie się działo.

Eugenia i reszta jej towarzystwa wyraźnie
ośmielona jej zachowaniem zaatakowała
laską najpierw panią, do której laska
należała, a potem siedzące obok.

Oniemiałe z zaskoczenia siedzące
panie po kolei zostały uderzone laską
w nogi, ręce, w wydatne 
i mniej wydatne brzuchy.

Nie tylko jedną laską, ale jeszcze rękami,
nogami reszty towarzystwa, 
które przyszło z Eugenią.

Uderzone szybko doszły do siebie
po pierwszym szoku 
i zaczęły oddawać ciosy.
 
Co się działo, co się działo.
Poleciały na ziemię 
ściągnięte z głów peruki.

W powietrzu zaroiło się 
od zerwanych kawałków ubrań.
Krew leciała z rozbitych nosów
oraz innych części ciała.

Aż gęsto zrobiło się od 
latającej tu i tam prowizorycznej
broni: kawałków gałęzi i krzaków
oraz bardziej niebezpiecznych:
kuli dla niepełnosprawnych
a nawet jednego, nie wiadomo
skąd wziętego wózka inwalidzkiego.

Panie pewnie by się pozabijały,
gdyby jedna z towarzyszek Eugenii
przerażona nie pobiegła po księdza,
a druga ze strony pań siedzących
wcześniej, teraz leżących lub
walczących nie wezwała policji.

Ksiądz Darek zaraz przybiegł
na miejsce zdarzenia i bezskutecznie
próbował przemówić do tłumu.

Panie go nie słyszały albo nie chciały
słyszeć. Przy okazji prób rozdzielania
ich na siłę ksiądz Darek też oberwał.
Dostał kijem w kolano, a potem ktoś
dał mu jeszcze kopniaka w tyłek.

Ze wściekłymi do granic możliwości
paniami poradzili sobie 
dopiero policjanci.

Ich kije były mocniejsze, 
groźniejsze,bardziej skuteczne.

Potłuczone, ranne kobiety 
odwieziono na posterunek i do szpitala
I tak się skończyła ta ławkowa historia.

Ławki nadal stoją.
Różni ludzie na nich siadają,
ale ich fundatorki i pobite przez nie
kobiety dochodzą do siebie i czekają
na wyroki, które dostaną za to,
co zrobiły.

Jedynie proboszcz Jan jest szczęśliwy,
że pozbył się księdza Darka,
którego po całym zdarzeniu odesłał
za karę do innej parafii.

- Warto było kłócić się o te ławki?
Zapytała później Stanisława Eugenię.
- Ech, nie ma sprawiedliwości na tym 
świecie, ale jakbym mogła to bym
im jeszcze przyłożyła wstrętnym
babsztylom. Dałyśmy pieniądze, 
a one się rozsiadły paskudy jedne.

Eugenia mimo złamanej ręki,
a może właśnie z jej powodu
nadal pałała nienawiścią do kobiet,
które zajęły jej ławki.


















poniedziałek, 12 września 2016

Problemy.

Czyje tym razem?
Na pewno jednej z moich bohaterek
i jej dziwnej siostrzenicy.
Dlaczego dziwnej?
Jakie problemy?
O tym będzie ta opowieść.

  Zdjęcie ze strony 

Po śmierci męża Klementynę ogarnęła czarna rozpacz.
Bardzo odpowiednia do stroju żałobnego.
Wcale nie pasująca do życia.

Klementynie nic się nie chciało.
Leżała tylko w łóżku i patrzyła w sufit.
Tak to przynajmniej wyglądało
od strony  innych ludzi.

Z jej punktu widzenia 
nie miało to żadnego
wyglądu, ani znaczenia.

Gdzieś tam za oknem trwało życie.
Wokół niej trwała jedynie pustka,
brak celu i bezsens dalszej egzystencji.

Może gdyby Klementyna nie byłaby
tak bardzo przywiązana do przykazań
i nakazów kościelnych, skończyłaby swoje 
życie jakąś prostą lub mnie prostą metodą.

I może gdyby wokół nie kręciły się
przez cały czas bliskie jej osoby:
siostra i jej córka Weronika.

Spokojnie można stwierdzić,
że dzięki ich staraniom
Klementyna w końcu
wstała z łóżka.

Zaczęła żyć normalnie,
jeśli w ogóle da się coś,
cokolwiek określić w ten sposób.

Smutek nadal gościł w jej sercu.
Jednak w przeciwieństwie 
do rozpaczy nie był już taki czarny.
Raczej szary, czasem bardziej jasny,
czasem mniej.

Klementyna powoli uczyła się samotności.
Nie miała już męża.
Dzieci w ogóle nigdy nie miała.
Za to miała siostrę Helenę i siostrzenicę
Weronikę, a to naprawdę było bardzo dużo.

Obie mieszkały z nią przez jakiś czas,
dopóki nie doszła do siebie.

To dlatego, że Helena była również samotna.
Mąż ją opuścił podobnie jak Klementynę,
z tą małą różnicą, że odszedł nie gdzieś
w mrok lub blask zaświatów,
ale do innej kobiety.

Helena wiedziała więc doskonale
jak może czuć się opuszczona kobieta.
Siedziała z Klementyną
tak długo jak było trzeba.

Potem ich drogi się rozeszły.
Klementyna przeprowadziła się
do innego mieszkania,
a Helena do innego miasta
razem ze swoim nowym mężem.

Klementyna poznała Zygmunta
i wszystko wskazywało na to,
że zostanie jej drugim mężem.

A jednak Zygmunt gdzieś
wyjechał bez słowa pożegnania.
I pewnie Klementynę znów by
ogarnęła czarna rozpacz,
gdyby nie przyjazd Weroniki.

Całkiem niespodziewany,
ale miły dla Klementyny,
która zawsze uwielbiała swoją
siostrzenicę i traktowała ją 
jak własną córkę.

- Mama nie wie, że jestem 
u ciebie i lepiej, żeby nie wiedziała.
Oznajmiła Weronika,
gdy już się dostatecznie
mocno i długo wyściskały
na powitanie.

- Dlaczego?
Zdziwiła się Klementyna.
- Pokłóciłyście się z mamą?

- Tak, nie.
- Tak czy nie?
- Oj, ciociu to takie trudne.
Wszystko się zmieniło od czasu
jak mama wyszła za mąż.
Już się nie rozumiemy.

- Nie lubisz ojczyma, co?
- Gdybyś ty wiedziała jaki z niego palant.
A mama go słucha. Robi co każe.

- Co z twoją szkołą?
- Tutaj będę chodzić. Już się zapisałam
do liceum. Zobaczysz będzie dobrze.
Będę ci pomagać. 
Pozwól mi tu zostać.

Klementyna pozwoliła.
Dlaczego miałby nie pozwolić.
Weronika była słodką,
grzeczną dziewczynką.
Zawsze dobrze się uczyła.
Nie sprawiała kłopotu.

Dziwne było tylko to,
że jej matka nie dzwoniła.
Jakby była pewna, że Weronika
mieszka z ciotką i nic się
złego nie dzieje.

Zmiany zaczęły się jakiś
miesiąc później.

Najpierw były niewielkie.
Weronika już nie zakładała
swoich pięknych sukienek,
spódnic i kolorowych bluzek.

Teraz ubierała się w spodnie
najczęściej czarne,
podkoszulki tego samego koloru,
skórzaną czarną kurtkę
i czarne wojskowe buty.

Klementyna zastanawiała się,
skąd ona ma tyle czarnych ciuchów.
I skąd u niej tak nagłe upodobanie
do wcześniej nie lubianego koloru,
w każdym razie nie noszonego koloru.


Zapytała ją nawet o to,
ale w odpowiedzi Weronika
tylko coś burknęła pod nosem.
Brzmiało jak odwal się ciociu.

Pewnie jednak były to 
całkiem inne słowa.
Klementyna nie wierzyła,
żeby Weronika mogła 
odezwać się do niej w ten sposób.

Nawet nie podejrzewała,
że w końcu będzie musiała 
we wszystko uwierzyć.

Któregoś dnia Weronika
wróciła ze szkoły
z grupą nieznanych 
Klementynie chłopaków.

Zaraz zamknęli się w drugim
pokoju, który od przyjazdu
Weroniki, był jej pokojem.

Zza drzwi słychać było
śmiech Weroniki,
jej krzyk i krzyki
chłopaków, a potem
ich wspólne jęki
i przyspieszone oddechy.

Klementyna była przerażona.
Przez dziurkę od klucza
zobaczyła, co się dzieje
i nie było to dla niej nic miłego.

Dla towarzystwa zebranego
w pokoju na pewno było
bardzo miłe, ale nie dla niej.

Chłopaki z Weroniką
i sami z sobą uprawiali
seks. Ostry seks.

Tak określiła go później
Klementyna, która niczego 
takiego wcześniej nie widziała
i nie chciała widzieć.

Weronika stała oparta o ścianę,
a w jej goły tyłek wsuwał
się i wysuwał penis 
jednego z chłopaków.

Pozostali nie stali bezczynnie,
tylko wzajemnie się lizali
po swoich nagich penisach.

Klementyna w miarę szybko odskoczyła
od drzwi. Z szybko bijącym sercem
ubrała się i wyskoczyła
z domu jak poparzona.

Biegła przede siebie nie wiadomo
gdzie i dokąd. Na pewno gdzieś tam,
gdzie nie było Weroniki i jej chłopaków.
Biegła, aż w końcu zmęczona
padła na ławkę w parku.

Co robić? Co robić?
Myślała.

Na pewno będzie musiała
zadzwonić do Heleny.
Dlaczego do tej pory
tego nie zrobiła?

Klementyna zaczęła szukać
w kieszeni telefonu,
lecz w pośpiechu go
nie zabrała. 

Zadzwonię jak wrócę.
Tyle tylko, że nie miała
ochoty wrócić.

Po raz pierwszy czuła
wstręt do swojego mieszkania.

Zresztą nie ma co się dziwić,
każdy na jej miejscu
poczułby wstręt albo
prawie każdy.

Klementyna w myślach
przeglądała listę swoich
znajomych, u których
mogłaby przenocować.

Niestety była to bardzo skromna
lista, bo Klementyna nigdy 
nie była towarzyską osobą.

Poza siostrą nie miała nikogo.
Byli jeszcze jej dawni znajomi
z poprzedniego mieszkania,
do których nie chciała iść,
ponieważ byli kiedyś
także znajomymi jej męża
i za bardzo jej się z nim kojarzyli.

Na pewno nie miała teraz ochoty
wspominać męża albo opowiadać
komukolwiek o tym, co się stało.

Musiała więc wrócić
do swojego domu,
choćby po to, żeby zabrać
telefon i swoje rzeczy.

Wynieść się gdzieś.
Tylko gdzie.

Klementyna pomyślała, 
że się nad tym zastanowi,
ale najpierw zadzwoni do siostry.

Z duszą na ramieniu przekroczyła
próg swojego domu.
Już otwierając drzwi coś słyszała.
Jej zdaniem były to podejrzane trzaski.

Była pewna, że ktoś czeka na nią 
przy drzwiach i zabije ją jak
tylko znajdzie się w środku.

Dlatego tak delikatnie otwierała
drzwi, pozostając przez chwilę
na klatce schodowej.

Jakby co, będzie krzyczeć
i wszyscy ją usłyszą.
Zabójcy nie będzie tak łatwo.

Za drzwiami jednak nikogo
nie było, a trzaski dochodziły
z kuchni. Pewnie tam się schował.

Nadal w płaszczu Klementyna
sięgnęła po młotek,
który całe szczęście znajdował
się w przedpokoju w szufladzie.

Z młotkiem poszła do kuchni.
Przy zlewie jak gdyby nic
się wcześniej złego nie wydarzyło,
kręciła się Weronika.

Ubrana w niebieski fartuch
z zawiązanymi z tyłu
w kitkę włosami znów wyglądała
jak słodka grzeczna dziewczynka.

Klementyna za to jak
kobieta zamieniona przez wróżkę
w mumię w płaszczu.

- Ciociu co ci jest?
Jesteś taka blada?
Weronika odwróciła się do niej,
uśmiechnięta od ucha do ucha
i całkowicie taka jak dawniej.

- Może wezwać lekarza?
Powiedz, co się stało.
Pytała. Próbowała
nawet objąć Klementynę,
lecz ta się odsunęła.

- Sama mi powiedz co się dzieje?
Krzyknęła nadal zła Klementyna.
- Co tu się wyprawiało?
- Co ty wyprawiałaś z tymi chłopakami?

- Z jakimi chłopakami?
Zdziwiła się Weronika.
- Nie udawaj sama widziałam.
- Co widziałaś ciociu?

- Ja mam ci to jeszcze opowiadać,
ty bezwstydnico. Nie dość 
mnie serce boli.

- Usiądź ciociu podam ci krople
na serce. Spokojnie porozmawiamy.

- Nie, nie będę z tobą rozmawiać.
Zadzwonię do twojej matki.
Albo ty jej wszystko opowiesz,
albo ja jej opowiem.

- Ale o co chodzi ciociu?
Jestem tu sama. 
Nie ma żadnych chłopaków.
Weronika nadal się dziwiła
i to jak zauważyła Klementyna
w doskonały aktorski sposób.

- Niemożliwe, żebyś niczego
nie pamiętała.
- Naprawdę nie pamiętam.
Zapomniałam ci powiedzieć,
że mam czasami zaniki pamięci.

- I tracisz kontakt z rzeczywistością, tak?
Klementyna nie wierzyła w ani jedno słowo
Weroniki. Ona po prostu doskonale kłamała.
- Tak. Zresztą jak chcesz 
zadzwoń i zapytaj się mamy.

Weronika wyraźnie smutna
odwróciła się w stronę szafki
z lekami. Napełniła szklankę
wodą i wpuściła do niej 
kilka kropli na serce.

- Najpierw jednak to wypij,
żebyś się uspokoiła i mogła rozmawiać.

- Nie rozumiem. Masz zaniki pamięci?
Mama ci mówiła, co wtedy robisz?
Zapytała już trochę spokojniej Klementyna.

- Mama?!
Oburzyła się Weronika.
- Zadzwoń do niej niech ci sama powie.
Mnie już powiedziała i ten jej mężulek.
Dlatego z nimi nie mieszkam.

Weronika ostatnie słowa wykrzyczała
i trzasnęła drzwiami do kuchni,
zanim wróciła do zmywania 
brudnych naczyń.

Widać było i słychać, że nie chce, 
żeby Klementyna rozmawiała z jej
matką, że dla niej Weroniki
to będzie zdrada. Ona potem
nigdy więcej nie odezwie 
się do ciotki.

Klementyna wypiła krople.
Siedziała i myślała,
co teraz zrobić.
Zadzwonić do Heleny
czy nie zadzwonić?

Coś, co nie tak dawno było
pewne, pewne być przestało.
W końcu Weronika znów
była sobą czyli dobrą,
uczynną siostrzenicą.

A tamto, co się zdarzyło,
mogło być jednorazowym 
wybrykiem, który więcej
się nie powtórzy.

W końcu zrezygnowana,
ale już całkiem spokojna
Klementyna zdjęła płaszcz.
Położyła się na łóżku.

Tylko na chwilę, żeby pomyśleć.
Zanim zebrała myśli, oczy się
jej zamknęły, a jakiś czas później
Weronika obudziła ją na kolację,
którą sama przygotowała.

Klementyna chciała i jednocześnie
nie chciała spytać ją
o dziwne zaniki pamięci.
W końcu strach przed bolesnym
tematem zwyciężył.

Czy jednak wszystko się skończyło?
Czy Weronika nigdy więcej
nie przeobraziła się w inną dziewczynę?

Niestety nie.
Problem pojawił się znów
po pewnym czasie.

Tym razem Weronika obudziła
ją w środku nocy z nożem w ręku.
Wyzywając od najgorszych 
zażądała pieniędzy.

Przerażona o wiele bardziej
niż poprzednio Klementyna
oddała jej te, 
które miała w portfelu.

Na szczęście wystarczyło
i Weronika nie pytała
o zawartość konta Klementy
i dostęp do niego.

Czy Klementyna zadzwoniła
wreszcie do Heleny?
Nie. To ona zadzwoniła do niej.

Powiedziała, że wysłała Weronikę
do internatu w jej mieście.
Sadziła, że zmiana otoczenia
dobrze jej zrobi, bo ostatnio
Weronika z nieznanych przyczyn
zrobiła się nieznośna.

Na początku było dobrze.
Weronika dzwoniła do matki
z internatu, ale ostatnio
od dłuższego czasu się nie odzywa.
Czy coś się jej stało?
Czy odwiedziła swoją ciocię?

Klementyna miała szansę,
żeby powiedzieć prawdę.
Tyle tylko, że Weronika
zdążyła się zmienić
i zapewnić ją, że nic 
nie pamięta.

Zgodziła się nawet pójść
z Klementyną do lekarza,
żeby ustalić, co się z nią dzieje. 

Po raz kolejny Klementyna
postanowiła chronić siostrzenicę
zamiast samą siebie.

Kilka dni później było to samo
jak w rodzinie alkoholika.
On obiecuje nigdy więcej.
Przeprasza, a za chwilę
robi to samo.

Weronika wróciła do swojej
gorszej postaci i pewnie
udałoby się jej zabić
ciotkę albo chociaż
trwale ją okaleczyć,
gdyby nie powracająca
z dalekich wojaży Florentyna.

Usłyszała krzyki w mieszkaniu
obok i zadzwoniła do drzwi.
Nikt nie otwierał. Krzyki trwały
dalej więc, wezwała policję.

Przyjechali i zabrali Weronikę.
Potem odwieźli do szpitala,
po rozmowie z matką,
która przyznała, że wcześniej
Weronika miała podobne
dziwne ataki, dziwne zachowania.

I tak się ta historia skończyła.

A co na to Eugenia:
nasz blok jest nadal nawiedzony
przez zło. Ciągle kogoś
wywożą do szpitala.

P. S. Czy Klementyna doszła
         do siebie po tych wydarzeniach?
         Czy Weronika wróciła
         do niej taka, jaka była kiedyś:
         miła i grzeczna?
         Może kiedyś napiszę.