wtorek, 29 listopada 2016

Nowy mężczyzna.

Drugą moją ulubioną bohaterką jest Radomiła. 
Pewnie z powodu swojego niezwykłego imienia, ale nie tylko.
Nie, nie będę wymieniać wszystkich przyczyn, dlaczego ją właśnie lubię 
zaraz po Florentynie. Tyle tylko, że Radomiła ma wyobraźnię i gdyby nie jej pewna słabość do seksu, wiele mogłaby zrobić pięknych rzeczy. 
Obrazy, książki, figurki z drewna.
Ale dość wstępu. Jeśli jesteście ciekawi nowego mężczyzny Radomiły, zapraszam Was do lektury tego opowiadania.

Zdjęcie ze strony.
 Ciężko się Radomile żyło po tym jak z jej życia zniknął Kazimierz. Czy zniknął na dobre? Czy jeszcze się pojawi? Te pytania często ją prześladowały. Zagłuszała je jak mogła obecnością Filipa, którego poznała w szpitalu i odtąd utrzymywała 
z nim kontakt. 

Po zniknięciu Kazimierza Filip zaproponował jej wyjazd do sanatorium. Znał lekarza, który mógłby właśnie teraz załatwić jej wyjazd nad morze. Czy ona, Radomiła chciałaby pojechać do sanatorium w listopadzie i w dodatku sama bez niego, Filipa?

Chciała, mogła i pojechała. Czuła, że to może być jakiś sposób na powracające wciąż pytania o Kazimierza.

Na miejscu rzuciła się w wir zabiegów, spacerów i rozmów ze współlokatorką Henryką. Sympatyczną kobietą. Nieważne, że 10 lat starszą. Lubiła ją, bo dzięki niej zapominała o Kazimierzu.

Potem pojawił się on, Teodor.

Zobaczyła go pewnego dnia na plaży jak biegał przy brzegu. Od czasu do czasu fale dosięgały jego nóg, lecz on jakby tego nie zauważał skupiony na bieganiu. 
W jego wykonaniu bieg wyglądał jak magia, prosta w użyciu i łatwa do odkrycia.

Radomiła podziwiała jego włosy ciemno-srebrne sięgające za ramiona, a także szczupłą sylwetkę dobrze widoczną dzięki dopasowanym do ciała spodniom 
i bluzie. Wszystko to w kolorze niebieskim, jakby właśnie ten kolor najbardziej lubił. Jedynie czapka cienka szara. Nijaka, całkiem do niego niepasująca, bo on zdaniem Radomiły na pewno nie był nijaki.

Dziwiło ją, że biega pomimo deszczu. Niezbyt wielkiego, ale jednak Radomiła miała pewne opory przed wyjściem na zewnątrz. Na szczęście Henryka ją przekonała, że warto, żeby nie patrzyła na nią Henrykę, która w takie dni zwykle nie wychodziła, bo się źle czuła. Coś ją łupało w kościach i w głowie. Ból nie do zniesienia.

Dlatego ona została. Wyszła tylko Radomiła. W końcu po jej namowach. Teraz patrząc na nieznajomego, nie żałowała swojej decyzji ani trochę.

W pewnym momencie mężczyzna się odwrócił i zaczął biec w jej stronę. Już niedługo Radomiła zobaczy go z bliska. Czy będzie rozczarowana? Nie, nie była. Raczej zdziwiona jego prawie pozbawioną zmarszczek twarzą. Może to rezultat jakiejś operacji plastycznej, a może to ona źle oceniła jego wiek z powodu  srebrnych włosów.

- Przepraszam, która godzina.
Tak się zamyśliła, że nawet nie zauważyła kiedy był już obok.
- Nie mam komórki - powiedziała, gdy już dobrze wymacała rękami swoje kieszenie.
- Zegarka też nie mam - dodała.
- Nieważne. Tak tylko zagadałem.
- Spaceruje pani, a możemy razem?
- Razem?
Dziwiła się i dziwiła. Czyżby wzbudziła zainteresowanie tego czarującego mężczyzny?

- Tak - potwierdził - pani, ja i pani parasol.
- Czemu nie - zgodziła się Radomiła. 
- A deszcz panu nie przeszkadza?
- Jak pani widzi ani trochę.
- Tak, zauważyłam, że biega pan mimo deszczu. Godne podziwu.
- Dlaczego?
- Inni nie biegają.

Radomiła pokazała mu ręką pustą plażę i zaraz się tego gestu zawstydziła. 
Czy ona zawsze musi tyle gestykulować?

- Niech się pani nie obrazi. Jest pani piękna.
- Dlaczego miałabym się obrazić?
- Mogłaby pani pomyśleć, że jestem podrywaczem.
- A jest pan?
- Nie, nie jestem, chociaż jakbym był też bym tak powiedział.
Puścił do niej oko. Ostatnich słów miała nie traktować poważnie.

Z bliska wydawał się jeszcze bardziej atrakcyjny. Radomiła złapała się na myśli, że z nim mogłaby zapomnieć o Kazimierzu. Myśl bardzo niepokojąca.

- Mogę panu zadać intymne pytanie? - powiedziała.
- Niech pani pyta - pozwolił.
- Czy jest pan żonaty?
Radomiła zadała pytanie z lękiem. Z doświadczenia wiedziała, że przystojni mężczyźni nie bywają samotni. Zastanawiała się, czy mogłaby znieść jeszcze jednego żonatego faceta.

- Nie. Jestem rozwiedziony.
Na szczęście, chociaż nie do końca. Nigdy przecież nie wiadomo, czy on mówi prawdę. Może tylko pozuje przy niej na wolnego, bo wie, że kobiety nie lubią zadawać się z żonatymi.

- Naprawdę - powiedział jakby zobaczył w jej oczach wątpliwości - rozszedłem się z żoną jakieś 9 lat temu. Mam córkę i syna.
- Ja nie mam jeszcze ani męża ani dzieci.
Coś za coś. Trochę wiedzy za trochę wiedzy. Pomyślała.

- Cieszę się. Może dzięki temu da się pani namówić do zwiedzenia mojego skromnego domu. Mam na imię Teodor i na pewno nie jestem psychopatą.

Dlaczego się zgodziła? Przecież wszystko działo się zbyt szybko i jednak nie powinna mieć zaufania do obcego. Ale...
Ta niewidzialna aura wokół niego. Aura niezwykłości i piękna, któremu nie można się oprzeć.

- Chętnie zobaczę pana dom.
- I nie boi się pani?
- Czego?
- Mnie oczywiście.
- A mam się bać?
- Odważna z pani kobieta. Takie lubię najbardziej. Jak pani ma na imię?
- Radomiła. Znajomi mówią do mnie Raduszka, Radusia albo zwyczajnie Miłka.
- Piękne słowiańskie imię. Mogę mówić do pani Radusia?
Pani może do mnie mówić Teo.

Pierwsze lody zostały przełamane.
Następne zaczęły znikać w jego domu.

Stał niedaleko plaży. Dziwne, że dotychczas na niego nie zwróciła uwagi. Tyle czasu przechodziła tamtędy. Może dlatego, że patrzyła w inną stronę. Może zawsze była zbyt zajęta rozmową z Henryką, która potrafiła snuć piękne gawędy o sobie, swoim życiu, prawie o wszystkim. Tak więc głowę miała odwróconą w jej stronę i domu nie zobaczyła.

Wyglądał jak przycupnięta chatka Baby Jagi, a raczej jak jej wyobrażenie chatki czarownicy. Czerwony dach i pomarańczowe ściany. Ciepły, aż się chciało wejść do środka. Może dlatego Jaś z Małgosią weszli, ale ona nie jest przecież Jasiem ani Małgosią.

Nic jej nie grozi. Czy na pewno?

Wnętrze też było zachęcające. Dwa małe pokoje przyciągały swoją przytulnością. Pachniało ziołami. Jakimi? Trudno powiedzieć. Nie znała się na ziołach. 
Po prostu czuło się w powietrzu coś miłego, coś, co może cię tu spotkać. Atmosferę nadchodzącej miłości? Może. A może tylko ziołowe zagłuszacze instynktu, który kazałby tobie uciekać stąd jak najszybciej?

Teo zostawił ją w pokoju na fotelu, a sam jak powiedział, poszedł się umyć i przebrać.

Zanim odszedł włączył jej muzykę. Poznała głos Stinga. Jeszcze jeden plus do nastroju wnętrza. Lubiła Stinga.

Jego utwory jeden za drugim płynęły w powietrzu. Na przemian szybkie i wolne. Zamknęła oczy. 

Nagle jej wargi musnęło coś ciepłego, delikatnego i miękkiego jednocześnie. Przez chwilę myślała, że to kot lub sen, w który niepostrzeżenie wpadła. Jednak rzeczywistość okazała się jeszcze lepsza. To Teo ją całował.

Mogła go odepchnąć. Powiedzieć sobie i jemu: za szybko. Co później o mnie pomyślisz? Nie zrobiła tego. Czy to ważne, co o niej pomyśli? Ważna jest ta chwila nic więcej.

Ona siedzi na fotelu. On klęczy przed nią jakby za chwilę chciał się oświadczyć. Całuje ją coraz bardziej gwałtownie. Coraz bardziej łapczywie. Jego ręce błądzą po jej piersiach.Potem schodzą w dół. 

Wchodzą do majtek. Palce pieszczą jej najbardziej wrażliwe miejsce. Wreszcie wdzierają się do środka, do mokrej i ciepłej waginy.

Czas przyspiesza.

Ona jęczy. Wygina się do tyłu z powodu napływającej falami przyjemności. 
W końcu Teo przenosi ją na tapczan. Zrzuca z niej wszystko, a ona wszystko zrzuca z niego. Wchodzi na nią i w nią.

Sting już nie śpiewa. Płyta się skończyła. W ciszy słychać tylko ich przyspieszone oddechy.

I nagle on kończy. Radomiła krzyczy. Chciałby mu powiedzieć: jeszcze nie, 
za wcześnie. 

Chwila jednak minęła i nic już nie da się zrobić.
Może jeszcze powtórzymy. Ma nadzieję Radomiła. Wtedy będzie dłużej. 
Nie tak krótko.

A może za bardzo przyzwyczaiła się do sposobu, w jaki kochał ją Kazimierz. Bardzo powoli i namiętnie.

- Jesteś słodka - mówi Teo.

Przez następne dni często jej to powtarza. Mówi również: kocham Cię i jesteś kobietą mojego życia. Poza tym słowa gdzieś giną.
Są tylko ich ciała i miłość między nimi. Niestety zawsze dla Radomiły za krótka jakby niedokończona, a ona po to zakończenie musi wciąż przychodzić.

Zabiegi przestały być ważne. Henryka i rozmowy z nią też. Czasem tylko próbuje ją zagadać. Pyta się, czy Radomiła kogoś poznała. W zasadzie nie musi pytać. Ona to widzi. Pogodziła się z utratą Radomiły. Jeśli poznała jakiegoś faceta, to dobrze już nie będzie taka smutna jak na początku, gdy się poznały.

Wtedy Henryka słyszała jak Radomiła płakała pogrążona we śnie. Czasem nawet krzyczała: Kaźmierzu nie odchodź.

Widocznie ten Kazimierz zrobił jej jakąś krzywdę. Omotał słowami jak to mężczyźni i zostawił.

Teraz Henryka dostrzega zmianę w swojej współlokatorce. Cieszy ją to i zostawia pytania na inny czas. Kiedy Radomiła będzie chciała, powie. Jeśli nie, nie jej, Henryki sprawa. 

Henryka zdecydowanie usunęła się w cień.

Radomiła nadal spotykała się z Teo. 

Powiedział jej, że zajmuje się sprzedażą antyków, również starych książek. Pokazał jej swój sklep i trochę zbiorów na strychu swojego domu. Obok starych zegarów, książek, papierów nieznanego pochodzenia, stały tam także jego obrazy. Abstrakcyjne. Rzucające się w oczy swoimi kolorami. Czerwone, niebieskie, turkusowe, pomarańczowe i zielone. Jednak trudno powiedzieć, co przedstawiają. Radomiła dowiedziała się, że sama musi sobie dopowiedzieć ich treść.

Dowiedziała się też, że dla Teo seks kończy się szybko. Może to z powodu wieku - 50 lat, a może dlatego, że bardziej lubi słuchać muzyki, gdy ona przytula się do niego albo opowiadać o jakimś swoim pomyśle na obraz lub nowo odkrytym przedmiocie. Czasem o upierdliwym kliencie czy ciekawym zamówieniu na coś, czego jeszcze nie ma, czego musi poszukać.

Widać po nim jakie to dla niego ważne. Ten sklep i obrazy, a także muzyka. Zdarza się, że sprzedaje stare płyty, których już nie ma w zwykłym obiegu. 
Tych, których nie dostaniesz w innym sklepie w okolicy.

Radomiła lubiła słuchać, gdy mówił. Gdyby nie ten krótki seks, byłby idealny, 
ale czy są idealni ludzie?

Gdy jednego dnia zapytał, czy mogłaby zostać jego żoną, Radomiła bez wahania odparła, że tak. Chciała mieć męża, którego mogłaby podziwiać i kochać, a Teo się nadawał. Odpowiadał tej chwili, jej obecnym pragnieniom. Z seksem 
na pewno da się coś zrobić. Naprawić. Kazimierz wiele w tej dziedzinie potrafił i co z tego. U jego boku wciąż wisiała żona jak obroża na szyi psa. Wyraźnie nie umiał od niej odejść. Nie umiał zerwać tej więzi. Co jej po kimś takim, co nie może z nią być z powodu swojej żony i braku chęci na rozwód.

Z Teo wszystko się tak pięknie układało. Nieważne, że po tym jak się kochali, dogadzała sobie w łazience. Dawało się to znieść. Poza tym Radomiła nie chciała przez całe swoje życie być nimfomanką.

Ostatnie dni nad morzem mijały Radomile szybko. Zbyt szybko.
Bała się powrotu do domu i utraty kontaktu z Teo, chociaż dał jej swój adres i telefon. Zapewnił kilka razy, że do niej przyjedzie, a potem ona przeprowadzi się do niego.

Dlaczego nie on do niej? Radomiła nie mieszkała sama tylko z rodziną: matką, ciotką i babką. W mieście nie istniało nic, co by ją zmuszało do pobytu w nim. Wszystko spokojnie mogła rzucić.

Dom Teo Radomile się podobał. Wystarczająco duża przestrzeń dla niego i dla niej i jeszcze sklep Teo. Nie mógł go tak po prostu zostawić. 

Ustalili więc, że Radomiła wróci do domu tylko na trochę. Teo przyjedzie po nią za kilka dni. Zadzwoni. Powie kiedy.

Czy mu uwierzyła? Starała się w każdym razie, bo od czasu zniknięcia Kazimierza jej zaufanie do słów mężczyzn znacznie osłabło.

W końcu nadszedł ten dzień. Dzień powrotu i rozstania. Nie tylko z Teo, ale również z przemiłą Henryką. Od niej też wzięła telefon.

Radomiła płakała. Nic nie pomagały wbijane w rękę paznokcie, którymi zwykle powstrzymywała łzy. One i tak leciały po policzkach. Zmoczyły najpierw twarz Henryki, a potem twarz Teo, który odprowadził ją na dworzec. Razem z nią czekał na pociąg. Stał na peronie do ostatniej chwili. Potem jego sylwetka powoli się zmniejszała. Zostawała w tyle jak wszystkie dobre chwile. 
Tak się przynajmniej Radomile wydawało.

Filip dzwonił kilka razy. Nie odebrała. Nie chciało jej się z nim rozmawiać. Wiedziała, że tego nie uniknie. Prędzej czy później będzie musiała mu powiedzieć. Lepiej, żeby to było później. Na razie nie czuła się na siłach. 
Gdy wróci do domu, położy się spać. Zapomni. Będzie się starała nie myśleć 
o obietnicach Teo. Spokojnie poczeka na niego te kilka dni.

Eugenia i Stanisława od razu zauważyły, że Radomiła wróciła.

- Jakaś taka przygaszona - stwierdziła Eugenia.
- Wyjazd się nie udał. Pogody nie było - odparła Stanisława.
- A ty skąd wiesz? - dopytywała Eugenia.
- No przecież padało.
- Ale u nas, a tam nie wiadomo. Chyba, że ona coś ci powiedziała?
- Mnie akurat? Mnie nikt nic nie mówi. Tylko tobie.

W głosie Stanisławy słychać było urazę. Jakby była zazdrosna o Eugenii umiejętności wyciągania ze wszystkich wszystkiego.
- Mnie też nie. Radomiła nigdy ze mną nie rozmawia - pożaliła się równie urażona Eugenia.

- Widziałam, że przed wyjazdem coś do ciebie gadała - Stanisławie też udawało się coś więcej zobaczyć, przynajmniej od czasu do czasu.
- Życzyłam jej miłego pobytu. Ona mi dziękowała - tłumaczyła się Eugenia.

Niech ci będzie. Pomyślała Stanisława, której nie chciało się w tym momencie kłócić z Eugenią. Wiedziała, że Radomiła powiedziała jej coś więcej. Stały razem zbyt długo jak na pożegnanie i pytanie o miejsce pobytu. Teraz pewnie też jej coś mówiła. Tylko z jakiegoś powodu Eugenia nie chciała jej tego powiedzieć. Obraziła się za ostatnie odwołane przez Stanisławę zaproszenie na herbatę.
Niby mówiła, że nic takiego, ale swoje myślała.

- Idę. Obiad muszę robić.
Stanisławie szkoda było czasu na dalszą rozmowę. Nie siedziały przecież ani 
u niej ani u Stanisławy tylko stały przed klatką. Żadna z nich nie spieszyła się 
z zaproszeniem tej drugiej do siebie.

Obie za bardzo wciągnęły przygotowania do świąt, chociaż pozostał do nich cały miesiąc. Jednak zarówno Eugenia jak i Stanisława nie umiały żyć w ponurej teraźniejszości listopada.



P. S. Czy Radomiła wyjdzie za Teo? Czy on po nią przyjedzie? To już inna historia. 








 




 









wtorek, 22 listopada 2016

Oszust?

Przeczytałam niedawno ciekawą historię.
Historię o uczniu znanego malarza, który już nie żyje 
( malarz nie żyje, nie uczeń, jakby ktoś miał wątpliwości).
Pewnie niektórzy z Was, a może nawet większość, 
wie o kogo chodzi i ma w tej sprawie swoje stanowisko.
Uczeń jest oszustem czy prawdziwym uczniem?
Jakie są jego obrazy?
Jaka jest jego historia?
Opiszę wierszami.

Obraz ucznia.

 Mój świat powoli
spowija mrok.
Chciałbym zatrzymać
swój wzrok
na bliskim i dalszym
przedmiocie,
schwytać i zatrzymać
tęczę pod powiekami.
Nie mogę.
Jakbym został ukarany,
ale za co?
Dlaczego coraz gorzej widzę?
Dlaczego staję się ślepcem?
Właśnie ja,
ten który lubił i chciał żyć kolorami.
Czy złe fatum z mojego mistrza
przeszło na mnie?
Czy mnie tym jak grypą
zaraził?
Nawet moje pytania giną
w ślepej krainie.

Obraz ucznia.

Zawsze lubiłem koty,
nie psy.
Psy tylko szczekają,
ujadają, wyją.
Robią hałas.
Koty mruczą,
uspakajają.
Psy cuchną podwórkiem
i jeszcze nie wiadomo czym.
Koty mają miły zapach.
Ich sierść jest błyszcząca.
Zawsze o nią dbają.
Są trochę jak kobiety.
Piękne, chodzące
własną drogą.
Zawsze ze swoim zdaniem.
A jednak coś we mnie wstąpiło?
Obrazy kotów prawie wszystkie 
zniszczyłem.
Niektóre komuś dałem.
I dlaczego?
Nie wiem.
Czy muszę wiedzieć?

Obraz ucznia.

Tak często męczą mnie
koszmary.
Czuję, że coś się zdarzy,
chociaż nie dzieje się
nic złego.
Skąd te sny?
Budzi mi własny krzyk.
Staram się zapomnieć,
nie myśleć o tym,
a one i tak wracają.
Kto? Co?
Moje sny.

Obraz ucznia.
Patrzę na obraz ucznia
i myślę kim ona jest?
Czy jest to jakaś pani
z wyobraźni?
Czy to jego tęsknota
za kobietą,
którą mógł,
ale nie poznał?
Wyobrażam sobie
jak przychodziła
do niego w nocy.
Między koszmarami
jej piersi dawały 
otuchę.
Włosy przynosiły ulgę.
Odgradzały od świata.
Jej ciało było
jak obraz, który
chciał namalować.
Oplatała go rękami.
Lizała za uchem
i w innych bardzo
intymnych miejscach.
Siadała na jego nagich
udach i jeździła na nim
jak na koniu,
a resztę niech mrok zasłoni.
Niech dopowie wam wyobraźnia.
W pewnym momencie
ona odeszła
gdzieś w mrok 
bardzo odległy.


Obraz mistrza.

Śmierć-modliszka czeka na mnie.
W stosownym czasie 
zje najpierw moje oczy,
a potem kawałek po kawałku
mnie całego.
Nie obronię się.
Nikt nie przyjdzie
z odsieczą.
Nikt nawet nie zauważy
tej chwili,
gdy stracę siebie
na zawsze.

Obraz mistrza.

 Skończyło się moje marzenie
o malarstwie.
Skończył się świat kolorów.
Zapanowała ciemność.
Nie nagle.
Powoli.
Na drodze się potknąłem.
Niby nic takiego.
Tylko ten ból głowy.
Straszny.
Świat stawał się mniej ostry.
Oślepłem.
Jeszcze przez jakiś czas
próbowałem coś tworzyć.
Ręka mnie prowadziła.
Sens życia umierał.
Nic tu po mnie.
Chciałem się zabić.
Uratowali mnie.
Skazany na życie
bez obrazów,
bez pędzli.
Sam w nieskończonej
otchłani,
a jednak nadal jestem,
nadal coś robię,
choć nie to, co chciałem.


P. S. Nic nie jest pewne.
Historia ucznia powstała po śmierci mistrza.
Mistrz nie wspomina o uczniu w swoich notatkach, rozmowach.
Kim naprawdę jest uczeń?
Jeśli jeszcze nie wiecie o kogo chodzi, podaję:
uczeń - Adrian Kędzia,
mistrz - Zdzisław Beksiński.

Wszystkie komentarze są mile widziane, oczywiście oprócz tych super złośliwych i pełnych nienawiści.







wtorek, 15 listopada 2016

Zaklęcie miłosne.

Najwyższy czas wrócić do mojej ulubionej bohaterki Florentyny.
Wtedy, gdy Eugenia i Stanisława zainteresowały się tajemniczym 
domkiem na działce, Florentyna poznała pewną osobę.
Kim była ta osoba? Czego chciała od Florentyny?

Obraz Krystyny Broncel.

W środę po święcie zmarłych zadzwoniła do Florentyny Alicja jej przyjaciółka 
z czasów dzieciństwa, z którą nadal Florentyna utrzymywała kontakt.

- Mam do ciebie prośbę. W zasadzie propozycję. Zrozumiem, jeśli odmówisz.
Powiedziała Alicja.
- Jaką prośbę?
Zapytała Florentyna.

- Wiesz, że moja córka Natalia pracuje cały dzień i czasem nawet na noc zostaje w tej swojej agencji reklamowej?
- Tak. Mówiłaś mi.
- Jej Maciusia trzeba codziennie odprowadzić do przedszkola.
Potem przyprowadzić. Posiedzieć z nim trochę.

- Tak i co z tego?
- Zawsze ja się tym zajmuję, ale teraz jestem chora i nie mogę. Natalia chciała kogoś zatrudnić i wtedy pomyślałam o tobie. Jesteś przecież na emeryturze. Masz czas. Przy okazji mogłabyś sobie trochę dorobić.
- Wiesz, że od twojej córki nie brałabym pieniędzy.
- A to dlaczego. Ona dobrze zarabia, a ty na pewno masz marną emeryturę.
- Dobrze. Przemyślę to.
Zgodziła się w końcu Florentyna.
- Tylko nie myśl za długo, bo Natalia nie może czekać. Trzeba zacząć od jutra.
- Jeśli tak, zgadzam się.

Zgoda Florentynie przyszła łatwo, zbyt łatwo, ale do tego wniosku doszła później i nie z powodu Maćka. 
Chłopiec był grzeczny i miły. Od razu bardzo się z Florentyną polubili.

Problem dotyczył Jagody, kobiety, którą Florentyna poznała już pierwszego dnia w przedszkolu. Podobnie jak Florentyna odprowadzała do przedszkola dziecko, 
a wieczorem je odbierała. 

Dzieckiem była jasnowłosa Zuzia. W przeciwieństwie do Maćka niezbyt grzeczna. Pani przedszkolanka zawsze się na nią skarżyła.

Florentyna jednak główną uwagę zwróciła nie na Zuzię, ale na Jagodę, jej opiekunkę.

Na początku z powodu książki, którą Jagoda trzymała w ręku jak bardzo cenny przedmiot. Miała ją zarówno wtedy, gdy odprowadzała Zuzię jak i wtedy, gdy po nią przyszła.

Za drugim razem trzymała nos w tej książce i wydawało się, że poza nią nic jej nie interesuje. Świat mógłby się rozpaść, a ona nadal stałaby i czytała książkę wciąż czekając na zbierającą swoje rzeczy i ubierającą się Zuzię. 

- Przepraszam, co pani czyta?
Ciekawość wyrwała się z ust Florentyny.
- ,,Ukryte godziny,,  Delphine De Vigan. Jak brałam ją z biblioteki, myślałam, że jest o zegarmistrzu. Może o takiej pani zegarmistrz jak ja jestem to znaczy byłam.
Sposępniała jakby wspomnienie pracy odebrało jej radość.

- Pani była zegarmistrzem?
Po raz drugi wyrwało się Florentynie, bo przecież nie miała zamiaru rozmawiać z kobietą. Nie miała zamiaru o nic jej pytać. Chciała i przyszła tylko po Maćka i po nic więcej, a jednak słowa same jak ptaki wyleciały z ust Florentyny.

- Przepraszam - powiedziała - nie powinnam pytać.
- Dlaczego? Nie mam nic do ukrycia. Dumna jestem ze swojego zawodu i szkoda mi, że już nie mogę zajmować się zegarami. To z powodu swojego wzroku. Musiałam sprzedać swoją firmę. Firmę rodzinną po ojcu i dziadku. W rodzinie nie było żadnego chłopca i ja ją odziedziczyłam. Teraz jestem na rencie i dorabiam sobie opieką nad dziećmi. Wie pani, ja bardzo lubię dzieci, ale swoich mieć nie mogłam. Taki pech.

Wszystkie te informacje nieznajoma wyrzuciła z siebie na jednym wydechu jakby pozbywała się niechcianych śmieci. Wtedy po raz pierwszy Florentyna poczuła do niej niechęć z tej prostej przyczyny, że nie lubiła szybkiego gadania. Zawsze jej to przypominało przedstawicieli handlowych i niechciane rupiecie, które sprzedawali albo ubezpieczenie.

Gdyby wtedy wzięła Maćka za rękę i po prostu wyszła nic by się nie zdarzyło, 
a może i tak by się zdarzyło, bo to było przeznaczenie. Do końca nikt tego wiedzieć nie może.

W każdym razie Florentyna nie zabrała Maćka. Nie wyszła z nim sama bez Jagody. Stała z nim i patrzyła na kobietę. Może zahipnotyzowały ją jej długie miedziane włosy lekko skręcające się w pętelki. Może jej jasna cera i  piegi na nosie i policzkach jak u Ani z Zielonego Wzgórza. Myślała nawet przez chwilę, 
że nieznajoma ma na imię Ania, ale ona rozwiała szybko jej przypuszczenia.

- Jestem Jagoda. Proszę mi mówić po imieniu. Jesteśmy chyba w podobnym wieku, a nawet jeśli nie, to jak tak lubię z ludźmi, których często widuje. 
A my chyba będziemy się często widywać w przedszkolu?
- Przez jakiś czas na pewno.
Potwierdziła Florentyna.
- Mam na imię Florentyna. 
Dodała po chwili.

- O jakie ładne i niespotykane imię. Też bym chciała takie, ale mamie się widocznie podobały jagody i dlatego mnie tak nazwała.
- Nigdy nie wiadomo, co matkom chodzi po głowie.
Potwierdziła Florentyna.

I tak od słowa do słowa poznały się. Wróciły razem do domu odprowadzanych przez siebie dzieci.
Okazało się, że Jagoda, a właściwie Zuzia mieszka blisko Maćka. Dlatego szły razem prawie do samego końca.

Rozmawiały o książkach. Poza zegarami były one pasją Jagody. Mimo swoich grubych szkieł w okularach i grożącej jej ślepoty nadal dużo czytała. Podobnie jak Florentyna, które owszem też zakładała okulary do czytania, ale nie były one tak grube.

Następnego dnia Jagoda przyniosła Florentynie do przeczytania jedną ze swoich ulubionych książek: ,,Kocie oko,, Margaret Atwood. Mówiła jej, że często czuła się jak bohaterka tej książki nigdy niezrozumiana i nie zaakceptowana przez matkę. Florentynę bardzo to zaciekawiło i zaraz zabrała się do czytania.

Książka ją szybko wciągnęła. Podobał jej się styl, jakim była napisana. Poza tym była opowieścią psychologiczną, jedną z tych które lubiła Florentyna.

Tej nocy śniła jej się Jagoda. Szły sobie z Alicją przez park, kiedy podeszła do nich. Odciągnęła Florentynę na bok i szepnęła jej do ucha:
- Ona nie jest twoją prawdziwą przyjaciółką. Ja nią jestem.

Florentyna obudziła się z mocno  bijącym sercem. Strasznie ją ten sen wyprowadził z równowagi swoją realnością. Miała wrażenie, że naprawdę była 
w parku z Alicją. Naprawdę czuła wiatr i widziała jak rozwiewa włosy Jagody. Widziała też niedowierzające oczy Alicji i łzy spływające jej po policzku jakby szept Jagody dotarł również do jej uszu.

Przez pierwsze chwile w przedszkolu nie mogła spojrzeć w twarz Jagody. Obiecała sobie nawet, że szybko wyjdzie i nie będzie czekać na Jagodę. 
Nie udało się. Jakoś przyciągnęła jej wzrok. Florentyna musiała w końcu na nią spojrzeć, a jak już spojrzała, wiedziała, że nie dotrzyma danej sobie obietnicy. Nie da rady.

Dzisiaj Jagoda miała związane włosy w kitę turkusową gumką. Florentyna zauważyła, że i z takimi włosami jest ładna. Na pewno podoba się wielu mężczyznom. Nigdy nie jest samotna. Czy jej zazdrościła? Trochę tak, ale na wierzch wypłynęło inne uczucie, coś w rodzaju zachwytu, ulgi, jakiej się doznaje w pobliżu piękna niczym niezakłóconego.

- Masz dzisiaj czas?
Zapytała Jagoda
- Dlaczego pytasz?
- Mogłybyśmy pójść do mojej ulubionej herbaciarni ,, Pod obłokami,,
- Chętnie, ale może innym razem. Dzisiaj jakoś dziwnie się czuje?
Florentyna nie sądziła, że uda się jej odmówić. Znów słowa jakby same z niej wyszły bez jej woli. Potem ich żałowała, lecz znacznie później była zadowolona.

Następnej nocy znów się Florentynie przyśniła Jagoda. Tym razem Florentyna kochała się z Zygmuntem, kiedy obok łóżka pojawiła się naga Jagoda.
- Na pewno lubicie trójkąty.
Stwierdziła i wskoczyła do ich łóżka.
Zygmunt przestał się kochać z Florentyną. Naciągnął na siebie kołdrę i odszedł. Gdzieś sobie poszedł.

- Po co ci on? Masz mnie. Jestem lepsza od niego. Zobaczysz.
Jagoda zniżyła się do jej ud. Całowała namiętnie ich wnętrza, aby po chwili przejść niżej do najbardziej wrażliwego na dotyk i podniecenie miejsca. Dotykała go w taki sposób jak nikt nigdy wcześniej. Czy dlatego, że była kobietą, a jej poprzednikami byli mężczyźni? Florentyna nie mogła i nie chciała jej wierzyć. Jednak fakt faktem to była cudowna i niestety zbyt krótka chwila całkowitej rozkoszy.

Florentyna obudziła się z mokrą waginą. Pod nią widniała plama. Zupełnie jakby Florentyna miała coś w rodzaju kobiecego orgazmu z wytryskiem.

Czegoś takiego naprawdę nie przeżyła. Bardzo miała ochotę wrócić do swojego snu. Na szczęście rozsądek zwyciężył. Florentyna wstała i zaparzyła sobie zielonej herbaty. Siedząc ćwiczyła oddechy uspakajające przez nos, jakie ostatnio widziała u Chińczyka na YouTube.

Florentyna należała do tych kobiet, które lubią mieć kontrolę nad emocjami. Zygmunt był jak na razie jedynym wyjątkiem utraty kontroli. Teraz zdawało się, 
że drugim będzie Jagoda. 

Nawet gdy się jako tako uspokoiła, Florentyna nadal czuła do niej miętę jakby to powiedziała jej babcia. Coś w rodzaju pragnienia bycia z Jagodą, 
przede wszystkim z jej pięknym ciałem.

Mój Boże, przecież Florentyna nie była lesbijką ani biseksem, przynajmniej 
dotąd tak jej się wydawało. To dziwne uczucie do Jagody wyprowadzało ją 
z równowagi.

Dlatego postanowiła się wybrać do swojej znajomej wróżki Wiolety znanej lepiej pod pseudonimem Rolanda.

- Jesteś ofiarą.
Stwierdziła Rolanda, gdy już spojrzała w rozłożone na stole karty tarota.
- Jaką ofiarą.
Oburzyła się Florentyna.
- Ofiarą pięknej kobiety. Tak mi w kartach wychodzi.
- A jak ona wygląda?

Dopytywała się Florentyna, chociaż wiedziała jak, ale do końca nie była pewna wróżbiarskiej wiedzy Rolandy. Była jej znajomą. Lubiła ją i jej ciastka, 
ale do jej wróżb nie do końca miała zaufanie, co jej ani trochę nie przeszkodziło 
w skorzystaniu z rady Rolandy, zresztą zależy, jaka to będzie rada.

- Ma włosy w kolorze ognia i taki sam charakter. Bardzo namiętna. 
Szybko się zakochuje i z trudem odkochuje. Lubi się mścić na mężczyznach, 
którzy nią pogardzili.
- A na kobietach?
- Nie jest biseksualna, chyba że ma w tym jakiś cel.
- Nie jest więc we mnie zakochana?

Florentyna nie kryła rozczarowania. Mimo wszystko chciałaby z ust Rolandy usłyszeć jakąś romantyczną historię o miłości Jagody do niej, Florentyny. Próżność, jaką miała w sobie chciałaby taką historię usłyszeć, a tu niestety, 
nic z tego.

- Zakochana jest w pewnym brunecie. On jest już żonaty i nie zwraca na nią uwagi. Ona chce jego uwagę przyciągnąć. Chce go w sobie rozkochać. Na tobie wypróbowuje sposoby magiczne.
- Jakie magiczne?
- Nie wiem dokładnie. Mogą to być zaklęcia. Tak. Jakieś zaklęcie miłosne.
- Na mnie dlaczego?

Oburzyła się Florentyna.
- Ty akurat jesteś pod ręką. Masz jakiś jej przedmiot?
- Nie skąd.
- Coś drobnego nieistotnego, co nie rzuca się w oczy, o czym można zapomnieć.
- Zaraz, zaraz.

Florentyna wysiliła swoją pamięć, która nie wiadomo dlaczego była bardzo oporna.
- Mam.
Wykrzyknęła w końcu, gdy sobie przypomniała.
- Mam jej książkę.
- To wystarczy. Na pewno jej dotykałaś. Czytałaś.
- Tak. Jest bardzo ciekawa.
Przyznała Florentyna.

- I mamy sprawcę twojego zamieszania.
Ucieszyła się z odkrycia Rolanda.
- Oddasz jej książkę przy najbliższej okazji. Nic już od niej nie pożyczysz i odmówisz modlitwę.
- Jaką?
- Hawajską. Nazywa się ho,oponopono.
- Zapisz sobie. Brzmi tak: 
,, Przepraszam, wybacz mi kocham cię, dziękuję,,

- Za co niby mam ją przepraszać.
Oburzyła się Florentyna. 
- To ona powinna mnie przeprosić. Nie uważasz?
- Niezupełnie jest tak jak myślisz. Wybaczasz sobie, że taką sytuację przyciągnęłaś do siebie. W jakiś sposób ją wykreowałaś. Przepraszasz 
Boga, jeśli w niego wierzysz za to co się stało, za coś z przeszłości, może 
z poprzedniego wcielenia, co sprawiło, że spotkałaś Jagodę. 
Słowo kocham jest skierowane do ciebie, Boga i do niej do Jagody. Poprzez czystą miłość oczyszczasz relacje miedzy wami i sytuację. Dziękujesz sobie, Bogu za oczyszczenie i za naprawę tego, co się zdarzyło. Rozumiesz?

- Trochę.
- To spróbuj i zobaczysz, czy coś się zmieni. Czy w ogóle będzie się coś działo. Zadzwoń do mnie jak ci poszło, ale pamiętaj najpierw oddaj jej książkę i nie daj się namówić na żadne spotkanie z nią, bo znów coś ci da. Tylko tym razem dyskretnie. Nawet tego nie zauważysz, a zaklęcie znów będzie działało.
- Dobrze. Zrobię jak mówisz.
Zgodziła się Florentyna.

Po powrocie do domu Florentyna poczuła ulgę jakby już wykonała wszystkie polecenia Rolandy, jakby już była wolna od Jagody i jej zaklęcia. Ulga i spokój były tak wielkie, że Florentyna szybko położyła się spać.
 
Jagoda niestety wróciła we śnie.

Siedziały w dużym pokoju Florentyny na krzesłach przy stole. W rękach trzymały lalki zrobione z gałganków. Florentyna swoją, a Jagoda swoją. To nie były takie zwyczajne lalki. To były lalki voodoo. Miały oczy z guzików i straszne uśmiechy 
z krzyżujących się ze sobą nici czarno-czerwonych oraz włosy wyrwane z głowy: Florentyny w jej lalce i Jagody w lalce, która do niej należała.Obok w pudełkach po zapałkach leżały szpilki.

Jagoda właśnie sięgnęła po jedną.
- Zanim się zamienimy, wypróbujemy je na twojej.
Powiedziała i wbiła szpilkę w rękę lalki, którą trzymała Florentyna.
Florentyna krzyknęła.
- Coś ty, przestań.
Jagoda się tylko uśmiechnęła.
Działają

- Ciekawe dlaczego nie wypróbowałaś na swojej.
- A dlatego.
Jagoda ukłuła lalkę Florentyny, tym razem w nogę.
- Aaaa.
Krzyczała Florentyna
- Coś nieodporna jesteś na ból.
Stwierdziła Jagoda i zaczęła się śmiać.

Zaraz sprawdzimy twoją odporność - pomyślała Florentyna, wbijając szpilkę 
w głowę lalki Jagody.
Teraz dla odmiany Jagoda zaczęła krzyczeć.
- I co nie śmiejesz się?
Florentyna kręciła szpilką w głowie lalki.

- Zostaw, proszę. Już nie będę. Obiecuję.
- A ode mnie też się odczepisz?
- Tak. Obiecuję.

Florentyna przestała, ale wcale nie dlatego, że uwierzyła Jagodzie. Ona już jej nie ufała. Przestała, bo nie mogła słuchać krzyków Jagody. Naprawdę, nigdy nie lubiła hałasu.

Lalki jednak nie oddała Jagodzie, tylko zamknęła ją w szafie. Klucz schowała 
do kieszeni. To był błąd, który po chwili wykorzystała Jagoda. Najpierw płakała, trzymając się za głowę, a potem nagle przytuliła się do Florentyny. Szybkim ruchem ręki, przede wszystkim palców próbowała schwycić klucz z kieszeni Florentyny. Prawie jej się udało. Prawie, bo jakby w ostatniej chwili Florentyna przejrzała jej zamiar i uderzyła w nią kolanem. 

Jagoda skuliła się z bólu na podłodze. Kolano trafiło ją w brzuch.
- Zobaczysz, pożałujesz tego.
Pogroziła Florentynie.
- Naprawdę?
Zaśmiała się Florentyna.
- Tak. Przekonasz się. Nigdy się ode mnie nie uwolnisz.
Ostanie słowa Jagoda wykrzyczała jak przekleństwo.

Florentyna obudziła się zlana potem. Serce biło jej szybko. Bolała ją ręka i noga. Widniały na nich duże czerwone plamy jakby Jagoda ukłuła ją nie we śnie, 
ale na jawie.

Sny potrafią być takie pokręcone - pomyślała Florentyna.

Następnego dnia rano, gdy w końcu udało jej się po okropnym śnie znów zasnąć, a potem obudzić się i wyjść z łóżka. Włożyła książkę Jagody do reklamówki 
i poszła po Maćka, a potem razem z nim do przedszkola.

Zuzi nie było i w związku z tym nie było również Jagody.
Bardzo to zdenerwowało Florentynę, ale nie miała zamiaru się poddawać. Zadzwoniła po radę do Rolandy.

- Spal książkę.
Poradziła Rolanda, gdy już wysłuchała opowieści Florentyny o jej ostatnim śnie.
- Ale to książka.
Oburzyła się Florentyna, która zawsze o książki dbała i je szanowała. Spalenie książki było dla niej równoznaczne ze zbrodnią.

- Albo ty albo ona. Jak zachowasz książkę i będziesz czekała na Jagodę, 
na spotkanie z nią w przedszkolu lub poza nim, nigdy się od niej nie uwolnisz. Słyszałaś przecież, co ci krzyknęła w gniewie. To było przekleństwo, ale można je zablokować, jeśli spalisz książkę, a popiół ze stron wrzucisz do sedesu i spuścisz z wodą.
- Jeśli tak mówisz, to pewnie tak jest.
Zgodziła się Florentyna.
- I zrób to zaraz.
Nakazała Rolanda.

Florentyna zrobiła, choć z bardzo bolącym sercem. Przez cały czas wydawało jej się, że pali swoją matkę, przyjaciółkę lub kogoś równie bliskiego.

Po wszystkim nie czuła ulgi, ani spokoju. Miała wyrzuty sumienia, że dała się namówić Rolandzie na zniszczenie książki.

Spokój wrócił dopiero w nocy. Gdy zasnęła, Jagoda już się nie pojawiła. Rano następnego dnia Florentyna już nie miała takich wyrzutów sumienia. Wstała rześka i pełna energii.

Ani tego ani następnego dnia Jagoda się nie pojawiła. Zuzię zaczęła odprowadzać inna opiekunka, zwyczajna starsza pani, która nie zagadywała Florentyny i Florentyna też nic do niej nie mówiła poza zwykłym dzień dobry 
i do widzenia.

 
P. S. Czy Jagoda nadal żyje i czy się jeszcze pojawi? Zobaczymy.







 

 

 
 

wtorek, 8 listopada 2016

Tajemniczy domek.

Przeżyła już bliskie spotkanie z obcym, chociaż nie zdawała sobie z tego sprawy.
Teraz znów pojawiło się coś dziwnego i tajemniczego w jej życiu.
Co i komu się pojawiło?

Zdjęcie ze strony.

Zaczęło się od Rozalii. Dokładnie od tego, co powiedziała pewnego dnia Eugenii.

- Moja Todzia mi to mówiła, że widziała dziwny domek na działce z zielonej cegły. Śmiałam się z niej. Jak cegła może być zielona. 

,,- Wybacz Todziu chyba byłaś pijana. 
Co to, to nie - zaprzeczyła ona.
- Ja już od dawna nie piję. 
- Od kiedy - zapytałam. 
- Od września tamtego roku,,

- Rzeczywiście dawno, całe 13 miesięcy.
Na pewno piła, ale warto sprawdzić.
- Tak, warto.
Potwierdziła Eugenia.

Trochę później o wszystkim powiedziała Stanisławie na ich kolejnym spotkaniu na herbacie.

- Co sprawdzić, jej picie?
Zapytała Stanisława.
- To też przy okazji. Jak zobaczymy ten domek, to już będziemy wiedziały, że nie piła. Jak go nie będzie, znaczy się, piła.
- I Rozalia gada głupoty.

Dodała Stanisława.
Niepotrzebnie. Eugenia od razu się skrzywiła jakby połknęła cytrynę. Nie lubiła, kiedy Stanisława podważała wiarygodność jej Eugenii źródeł informacji. 
Co zrobić, że przeważnie tym źródłem była Rozalia znana z niewiarygodnych, 
nie zawsze prawdziwych opowieści.

Todzia była przyjaciółką Rozalii od dzieciństwa. Bardzo do niej podobną. 
Tylko, że miała jedną wadę. Lubiła sobie wypić, nie herbatę, ale czystą wódkę albo piwo.
Zrobiło się jej tak po śmierci męża. Pocieszała się w ten sposób i w końcu stała się alkoholiczką.

Na pobliską działkę często zapraszali ją kumple od kieliszka przeważnie mężczyźni. Piła z nimi. Potem robiła striptiz i z tym, który jej najwięcej postawił alkoholu szła do łóżka. Podobno.
Mówili o tym ci mężczyźni, zwłaszcza ci dotąd niedoceniani przez swoje żony. 
Ile w tym było prawdy? Nie wiadomo. Na pewno mężczyźni też potrafią dość dobrze rozsiewać psujące reputację plotki.

W każdym razie wybrały się pewnego dnia na działkę: Rozalia, Eugenia 
i Stanisława. Pewnego dnia po święcie zmarłych, gdy znów zaczęło świecić słońce. Wydawało się nawet, że zrobiło się cieplej i jakby lżej na sercu, 
chociaż nie do końca.

Stanisławie raczej lżej nie było w towarzystwie nielubianej za bardzo Rozalii, którą w myślach nazywała kłamczuchą koniecznie przez duże k.

Szła więc trochę noga za nogą jakby niosła z sobą wielką torbę pełną kamieni.

Rozalia zdawała się nie dostrzegać skrzywionej miny Stanisławy i swobodnie gadała o niczym z Eugenią. O niczym czyli trochę o pogodzie, a trochę o tym, co zrobi dziś na obiad: żurek z ziemniakami czy zupę pomidorową z kluskami.

Eugenia przy okazji chwaliła się swoją zupą buraczkową, którą zrobiła sobie już wczoraj w większej ilości.
- Myślę, że starczy mi na tydzień.
- A nie znudzi ci się?
Dopytywała Rozalia.
- Moje obiady nigdy mi się nie nudzą, a nawet jeśli, to chyba lepiej się nudzić niż wymyślać nowe.
Stwierdziła Eugenia tonem odkrywcy Ameryki.
Prawda była taka, że Eugenia podobnie jak Stanisława nie lubiła gotować. 

Powoli zbliżały się do działek dawnych pracowników zakładów obuwniczych, obecnie różnego rodzaju właścicieli jak choćby Szczepan jeden ze znajomych pijaczków Todzi.

Z małej czarnej torebki na ramieniu Rozalia wyciągnęła klucze od głównej furtki prowadzącej na teren działek. Przekręciła go i drzwi stanęły przed nimi otworem, a wszystko to dzięki Todzi, która klucze pożyczyła od Szczepana. 
Ciekawe czy przy okazji nie wypiła sobie trochę z tym Szczepanem. Zastanawiała się Stanisława.

Nie to jednak teraz było ważne, ale domek z zielonej cegły, którego wszystkie zaczęły wypatrywać. 

Niestety nic nie zobaczyły. Po godzinie chodzenia po działkach nogi im się tylko zmęczyły, a niebo zdążyło poszarzeć jakby za chwilę miało znowu padać.

Właśnie wtedy Eugenia została w tyle.
Coś jej wpadło do buta. Coś ją mocno uwierało i pochyliła się, żeby się tego pozbyć.

Gdy się podniosła, Stanisława i Rozalia były już kilka metrów dalej. Chyba nawet nie zauważyły, że jej już obok nich nie ma.
Rozalia coś mówiła do Stanisławy. Czyżby się pogodziły ze sobą?
Bo Stanisława też coś do niej mówiła. Z tej odległości nie było słychać, co i już Eugenia miała krzyknąć do nich, żeby na nią poczekały, kiedy go zobaczyła.

Był naprawdę zielony i nie z drewna tylko z cegły, ale jak cegła może być zielona? Prowadziła do niego mała ścieżka między brzozami. 
Niewiele myśląc Eugenia weszła na ścieżkę i zaczęła iść w stronę domu.

Dlaczego nie zawołała Rozalii i Stanisławy? Jakoś nie przyszło jej to do głowy. Dziwne. Myśli jakby stanęły i tylko jedna, ta która ją prowadziła do domu głośno krzyczała w głowie Eugenii.

- Chodź tu. Chodź bliżej.
Nawoływała jak Syrena. Może właśnie była Syreną.
Eugenia raczej się nad tym nie zastanawiała. Po prostu szła przed siebie. 
Jakby była w transie i ktoś prowadził ją do domu za rękę.

Z bliska to był dom nie domek. Eugenia dziwiła się jak komuś pozwolono postawić tutaj taki. Na działce miejskiej stawiało się przecież malutkie domki. 
Ten był zbyt wielki.

Przypominał rezydencję bogatych Amerykanów. Pewnie mocno się natrudzili, żeby nadać tak niezwykły odcień cegle. A może znali jakiś materiał, o którym inni nie mieli pojęcia.

Eugenia zapukała do dużych prawie jak wrota zamkowe drzwi. Najpierw delikatnie. Potem już mocno, gwałtownie i dopiero po chwili rozczarowana brakiem reakcji pociągnęła za klamkę.

Okazało się, że drzwi są otwarte jakby ktoś czekał właśnie na nią.
Weszła do środka.

W ciemności wymacała na ścianie kontakt i zapaliła światło.

Znajdowała się w długim korytarzu. Z prawej strony były drzwi jedne przy drugich. Z lewej windy. 

Nie wiadomo dlaczego najbardziej zainteresowała ją pierwsza z brzegu winda. Była przecież taka sama jak inne zielona. Drzwi na przeciwko też były zielone 
i cały korytarz tonął w zieleni i jaskrawym blasku świecących na suficie jarzeniówek.

Atmosfera była ciężka. Jakby w powietrzu wisiał jakiś miecz, który za chwilę spadnie ci na głowę. Może dlatego wybrała tę windę.
Chciała się w niej schronić. Na pewno dotrzeć do właściciela budynku. W głowie miała tyle pytań jak to Eugenia zawsze ciekawska i zawsze pragnąca wiedzy.

Eugenia nacisnęła guzik przy windzie.
Winda zjechała do niej. Drzwi otworzyły się z cichym szelestem i zamknęły 
za nią, gdy już weszła do środka.

Niby zwyczajne kwadratowe wnętrze. Na pierwszy rzut oka zwyczajne. Na drugi już nie. W środku było więcej guzików niż w zwykłej windzie. Wyglądało to trochę jak kabina jakiegoś astronauty. Można się było przerazić, ale Eugenia się nie przeraziła. Jej ciekawość była większa od innych uczuć.

Spojrzała na tablicę po lewej stronie i nacisnęła guzik z numerem 1 pewna, 
że teraz winda zawiezie ją na pierwsze piętro.
Obok niej pojawił się nie wiadomo skąd monitor komputera.
Jakby komputer był tu zawsze, ale uśpiony, ukryty w ścianie windy.

Eugenia uruchomiła go przyciskiem numer 1, który miał przecież jedynie zawieźć ją na pierwsze piętro.

Tymczasem na ekranie pojawiło się polecenie: wybierz poziom.
Przy poleceniu świeciły się dwa punkty zielony i czerwony.

Eugenia wybrała zielony. Czy dlatego, że cały dom był zielony i chciała zgłębić tajemnicę tej zieleni czy może dlatego, że nie przepadała za czerwonym.

Winda ruszyła do góry, chociaż po tych wszystkich guzikach i napisach można 
by było się spodziewać, że skręci w prawo, w lewo albo zjedzie w dół.

Na szczęście jechała do góry. Tylko na jakie szczęście? Eugenia złapała się na tym, że po raz pierwszy nie jest pewna, czy w ogóle dobrze zrobiła wsiadając do windy. Czy dobrze zrobiła wchodząc do tego domu? 

Jej wątpliwości zagłuszyła szybko ciekawość i myśl o tym jak o wszystkim później opowie Stanisławie i Rozalii. Jej opowieść na pewno przebije wszystkie opowieści Rozalii.

Winda zawiozła Eugenię do małego pomieszczenia. Gdy przeszła przez próg nagle jego ściany się ożywiły. Na wszystkich był trójwymiarowy obraz lasu 
z dźwiękiem śpiewających ptaków. 

Przez chwilę Eugenia miała wrażenie, że znalazła się jakimś cudem w lesie. Iluzja była tak doskonała. Przerwał ją dopiero metaliczny chropowaty głos jak 
z zepsutego komputera. Głos płynął ze wszystkich stron, ze ścian, z sufitu 
i podłogi.

- Witaj.
Mówił
- Chcemy, żebyś z nami współpracowała.
- Z wami czyli z kim?
Zapytała Eugenia.
- Z ludźmi, prawdziwymi ludźmi.
- Jak z prawdziwymi?
Nie rozumiała Eugenia.

- Z tymi, którzy byli na początku na Ziemi. Potem musieli się wynieść do innej przestrzeni, innego czasu.
- Jakiej przestrzeni?

Ciekawość Eugenii rosła jakby wprost proporcjonalnie do jej braku zrozumienia.
- Nie musisz znać szczegółów teraz. Jak zaczniesz współpracować dowiesz się wszystkiego. Nasza wiedza będzie dla ciebie dostępna i zrozumiała. Poza tym będziesz mogła śledzić ludzi. Będziesz widziała i słyszała więcej. 

Brzmiało zachęcająco. W końcu Eugenia zawsze o tym marzyła, ale nie wierzyła, że tak po prostu dostanie to w zamian za jakąś współpracę.

- O co chodzi z tą współpracą? Co miałabym robić?
- Zgodzisz się tylko na implant w zębie. Nic więcej.
- A co to takiego?

Eugenia nadal nie rozumiała. Słowo implant chyba słyszała gdzieś w telewizji. Pojawiło się w jakimś filmie przygodowym, ale nie mogła sobie przypomnieć jego znaczenia. Zaraz, zaraz, czy przypadkiem syn Wiesi nie zrobił sobie takich implantów? Chyba tak. To było wtedy, gdy znów miał więcej pieniędzy i wpadł na pomysł, by wymienić stare zęby na implanty.
Jednak czy teraz tym tutaj prawdziwym ludziom chodziło o takie same implanty?

- Nie masz się czego obawiać. Implant nie zrobi ci krzywdy. Wielu waszych nosi już takie w sobie, nawet w mózgu i nic im nie jest.
Wręcz przeciwnie są zdrowsi i więcej wiedzą, bo mogą korzystać ze 100 procent swojego mózgu, a nie tak jak pozostali tylko z 10.

- Dacie mi jakiś czas do namysłu?
Eugenia czuła, że gubi się coraz bardziej, że tylko dystans czasowy do całej sprawy może ją uratować. 

Oni jednak chyba też o tym wiedzieli, bo odpowiedź brzmiała:
- Nie. Czas nie jest ci potrzebny. Teraz korzystasz jedynie z małej cząstki swojego umysłu. Nie podejmujesz przez to dobrych decyzji.
Czas tego nie zmieni, więc dawanie go tobie jest bez sensu.

- W takim razie powiedz co będzie jak odmówię współpracy?
- Zaraz wrócisz skąd przyszłaś. Tego, co tu zobaczyłaś nie będziesz pamiętać. Nasza rozmowa i twój pobyt tutaj zostaną wymazane z twojej pamięci.

- Jejku i co ja mam robić?
Westchnęła Eugenia, która tak bardzo chciała o zielonym domu opowiedzieć wszystkim swoim koleżankom i sąsiadkom. Tymczasem okazuje się, że jacyś prawdziwi ludzie zabiorą jej tę opowieść. Zabiorą jej radość, jaką mogła jej przynieść. Przecież takie rzeczy zdarzają się bardzo rzadko.

- Decyduj albo współpracujesz i masz wiedzę i możliwości, jakich dotąd nie miałaś albo wracasz tam, skąd przyszłaś bez wiedzy i pamięci o nas.

- A co wy macie z tego? Po co wam akurat moja współpraca?
- Przyszłaś tutaj więc się nadajesz. Nic więcej wiedzieć nie musisz.
Decyduj.

Czyżby w tym mechanicznym głosie słychać było zniecierpliwienie? Może Eugenii się wydawało z powodu nacisku, z jakim głos powtarzał słowo decyduj.

Naprawdę nie wiedziała, co zrobić. Z jednej strony wiedza, z drugiej współpraca jak kolaboracja z Niemcami albo komunistami z czasów Stalina. Ta druga strona bardzo się Eugenii nie podobała. Czy bardziej od tej z pozoru ładnej?

Nagle Eugenii przypomniało się jak kupowała kolorowy telewizor, pierwszy kolorowy. Nie miała wtedy pieniędzy i sąsiad namówił ją, żeby wzięła jego stary, bo on już sobie go zmienia na nowy. 

Ucieszyła się, ale już następnego dnia żałowała. Kolory zanikały,
a jak się pojawiały to wszystkie były z domieszką czerwonego. 

Sąsiad nie chciał telewizora z powrotem i to ona musiała się potem trudzić 
z wyniesieniem go z domu. Musiała przekonać kogoś, żeby jej go wyniósł. 
W końcu dla niej to był zbyt wielki ciężar.

- Decyduj. Czas się kończy. Twój brak decyzji też będzie decyzją.
- Że nie chcę współpracować?
Była ciekawa Eugenia.

- Tak, brak decyzji będzie równoznaczny z brakiem współpracy. 
Jak nie podejmujesz decyzji, znaczy współpracy też nie podejmiesz.

- Dobrze, ale dla was źle. Nie będę współpracować.
Słowa same wyleciały jej z ust nagle, niespodziewanie. Zanim coś jeszcze zdołała dodać, usłyszała:
- Więc wrócisz. Zapomnisz o naszej rozmowie i o domu.
- Nie, nie zapomnę.
Upierała się Eugenia, ale głos już jej nie słuchał.

Znów stała w windzie, przed windą, w korytarzu przed zapaleniem światła, 
przed domem na ścieżce itd. itd. Czas z niezwykłą prędkością biegł do tyłu.

Eugenia rozmawiała z Rozalią o zielonym domku. Chciała sprawdzić, czy Todzia mówi prawdę, czy są to tylko jej pijackie halucynacje.

Po chwili Rozalii już nie było. Eugenia szła na rynek po zakupy. W oddali zobaczyła Rozalię. Widziała jej niepewność, niezdecydowanie jakby chciała jednocześnie podejść do Eugenii i coś jej powiedzieć i jak najszybciej skręcić 
w drugą stronę. Wreszcie zwyciężyła w niej ta druga opcja.

Eugenia po raz pierwsze miała uczucie jakby już to przeżyła, ale jak, kiedy. Niemożliwe. Mimo wszystko w ostatniej chwili odwróciła się od sprzedawczyni warzywniaka i pobiegła za Rozalią. Jednak ta gdzieś znikła. Eugenia musiała pójść do jej domu. Dlaczego? Nie wiedziała. Z jakiegoś powodu stało się to dla niej bardzo ważne.

W domu Rozalii też nie było. Pojawiła się dopiero wieczorem. Cały ten czas Eugenia spędziła na ławce przed jej klatką. Nie czuła zimna, głodu ani niewygody. Nie widziała przechodzących ludzi dziwnie się do niej uśmiechających i pozdrawiających ją znajomych. Nawet Stanisławy nie zauważyła, co bardzo Stanisławę zdziwiło i pewnie by ją zagadnęła, 
gdyby nie spieszyła się do domu.

Wieczorem po powrocie Rozalii, która też była bardzo zdziwiona obecnością Eugenii na ławce przed blokiem i nie mając innego wyjścia zaprosiła ją do domu, Eugenia zapytała:

- Chciałaś mi coś powiedzieć?
- Kiedy?
- Wtedy na rynku.
- Nie. Dlaczego pytasz?
Rozalia wyglądała na zaskoczoną.

- Widziałam jak stanęłaś. Nie wiedziałaś co masz zrobić, gdy mnie zobaczyłaś.
- Coś ty. Wcale cię nie widziałam, a jak stanęłam, to po to, żeby sobie przypomnieć, co mam kupić.
- Nieprawda.

Eugenii niezdrowo błyszczały oczy.
- Wiem, że chciałaś mi coś powiedzieć.
Krzyknęła.
- Uspokój się. Zrobię ci herbatę.
- Nie chcę twojej herbaty. Gadaj, co chciałaś powiedzieć.

Eugenia chwyciła ją za szyję jakby chciała ją udusić, jeśli Rozalia zaraz czegoś jej nie powie.
- Dobrze, dobrze za chwilę. Tylko mnie zostaw w spokoju.
Zapiszczała Rozalia coraz bardziej przerażona zachowaniem Eugenii.

Na szczęście Eugenia ją puściła. Rozalii udało się wyjść do przedpokoju, wyjąć komórkę z torebki i zadzwonić po policję.

Dotychczas nigdy ich nie wzywała. Zawsze dawała sobie radę bez ich pomocy. Po prostu nikt nigdy jej tak nie groził. Nie łapał za szyję. Nigdy nie czuła się 
aż tak bezbronna.

Do pokoju wróciła z trzepoczącym się na ramieniu sercem.
- Zaraz ci wszystko powiem.
Zaczęła.

Eugenia nie zareagowała na jej słowa. Jakby jej nie było. Jakby się tylko Rozalii śniła, ale nie, była. Siedziała tam, gdzie ją Rozalia zostawiła na krześle przy stole nadal w swoim beżowym płaszczu, którego nie zdjęła, gdy weszła do mieszkania Rozalii.

Jej ciało było pochylone do przodu.
Rozalia delikatnie ją dotknęła. Bardzo delikatnie jakby dotykała wyjątkowo niebezpiecznej trucizny.

Eugenia spała. Z jej otwartych ust wydobywało się chrapanie. Po tym Rozalia poznała, że śpi.

Co ona teraz zrobi z policją jak przyjadą i zobaczą, że nic złego się nie dzieje. Jeszcze każą jej płacić za zmarnowany czas.

Problem po chwili się rozwiązał sam. Eugenia obudziła się. Spojrzała wkoło nieprzytomnym wzrokiem.
- Gdzie ja jestem?
Zapytała.

- U mnie.
Odpowiedziała Rozalia.
- Ale dlaczego?
Zdziwiła się Eugenia.
- Przyszłaś. Odprowadzę cię do domu.

Rozalia szybko się ubrała i wyszła z Eugenią na szczęście znów zwykłą, spokojną, taką, jaka zawsze była. I na szczęście policja się nie spieszyła. 
Zdążyły wyjść z klatki i pójść do domu Eugenii.

- I co? Co było potem?
Pytała Stanisława, która dowiedziała się o wszystkim od Rozalii.

Dawniej pewnie znów by jej nie uwierzyła. Teraz sama widziała przecież Eugenię w dziwnym stanie jak siedziała na ławce przed klatką Rozalii. 

- Nic. Zaprowadziłam ją do domu. Ona po drodze ochłonęła i w domu już była sobą. Ja jednak na wszelki wypadek szybko wyszłam. Potem poczekałam jak policja odjedzie i wróciłam do domu.

- Nie zapłacisz jakieś kary za to, że ich wezwałaś?
- Nie wiem. Na razie jeszcze nigdzie mnie nie wezwali. Nic nie przysłali. 
Rozalia na samą myśl o ewentualnej karze trzęsła się ze strachu.

A Eugenia znowu była sobą. Tylko czasem miała dziwne uczucie, że coś jest nie tak, że ona coś zapomniała, coś ważnego i nie może sobie tego czegoś przypomnieć.













 

czwartek, 3 listopada 2016

Dziurawa pamięć- część 2.

Zanim przejdę do części drugiej krótkie streszczenie dla tych, 
co im się nie chce klikać w część pierwszą, chociaż jej nie znają.
Dla tych, co im się chce: klikajcie tutaj
A ci, co część pierwszą znają: pomińcie ten wstęp i czytajcie tekst 
umieszczony po obrazku.

Weronika jest siostrzenicą Klementyny, kiedyś lubianą, teraz nie za bardzo. Dlaczego? Bo robi się czasem agresywna i wobec ciotki i wobec innych. Dzieje się to w czasie, którego Weronika nie pamięta czyli tak zwanych dziur w pamięci.
Czy da się ją z tego wyleczyć? Jak podziała na nią regresing hipnotyczny?

Zdjęcie ze strony.

Eugenia i Stanisława spotkały się w drodze na cmentarz. Zbliżało się święto zmarłych i obie postanowiły zrobić porządek na grobach swoich bliskich zmarłych. Obie miały swoich bliskich na tym samym niezbyt odległym cmentarzu.

- Tyle razy tu przychodzę i nie wiedziałam, że ty też.
Zdziwiła się Eugenia.
- Jakoś cię nie zauważyłam. Gdybym wiedziała, zawsze chodziłybyśmy razem.

Powiedziała Stanisława. Jednak tak naprawdę była przerażona perspektywą odwiedzania grobu razem z Eugenią. Dobrze wiedziała, że ta zaraz skrytykuje porządek na grobie. Śmieci lub brud wokół i na jego powierzchni, ustawienie świec i kwiatów też.

Eugenia myślała o tym samym, że wcale nie chce chodzić na cmentarz ze Stanisławą, bo ta jeszcze zauważy coś, czego nie powinna zauważyć i jej o tym powie, a Eugenia będzie przez resztę dnia rozmyślać o tym, co powiedziała.

Przy bramie cmentarza się zatrzymały jakby nie wiedziały gdzie iść dalej, a raczej jak iść, żeby ta druga z tobą nie szła.

Stanisława już miała coś powiedzieć o sprzedawanych obok wkładach do lampek nagrobnych, kiedy nagle zauważyła Weronikę.

- Zobacz, kto tam idzie.
Pokazała Eugenii palcem dumna z tego, że po raz pierwszy dostrzegła coś, kogoś przed Eugenią.
- A ta co tutaj robi?
Zdziwiła się Eugenia.
- Idź, zapytaj. Wypuścili ją ze szpitala?
- Sama sobie idź i pytaj. Ja już na grób lecę. Chmury takie, jeszcze się rozpada.

Rzeczywiście na niebie od rana krążyły ciemne chmury i wszystko wskazywało na zbliżający się deszcz. Eugenia wykorzystała to jako pretekst, żeby się szybko oddalić od Stanisławy i jej ciekawości, z jaką teraz patrzyła na Weronikę, 
a później spojrzy na jej grób.

- Ja też idę zaraz. Tylko się tym wkładom jeszcze przyjrzę.
Stanisława odetchnęła z ulgą. Już nie będzie szła z Eugenią na swój grób. Eugenia nie będzie mu się przyglądać i krytykować.

Odwróciły się więc w dwie różne strony. Weronika za to w trzecią stronę, bo też już zauważyła ciekawskie sąsiadki, których nie chciała spotkać.

Na cmentarz przyszła dla Klementyny, swojej ciotki. 
Nie, ona jeszcze żyła, ale jej mąż już nie. 

Ponieważ ciotka oznajmiła dziś, że na grób by poszła, jednak siły nie ma, Weronika powiedziała, że chętnie pójdzie za nią. I jak powiedziała tak zrobiła, chociaż cmentarzy naprawdę nie lubiła. Cały ten zwyczaj chowania ludzi w trumnach pod drogimi kawałami kamieni wydawał się jej zwyczajnie głupi. Odzyskanie sympatii ciotki i jej dawnej miłości już takie się jej nie wydawało i dlatego warto było poświęcić trochę czasu na wolności poza szpitalem.

Później, znacznie później Weronika poszła do Florentyny na umówione spotkanie z małżeństwem zajmującym się regresingiem hipnotycznym. Hipnoza miała pomóc Weronice przypomnieć sobie to co działo się z nią w czasie dziur w jej pamięci czyli w czasie, którego nie pamiętała. Celem hipnozy było również uzdrowienie Weroniki jeśli nie od razu, to po kilku sesjach. Pomysł na hipnozę zaproponowała Florentyna, która jakiś czas temu poznała dwójkę specjalistów od tego tematu.

Weronika spodziewała się, że zobaczy dwoje ubranych w kolorowe stroje starych hippisów i bardzo się zdziwiła, kiedy ujrzała ich czarne stroje. Widocznie wrócili nie dawno z pogrzebu - pomyślała.

Kobieta podeszła do niej, uśmiechnęła się i powiedziała:
- Zwykle ubieramy się na czarno do swoich sesji, żeby nie ściągać na siebie negatywnych energii. Mam na imię Agnieszka. Mów mi po imieniu.

- Weronika
Przedstawiła się nie wiadomo po co, przecież oni już na pewno wiedzieli jak ma na imię. Mimo wszystko miała nadzieję, że nie umieją czytać w myślach, że Agnieszka mówiąc do niej, nie znała jej myśli.

- A ja jestem Wojtek.
Mężczyzna miał siwe włosy i nieregularne rysy twarzy. Poza tym całą masę zmarszczek jakby sesje hipnotyczne z klientami go wykańczały. Pewnie tak było. Inaczej czyby brali za te sesje tyle pieniędzy. 

Tak naprawdę Weronika nie wiedziała ile, bo koszty miała ponieść Florentyna, która chciała jej pomóc. Czy z dobrego serca czy z innych powodów nie wiadomo. Nie wiedziała ile, ale z góry założyła, że bardzo dużo, bo tak to sobie wyobrażała i zazwyczaj wiedziała coś z góry, z serca, z wyobraźni albo 
z szóstego zmysłu.

- Opowiesz nam o swoim problemie, a potem Agnieszka wejdzie w stan hipnozy i rozwiąże twój problem.
Wyjaśnił Wojtek.
- Dobrze.
Zgodziła się Weronika.

Powiedziała im wszystko, co pamiętała, a czego nie. Nawet o swojej znajomości z Markiem i obecnym pobycie w szpitalu i o tym jak bardzo chce, żeby ciotka kochała ją tak jak dawniej.

Jak bardzo pragnie powrotu do dawnej siebie, do siebie, jaka jest teraz, lecz za chwilę może już taka nie być, do miłej, grzecznej, bezproblemowej dziewczynki.

W tym czasie Agnieszka układała się wygodnie na tapczanie. Jedną poduszkę wzięła pod głowę, drugą pod kolana jak na zajęciach jogi, na których Weronika kiedyś była. Była tylko raz. Dlaczego tylko raz nie wiedziała albo nie pamiętała.

Po odliczaniu Wojtka od 5 do 0 Agnieszka weszła w stan hiponozy.
Po chwili zgodnie z poleceniem Wojtka połączyła się mentalnie z Weroniką 
i cofnęła do czasów dzieciństwa Weroniki.

- Mam 2 lata. Widzę jasne duże światło na niebie. Jest dokładnie nade mną 
i powoli zniża się do mnie.
Mówiła Agnieszka.

- Obejmuje mnie całą. Czuję, że mnie przenosi w inną przestrzeń, w inny czas.
- Jaki czas?
Zapytał Wojtek.

- W ich czas. To jest czas obcych.
- Są z innej planety?
- Nie, z czegoś innego.
- Z czego?
- Nie potrafię powiedzieć.

- Pozwól, żebym z nimi porozmawiał, z jednym z nich.
Przełącz się na jego świadomość. Powiedz mi, kiedy się przełączysz.
- Już.

- Jak masz na imię?
- Mojego imienia nie da się wymówić w waszym języku. 
- To jak do ciebie mówić.
- Mądry.
- Dobrze Mądry powiedz nam kim jesteś.
- W waszym języku obcym z innego świata.
- A w twoim.
- Mojego języka nie zrozumiesz.

- Dobrze, powiedz nam co chcesz od Weroniki.
- Badać ją.
- Po co?
- Pochodzi z Ziemi. Ta planeta nas interesuje.
- Dlaczego?
- Jest ciekawa.
- Dlaczego jest ciekawa?
- Nie rozumiem pytania.

- W porządku przejdźmy dalej. Powiedz dokładnie, co będziesz robił Weronice? Jak będziesz ją badał?

Zapadła dłuższa cisza. Weronika czuła się jak na projekcji ciekawego filmu. 
Nie mogła uwierzyć, że to o niej.

- Pokażę.
Po chwili Agnieszka powiedziała, co widzi, bo to, co obcy pokazał widziała tylko ona.

- Duża sala podobna do operacyjnej. Jest dobrze oświetlona.
Leży tu wiele dzieci w wieku Weroniki. Wszystkie mają ciała podłączone rurkami do różnych aparatów. Na ekranach widać aktywność mózgu dzieci i to jak się zmienia pod wpływem różnych bodźców. Testowane dzieci śmieją się, płaczą, krzyczą. W końcu po podaniu dziwnej cieczy albo chmury uspakajają się.

- Co to za ciecz czy chmura?
Wojtek zadawał cały czas pytania.
- To nasza energia.
Obcy nadal tłumaczył ustami Weroniki.

- Wasze dusze?
- Tak.
- Dlaczego je podajecie dzieciom?
- Mają żyć w ciałach Ziemian, żeby obserwować Ziemię.
- Wyjmujecie je jak już poznają?
- Tak. Wyjmujemy po śmierci Ziemianina.

Jak to miała ochotę krzyknąć Weronika. Do śmierci będę nosić w sobie jakiegoś obcego?

- To co daliście Weronice, wyjmiesz jej teraz.
Rozkazał Wojtek. I znów zapadła cisza. 

Po dłuższej chwili jakby się namyślał, obcy odpowiedział.
- Nie mogę tego zrobić.
- Dlaczego?
Zapytał Wojtek.
- Nie mam uprawnień.
- Poproś tego, kto ma uprawnienia.

Obcy zamilkł chyba na dobre.
Wojtek poprosił Agnieszkę, żeby połączyła się z tym, który ma uprawnienia.

- Jestem.
Odezwał się nowy.
- Wyjmij z Weroniki duszę swojego przedstawiciela.

- Wyjmę, ale nie teraz.
- Dlaczego nie teraz?
- Teraz jest zły czas.
- Dlaczego zły?
- Niewłaściwy. Czas wyjęcia jest inny. Jest zaprogramowany i nie można go zmieniać. Nie można wyjąć przed czasem.
- Dlaczego?
Drążył wciąż Wojtek.

- Ona umrze i nasz też umrze. Dwie niepotrzebne śmierci.
- Kiedy w takim razie można go wyjąć?
- Za 4 lata waszego czasu.
- Dlaczego za 4?
- Tak jest zaprogramowany.
- Możesz przecież przyspieszyć czas teraz.
- Nie mogę. To zabronione.

- Przez kogo?
- Naszego Stwórcę.
- Boga?
- Bóg jest wasz. Nasz jest Stwórca.
- To nie to samo?
- Nie.

- Co w takim razie można zrobić, żeby Weronika nie odczuwała obecności obcego?
- Nic.

Obcy nie wiedział albo nie chciał wiedzieć. Weronika czuła podchodzące jej 
do gardła przerażenie. Czyżby dopiero po 4 latach mogła się pozbyć intruza, 
który tak jej w życiu mieszał?!

Wojtek jednak nie miał zamiaru się poddać. Poprosił Agnieszkę, 
by połączyła się z obcym w ciele Weroniki.

- Jak masz na imię? Powiedz jak to będzie brzmiało w naszym języku, 
żebyśmy mogli się do ciebie jakoś zwracać.
Polecił Wojtek jak tylko Agnieszka połączyła się z obcym.

- Jestem Gniewna.
- Często się gniewasz?
- Tak.

- Jesteś rodzaju żeńskiego?
- W waszym rozumieniu tak.
- Czy chcesz wyjść z ciała Weroniki i wrócić do swoich?
- Tak.
- W takim razie wyjdź.

- Nie mam pozwolenia.
- Potrzebujesz pozwolenie?
- Tak.
- Czyje?
- Stwórcy.
- Czy możesz mi pozwolić porozmawiać ze Stwórcą?
- Jeśli się zgodzi, tak.

Cisza. Weronika słyszała w niej swoje serce, a może tak jej się tylko wydawało. W jej głowie pojawił się ból. Najpierw delikatny, po chwili już większy. Złapała się za głowę. Krzyknęła. Spadła z fotela. Straciła pamięć.

Przed Wojtkiem i Agnieszką pojawiła się Gniewna. Ktoś jej dał naprawdę dobre imię. W pełni oddawało jej złość. 

Gniewna rzuciła się na siedzącą obok Florentynę. Zaczęła ją dusić tak jak Zuzię w szpitalu. Ona też ją denerwowała. Dlaczego?

Nieważne. Gniewna nigdy nie pytała o powody. Robiła co czuła, że musi robić. Nie mogła przestać. Nie mogła się uspokoić. Może uspokoiła by się, gdyby już zabiła. Najpierw Florentynę, potem Wojtka i Agnieszkę. Nie wiedziała, dlaczego akurat w takiej, nie innej kolejności.

Pewnie by się jej udało, gdyby nie siła Florentyny i jej znajomość chwytów dżudo i karate. Zanim Wojtek w jakikolwiek sposób zareagował, Florentyna obezwładniła Weronikę. Wykręciła jej rękę do tyłu i usiadła na jej plecach. Przygniotła ją swoim ciałem.

Razem z Wojtkiem ją związali.

Agnieszka nadal milczała.
Wojtek zapytał, czy ma połączenie ze Stwórcą.

- Nie mam.
- Połącz się z Gniewną.
- Próbowałam, ale ona nie chce już z nami rozmawiać.
- Powiedz jej, żeby sobie poszła.
- Nie chce.
- Powiedz jej, że to rozkaz od Stwórcy.

Jeszcze raz cisza. 

- I jak posłucha? Odchodzi?
- Tak.
- Stwórz barierę między nią, a Weroniką, żeby kontakt z Weroniką nie był już 
dla niej taki prosty. Robisz to?
- Tak.
- Jest już?
- Tak.

Jedyne co udało im się zrobić w czasie tej sesji regresingu.
Było im trochę głupio, a może wcale nie.

Weronice na pewno było przykro, gdy po odzyskaniu swojej świadomości, dowiedziała się, że to jeszcze nie koniec, że na razie dla dobra swojego i ciotki musi wrócić do szpitala.

Stworzona przez Agnieszkę bariera między nią, a intruzem miała zapobiec nagłemu pojawianiu się Gniewnej. Tym razem Weronika miała wiedzieć, kiedy Gniewna zechce przejąć nad nią kontrolę. Miała o tym mówić ludziom w jej pobliżu. Poinformować lekarkę, że jej choroba polega na zaburzeniach osobowości, że tak jej wyszło w czasie hipnozy. 

I tak Weronika była bardzo rozczarowana. Chyba za bardzo nastawiła się na to, że wróci do ciotki zdrowa. Do szpitala nie będzie musiała wracać.

Po jakimś czasie całą sytuację jak zwykle omówiły Eugenia ze Stanisławą 
na herbacie u Eugenii.

- I co z Weroniką?
Zapytała Stanisława. Była pewna, że Eugenia będzie wszystko wiedziała, 
bo od Klementyny na pewno się tego nie dowie.

- Co ma być? Wróciła do szpitala. Ta hipnoza im nie wyszła i tyle.
Burknęła Eugenia niezbyt zadowolona, ponieważ na temat Weroniki niewiele miała informacji.

- A Florentyna im zapłaciła?
Ciekawiła się dalej Stanisława.
- Chyba tak. Zresztą co się mnie pytasz. Jej zapytaj.

- Będą inne hipnozy?
- A ja wiem? Florentyna będzie wiedziała.

Czyżby Eugenia znów była niedoinformowana?

 
P. S. Co będzie dalej? Okaże się na pewno w jakieś przyszłej historii.