poniedziałek, 31 października 2016

Dziurawa pamięć.

Pamiętacie Weronikę, siostrzenicę Klementyny i jej dziwne zachowanie? 
Jeśli nie i chcecie sobie przypomnieć kliknijcie tutaj. Jeśli tak, pamiętacie 
albo nie chcecie sobie przypomnieć, od razu zapraszam Was do tej opowieści: ciąg dalszy tamtej historii, a jednocześnie całkiem niezależna fabuła.

Zdjęcie ze strony.

- Widziałaś ostatnio Klementynę?
Zapytała Eugenia Stanisławę, gdy spotkały się na zakupach na rynku. 
Obie kupowały ziemniaki na tym samym stoisku. Eugenia dlatego, że Stanisława kupowała, więc są chyba dobre. Stanisława, bo Eugenia była nimi zainteresowana, więc nadają się do jedzenia.

- Nie, a co?
Prawdę mówiąc Klementyna wcale Stanisławę nie obchodziła. 
Nigdy nic ciekawego nie miała do powiedzenia. Tylko płakała albo narzekała. Akurat takie towarzystwo Stanisławie nie było potrzebne.

- Podobno tak się martwi, że z domu nie wychodzi?
Oznajmiła Eugenia.

- Skąd wiesz?
- Spotkałam wczoraj Florentynę. Ona ją odwiedza.
- Jak zwykle Matka Teresa.

Stanisława fuknęła pogardliwie. Co zrobić, ale Florentyny wyjątkowo nie lubiła to znaczy zdarzało się czasem, gdy Florentyna zaprosiła ją na ciasto, że czuła do niej małą sympatię. Jednak zazwyczaj jej nie znosiła, bo Florentyna i o Eugenii i o niej, Stanisławie mówiła Moherki, a przecież Stanisława nie miała niczego z moheru. Poza tym nie była wcale fanatyczką kościelną. Lubiła tylko chodzić do kościoła i powtarzać słowa księdza, ale co w tym takiego złego.

- Słuchaj, Klementyna się martwi i boi.
Powiedziała Eugenia.
- Czego niby?
Zdziwiła się Stanisława.
- Weroniki, tej swojej siostrzenicy, że po szpitalu znów będzie u niej mieszkać.

- A co z matką nie chce mieszkać?
- Nie, podobno ojczyma nie lubi i chce wrócić do ciotki.
- Głupia by była, gdyby ją przyjęła. Nie dość jej szkód narobiła.
- Klementyna zawsze miała za duże serce.
- Co? Pozwoli jej wrócić?

Z oburzenia Stanisława prawie by zapomniała zabrać siatki
z ziemniakami. Na szczęście sprzedająca zaraz to zauważyła
i krzyknęła za nią, żeby się po nią wróciła.

W tym samym czasie Weronika patrzyła przez szczelnie zamknięte okno psychiatryka na skaczące po parapecie wróble.

Jak bardzo by chciała być teraz wróblem. Unieść się wysoko w powietrzu i uciec. Wyobrażanie sobie, że jest wróblem przynosiło jej ulgę, choć tylko chwilową. 
Zawsze przychodził taki czas, kiedy wyobraźnia się męczyła i musiała wrócić
do rzeczywistości. Do szpitala tu i teraz. Czasem inni zwyczajnie wkraczali butami w jej marzenia. Może nawet nie czasem. Tutaj bardzo często. Czasem było tam poza szpitalem i jakby w innej rzeczywistości.

Na przykład teraz na salę wkroczyła pielęgniarka Ala i z przyklejonym na ustach uśmiechem pytała jak się czują. Żadna nie odpowiedziała.

Basia, ta pod ścianą leżała odwrócona do ściany. Miała depresję. 
Próbowała się zabić.

Druga, na przeciwko Weroniki, Zuzia była na obserwacji podobnie jak Weronika 
z powodu swojego dziwnego zachowania. Podejrzewali u niej schizofrenię 
i szpikowali ją psychotropami.

Weronice na razie dawali tylko jakieś środki uspakajające, bo bardzo jej się 
po nich chciało spać, a dotychczas ze snem miała duże kłopoty.

Na pytanie pielęgniarki Zuzia schowała się pod kołdrę.
Trzecia, Gabrysia zakryła się czasopismem, które przyniosła jej matka. 
Udawała, że jest zajęta czytaniem.

Nic dziwnego, że wzrok pielęgniarki zatrzymał się na dłużej na Weronice. 
Jedynej w sali, która się nie chowała.

- Jak się czujesz Weroniko?
Spytała.
Dobrze. Kiedy stąd wyjdę?
Weronika stale to powtarzała., a pielęgniarka zawsze tak samo odpowiadała.
- Na pewno niedługo lekarka wszystko ci powie.

Wiadomo było jednak, że lekarka nic nie powie, poza stałym zwrotem 
,,Jesteś na obserwacji. Jeszcze nie znamy przyczyny ani twojej choroby,, 
czyli dopóki nie będzie pewna, co jest Weronice nie będzie nic mówić, 
a jeśli nawet będzie już pewna też nie wiadomo, co powie.

Pierwsza dziura.

Pamięć Weroniki przypominała ser żółty z dziurami. 
Mimo wszelkich poczynionych przez nią starań, nadal nie znała swojego dzieciństwa. Nic z tego czasu nie pamiętała. Wydawało się jakby urodziła się 
już w wieku 12 lat.

Pamiętała jak wstydziła się swojego zbyt dużego w porównaniu z innymi dziewczynami biustu. Doceniła go dopiero, gdy poznała Marka.

Było to w czasie jej pierwszych wagarów.
Uciekła ze znienawidzonej lekcji wf i następnej matematyki, ale na pozostałe mniej okropne lekcje też nie wróciła.

Marka spotkała w pobliskiej kawiarni, do której uciekła ze szkoły.
Postawił jej lody i ciastka i kawę.
Słuchał jej jak nikt w życiu i chociaż miał aż 40 lat bardzo jej się podobał, 
a może właśnie dlatego, że był w tym wieku, co nieznany i brakujący jej ojciec.

Po cukierni poszli do niego.
Od początku wiedziała o co mu chodzi i uległa. Chciała spróbować czegoś nowego. I spróbowała. Nie żałowała.

Rozebrał i pieścił ją powoli. Wszedł w nią, gdy była gotowa.
Tylko trochę bolało. Poza tym czuła jedynie przyjemność.
Podniecające dreszcze ciała i skurcze rozkoszy.

Gdyby ktoś ją wtedy zapytał jak było powiedziała by bosko.
Po krótkiej przerwie powtórzyli i teraz on był bardziej gwałtowny, a jej spazmy ekstazy jeszcze większe. 

Te pierwsze dwa razy z nim obudziło w niej dotąd nieznane pragnienia. 
Dla tych pragnień spotykała się z nim regularnie. On dawał jej nie tylko fizyczne przyjemności, ale również materialne, pieniądze. Mogła sobie kupić co chciała
i mogła uciekać ze szkoły, z domu do jego mieszkania.
Czuła się spełniona i szczęśliwa.

Coś się jednak stało. Kiedy i co nie wiedziała.
W pewnym momencie otworzyła rano oczy i już wiedziała, że jest starsza, 
a Marka nie ma. Gdzie jest i dlaczego odszedł?

Nikt nie umiał jej tego powiedzieć. W jego mieszkaniu byli nowi lokatorzy, 
którzy nic o nim nie słyszeli.

Pierwsza dziura w pamięci po tej z dzieciństwa trwała około trzech lat. 
Gdy Weronika wróciła do swojej świadomości miała 16 lat i szła do liceum.
Jej matka wychodziła po raz drugi za mąż, za jej obecnego ojczyma Piotra.

Druga dziura

Przez jakiś czas był spokój. Tyle tylko, że nie lubiła ojczyma.
Denerwował ją jego zwyczaj wysiadywania przed telewizorem, czekania 
aż matka przyniesie mu obiad. Jego poranne krzyki ,, gdzie moje skarpetki,, 
też ją złościły. To, że matka latała jakby była jego służącą albo niewolnicą. 
Sprzątała, gotowała, prasowała, a w nocy uprawiała z nim seks jakby nigdy się nie męczyła.

Może Weronika zwyczajnie jej tego seksu zazdrościła. Pewnie też tęskniła 
do czasów, gdy matka była tylko dla niej, tylko do jej dyspozycji. 
Teraz niestety musiała się z nią dzielić i to z kim, przygłupim facetem, bo w to, 
że Piotr jest mądry bardzo wątpiła. Te wszystkie jego pogardliwe odzywki 
do matki ,,pani magister,,. Ten ton z jakim zwracał się do Weroniki.

I jeszcze sposób w jaki siadał na kanapie, rozpinał spodnie przy jedzeniu, otwierał kolejne piwo i zapalał papierosa.
Nic, po prostu go nie znosiła.

Mimo to jakoś było dobrze.
Dopiero parę miesięcy po ślubie matki Weronikę zaczęła boleć głowa. 
Raz straciła przytomność. To znaczy tak jej się wydawało. Gdy obudziła się rano był już inny, późniejszy czas w jej życiu, a matka kłóciła się z Piotrem w kuchni. Kłóciła się o nią. Piotr chciał ją odesłać do technikum  w innym mieście. Chciał, żeby Weronika mieszkała w internacie, bo w domu już z nią nie mógł wytrzymać. 

Matka ją broniła. Coś mówiła o wizycie prywatnej u jakiegoś dobrego psychiatry, który na pewno rozwiąże ten problem. Jaki problem? Tego się Weronika 
nie dowiedziała. Nie miała odwagi porozmawiać z matką. Zresztą ona chyba
też nie chciała z nią rozmawiać.

W każdym razie Weronika zdecydowała, że sama usunie się na jakiś czas z oczu matki i ojczyma, zamieszka u ciotki, ale matce powie, że jest w internacie, 
żeby ta do niej nie dzwoniła. 

Zrobiła tak jak postanowiła. Wyniosła się z domu.

Następne dziury.

Myślała, że u ciotki Klementyny wszystko się ułoży, że się naprawi, zacznie 
od początku. Ogólnie będzie lepiej. Liczyła na to i się przeliczyła.

W jej pamięci pojawiły się następne dziury. W dodatku ciotka nie chciała jej powiedzieć, co się działo, wtedy w czasie tych dziur. Na pewno nie było to nic dobrego, bo ciotka często płakała. Miała sińce z niewyspania pod oczami. 
Była roztargniona. Często zamyślona, a potem jeszcze miała złamaną rękę 
i kaftan ortopedyczny na szyi. To ostanie, gdy ją odwiedziła wraz z matką Weroniki w szpitalu.

Nie wiele z sobą mówiły. Weronika czuła, że coś się zmieniło i to bardzo jakby między nią, a ukochaną ciotką nagle wyrosła niewidzialna bariera. Dlaczego?

Matka nic nie mówiła. Jedynie o błahych nieistotnych sprawach i o swoim mężu. Klementyna wzdychała i miała łzy w kącikach oczu. Matka twierdziła, że to przez Zygmunta. Mieli się pobrać, ale on znów gdzieś odszedł. Weronika wiedziała, 
że chodzi nie tylko o niego. Na pewno chodzi o nią, o Weronikę.

W nocy coś się jej przydarzyło. Słyszała, że krzyczy, ale dlaczego?
Rano była związana pasami i jak wszyscy agresywni pacjenci leżała w izolatce. Podobno zaatakowała Zuzię tę na przeciwko. Nieźle ją poturbowała, prawie udusiła zanim pielęgniarki ją odciągnęły.

To wydarzenie przelało czarę goryczy. Dlatego kilka dni później przyjęła propozycję Florentyny, która ją odwiedziła. Zgodziła się poddać regresji hipnotycznej w domu Florentyny. Regresja miała się odbyć w czasie krótkiej jednodniowej przepustki Weroniki. Miała ją prowadzić znajoma Florentyny 
z mężem.


P. S. Opowiadanie mi się nieoczekiwanie rozrosło i dlatego postanowiłam   podzielić je na dwie części. Myślę, że lepiej będzie Wam się czytało po krótkiej przerwie niż jednym ciurkiem jednego dnia.

Napiszcie, jeśli nie lubicie takiej formy czyli opowiadań w częściach, to następnym razem postaram się treść skrócić i umieścić wszystko w jednej części.
Na razie na część drugą czyli na zakończenie tej historii musicie poczekać.
 
  

 


wtorek, 25 października 2016

Jonaszowy pies.

Czy pies podobnie jak mityczny
Jonasz może przynosić pecha?
Powiecie, niemożliwe, a jednak...

Zdjęcie ze strony.

Po niedzielnej mszy rano Eugenia i Stanisława
wstąpiły do Stanisławy na herbatę i ciastka.

Znów miały sobie wiele do powiedzenia.
To znaczy wiele miała Eugenia jak zwykle lepiej niż Stanisława
poinformowana na aktualne, blokowe tematy.

- Aurelia wychodzi za mąż.
Oznajmiła zaraz po pierwszym łyku herbaty 
i kęsie herbatników śmietankowych.
- Szkoda, że jej matka nie dożyła. Na pewno by się ucieszyła.
Stwierdziła Stanisława.

- Akurat. Wanda wcale nie chciała mieć zięcia. 
Każdego chłopaka Aurelii odrzucała.
Eugenia zazwyczaj wiedziała wszystko lepiej niż Stanisława.
- Tych wcześniejszych odrzucała, ale Pawła by nie odrzuciła.
Upierała się przy swoim Stanisława.

- A z czym on lepszy?
- Jest lekarzem.
- Jaki z niego lekarz.
Tylko ludzi usypia do operacji.
- Ale lekarz. Dobrze zarabia.
- E, tam. Jakby był chirurgiem albo stomatologiem 
to by dobrze zarabiał.
Z Eugenią nie dało się rozmawiać. Ona zawsze miała rację.
Za to Stanisławie brakowało argumentów i nie mogła dowieść
swoich racji. Dlatego tyle wzdychała w towarzystwie Eugenii.
Wiedziała, że Eugenia się myli, ale jak miała jej to udowodnić.

- Już ma sukienkę?
Zapytała, kierując rozmowę na mniej dyskusyjne tory.
- Była w mieście z koleżanką. Niosły coś w torbie.
Eugenia bardzo chciała do tej torby zajrzeć, 
jakoś prześwietlić ją wzrokiem. Nie dało się.

- Zaprosiła cię na ślub?
Dopytywała Stanisława.
- Tak i na wesele.
W końcu przyjaźniłyśmy się z jej matką.

Akurat, pomyślała Stanisława nie bez cienia zazdrości,
bo chociaż ona też często widywała się i rozmawiała
z matką Aurelii Wandą, nie została zaproszona
ani na ślub ani tym bardziej na wesele.

Nie po raz pierwszy i chyba nie ostatni zapomniano o Stanisławie. 
Nie rzucała się tak w oczy jak Eugenia i nie potrafiła jak ona chodzić za czymś, na czym jej zależało. Tak się przymilać, udawać pomocną sąsiadkę, 
by w rezultacie dostać to, co chciała.

Był to ich pierwszy ślub w bloku od wielu lat.
Niestety tutaj częściej zdarzały się pogrzeby
i zwyczajne życie ,, na kocią łapę,,.
W końcu ludzie coraz rzadziej chodzili do kościoła
i praktykowali zasady wiary. Pewnie większość w żadnego
Boga nie wierzyła, a jak wierzyła to w swoją własną praktyczną,
niewymagającą wersję.

Aurelia patrzyła na swoją ślubną sukienkę.
Już się nie mogła doczekać, kiedy ją założy, kiedy przekroczy próg kościoła prowadzona za rękę przez Pawła, kiedy w końcu opuszczą kościół i będą się bawić w wynajętym przez Pawła lokalu.

Najważniejsze jednak, kiedy znajdą się wreszcie sami
on i ona w jej łóżku, na razie tu, w tym bloku,
w najbliższym czasie w budowanym dla nich 
przez ojca Pawła domu.

Dotąd się z nim nie kochała. Dlaczego?
Ponieważ nie chciała, żeby było jak z poprzednimi, 
z którymi zwykle wszystko kończyło się na seksie, po seksie.

Owszem jej matka miała w tym swój duży udział.
Każdego zaproszonego do ich domu chłopaka potrafiła odstraszyć.

Mówiła mu o wadach Aurelii, o tym, że jako dziecko często
moczyła się w łóżku i teraz czasem jej się to zdarza,
gdy bardzo się zdenerwuje. Jednak przecież to nic takiego.
Młodzi nie muszą spać razem.

Cała mama.
Na szczęście już nie może pokrzyżować Aurelii planów.
Pawła Aurelia poznała już po jej śmierci.

Spotkali się na cmentarzu.
On stał przy grobie swojej matki, a ona przy grobie swojej
czyli jakby połączyły ich zmarłe matki, a co by powiedziała
na to jej matka.

Pewnie ze złości przewróciła by się na drugą stronę, 
a może byłaby jednak zadowolona, że Aurelia
na starość nie będzie sama.

Rozmyślania Aurelii przerwał telefon.
Dzwoniła jej przyjaciółka od lat, jeszcze z czasów szkolnych
Magda.

- Znalazłam psa na ulicy, ale nie mogę go zatrzymać.
Mam straszną alergię.Wiedziałam, że nie będę mogła.
On jednak był taki piękny i biedny. Tak mi było go żal.
Może ty go przygarniesz?

Magda powiedziała to wszystko prawie na jednym wydechu.
Słychać było jak bardzo jest zdenerwowana, jak bardzo przejmuje się losem psa, jak bardzo nie chce oddać go do schroniska, 
bo w schronisku wiadomo, psy nie żyją, egzystują jedynie 
jak zbędne przedmioty, które za chwilę ktoś wyrzuci na śmietnik.

- Wezmę go.
Zdecydowała Aurelia.
- Och, dzięki, dzięki, cudownie.
Cieszyła się Magda.
- Zaraz do ciebie przyjedziemy. Po drodze kupię mu 
miskę i jedzenie.
- Nie musisz. Sama kupię.
- Wiem, ale chcę, chociaż tyle zrobić dla niego.

Cała Magda. 
Jakby nie dość już zrobiła. Zawsze zaangażowana 
po uszy w pomoc innym, zawsze przez innych wykorzystywana
w swojej pracy w Ośrodku Pomocy Społecznej.

Kiedyś były tam razem. Razem pomagały.
Potem jednak Aurelia zmieniła swoją państwową pracę
na prywatną działalność. Odważyła się w końcu otworzyć 
własną małą poradnię w drugim pokoju mieszkania po mamie,
pokoju zamienionym na gabinet psychologiczny.

Magda z psem pojawiła się po półgodzinie.
Był mieszańcem teriera z jakąś inną rasą.
Wystraszony z podkulonym ogonem 
i bardzo nieszczęśliwą mordką, przynajmniej takie sprawiała wrażenie.

Sierść miał polepioną i brudną. Brązowe oczy czujnie wpatrywały
się raz w Magdę, raz w Aurelię.

Pies wyraźnie miał nadzieję, że zostanie u jednej z nich.
Nie pomylił się. Aurelia nie potrafiła go odrzucić.
Poza tym zawsze lubiła psy. To jej matka ich nie lubiła
i tylko z jej powodu nigdy u nich w domu psa nie było.

Z pomocą Magdy Aurelia wyszorowała psa i wyszczotkowała
kupioną w tym celu przez Magdę szczotką. Nakarmiła go na razie
suchą karmą też kupioną przez Magdę. Później miała zamiar ugotować mu mięso z ryżem.

I tak pies, którego wkrótce Aurelia nazwała Szczęściarzem,
bo trafił w jej dobre ręce, zamieszkał u niej.

Na początku nic złego się nie działo.
Jeśli już to jakieś drobne rzeczy, nieważne: stłuczona doniczka
z ulubioną przez Aurelię paprotką, zaginiona nie wiadomo, 
gdzie książka z biblioteki, odwołane wizyty niektórych
pacjentów, wreszcie przeziębienie Aurelii,
które nie pozwoliło jej spotkać się z Pawłem.

Owszem wcześniej był u niej. Wpadł w czasie krótkiej przerwy 
w pracy, nowo wprowadzonej przez ordynatora przerwy na lunch.

Wtedy po raz pierwszy widział psa i jak się później okazało niestety po raz ostatni.

Zwierzak nie zrobił na nim oszałamiającego wrażenia.
Paweł trochę się dziwił Aurelii, że go przygarnęła.
Wydawało mu się, że on by przeszedł obok niego obojętnie.
Nawet, by nie spojrzał. Wiedział, że nie może sobie pozwolić
na psa. Nie miał czasu na spacery i zajmowanie się nim.

Nie zdziwiło go jednak, że to Magda pierwsza zwróciła
na niego uwagę. Ona była zawsze, przynajmniej dla niego zwariowana 
i roztargniona. Nie wiadomo, czego więcej roztargnienia czy zwariowania.

W każdym razie Paweł przyjął do wiadomości,
że w najbliższym czasie będą mieszkali z Aurelią razem z psem.
Dopóki ona się nim będzie zajmowała, wszystko było w porządku.
Naprawdę nic nie miał przeciwko temu psu i psom w ogóle.

Po wizycie Pawła nieszczęśliwe drobne przypadki jakby się podwoiły w życiu Aurelii.

Przeziębienie przeszło w zapalenie oskrzeli.
Może z powodu spacerów z psem, ale przecież ktoś musiał 
z nim wychodzić.

Potem przyszła wiadomość o śmierci ukochanej ciotki Aurelii.

Była siostrą matki, ale o niebo od niej lepszą, jakby drugą matką troskliwą 
i wyrozumiałą.

Dotąd skarżyła się na różne choroby. Jednak zawsze z nich wychodziła. 
W końcu powalił ją zawał.

Aurelia mimo wszystko starała się nie wpaść w zły nastrój.
Już niedługo miał być jej ślub, za nie cały miesiąc.
Mimo żałoby nie miała zamiaru przekładać go na dalszy termin.
Była pewna, że ciotka jej wybaczy, zrozumie, jeśli jest gdzieś tam,
gdzie ludzie idą po śmierci.

W końcu to ona pomagała jej jak mogła w spotkaniach z Pawłem,
bo w przeciwieństwie do swojej siostry, chciała, żeby Aurelia miała męża i własną rodzinę.

Ten dzień był taki jak wszystkie inne. Padało jak to jesienią.
Aurelia dusiła się swoim kaszlem. Jednak była szczęśliwa.

Wyszła z psem na spacer, zrobiła obiad, a potem przyszła
do niej Magda, która zawsze ją odwiedzała, gdy Aurelia była chora.

To ona zrobiła jej zakupy, pozmywała naczynia i posprzątała
mieszkanie i została prawie do późnego wieczora. 
Na koniec wyszła z psem.

Dopiero po jej wizycie zadzwonił telefon. Obudził Aurelię, która
zmęczona chorobą położyła się do łóżka.

Dzwonił ojciec Pawła.
Szlochał do słuchawki, co było takie dziwne i niepodobne 
do niego. W każdym razie niepodobnej do tej wersji
przyszłego teścia, jaką Aurelia miała zakodowaną w głowie. 
Wersji zimnej i opanowanej.

Z trudem rozumiała jego słowa. Coś się stało z Pawłem.
Aurelia sądziła, że wypadek. Nie przypuszczała, że może być coś gorszego. Wypadek i Paweł pewnie jest w szpitalu.

Mimo trawiącej ją gorączki i ogólnej słabości
ubrała się i pojechała do domu Pawła i jego ojca.

Nie powinna. To co zobaczyła, załamało ją.
Jakby ktoś jednym uderzeniem wybił jej wszystkie zęby,
gorzej serce i wnętrzności, zostawiając pustą, martwą skorupę.

Ojciec Pawła płakał. Między jednym słowem a drugim
dało się wyłowić jakiś sens, okrutny koszmarny.

Paweł został napadnięty w drodze z pracy do domu na niby strzeżonym parkingu, którego właściciel gdzieś na chwilę wyszedł.
Zawsze wychodził i nie działo się nic złego.

Tym razem jednak młodzi chuligani zaczepili Pawła,
który wyglądał na takiego przy kasie, a oni potrzebowali pieniędzy.

Okazało się, że nie miał przy sobie tyle, ile by chcieli,
tyle, na ile wyglądał. Wpadli w złość.
Najpierw go bili i kopali niczym piłkę. Potem jeden z nich 
wyjął nóż i zaczęli go dźgać.

Nie wiadomo kiedy przestał jęczeć i poruszać się. Zabili go.
Nie chcieli, ale zabili i co z tego, że szybko zostali
zatrzymani, bo zarejestrowała ich kamera na parkingu,
nic nie wróci już życia Pawła.

Na początku nie dotarło to do Aurelii.
Zajęła się płaczącym ojcem. Dała mu tabletkę na uspokojenie.
Posiedziała z nim, powtarzając jak w transie będzie dobrze, 
jest dobrze.

Nic już nie było dobrze. Po kilku dniach, gdy pierwszy szok
opadł, Aurelia próbowała się zabić. Tak straszna była dla niej 
utrata ukochanego.

Uratowała ją Magda. To ona wezwała pogotowie i razem 
z Aurelią zabrała się do szpitala.

- Co z nią?
Pytała Stanisława Eugenię.

Znów siedziały, u Eugenii tym razem.
Obie zszokowane i zaciekawione, co dalej, co będzie z Aurelią,
która tak nagle została sama. Nie miała przecież rodzeństwa
i bliskiej rodziny w mieście. Ta dalsza była gdzieś dalej,
bardziej niedostępna.

- Co może być?
Odpowiedziała pytaniem na pytanie Eugenia.
- Zajmują się nią lekarze. Florentynę
kiedyś postawili na nogi i Radomiłę, to i z nią dadzą radę.
W głosie Eugenii nie słychać było jednak pewności.

- A co z tym psem?
Drążyła ciekawa Stanisława.
- No, co, Magda, przyjaciółka Aurelii go zabrała. 
- Ale ona jest uczulona?
- I co z tego jak psa nie chce oddać do schroniska.
Może znajdzie mu jakiegoś zastępczego właściciela.

Tak, znając Aurelię było to bardzo możliwe.
I na szczęście tak się właśnie stało.


P. S. Możecie powiedzieć, nie, to nie z powodu psa.
Tylko dlaczego jego nowy właściciel złamał
nogę w czasie zwykłego spaceru, a następna
właścicielka, jego siostra wpadła pod samochód
i zginęła na miejscu? Zbieg okoliczności? 
Przypadek?
A co z poprzednimi właścicielami psa?
Podobno jeden z nich się zakrztusił na śmierć,
a drugi wpadł nagle w depresję.
Może to tylko plotki Eugenii?

 






poniedziałek, 17 października 2016

Zniknięcie.

Co by było,gdyby na świecie 
nie było koleżanek?
Byłoby smutno, ponuro,
ale przede wszystkim Eugenia
nie miałaby o czym opowiadać.
Z drugiej strony ja nie miałbym
o czym pisać.

Zdjęcie stąd.

Znów siedziały razem
Eugenia i Stanisława.

Siedziały w domu
Stanisławy, która
z tej okazji kupiła jabłecznik,
swoje ulubione ciasto,
niekoniecznie lubiane
przez Eugenię.

Ta chętnie zjadłaby 
coś bardziej słodkiego.
Może jakieś ciasto z czekoladą.

Może kawałek tortu
z bitą śmietaną jak u Rozalii,
u której była niedawno
i której informacje
miała teraz do przekazania
Stanisławie.

- Mówię ci zniknęli na jej oczach.
Eugenia szybko przełknęła kęs
jabłecznika, żeby powiedzieć
to, co powiedziała.

- Niemożliwe.
Stanisława nie wierzyła.

Szczerze powiedziawszy
nie ufała Rozalii.

Wiedziała, że potrafi
różne rzeczy 
wyolbrzymiać i przeinaczać.

Taką miała już naturę
i wybujałą wyobraźnię.

Eugenia jakby tego
nie dostrzegała,
chociaż nie raz została
wprowadzona w błąd przez Rozalię.

- Może okulary spadły jej z oczu.
Zasugerowała Stanisława.-
- Ona nie ma okularów.
- A wzrok ma na pewno dobry?
- Nie chcesz słuchać, to nie.
Twoja sprawa.
Eugenia zrobiła nadąsaną minę.

- Oj, nie obrażaj się. Jasne, że chcę.
Stanisława podsunęła Eugenii
następny kawałek ciasta.

Sprawa była naprawdę niezwykła.
Małżeństwo dwojga nauczycieli
na emeryturze zniknęło
w niewyjaśnionych okolicznościach.

Ich zniknięcie zgłosiła jedna z ich
trzech córek, która akurat przyszła
ich odwiedzić i nikogo 
nie zastała w domu.

Iga, bo tak miała na imię córka
otworzyła drzwi rodziców swoim
zapasowym kluczem.

Była przekonana, że stało się 
coś złego, gdyż nigdy dotąd
jej rodzice nie wyjeżdżali
nagle bez powiadomienia
o tym swoich córek.

- Oni nigdy nie opuszczali
na długo swojego mieszkania.
Poinformowała Iga policję,
gdzie udała się natychmiast
po dokładnym przeszukaniu domu.

Ich przedmioty, ubrania, jedzenie,
wszystko pozostało na miejscu
jakby wyszli tylko na chwilę
i zaraz mieli wrócić.

Czekała na nich do późnego wieczora.
Następnego dnia też przyszła
i następnego, a jej rodziców 
nadal nie było.

Nikt ich nie widział.
Nikt o nich nie słyszał.
Tylko Rozalia ostatni raz
na rynku.

Podobno kupowała ziemniaki,
a oni na sąsiednim straganie
wybierali jabłka.

Patrzyła na nich, a oni nagle znikli
jakby rozwiali się w powietrzu
albo Rozalia miała jakieś problemy
z głową albo ze wzrokiem.

W każdym razie Iga
podobnie jak Stanisława
nie wierzyła Rozalii.

Rozalia była znana ze swoich
plotek i niewiarygodnych historii.
Lubiła przesadzać, dopowiadać treści
tam, gdzie ich wcale nie było.

Zdaniem Igi spokojnie mogłaby
pisać powieści i tam by się wreszcie
wyżyła, a w swoim zwykłym życiu
nie musiałaby już wymyślać.

Innych, wiarygodnych 
świadków zniknięcia nie było.

Ani sklepikarka, ani ludzie
z kolejki do warzywniaka
nie mogli sobie przypomnieć
czy byli czy nie byli 
kobieta i mężczyzna w okularach.

Gdyby jeszcze nosili jakieś
ubrania w odblaskowych
kolorach, może wtedy ktoś
by ich zapamiętał albo,
gdyby któreś z nich zrobiło
awanturę sklepikarce lub
za długo macało jej warzywa.

Gdyby zrobiło cokolwiek,
co mogłoby zwrócić
uwagę innych.

Oni jednak nie zrobili nic.
Wybierali jabłka, a potem,
jak twierdziła Rozalia,
zwyczajnie znikli.

Przez długi czas sprawa
pozostała niewyjaśniona,
Iga i pozostałe córki załamane
i wciąż niezdecydowane,
co zrobić z mieszkaniem
rodziców. 

Zostawić je w spokoju
i czekać dalej na powrót bliskich,
czy sprzedać bo jego utrzymanie
sprawiało im trzem duży kłopot,
a może wynajmować.

Ta ostatnia możliwość w końcu
zwyciężyła i córki, głównie Iga
najstarsza i najbardziej bystra
znalazła lokatora, starszego pana
i również nauczyciela na emeryturze.

Pan nie zniknął.
Opłacał regularnie czynsz
i pozostałe związane 
z mieszkaniem należności. 

Powoli wracał porządek, 
przynajmniej tak się wydawało.

Znacie to uczucie?
Jest już dobrze, doskonale
i nagle coś się wali, psuje,
ginie umiera.

Tak się popsuło i zawaliło
życie nowego lokatora mieszkania
pana Aleksandra.

Był już szczęśliwy,
bo wreszcie miał swój kąt,
swój dach nad głową.
Wreszcie nie przeszkadzał
synowi i jego żonie,
z którymi do tej pory 
musiał dzielić mieszkanie.

Ani on nie przeszkadzał,
ani oni jemu.

I chociaż właścicielka
zajmowanego przez niego
obecnie mieszkania
uprzedziła go,
co może się zdarzyć,
gdyby jednak,
jakimś cudem jej rodzice wrócili,
nie spodziewał się.

Czuł się jak u siebie w domu,
jak w kupionym, nie wynajmowanym domu.

Jakby te trzy pokoje należały
tylko do niego, do nikogo
więcej.

Był zbyt pewny siebie,
zbyt bezpieczny,
zbyt zadowolony z małej,
dostosowanej jakby dla niego
ceny wynajmu.

Wszystko na czym 
się opierał i z czego się cieszył
runęło w ciągu jednej nocy.

Tego dnia bolała go głowa.
Wziął tabletkę przeciwbólową
i położył się do łóżka
wcześniej niż zwykle.

W nocy obudził go
dziwny świdrujący dźwięk.
Miał wrażenie jakby
gdzieś obok startowały lub lądowały
spodki kosmiczne wielkie
i bardzo hałaśliwe.

Przez chwilę nie wiedział,
gdzie jest.

Patrzył na ściany pokoju
nieprzytomnymi oczami.
Gdzieś z tyłu za nimi 
budził się tępy ból.

Dopiero po chwili
zdał sobie sprawę,
że źródłem hałasu jest
odjeżdżający spod bloku motor.

Potem coś jeszcze usłyszał.
Jakby zza ściany.
Odgłosy głośno kochającej się pary
albo nastawionego na cały regulator
filmu erotycznego.

To drugie wydawało mu się
bardziej prawdopodobne,
bo kto dzisiaj może i ma czas
na tak hałaśliwy seks,
na pewno nie młodzi, zapracowani
mieszkający z rodzicami.

Im bardziej stawał się przytomny,
tym odgłosy były bardziej donośne
i dokuczliwe.

Próbował zakryć uszy poduszką
i spać dalej. Bez skutku.

W końcu zrezygnowany
i z coraz większym bólem głowy
zwlókł się z łóżka.

Postanowił, że zrobi sobie
herbatę miętową, podobno dobrą
na ból głowy.

Tak mu kiedyś mówiła Grażyna,
przyjaciółka ze sklepu ziołowego,
która z przyjaciółki stała się jego
kochanką i byłoby wspaniale,
gdyby nie chciała zaraz wychodzić
za niego za mąż i gdyby nie chciała,
żeby kupił im mieszkanie,
gdyby nie miała tylu męczących
wymagań.

Dawno już o niej nie myślał.
Udało mu się jakoś zapomnieć.
To przez tych sąsiadów sobie przypomniał.

Akurat, że to byli sąsiedzi nie miał
wątpliwości, bo niby kto inny
o tej porze mógł uprawiać seks
lub oglądać film z seksem.

Teraz miał wrażenie, że odgłosy
są jeszcze bardziej wyraźne niż
były kilka minut wcześniej.

Zapalił lampkę.
Spojrzał na stojący na półce
z książkami zegarek.

Godzina 24. Godzina duchów
jakby powiedziała Grażyna,
która lubiła oglądać horrory,
a potem trząść się godzinami
i przytulać do niego, kiedy
z nim była.

Chyba nawet ostatniej wspólnej
nocy tak się przytulali,
chociaż jeszcze wtedy nie wiedział,
że jest to ich ostatnia noc.

Zachowywali się równie głośno,
a to dlatego, że całe jej malutkie
mieszkanie mieli tylko dla siebie.

Być może jakiś sąsiad jak teraz on
krzywił się i zatykał uszy.

Aleksander westchnął.
Czy gdyby wiedział, że ściany
są tak cienkie kochałby się z Grażyną
po cichu, a ona nie jęknęła by ani razu?

Gdy wszedł do przedpokoju,
miał wrażenie, że jeszcze ktoś jest
w mieszkaniu, jakby ci sąsiedzi
za ściany nie byli za ścianą,
nie za tą ścianą, o której myślał.

Przerażony Aleksander podszedł
na palcach czyli tak cicho jak
to tylko było możliwe do drzwi
drugiego pokoju.

Były uchylone.
Dziwne, bo chyba wieczorem je zamknął.
Lubił mieć zamknięte drzwi 
pomieszczeń, w których go nie było.

Zerknął przez szczelinę
i omal nie przewrócił się
nieprzytomny pod wpływem tego,
co zobaczył.

Na pewno serce nagle skoczyło
mu do gardła.

W pokoju obok, w jego mieszkaniu,
na łóżku kobieta i mężczyzna
gwałtownie i namiętnie się kochali.

Naprawdę można było spaść z krzesła,
gdyby się na nim siedziało.

W pierwszej chwili Aleksander
próbował się uspokoić myślą,
że wszystko to nie dzieje się na jawie,
lecz we śnie.

Pewnie nadal spał
i tylko śniło mu się, że się obudził.

Uszczypnął się, bo chciał się obudzić.
Na próżno, akcja w pokoju trwała nadal
jak film z zepsutego telewizora, który
wbrew twoim chęciom nie ma zamiaru
się wyłączyć.

Później, znacznie później,
gdy serce Aleksandra nadal niebezpiecznie
skakało do góry, okazało się,
że to nie sen, a okrutna prawda.

Zaginieni w niewyjaśnionych okolicznościach
właściciele mieszkania wrócili.

Okoliczności ich powrotu były również
nie wyjaśnione.

Na widok Aleksandra podobnie 
jak on na ich widok zamarli.

Skąd się tu wziął obcy facet
i dlaczego stał pod drzwiami
i ich podglądał?

W pierwszej chwili Zdzisław
chciał go wyrzucić, wezwać policję.

Na szczęście jego żonie Oldze
udało się go uspokoić.

Zawsze była w przeciwieństwie
do męża bardziej opanowana
i w wielu kłopotliwych sytuacjach
studziła jego temperament
skłonny do złości i nieprzewidywalnych
wybuchów.

Zadzwonili do Igi
tak jak im zasugerował Aleksander.

Zaspana, prawie nieprzytomna
potwierdziła w końcu wersję Aleksandra.

Wynajęła mieszkanie, bo rodziców nie było,
a płacić za mieszkanie trzeba było.

Zrozumieli, chociaż nie do końca.

Jak to ich nie było?
Przecież byli.
Gdzie dokładnie i co robili
nie pamiętali, ale czy to ważne
i tak byli pewni, że nie opuszczali
mieszkania.

Z trudem uwierzyli w wersję swojej
córki i Aleksandra.
Z drugiej strony nie mogli zrozumieć
jak umknęło im z pamięci tyle
ostatnich szczegółów.

Od czasu zakupów na rynku
niczego nie pamiętali zbyt dobrze,
jakby przeszłość ukryła się za murem
albo za gęstą mgłą.


- A co z tym lokatorem?
Zapytała Stanisława Eugenię,
gdy znów się spotkały,
tym razem u Eugenii na herbacie.

- Wyprowadził się do syna.
- Iga oddała mu pieniądze?
- Nie, ale obiecała, że mu znajdzie nowe mieszkanie.
- Dobre i to.
Ucieszyła się Stanisława.

Eugenia też była zadowolona.
Miały przecież dobry temat do rozmowy,
a Aleksander bardzo załamany
zaczął ponowie rozważać powrót do Grażyny
i jej małego mieszkanka.


P.S. Do tej pory nie wiadomo, gdzie
byli Zdzisław i jego żona Olga.
Próby rozwiązania tajemnicy 
przy pomocy znanego hipnotyzera
i bioenergoterapeuty niestety się nie powiodły.

Podobno znalazł się świadek,
który tamtej nocy, gdy wrócili
widział na niebie ufo.
Czy to zjawisko miało coś wspólnego
z dziwnym zniknięciem?
To już inna historia.
 










 



  
 


poniedziałek, 10 października 2016

Nawiedzone miejsce.

Czy w zwykłym bloku mogą
być nawiedzone miejsca?
Nawiedzone przez upierdliwe
duchy czyli takie, 
które nie dają się przegonić?

Jeśli tak, to komu dokuczają
i dlaczego?

Zdjęcie ze strony.

Był ciepły październikowy dzień.
Niezwykle ciepły jak na październik.

Eugenia i Stanisława skorzystały
z okazji, żeby usiąść 
na ławce i poplotkować.

- Widziałaś tą nową z 4 klatki?
Zapytała Eugenia głównie
po to, żeby za chwilę pochwalić
się swoją wiedzą.
- Nie, jaką nową?

Eugenia się uśmiechnęła.
Znów jej się udało powiedzieć
coś, czego Stanisława nie wiedziała.

- W tym mieszkaniu po Melanii.
-  A tym pustym, co go rodzina
nie chciała?

- Ładna, młoda, miła.
Już dawno Eugenia 
o nikim tak dobrze nie mówiła.

Jasne było, że nowa lokatorka
bardzo jej się spodobała.

- Pracuje w markecie,
tym koło nas.
Dodała jakby chciała,
żeby Stanisława poszła
z nią tam i przy okazji
zakupów poznała sąsiadkę.

- Ja to już muszę iść,
obiad robić.
Westchnęła Stanisława.

Lepiej było iść do domu
niż do marketu z Eugenią.

Znów by jej patrzyła na ręce
i komentowała wszystko,
co dotknie i na co spojrzy.
,,To weź, tamtego nie dotykaj,,.
I tak dalej i tak dalej.

- Ale nie powiedziałam
ci najważniejszego,
ona siedzi w dyrekcji,
nie na kasie.

Ta wiadomość sprawiła,
że wstająca z miejsca
Stanisława znów na nie
opadła. Teraz naprawdę
była ciekawa nowej lokatorki.

Tymczasem nowa meblowała
swoje mieszkanie.
Cieszyła się, że udało się
je kupić po przystępnej,
bardzo dobrej cenie.

W zasadzie cena nie pasowała
do zadbanego dwupokojowego
mieszkania.

Paulina była przekonana,
że wprowadza się do jakieś
rudery, którą trzeba będzie
zaraz szybko remontować,
a tu proszę taka niespodzianka.

Nawet meble zostawili,
chociaż stare i nie w jej stylu.
Dlaczego rodzina ich nie wzięła?
To dopiero zagadka. 

Pośrednik coś mówił 
o duchach, ale nie
potraktowała tego poważnie.

Na pewno haczyk
tkwił gdzie indziej
i  był dość prozaiczny 
np. mrówki faraona
albo wypaczone okna
albo złośliwi sąsiedzi.

To ostatnie było 
najbardziej prawdopodobne.

Paulina zdążyła już poznać
jedną, ciekawską babę.

Na szczęście potrafiła
sobie z takimi radzić.
Zresztą z każdym potrafiła.

W końcu nie na próżno
została szefem działu
marketingowego
w pobliskim markecie.

Właśnie pobliskim.
To było najważniejsze:
miejsce pracy koło domu.

Rano nie musi się spieszyć.
Nie traci czasu w autobusach
i na przystankach, nawet
w sklepach, bo wszystkie
zakupy robi w czasie przerwy
w pracy.

Paulina była bardzo zadowolona,
prawie szczęśliwa.
Prawie bo do szczęścia brakowało
jej jeszcze odpowiedniego
mężczyzny. Jednak i to 
na pewno się znajdzie.

Na razie w myślach
projektowała swoje mieszkanie
i ustawiała te meble, 
które już miała.

Bartek kolega z pracy
razem z drugim, Romkiem
wynosili na śmieci
zbyteczne przedmioty
po dawnej lokatorce.

Zostało tylko łóżko
i stół z krzesłami.
Tylko dlatego, że na ich
miejsce Paulina 
jeszcze niczego nie miała.

Na łóżku położyła sobie
swoją pościel, 
więc jakby było nowe.
W każdym razie do przyjazdu
nowego musi wystarczyć.

Paulina nie miała
dużych wymagań.
Dobrze wiedziała, 
że nie zmieni od razu wszystkiego
i że przez jakiś czas musi
wytrzymać z tym, co jest. 

Po całym dniu krzątania
się tu i tam
i układania swoich rzeczy
zmęczona położyła się spać
już o dziewiątej wieczorem.

W nocy odwiedziła ją Iza,
jej dawna przyjaciółka.

Sześć lat minęło,
odkąd popełniła samobójstwo
z powodu Kamila,
swojego chłopaka,
pośrednio również z powodu
Pauliny, bo to ona przecież
jej tego chłopaka odbiła.

Do tej pory tkwiło
to w niej jak zadra.
Tylko dzięki studiom
pozbierała się jakoś
i dzięki pracy.

Iza jak gdyby
nic usiadła jej na łóżku.

- Śpisz? - zapytała.
- A ja nie mogę spać.
Ręce mnie bolą.

Pokazała.
Na obu rękach 
przy nadgarstkach wiły się
czerwono sine blizny.
Paskudne, jak żywe węże
albo gorzej jak pijawki.

Jeszcze trochę, 
a skoczą na Paulinę.
Czuła jak serce podchodzi
jej do gardła i z trudem
zmusiła się, żeby nie patrzeć.

Tyle tylko, że nie było
na co patrzeć.
Cała Iza była straszna.
Blada i podobna do mumii
a może do ożywionego 
jakimś cudem manekina
z lady sklepowej.

Miała taką bladą,
prześwitującą cerę,
upiornie fioletowe usta,
wklęsłe policzki
i jeszcze ta sukienka
biała jak do ślubu
z falbanką przy biuście
i stopach, trochę jak szlafrok,
a trochę jak całun żałobny.

Paulina próbowała
skupić wzrok na kołdrze
i nie widzieć przyjaciółki.

Nie dało się.
Iza była jak magnes.
Przyciągała cały czas jej spojrzenie
coraz bardziej wystraszone.

- Dlaczego ja nie mogę spać?
Biadoliła.
- I dlaczego nikt mnie nie dostrzega.
Ludzie patrzą na mnie jak na ścianę.
Rozumiem, że on, ale rodzice.
Dlaczego?

Paulina chciała i nie mogła
nic powiedzieć.
Całe jej wygadanie 
gdzieś znikło.

- Nie wiem.
Zdołała tylko wyjąkać.

Czy miała powiedzieć Izie,
że jest duchem, że nie żyje.

- Pomożesz mi?
Zapytała Iza.
- Postaram się.
Paulina czuła jak
jej policzek muska 
lodowate powietrze
jakby wiatr.

To Iza pochyliła
się, żeby ją pocałować
tak jak dawniej, 
gdy była jeszcze żywa.

- Obiecujesz?
- Tak.

Właściwe, magiczne słowa.
Po nich Izy już nie było.
Paulina znów mogła
spokojnie spać.

Rano obudziła się
zmęczona.
Po raz pierwszy od wielu
lat. I po raz pierwszy
Paulina nie miała ochoty
iść do pracy.

Mogła oczywiście
wykorzystać swoje kontakty
i wziąć sobie parę dni wolnego.
Jednak w ostatniej chwili
zrezygnowała.

To wspomnienie snu
sprawiło, że postanowiła
pójść i pracować.

Praca pomoże jej zapomnieć.
Swoją drogą to był
bardzo realistyczny sen,
zbyt realistyczny.

Praca rzeczywiście pomogła.
Nie tylko praca.
Przede wszystkim Maciej,
jej kolega ze studiów.

Pojawił się w markecie.
Był jednym z dostawców towaru.

Zobaczyli się.
Postanowili spotkać.
Po kawie i kilku głębszych
zaprosił ją do siebie.

Wylądowali w jego łóżku.
Pieścił ją delikatnie
rękami i językiem, całą.

Ich ciała doskonale 
do siebie pasowały.
To odkrycie oszołomiło
Paulinę jeszcze bardziej
niż alkohol.

Zapomniała o wszystkim.
Zatraciła się w przyjemności.
Do domu wróciła po 23.

Tym razem była przyjemnie
zmęczona. Położyła się
i szybko zasnęła.

Obudziło ją uczucie zimna.
Jakby ktoś otworzył okno
i wpuścił do środka lodowaty wiatr.

Iza znów przy niej siedziała.
- Dlaczego ja nie mogę spać.
Płakała. Tylko jej łzy
były jak narysowane,
sfilmowane, słowem
nieprawdziwe.

- Ja też nie mogę,
bo przychodzisz 
i zawracasz mi głowę.
Krzyknęła Paulina.

Miejsce strachu zajęła złość
na Izę, ale niestety zaraz
potem ból w okolicy serca
i żołądka jakby Iza uderzyła
ją łokciem za brak współczucia.

- Jesteś taka jak oni.
Obiecałaś pomóc 
i nie pomagasz.
- Bo nie potrafię. 

Poza tym jestem zmęczona.
- Jasne, obrotami w łóżku.
- Co ty gadasz?

- Gówno. Najpierw zdradziłaś mnie,
a teraz Kamila.
Iza już nie była miła.

Bardziej przypominała
rozgniewaną wiedźmę
niż dawną, biedną przyjaciółkę.

- Kamil sam odszedł.
Znalazł sobie inną.

Próbowała tłumaczyć się
Paulina. Bez skutku.
Iza była zła.

Resztę nocy Paulina
spędziła zawieszona
na żyrandolu.

Jakim cudem Iza
ją tam powiesiła?
Jak to się stało,
że Paulina nie spadła
razem z żyrandolem
na łóżko? I jak wróciła
z powrotem?

Tego Paulina nie wiedziała.
Nie miała nawet siły
się nad tym zastanawiać.
Taka była połamana 
i wykończona.

Nie poszła do pracy.
Cały dzień przeleżała w łóżku.

Tej nocy Iza znów się pojawiła.
Nadal wrzała 
w niej złość na Paulinę.
Dlatego zamknęła ją w szafie.


Chociaż Paulina
obudziła się w swoim łóżku,
czuła się jak rozjechany
robak. Do pracy wcale się
nie nadawała.

Jak tak dalej pójdzie straci
dobre zajęcie i przez co,
przez sny, koszmary
jak te z ulicy Wiązów,
horroru, który kiedyś był
jej ulubionym filmem.

Paulina wiedziała,
że musi szybko wziąć się w garść
i jednocześnie, że nie potrafi
tego zrobić.

Na szczęście zadzwonił Maciej.
Już za nią tęsknił
i chciał, by do niego przyszła.

To była jej jedyna szansa 
ucieczki przed koszmarem.

Tym razem kochali się gwałtownie
jakby za chwilę świat miał runąć
Oparta o ścianę Paulina
oddawała się Maciejowi
jak suka w rui.

Maciej wbijał się w nią
jak ostry nóż.
Nóż spragniony jedynie seksu
nie miłości, a jednak
ulżyło. Kamień w postaci Izy
spadł Paulinie z serca.

Zlana potem nie miała
dość siły, by wrócić do domu
i wtedy wreszcie zasnęła,
a Iza do niej nie przyszła.

Paulina pamiętała ten dzień.
Obudziła się rano
wypoczęta i z mocnym
postanowieniem, 
że już nie wróci do domu.

Maciej nie miał nic przeciwko, 
żeby u niego przez jakiś czas 
zamieszkała.


Rozpadało się, więc Eugenia
zaprosiła Stanisławę na plotki
do siebie. Zazwyczaj tak robiła,
gdy pogoda nie sprzyjała 
ich siedzeniu na ławce.


- Mieszkanie Melanii znów puste.
Westchnęła Eugenia między jednym
kęsem a drugim ciasta 
przyniesionego przez Stanisławę.

- Co ty powiesz?
Prawie się udławiła ze zdziwienia Stanisława.

- Coś tam jest nie tak.
Melania mówiła, że duchy,
ale wtedy myślałam, 
że ma nie po kolei w głowie.
Teraz sama nie wiem.
- Coś takiego.

Stanisława powoli przeżuwała ciasto
razem z dziwną odpowiedzią Eugenii.
Czyżby ona naprawdę czegoś 
nie wiedziała?

P. S. Jak potoczą się dalsze 
losy Pauliny? Czy duch Izy
odzyska spokój?
To już w innej historii.