wtorek, 27 grudnia 2016

Święta z mężczyzną.

Wiem, że święta już minęły.
Ale zawsze można powspominać albo pomarzyć o następnych, że będą lepsze.
Jakie były dla moich bohaterek?

Zdjęcie zabrane z Tumblr.

Eugenia i Stanisława dwoiły się i troiły przy ostatnich przygotowaniach do świąt Bożego Narodzenia. Chociaż obie robiły już wcześniej zakupy, okazało się, że jeszcze nie wszystko kupiły. Poszły więc do marketu. Nie razem, osobno. 

Dopiero przy kasie się spotkały, obrzucając dokładnie wzrokiem, to co w koszyku ma ta druga. I dlaczego ja na to nie spojrzałam. Ale teraz przecież nie wypada pędzić z powrotem do półek. Tak sobie myślały. Jedna i druga.

- Mam już dość tych świąt - stwierdziła Eugenia wciąż ze wzrokiem w koszyku Stanisławy.
- Ja też- stwierdziła Stanisława, która też wpatrywała się w zakupy, tyle, że nie swoje, a Eugenii.
Ciekawe po co jej tyle wody mineralnej? - dziwiła się w myślach.

- A dużo masz gości? - Zapytała Stanisława.
Pewnie sądziła, że dowie się czegoś o dotąd nieznanej rodzinie Eugenii. Na próżno.
- Za dużo - odparła Eugenia i ani nie myślała, żeby powiedzieć coś więcej.
- Ja też za dużo.

Stanisława wzdychała. W żaden sposób nie mogła być gorsza od Eugenii. Może tak naprawdę nikt nie przyjdzie. Nie ma nikogo, komu, by zależało. A te wszystkie zakupy. No, cóż od czego są święta jak nie od objadania się.

- Ech, lepiej, by te święta minęły. 
W głowie Eugenii kręciły się podobne myśli. Ona też nie miała pewności, co do swoich ewentualnych gości. Prawdopodobnie skończy się wszystko na życzeniach przez telefon, a jedzeniem osłodzi sobie samotność. Bardzo dobry, wypróbowany sposób.

- E, co narzekać? Dobrze, że same nie będziemy - dalej ciągnęła temat Stanisława. - Taka Klementyna na ten przykład sama.

Eugenia się skrzywiła.
- Nie. Zygmunt przyjechał.
- No, coś takiego. Ja się już go nie spodziewałam.
Stanisława aż usta otworzyła ze zdziwienia. Jednak Eugenia zawsze potrafiła ją zaskoczyć.

- Pewnie się oświadczy. Pobiorą się w święta i będzie bal.
Eugenia już widziała siebie wśród honorowych gości. Jak to ona.
- E, tam. Ślubu tak szybko nie załatwią - przywołała ją do rzeczywistości Stanisława.
- Może mają znajomego księdza.
Eugenia nie dawała się wyrwać z marzenia.
- A może sam Zygmunt jest księdzem - uśmiechnęła się Stanisława.

- O tam, dalej widzę kuzynkę Elę. Wybacz muszę z nią porozmawiać. 
Eugenia z trudem wydostała się z kolejki i popędziła w głąb sklepu.

Stanisława tylko wzruszyła ramionami. 
Nie chce gadać, to uciekła - pomyślała - I dobrze ja też już ochotę na rozmowę straciłam. Tym bardziej nie mam zamiaru z nią wracać do domu. Znowu się będzie na moje okna gapiła. A co ja poradzę, że śnieg padał i je pobrudził. Nie mam już siły, żeby je myć. I samej Eugenii mam dość. I tych jej ciągłych rewelacji. Zygmunt wrócił, akurat. Dlaczego ja niczego nie widziałam. Zawsze tylko ona.

Powoli i bez humoru Stanisława wróciła do domu.
Eugenia też wróciła tylko znacznie później. Krążyła po sklepie zanim nie spostrzegła odchodzącej z zakupami Stanisławy. Nie zobaczyła kuzynki, ale uciekła od Stanisławy i jej głupiego gadania czyli dokładnie tak jak się tego domyśliła Stanisława.
- Co zrobić jak ona nawet słuchać nie umie. Zawsze tylko drwi z człowieka - wzdychała Eugenia.

Jednak Eugenia miała rację. Zygmunt wrócił, chociaż za bardzo nie wiedział do czego. Do pustego mieszkania na pewno nie. Do Klementyny? Może. Do Florentyny? Kto wie? Ktoś na pewno, bo Zygmunt raczej nie.

Owszem przywiózł dla jednej i drugiej czekoladki. Owszem lubił je obie. Kiedyś, nie tak dawno nawet kochał Klementynę i porównywał do nieżyjącej żony. Kiedyś. Niestety po seksie z Florentyną wszystko się zmieniło. Niczego już nie był pewien ani trochę. Sądził, że oddalenie się od obu kobiet pozwoli mu nabrać dystansu. Nie pozwoliło. O obu dużo myślał. Nie był jak mu się zdawało monogamistą. Teraz podobały mu się obie na swój sposób. Każda coś w sobie miała. Szkoda tylko, że u Klementyny przeważała cnota, pruderia nad zmysłami. Za to Florentyna miała ich aż za dużo.

Pierwsze swoje kroki skierował do Klementyny. Nadal tliła się w nim nadzieja, że może teraz Klementyna zrezygnuje ze swoich zasad. Rzuci mu się namiętnie w ramiona. W końcu zrzuci z siebie wszystko i spędzą wyjątkowe w swej odmienności święta.

Okazało się szybko, że się łudził.

Klementyna powitała go bez entuzjazmu.
- Wróciłeś - stwierdziła zmęczonym głosem. - Wejdź jak już jesteś.
Zabrzmiało to tak jakby łaskę robiła. Już poczuł się źle. Nie tego się spodziewał. Nieważne, że sobie pojechał gdzieś bez pożegnania. Mimo wszystko oczekiwał, że kochająca go kobieta bez względu na wszystko obdarzy go od progu miłością. A tu jedynie niechęć i smutek w jej oczach. Łzy jakby za chwilę miała się rozpłakać.

- Przyjdę później - oświadczył. - Muszę jeszcze się rozpakować i przygotować choinkę. Syn przychodzi.

Klementyna po raz pierwszy słyszała o synu, ale powstrzymała się od pytań i komentarzy. Starała się z całej siły uwierzyć, że to prawda, że jest jakiś syn i że go odwiedzi. Szkoda tylko, że nie chce ich sobie przedstawić. Taka wspaniała okazja, ale dobrze, nie będzie nalegać.

- Nie wejdziesz nawet na chwilę spróbować mojego sernika - uśmiechnęła się, a raczej wykrzywiła twarz przez łzy.
- Wybacz. Już jestem spóźniony. Wrócę do ciebie po wszystkim.

A to dla ciebie.
Zygmunt wyciągnął z torby czekoladki w czerwonym opakowaniu z serduszkiem.
- Dziękuję - ucieszyła się Klementyna - a ja nie pomyślałam. Tak długo cię nie było.
- Nie szkodzi kochanie.
Zygmunt delikatnie pocałował ją w policzek jak brat siostrę.
I poszedł sobie niby do siebie. Naprawdę do Florentyny.

Florentyna to przeciwieństwo Klementyny.
Od razu rzuca mu się na szyję. Wita ciepłym uśmiechem.
Jego usta muska równie ciepłymi wargami. 
Zygmunt od razu czuje pragnienie. Już teraz zaraz chce ją mieć pod sobą, na sobie, w ogóle jak się da.

Ona jakby pragnęła tego samego. Wciąga go do mieszkania. Rozpina mu płaszcz, a potem koszulę. Rozbiera go. On nie pozostaje obojętny. Przytula ją. Mówi, że się stęsknił, a nawet, że ją kocha. Całuje ją rozpalonym z pragnienia językiem. Rozpina jej bluzkę. Jak to dobrze, że Florentyna nosi takie, jakie lubi do rozpinania. Guzik za guzikiem zbliża się do jej piersi. O dziwo nie są zapięte w staniku. Są wolne i rozkosznie twardnieją pod jego dotykiem.

Zygmunt się pochyla. Całuje najpierw prawą, a potem lewą. Schodzi językiem do jej brzucha. Czuje jak jej ciało ulega. Gdy jest niżej przy udach, jest już gotowe. On jednak się nadal nie spieszy. Chce przedłużyć przyjemność jej i swoją. 

Znacznie niżej zdejmuje jej majtki białe z koronką. Pieści wargami jej łechtaczkę. Ona wzdycha. Robi się wilgotna i jeszcze bardziej ponętna.

Zygmunt nie wie jak dłużej wytrzyma. Ona tak bardzo go podnieca. W dodatku pachnie kawą, tą najbardziej ulubioną. Nieważne jak się ona nazywa. Chodzi o zapach, który go uwodzi, który sprawia w końcu, że uwolniony już ze spodni penis wchodzi w nią. 

Szybko, wolno. Jest na niej. Ona trzyma nogi na jego ramionach. Ściska go biodrami. Podnieca swoimi okrągłymi ruchami.

Zygmunt ma wrażenie, że zaraz w niej eksploduje. Dlatego zmienia pozycję. Ona przed nim z nagimi pośladkami. Nadal jędrnymi. 

Teraz on próbuje czegoś nowego, czego nigdy nie robił z żoną. Ona nie chciała. Czy Florentyna się zgodzi? Zgodziła się.

Zygmunt penetruje jej szczelinę między pośladkami. Wolno i szybko. Ona wzdycha. Jęczy. Łączą się ich spieszące się oddechy.

Jej ciało ogarniają podniecające go skurcze. Już nie może dłużej.
Wyrzuca z siebie na jej pośladki owoce swojej namiętności. 

Po chwili oboje ogarnia spokój. Przytulają się do siebie.
Ona kładzie głowę na jego piersiach. On ją obejmuje ręką.
Znów mówi, że ją kocha. I nie jest to sprzeczne z prawdą. Właśnie teraz to czuje. Miłość do Florentyny.

W innym miejscu, lecz w tym samym czasie Radomiła odbiera telefon. To Kazimierz, a czekała na Teo. Jest trochę rozczarowana. Bardzo smutna, że Teo jeszcze się nie odezwał.

Kazimierz słyszy w jej głosie niechęć i nudę, a jednak nie jest zły. Raczej dręczą go wyrzuty sumienia, że na tak długo i bez żadnego słowa wyjaśnienia zostawił ukochaną kobietę. To jest ukochana kobieta, chociaż na początku wmawiał sobie, że nie, że bardziej zależy mu na żonie, na powrocie do niej.

Niedawno się przekonał, że już mu nie zależy. Ona nadal go nie chce. Nie przytula. Nie całuje. Stała się zimna jak królowa śniegu.

Tylko dzieci ich łączą. Łączyły.  Są już dorosłe. Wyprowadziły się z domu. Syn do dziewczyny, córka do chłopaka. Żyją sobie bez ślubu. Takie czasy. Tylko jego żona się krzywi. Za dużo przebywa w kościele, zdaniem Kazimierza, by mogła zrozumieć takie sprawy.

W końcu jednak żona odeszła. Zostawiła go z krótkim listem, że musi sobie przemyśleć to i owo, zastanowić się, czy go nadal kocha, czy wytrzyma z nim i jego kochankami.

Tak. Były inne oprócz Radomiły. Ona wśród nich okazała się najlepsza. To za nią tęsknił, nie za innymi. Tamte wystarczały na jeden raz. Na dłuższą metę z żadną, by nie wytrzymał.

Teraz zaprasza Radomiłę do siebie, do swojego od jakiegoś czasu pustego domu. Wie, że zaprasza w ostatniej chwili, że powinien wcześniej, ale jakoś nie wyszło.

Kilka minut musi upłynąć zanim do Radomiły dotrze sens jego słów, zanim zareaguje radością, bo przecież nie przestała kochać Kazimierza z powodu Teo. Nawet jeśli tak jej się wydawało.

Pewnym problemem jest matka i babka, z którymi Radomiła mieszka i które spodziewają się, oczekują, że z nimi spędzi święta.
A tu nic z tego. Radomiła już wie, że będzie z Kazimierzem. 

Szybko wymyśla wymówkę-usprawiedliwienie dla swoich bliskich. Wyjeżdża z koleżanką Basią. Tylko zapomniała o tym wcześniej powiedzieć. Jakoś wypadło jej z głowy.

Równie szybko Radomiła się pakuje, starając się nie słyszeć narzekań babci i mamy, że jak to, że chyba oszalała, że tuż przed wigilią i świętami, jak może zostawić bliskich.

Może. Zostawia. Pędzi do Kazimierza taksówką, żeby już zaraz być z nim. Tylko z nim. Poczuć wreszcie prawdziwą, nie sklepową magię świąt.

On ją wita jak Florentyna Zygmunta ciepłym uśmiechem i ciepłym chętnym ciałem. Obejmuje ją przytula. Całuje namiętnie w usta, szyję. Chwilę później w jedną i drugą pierś.

Nie spieszy się, przynajmniej się stara, chociaż pośpiech krąży mu pod skórą. Krąży we krwi razem z podnieceniem jej kształtnym ciałem, jakże dawno niewidzianym, niedotykanym.

Językiem i palcami dotyka każdego centymetru  powierzchni odsłaniającego się przed nim ciała Radomiły.

Jest co podziwiać. Jest czego pragnąć.

Radomiła czuje to samo. Jego ciało wciąż ją pociąga. Wciąż sprawia, że traci głowę.

Myśli znikają. I wszystko wokół. Nic nie jest już ważne.

Ich ciała się witają. Poznają na nowo. Łączą się ze sobą w różnych pozycjach. 

On na niej. Ona na nim. Z boku i z tyłu. Pieszczoty w 69. Rozkosz wydająca się nie mieć końca. 

Radomiła odkrywa ponownie przyjemność, jaką daje jej seks z Kazimierzem. Cała pulsuje przyjemnością.

Gdy on dochodzi, ona go nadal pragnie. Mimo przeżytej przed chwilą ekstazy. Naprawdę nigdy nie ma go dość.

On jej też. Robi sobie jedynie krótką przerwę i wraca do pieszczenia jej ciała.

Na wzajemnych pieszczotach spędzają wigilię i pozostałe święta.
Poza tym się przytulają. Cieszą sobą w czasie rozmowy, wspólnych posiłków prostych, ale jak smacznych w kochanym towarzystwie, w czasie spacerów po lesie, do którego zawozi ją Kazimierz.

Podobnie Florentyna i Zygmunt wciąż siebie spragnieni. Jadą razem za miasto z dala od ciekawskich oczu Eugenii, z dala od płaczącej gdzieś tam Klementyny. Są razem. Dobrze im. O wiele lepiej niż wtedy, gdy byli sami, bez niej, bez niego. Nawet Zygmunt to zauważa.

Tak jak Kazimierz często swojej ukochanej powtarza słowo kocham. Czuję, że zawsze mógłby z nią być.

Mimo całych starań Zygmunta Eugenia jednak zauważa, dostrzega to, co się dzieje w jej bliskim sąsiedztwie. Jak mogło by być inaczej. Dla ciekawskich spostrzegawczych oczu nie ma tajemnic.

Po świętach Eugenia zaczęła testować wiedzę Stanisławy. Ile ta wie o Florentynie i Zygmuncie i o dziwnym wyjeździe Radomiły nie wiadomo z kim i dokąd.

- Klementyna płacze - stwierdziła pewnego razu, gdy znów się spotkały na ulicy w drodze po zakupy.
- Dlaczego? - zdziwiła się Stanisława.
- Nie wiesz? - Eugenia udała zaskoczoną niewiedzą Stanisławy. Naprawdę jej się właśnie spodziewała.
- Nie - przyznała Stanisława. - A co?
- Nic takiego. Widziałam Zygmunta z Florentyną w święta.

Stanisława ma ochotę zapytać: miałaś czas przy tylu gościach zobaczyć Zygmunta. Z trudem się jednak powstrzymała, bo wie, że nie tędy droga do wiedzy Eugenii.

- Ciekawe - stwierdziła. - Byli gdzieś razem, a co z Klementyną?
- Mówiłam ci, że płacze.
- Też ich widziała?
- Tego akurat nie wiem.
- A Zygmunt nie ma zamiaru znów zniknąć - drążyła dalej temat Stanisława.
- Zapytaj jego jak jesteś ciekawa - odparła Eugenia. - Na mnie czas. Muszę lecieć.

Cała Eugenia. Wzbudza ciekawość Stanisławy, a potem znika. Chyba ona najbardziej, by pasowała do Zygmunta - pomyślała Stanisława. -Tylko czy chciałby taką starą ciekawską wiedźmę?


P. S. Jak długo potrwa idylla między Zygmuntem i Florentyną oraz ta między Kazimierzem i Radomiłą? Zobaczymy już w innej opowieści.

 




 

wtorek, 20 grudnia 2016

Rada wróżki.

Niektóre to prawdziwe mistrzynie w swoim fachu. 
Utalentowane czarownice. Niestety tylko niektóre.
Większość zazwyczaj nie posiada żadnego talentu. 
Poza tym jednym: manipulacją.
O kim mówię? Oczywiście o wróżkach.
A jaka była ta, która poradziła mojemu bohaterowi?
I co mu poradziła?

Zdjęcie stąd.

Miejsce: Świat po śmierci. Kraina do której trafiają ludzie i inne istoty po życiu na Ziemi i innych planetach.

Czas: Nieokreślony.

Bohaterowie: Filip - duch zwyczajny.
                       Miś - duch zabawki.
                       Leona - duch wróżki.
                       Dziewica - duch z bajkowej rzeczywistości.
                       Krowa - duch krowy.

Dialog 1

Miejsce: Blok czteropiętrowy. Mieszkanie pod samym dachem. Wnętrze oświetlone naturalnym światłem, które sączy się przez zamknięte, niezasłonięte okno. Bardzo mgliste i blade światło.

Na łóżku leży Filip i gapi się w sufit. Na sobie ma piżamę brązową.
Od czasu do czasu wzdycha, jęczy. Innych odgłosów nie wydaje.

Miś siedzi na brązowym starym fotelu na przeciwko Filipa. Na przemian zatyka 
i trze swoje niebieskie uszy. Kręci głową z niezadowolenia. 

Miś: Jęczysz i jęczysz, aż uszy bolą. Całą noc przez ciebie spać nie mogłem.

Filip nadal wzdycha, jęczy. Na słowa Misia nie reaguje.

Miś: Zaczarowała cię ta wstrętna wampirzyca.
Filip: Tylko nie wstrętna, dobrze?!

Miś ( mówi do siebie ): Coś jakby do niego dotarło. Teraz mu powiem tak, że zleci z łóżka z wrażenia.

Miś: Słyszałem o kimś, kto ci pomoże.
Filip ( nadal obojętnym głosem): Nikt i nic mi nie pomoże. Jestem skończony.

Miś ( mówi do siebie ): Zapomniałeś tylko dodać idiotą.

Miś: Jest tu pewna wróżka, Leona. Prowadzi sklepik ezoteryczny i wróży. Jest podobno ekspertem od eliksirów miłosnych.
Filip ( jakby się obudził ): Co?! Gdzie?!
Miś: Na ulicy Cukierkowej. Dwie ulice dalej.

Filip zgodnie z przewidywaniami Misia wyskakuje z łóżka tak szybko, że uderza kolanem o szafkę z lampką. Teraz wije się i krzyczy z bólu, jednocześnie wyjmuje z szafy swoje ubranie: brązową marynarkę, brązową koszulę z długim rękawem, brązowe majtki i kalesony, płaszcz długi zimowy brązowy, szalik i czapkę też brązowe. Wszystko ląduje na podłodze. Tylko ostatnie rzeczy przyciągają uwagę Filipa.

Filip: Czy mi się wydawało, czy rzeczywiście tego płaszcza, szalika, czapki 
i butów jeszcze wczoraj nie było. Za to znikła gdzieś moja chustka pod szyję 
i adidasy.

Miś ( cicho ): Mała strata i tak były paskudne.

Miś: Na zewnątrz zapanowała  zima i stąd te ciuchy. Chociaż tutaj nie trzeba się o nie martwić. Zawsze się pojawiają we właściwym czasie.

Filip ( zdziwiony ): Nie rozumiem wczoraj jeszcze lato.
Miś: Widocznie przyszedł do nas ktoś ze świadomością zimy i pewnie jeszcze świąt Bożego Narodzenia.
Filip ( krzyczy ): Nie chcę zimy. Nie chcę świąt.
Miś: I co z tego? On, ona, ono ma silniejszą niż ty świadomość.
Zresztą szkoda czasu na protesty, przecież idziesz do wróżki.
Filip: No, tak.

Filip przestaje wpatrywać się w dodatkowe rzeczy, których wcześniej nie posiadał i siada na podłodze. Szybko jednak przenosi się na łóżko, bo podłoga okazuje się lodowato zimna. Na łóżku też jest zimno, ale mniej. Filip zakłada majtki, kalesony i wszystko robi w pośpiechu.

Miś: Cukierkowa 12 przy kiosku z bułkami. Zresztą jak stąd wyjdziesz powiedz głośno adres, a nogi same cię poniosą.
Filip: Czyli taki darmowy GPS.
Miś ( dziwi się ): Co takiego?
Filip ( uśmiecha się ): W twoich czasach nie było, co?
Miś ( kiwa głową ): Nie, a co to?
Filip: Takie coś co ci pokazuje na telefonie, gdzie jesteś i gdzie masz iść.
Miś ( znów się dziwi ): Na telefonie?
Filip ( znów się uśmiecha ): Telefonów też nie widziałeś nigdy w życiu?
Miś: Widziałem. Miały tarcze z numerami czasem klawisze do wciskania. Stały 
w pokoju albo w przedpokoju. Tam, gdzie było gniazdko.
Filip: Aha, stacjonarne czyli te, co ich zabierać ze sobą nie można.
Miś: Są inne?
Filip: Tak, ale o tym powiem ci jak wrócę od wróżki. O ile ona mi pomoże, bo jak nie to...
Miś ( wystraszonym głosem ): To co?
Filip ( groźnie ): Zobaczysz.

Miś się krzywi i mówi do siebie.
Miś: Nie uda się. Oberwę, bo Leona to oszustka. Nie jednego już nabrała. Chociaż może. Byli i tacy, co ją chwalili. W jakiś sposób im pomogła, albo oni sami sobie pomogli. Boże, zlituj się nad małym misiem i spraw, żeby Filip należał do tej drugiej, zadowolonej grupy.

Miś rzadko się modli. Nie wierzy w Boga i jego dobro, bo gdyby istniało dobro, czy on, Miś byłby tutaj? Jednak obecna sytuacja wydaje się krytyczna.

Tymczasem Filip kończy się ubierać. Wychodzi bez słowa pożegnania. Tak mu się spieszy.

Drzwi się za nim zamykają. Po drugiej stronie zostaje Miś i groźna cisza.


Dialog 2

Miejsce:  Ulica, dom wróżki.

Zanim znajdziemy się w domu wróżki Leony, widzimy ulicę, chodnik, którym idzie Filip. Z góry pada śnieg z deszczem. Po obu stronach ulicy sklepy z oświetlonymi witrynami. Wszystkie prezentują ozdoby świąteczne. Prezenty powieszone w pudełkach na sznurkach lub ustawione na podwyższeniach, Mikołaje, gwiazdki, bombki. Oczy Filipa rażą ich światła. Musi założyć brązowe okulary przeciwsłoneczne, a nawet to nie na wiele się zdaje. Filip z trudem pokonuje przestrzeń, która dostosowała się do świadomości kogoś, czegoś, kto tu przybył.

Umarł przed świętami albo w święta - myśli o tym kimś Filip. Pewnie się na nie szykował, a tu śmierć nagle przyszła. Gdyby o mnie chodziło, byłoby lato. Co tu zrobić, żeby mieć większą świadomość. O to też ją zapytam - postanawia Filip.

Wreszcie dociera do domu wróżki. Na dachu i na ścianach domu pierniki 
i czekoladki jakby trafił do domku Baby Jagi. Wokół drzewa, o dziwo, pełne liści 
i owoców: winogron, jabłek, gruszek, pomarańczy. Wiszą na każdym po trochu. Poza tym w oczy rzuca się wysoka trawa, róże czerwone i niebieskie, ławka z czarnym kotem i buda, w której siedzi kudłaty żółty pies średniej wielkości. Jego wygląd kojarzy się Filipowi z dawno oglądanymi i lubianymi Fraglesami i dużym psem Cliffordem.

Filip puka najpierw delikatnie, a później coraz bardziej gwałtownie do zielonych drzwi domku.

W środku w dużym łóżku z baldachimem zielonym i zielonymi zasłonami śpi wróżka Leona. Śni jej się egzotyczna plaża i morze i właśnie ma skosztować mrożonej kawy w wysokiej szklance z  żółtą słomką, kiedy ze snu wyrwa ją walenie do drzwi. To zniecierpliwiony Filip kopie drzwi nogami, rękami. Rzuca w nie kamieniami jakby wiedział, że wróżka jest, tylko go nie słyszy.

Leona wstaje. 

Włosy dość rzadkie, ale długie, siwe trzyma pod lokówkami jak z lat 50, 60 tych XX wieku. Na ustach karminowa szminka, różowe policzki, oczy podkreślone grubą czarną kredką. Całość makijażu dość groteskowa. Leona tak jak wszyscy tutaj sama sobie wybrała taki, nie inny wygląd. Tak siebie widzi i tak ją widzą inni. Poza tym jej figura ma kształt okrągłego jabłka. Krótkie nóżki i duży okrągły tułów.

Leona zakłada szlafrok niebieski w czerwone róże i idzie do drzwi.

Leona ( krzyczy ): Zaraz, zaraz. Co się pali?

W końcu otwiera drzwi i patrzy z ciekawością na Filipa.

Leona: Pan do mnie? Klient na wróżenie?
Filip: Tak. Pani jest moją ostatnią nadzieją.
Leona ( uśmiecha się, chociaż nadal jest zła ): Proszę do środka.

Leona mówi do siebie: Albo obedrę go ze skóry pieniężnej albo zrobię mu psikusa. Zobaczymy, co bardziej się opłaci.

Filip zrzuca z siebie płaszcz, marynarkę i podwija rękawy koszuli. Tutaj naprawdę jest mu za gorąco. Dopiero po chwili, gdy to stwierdza po cichu, zamiast dawnej koszuli ma letnią koszulkę bez rękawów brązową i krótkie spodenki zamiast spodni i kalesonów. Płaszcz, szalik i czapka też znikają.

Leona prowadzi go do swojego wróżbiarskiego gabinetu. 

Jest tu duża kula na czarnym biurku. Dwa fotele czarne. Jeden za biurkiem i na tym fotelu siada Leona i drugi na przeciwko, po drugiej stronie biurka. Prawie jak w gabinecie u lekarza. Tylko ściany nie pasują, bo błyszczą w różnych kolorach 
i zasłony bordowe na oknach.

Przez te zasłony pokój ginie w mroku. Leona zapala lampkę i jej światło kieruje tak, że jej twarz przestaje być dla Filipa widoczna, za to jego twarz Leona widzi doskonale.

Leona udaje, że wpatruje się w swoją kulę. Naprawdę patrzy przez nią na Filipa. Studiuje dokładnie rysy jego twarzy, spojrzenie, wygląd, sylwetkę i interpretuje je jak dobra psycholożka.

Leona: Widzę, że coś cię gnębi.
Filip ( wzdycha ): Oj, tak.

Leona przez chwilę się zastanawia czy lepiej postawić na brak pieniędzy czy na kobietę. Wykonuje przy tym różne ruchy wokół kuli i szepcze niby czary. W końcu podejmuje decyzję.

Leona ( mówi do siebie ): Ryzyk, fizyk albo trafię i wygram albo nie trafię i będę się tłumaczyć dlaczego. Może z powodu tej niezdecydowanej letniej pogody powiem, że mi wróżba dziś nie idzie. On na pewno uwierzy. Wygląda na naiwnego.

Leona: Kobieta. Cierpisz z jej powodu.
Filip: Tak.
Leona ( ucieszona ): Ma na imię... Zaraz, zaraz. Nie widzę dokładnie. Coś na A?

Leona strzela. Zdaje się na swoją intuicję, która podpowiada jej tę literę.

Filip: Tak. Angelina.
Leona ( znów się cieszy ): Niezwykła. Magiczna.

Tutaj wszystko jest niezwykłe i magiczne, więc nic nowego nie wymyśliła. Na szczęście Filip jakby nie zdaje sobie z tego sprawy. Uśmiecha się do niej. Wierzy jej.

Leona ( zgaduje dalej ): Wampirzyca.
Filip ( uradowany ) : Tak.
Leona: I stąd problem. Z wampirami nie jest łatwo.

Leona już wie jak się zemści na zbyt wczesnym gościu i kiepskim kliencie. Po jego ubraniu niemarkowym, więc marnym domyśla się, że jej nie zapłaci tyle ile by chciała.

Leona ( uśmiecha się ): Wampiry też można przechytrzyć. Z łatwością rozkochać w sobie, jeśli się im dostarczy odpowiedniej krwi. Takiej, którą lubią. A mówię ci oni tu rzadko jaką lubią.
Filip ( martwi się ): Jak rzadko jaką, to jak znajdę tę odpowiednią?
Leona: Zaraz, nie doszłam jeszcze do sedna. Można ją zdobyć z palca dziewicy 
i zmieszać z bobkiem magicznej krowy.
Filip ( przerażony ): Dziewicy?
Leona ( wyjaśnia ) : Mieszkają podobnie jak magiczne krowy przy Placu Cudów. To niedaleko. Parę kroków stąd.

Leona krztusi się. Udaje, że to kaszel. Naprawdę jej śmiech. Klient jej uwierzył. Pójdzie teraz na Plac Cudów, a tam już się sam przekona jak łatwo zdobyć bobek od magicznej krowy i krew z palca dziewicy.

Filip ( niezwykle zadowolony ): Dziękuję pani. 
Grzebie w kieszeniach spodenek. Wyjmuje z nich parę groszy żółtych. 

Filip: Mam tylko tyle. Czy to wystarczy?

Leona stara się nie okazać niezadowolenia. W końcu tego się po nim spodziewała, ale mimo to do końca miała nadzieję, że da jej więcej. 

Leona: Na razie może być. Jak ci się uda, przyniesiesz resztę.
Filip: Ile?
Leona: Będziesz wiedział. Kwota pojawi się w twoim umyśle i w kieszeni.

Leona ( do siebie ): Wątpię. Już taki mój los obsługiwać biedaków. Chociaż dobrze się bawiłam i jeszcze zabawię, gdy plotkary doniosą mi o jego staraniach, a doniosą na pewno. One lubią donosić, zwłaszcza mnie za ciastka czekoladowe, które sobie tworzę w wolnej chwili własną wyobraźnią.

Od Leony mimo wszystko bije zadowolenie. Od Filipa też, chociaż długa jeszcze przed nim droga.

Dialog 3

Miejsce: Ulica. Plac Cudów. Całość razem z domem wróżki leży w dzielnicy Cukiernica.

Filipa owiewa gorące, letnie powietrze. Filip cieszy się, że tu nie dociera wpływ zimowej świadomości. Nigdzie ani śladu świąt Bożego Narodzenia. Mijają go ludzie idący na plażę lub z plaży z leżakami, parasolami chroniącymi przed słońcem w kolorowych spodenkach i opalaczach. Za nimi lub przed nimi często biegną dzieci z łopatkami, wiaderkami, gumowymi kółkami i innymi zabawkami plażowymi oraz z lodami, zapiekankami, jedzeniem jakie można spotkać przy plaży.

Słychać krzyk mew i szum morza. Filipowi się to podoba. Chciałby tutaj się przenieść ze swojego ponurego bloku. Zastanawia się cicho, czy możliwa jest zmiana zajmowanego miejsca.

Za  częścią typowo plażową ciągnie się pole. Na zielonej trawie pasą się krowy: zwyczajne czarno-białe lub czarne, brązowe i te inne pomarańczowe, różowe, niebieskie i żółte.

Filip ( do siebie ): Skąd ja mam wiedzieć, od której krowy wziąć bobek, od zwykłej czy tej innej. Czy kolor w ogóle jest ważny?

Na szczęście problem sam się rozwiązuje. Podchodzi do niego różowa krowa.

Krowa: Przyszedłeś po bobek krowi?
Filip ( dziwi się ): Skąd wiesz?
Krowa ( śmieje się ): Ludzie tylko po to, tu przychodzą. Kiedyś przychodzili z powodu krów i łąki, ale teraz nauczyli się tworzyć własne łąki, plaże i inne cuda, więc tu się nie pokazują.

Filip: Masz rację. Mogę tak do ciebie mówić, czy proszę pani?
Krowa ( ziewa ): Nudzisz. Mów jak chcesz, ale mów ciekawie, żeby nie usnęła, bo jak śpię w dzień, to potem w nocy spać nie mogę.
Filip: Więc się streszczam. Daj mi bobek i sobie pójdę.
Krowa: Aha, ale jest pewnie jeszcze dziewica, do której musisz iść?
Filip: Wszyscy tu po to przychodzą, tak?
Krowa ( ziewa ): Mówiłam ci, żebyś nie nudził. Opowiedz mi ciekawą historię, a dostaniesz bobek. Pamiętaj tylko nic z bajek braci Grimm, Andersena, o Muminkach i takie tam bzdury już wydane i przeze mnie przeżute 100 razy.

Filip ( mówi do siebie ): Cholera. No, to nici z bobka, bo co ja tej krowie wymyślę. Czy ja jestem bajarz czy co?

Po chwili jednak dociera do niego pewna opowieść i razem z nim pamięć z Ziemi dotycząca fragmentów życia związanych z pisaniem. Filip przypomina sobie, że zanim na dobre wsiąkł w facebooka i zakochał się w Malinie, dużo pisał, niestety mało wydawał. Do tego potrzebne już były pieniądze, których jakoś zdobyć nie potrafił jak prawdziwy bujający w obłokach twórca opowieści, nawet wierszem pisanych.

Niektóre z tych opowieści opisywały ulicę Koszmarów znajdującą się w innej rzeczywistości jakby obok tej zwykłej, ziemskiej.

Filip: Wiem, co ci powiem. Tego nikt nie wydał, bo ja to napisałem. Historia o ulicy Koszmarów. Mówić?
Krowa ( nadal ziewa ): Mów. Zobaczymy, ale jak zasnę, to sobie stąd pójdziesz 
i więcej nie wrócisz?
Filip: Dobrze.
Filip ( do siebie ): Oby się udało.

Opowieść Filipa.

Była sobie kiedyś kobieta, która różniła się bardzo od wielu spotykanych w tych czasach kobiet. Nie lubiła gotować, smażyć, piec, zmywać naczynia i chodzić po zakupy. Inne lubiły. Ona nie.

Poza tym nie przepadała ani za małymi ani za dużymi dziećmi i prawie wcale nie mogła znieść obecności ludzi. Unikała tłumów i hałasu. 

Dlatego zamieszkała w lesie razem z elfem, który miał fobię społeczną czyli też się bardzo różnił od innych przedstawicieli swojego gatunku. Przy niej akurat czuł się bardzo dobrze, a że potrafił stawać się niewidzialnym na życzenie, robił zakupy. Przynosił je do domu. Przygotowywał posiłki i dbał o porządek w ich małej, dwuizbowej chacie.

Dzięki temu kobieta, nazwijmy ją Bajarką ( prawdziwego imienia nikomu nie zdradziła ) całymi godzinami snuła opowieści. Oplatała nimi drzewa w okolicy. Zapisywała nimi całą ziemię i piasek, a oprócz tego oczywiście zapełniała tony papieru, nawet toaletowego. 

Filip zrobił chwilę przerwy, żeby zastanowić się nad ciągiem dalszym. Przy okazji zauważył, że Krowa już nie ziewa.

Filip: Ciekawe?
Krowa: Nie marudź.  Zobaczymy.

A jednak krowa na razie nie zasnęła, ale co będzie później.
Filip wraca do opowieści.

Pewnego słonecznego dnia w krainie, w której żyła Bajarka, elf, i inni ludzie pojawił się Zły Mikołaj. Sam tak kazał do siebie mówić zaraz jak się pojawił. Chwilę później pokazał jak bardzo jest zły i że to nie tylko pusta nazwa.

W krainie zgasło światło. Nawet w chacie Bajarki zrobiło się ciemno, chociaż chata posiadała własne, niezależne źródło ciepła i światła. Ziemię wokół ogarnął chłód. Rzadko tutaj widywany śnieg pokrył drzewa. Mróz przeniknął do ich wnętrza. Zieleń znikła. Owoce skurczyły się i spadły na ziemię martwe. Podobnie kwiaty, liście. Wszystko się ugięło pod siłą mrozu i śniegu.

Krowa: Ten Mikołaj to jak Królowa Śniegu.
Filip ( niezadowolony, że mu przerwała, bo już wpadł w trans opowiadacza ): Słuchasz czy nie?
Krowa: Słucham, a potem pamiętaj ocenię.

Filip wraca do opowieści.

Ludzie nie potrafili nic zrobić. Nikt nie był na tyle silny, żeby Mikołaja wyrzucić. Nikt nie umiał odwrócić jego zaklęcia. Zwyczajnie w końcu się pogodzili. Nawet zapomnieli, że kiedyś świeciło słońce, rosły kwiaty, w domach ogrzewało ich centrale ogrzewanie, z góry świeciły im żarówki. Teraz wszyscy musieli chodzić spać o zmierzchu i wstawać o świcie, żeby złapać choć trochę słońca, zresztą i tak mglistego.

Ludzie zaakceptowali obecność Złego Mikołaja. Tylko Bajarka myślała o zemście. Bardzo chciała go stąd wyrzucić. Marzyła o wiośnie i lecie. Marzyła też o jesieni. O wszystkich innych porach roku z wyjątkiem zimy. Jeśli już miała być zima, to zwykła ze zwykłym światłem.

W końcu Bajarka wpadła na pomysł jak pozbyć się Mikołaja. Przebrała się za Słoneczną wróżkę. Pomógł jej w tym elf, który w przeciwieństwie do innych elfów nie tylko przeżył obecność Mikołaja, bo cierpiał na fobię społeczną, ale również nagle nabył umiejętność czarowania. Zamienił Bajarkę w Słoneczną Wróżkę.
 
Ubrana w piękną zieloną sukienkę ściśle przylegającą do ud, zielone pończochy z koronką na górze i buty na wysokich obcasach poszła do pubu, w którym Mikołaj zazwyczaj opróżniał kolejne szklanice z miodem i wódką.

Gdy się tam pojawiła, wszystkie męskie oczy zwróciły się w jej kierunku. 
Oczy Mikołaja też, a może przede wszystkim.

Zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Spędził z nią noc pełną namiętności. Rano już jadł jej z ręki. Wcale nie dlatego, że taki był łasy na wdzięki kobiet, ale z powodu czaru, który rzucił na Bajarkę elf. Ten czar sprawił, że Mikołaj już niczego innego nie pragnął tylko być z nią, tą jedną, jedyną, kobietą życia.

Spełnił jej wszystkie życzenia. Przywrócił światło i pory roku. Zima stała się zwykła i drzewa odżyły, gdy odeszła. Jedno tylko zostawił. Na jedno mu Bajarka pozwoliła.

Krowa ( niecierpliwie ): Na co? Na co?
Filip: Zanim powiem, ty oceń, czy było ciekawe. Głośno i wyraźnie.

Skąd wiedział, że tak ma powiedzieć Krowa? Tak głośno przyznać, że jego opowieść ją zaciekawiła. Nie wiedział. Jedynie czuł, że tak musi zrobić Krowa, żeby dostał bobek.

Krowa: Dobrze. Opowieść była ciekawa. Teraz powiedz, co dalej. Co z Bajarką, Mikołajem, elfem?
Filip: Powiem jak dostanę bobek i krew dziewicy. Jak mi się uda z moją ukochaną.

Krowa ( wzdycha, czuje się oszukana ): Sprytny jesteś jak ta Bajarka. Ale, cóż słowo się rzekło. Dam ci bobek i zaprowadzę do dziewicy. Przekonanie jej będzie proste. Wystarczy, że jej powiesz, że jest ładna. Za mało, piękna i mądra, chociaż naprawdę to tylko narcystyczna idiotka.

Tak się stało jak Krowa powiedziała.

Dziewica mieszka niedaleko w małej chacie. Wyleguje się na leżaku przed chatą w kostiumie kąpielowym w niebieskim kolorze takim jak barwa jej włosów. Wcale nie jest piękna. Włosy od częstego farbowania dosyć liche. Prześwituje przez nie łysina. Figura jak u lalki barbie. Usta zbyt duże i oczy zbyt wielkie. Na twarzy 
i ciele masa makijażu. Robi wrażenie dużej lalki

Filip: Dzień dobry piękna pani.
Dziewica ( znudzona ): Czego chcesz?
Filip: Posiedziałbym tu z panią i powdychał pani piękno.
Dziewica: Akurat. Przyszedłeś po krew z mojego palca. Dobrze, dam ci, bo jesteś grzeczny. Powiedz tylko jeszcze jak jestem piękna. 
Czekam na dobre porównania i metafory.

Krowa ( szepcze do Filipa ): Powiedz cokolwiek. Ona i tak nie wie, co to jest metafora, a co porównanie.
Filip: Piękna pani. Twoje piękno jest jak śnieg czyste i świeci jak gwiazdy w nocy.
Dziewica ( do siebie ): Śnieg? Gwiazdy? Co to takiego? Nieważne. Ładnie brzmi. Dam mu tę krew i niech spada.

Dziewica: Pięknie powiedziane. Masz tu próbówkę z moją krwią.

Przecina palec szpilką i wyciska trochę krwi do próbówki.
Filip tylko trochę się dziwi, skąd ta próbówka u tej głupiej lali.

Krowa: Czas się pożegnać. Twoja opowieść mnie zainteresowała, więc zapraszam cię do siebie ponowie.
Filip: Tu na Plac Cudów?
Krowa: Mówię przecież.
Filip: Dobrze. Jak mi się uda, znów cię odwiedzę.
Krowa: I dokończysz opowieść o Bajarce.
Filip: Tak

Naprawdę Filip uważa, że już tu nie wróci, bo po co. Nie wie, że zaproszenie Krowy zobowiązuje i tak będzie musiał wrócić, czy mu się to podoba czy nie.

Dialog 4.

Miejsce: Piwnica w kamiennicy późną nocą.

Wampiry budzi pukanie do drzwi. Dziwne, że ktoś sam do nich przyszedł. Nie musieli go tu ciągnąć na siłę. Związanego, nieprzytomnego. 

Augusto otwiera drzwi i jeszcze bardziej się dziwi, bo na progu stoi ich niedawna ofiara Filip. Na sam jego widok przypomina mu się smak jego krwi.

Augusto: Czego chcesz?
Filip: Chcę pogadać z Angeliną.
Augusto ( podejrzliwie ): A po co?
Filip: Nie twoja sprawa.
Augusto ( pokazuje swoje kły jak zły pies ): Zaraz cię pogryzę i wyrzucę jak nie powiesz, czego od niej chcesz.

Filip ( wystraszony ) Ok. Mam dla Angeliny prezent.
Augusto ( nadal podejrzliwie ) Pokaż.
Filip: To prezent osobisty.
Augusto ( znów szczerzy zęby ): Nie wejdziesz jak nie pokażesz.
Filip ( pokazuje): Krew dla niej.
Augusto ( wącha i się ślini ): Muszę ją najpierw spróbować, żeby się nie zatruła.
Filip ( wystraszony ): Nie, nie możesz próbować.

Przepychają się. W pewnym momencie Augusto zamienia się w szczura i chwyta fiolkę. Potem ucieka.

Filip: O Boże, Boże. Co teraz będzie?


P. S. Właśnie, co? Zobaczymy w kolejnych dialogach. 



 


 



 

    




 



 



 

wtorek, 13 grudnia 2016

Upodobania seksualne.

Każdy ma jakieś. Jedna, jeden woli pozycję klasyczną. Inna, inny raczej na jeźdźca. Jeszcze inni lubią seks oralny lub analny. A co lubił nowy kochanek Justyny?

Zdjęcie stąd.

Znów się spotkały Eugenia ze Stanisławą. Przystanęły na chwilę w drodze na zakupy. Żadna nie miała ochoty zaprosić tej drugiej do siebie. Wiadomo, porządki świąteczne. Trwają od listopada. Skończą się tuż przed wigilią. W końcu rzeczy tak szybko się brudzą. Okna, które umyły już w listopadzie, pokrył brudnym nalotem i deszcz i śnieg. Teraz są takie, jakie były przed umyciem. Ile razy jeszcze będą musiały je myć. Obie o tym myślą, ale na szczęście są też inne tematy. Ciekawsze.

- Widziałaś Justynę - pyta Eugenia.
- Nie, a co? - odpowiada Stanisława.

Na twarzy Eugenii już widać uśmiech. Cieszy się, że trafiła we właściwy punkt ciekawości Stanisławy.

- Wróciła ze szpitala. Prawie z domu nie wychodzi - chwali się swoją wiedzą Eugenia.
- Niedobrze - stwierdza Stanisława. - Jeszcze wróci tam z powrotem.
- Nie martw się. Już Florentyna się tym zajmie, żeby nie wróciła.
- Tak. Florentyna - wzdycha Stanisława.

Niedawno Florentyna poczęstowała ją ciastem podobno własnej roboty. Nazywało się karpatka czy jakoś tak. Pyszny biały krem i białe kruche ciasto posypane cukrem pudrem. Jego smak Stanisława jeszcze czuje. Dlatego nie wypada jej krytykować Florentynę, przynajmniej na razie. Zawsze można mieć nadzieję na kolejne zaproszenie na smakowite danie, niekoniecznie z ciasta.

Eugenia jest rozczarowana brakiem reakcji, odpowiedniej reakcji Stanisławy na swoje słowa.
- Nasza święta zawsze działa - mówi jakby oczekiwała potwierdzenia Stanisławy i kilku dodatkowych gorzkich słów na temat Florentyny. 

Jednak Stanisława znów ją zaskakuje.
- Może i dobrze. Justyna się szybciej pozbiera.
- Zobaczymy - śmieje się Eugenia. - Znając Florentynę zaciągnie ją w takie miejsce, gdzie pozna jakiegoś dziwaka takiego jak Florentyna. I Justyna nigdy już do męża nie wróci ani do dzieci.

- Ale to on ją zostawił i zabrał dzieci - dziwi się Stanisława.
- Może miał powód.

Eugenia mruga okiem. Czyżby wiedziała coś więcej niż Stanisława.  
Wie na pewno, ale czy powie?
- Wiesz coś? - pyta Stanisława.

Tak jak się spodziewała Eugenia nie ma już czasu na rozmowy. Zerka na zegarek.
- Późno. Muszę iść - mówi Eugenia.
Stanisława nic nie mówi. Jedynie potwierdza.
- Tak. Późno.
Prawda jest taka, że nie potrafi Eugenii ciągnąć za język.

Justyna wróciła do pustego i cichego mieszkania. Czuła tę pustkę całym swoim ciałem jak kamienie rzucone jej na głowę, szyję, barki. Pochyliła się nad ich ciężarem. Nie mogła się wyprostować. Wziąć głęboki oddech. Zapomnieć o tym, co się zdarzyło i zacząć od nowa. Jedyne, co wydawało się łatwe to położyć się i zakryć kocem, kołdrą, czymkolwiek. Zakryć się i udawać, że ciebie nie ma. Nie istniejesz. 

I tak Justyna udawała. Receptę na leki rzuciła w kąt i wszystkie inne zalecenia lekarzy. Łącznie z tym, żeby pojawiła się w grupie wsparcia dla ludzi z depresją, po depresji, tych, w każdym razie, którzy mogą znów zachorować. Są w grupie ryzyka.

Z każdym dniem pogrążała się w błocie snu i totalnego nic nierobienia. Wychodziła z łóżka tylko na chwilę, żeby zrobić siusiu lub wyciągnąć coś z lodówki albo tylko napić się wody z kranu, bo herbaty już nie chciało się jej robić. 

Jak to się stało, że otworzyła drzwi Florentynie, nie pamiętała. Może akurat wychodziła z łazienki, a drzwi są obok i dlatego usłyszała dzwonek. Nieważne.

Florentyna weszła do mieszkania Justyny, a razem z nią zmiana na lepsze. Od razu odsłoniła i otworzyła okno. Do mieszkania wpadło świeże powietrze i słońce i jakby trochę radości.

- Pani Justyno może by się pani do mnie przeniosła. Na jakiś czas. Samotność pani nie służy - zaproponowała Florentyna.
- E, będę tylko pani przeszkadzać.
- Skądże. Mnie też potrzeba trochę towarzystwa. Razem na pewno będzie nam raźniej.

Justyna się zgodziła. Zaraz się przekonała, że Florentyna miała rację. W jej mieszkaniu czuła się inaczej. Pewnie dlatego, że obok miała Florentynę. Drugiego człowieka. Samotność odeszła.

Justyna nie bardzo chciała iść do grupy wsparcia dla chorych na depresję. Florentyna wyciągnęła ją więc w inne miejsce. Do koleżanki, która prowadziła mały sklepik z żywnością ekologiczną. Poza tym wynajmowała jeszcze salę na wykłady i kursy różnym osobom. Dziwakom, jak by ich z pewnością określiły Eugenia i Stanisława.

Tam go poznała. Wróżbitę i zielarza Cześka.

W oczy rzucały się jego brązowe włosy. Zmieniały kolor pod wpływem światła. Gdy padało na nie słońce, świeciły się pomarańczowo. Gdy słońca nie było stawały się z powrotem zwyczajne brązowe. Poza tym nie wyróżniał się niczym szczególnym. Niski i krępy z piegami na twarzy i rękach i jak się później przekonała Justyna również na plecach.

Przekonała się, bo poszła z nim do łóżka. Niewiarygodne jak szybko się tam znalazła. Widocznie od czasów namiętnego kochanka brakowało jej bliskiego kontaktu z mężczyzną. 

Czy żałowała? Trochę tak, a trochę nie. Czesiek niestety do pięt Bartoszowi nie sięgał. U niego seks posiadał jedną, klasyczną barwę. Za to potem potrafił ją przytulić do siebie i gawędzić. Zawsze coś na poczekaniu wymyślał jakby chciał ją swoimi opowieściami utulić do snu.

Te opowieści z czasem ją tak wciągnęły, że spotykała się z nim regularnie. Powoli stawał się dla niej bliską osobą. Może po trochu zakochiwała się w nim i coraz bardziej go idealizowała, aż przyszedł ten moment. Chwila, kiedy po raz pierwszy powiedział jej o Robercie.

- Muszę ci coś powiedzieć - wyznał pewnego dnia po seksie.
- Co? - spytała.
- Jest jeszcze ktoś. Ktoś poza tobą.
- Żona? - cóż, chyba spodziewała się tego.
- Nie. Mężczyzna.
- Co?!

Nie wiedziała, czy śmiać się czy płakać. Jej drugi kochanek okazał się biseksem.

- Zrozum. On jest wyjątkowy. Bardzo chciałby cię poznać.
- Mnie? Po co? - oburzyła się Justyna. - Powiedziałeś mu o mnie?
- Nie mamy przed sobą tajemnic. Ani on ani ja.
- Mówisz mu o wszystkim?

Justyna już się do niego nie tuliła. Poczuła po raz pierwszy obrzydzenie do Cześka. Szybko wyskoczyła z łóżka, owijając się kołdrą, żeby tylko nie zobaczył ani skrawka jej ciała. Nieważne, że przed chwilą leżała pod nim naga. Zebrała swoje rzeczy z podłogi. Pobiegła do łazienki. Za sobą słyszała Cześka:
- Nie odchodź. Wszystko ci wytłumaczę.

Odeszła. Raczej wybiegła jakby ją gonił, a on nawet nie ruszył się z łóżka. Do końca miał nadzieję, że wróci.

- Co się stało? - Florentyna od razu zauważyła smutek i gniew na twarzy Justyny.
- Nic takiego - próbowała się uśmiechnąć Justyna. Wyszedł jej jakiś dziwny grymas. Czuła, że jeszcze chwila, a wybuchnie płaczem.
- Zostawił cię? - powiedziała Florentyna i to wystarczyło, żeby Justyna zaczęła płakać.
Florentyna bez słowa objęła ją i przytuliła.
- Cicho,ci.... - pocieszała Justynę. - Nie warto płakać z powodu mężczyzny. Mnie też nie jeden zostawił i co i jakoś żyję.

- To nie tak jak myślisz - wyjąkała Justyna.
- A jak?
- On ma jakiegoś faceta.
- Zdradził cię z nim? 
- Nie. Ten facet chce mnie poznać.

- A, to mów tak od razu - ożywiła się Florentyna jakby to ją właśnie chciał poznać jakiś facet.
- Nie rozumiem. - Zdziwiła się Justyna. - Co cię tak cieszy?
- Masz jedyną szansę zobaczyć jak to jest w trójkącie.
- Co ty gadasz? Ja niczego nie chcę zobaczyć - oburzyła się Justyna.
- Dlaczego nie? Poszalej póki możesz. Potem nie wiadomo, kiedy starość przyjdzie i już nie będziesz mogła.

Justyna patrzyła na Florentynę z niedowierzaniem. Do tej pory nie wierzyła pogłoskom o dziwactwie swojej sąsiadki, a tu proszę. Okazały się prawdziwe. Co ona jej teraz wygaduje? Jaki trójkąt? Jakie szaleństwo? Po co jej to? Ona przecież jest porządną kobietą. To znaczy chyba była, bo od Bartosza czy może jeszcze w ten sposób o sobie mówić.

- Lepiej prześpij się z tym. Jutro też jest dzień. Zobaczysz jak się będziesz czuła. Czy nadal pomysł wyda ci się głupi, nieprzyzwoity.

Justyna posłuchała rady Florentyny. Położyła się. Starała się o niczym nie myśleć, ale temat wciąż się pojawiał. O dziwo zaczęła dostrzegać również jego zalety. Nowe doświadczenie. Nowe przeżycie. Może jednak warto spróbować?

Następnego dnia odpowiedź już trochę przechylała się w stronę tak. Tak warto. Po kilku następnych zadzwoniła do Cześka. Spróbuje.

Robert okazał się przeciwieństwem Cześka. Wysoki, muskularny z hebanową barwą skóry. Czaszka łysa i długie nogi. Przypominał amerykańskiego koszykarza. Regularne rysy twarzy. 

Justyna nigdy nie sądziła, że czarnoskórzy mężczyźni mogą być tak przystojni. Nie trudno się w takim zakochać. Już w każdym razie nie dziwiła się Cześkowi. Podziwiała tylko jego gust.

Najpierw zwiedzali nowy dom Roberta. Piękny i duży jak jego właściciel. Potem trochę rozmawiali. Pili wino podane im przez starszą murzynkę ubraną w biały fartuszek. Może matkę Roberta, a może zwykłą służącą. Robert tego nie powiedział, a staruszka szybko gdzieś znikła.

Justyna dowiedziała się jedynie, że Robert pracuje w banku. Dobrze zarabia. Jest zadowolony. Cześka poznał w klubie dla gejów. Czasem tam chodził zanim poznał Cześka. Teraz podobno już nie chodzi.

Powiedzmy - pomyślała Justyna. I to była jedna z jej ostatnich myśli. Wino ją rozgrzało i zrelaksowało. Nie protestowała, gdy Robert przysunął się do niej bliżej, gdy dotknął jej włosów rękami i nosem, którym wciągał ich zapach.  

- Piękne. Wyjątkowe - powiedział.
Jego słowa, dotyk języka na szyi otworzyły bramę do teraźniejszości. Nic już się nie liczy. Tylko tu i teraz. 

Dreszcze wzdłuż kręgosłupa, gdy dotyka jej pleców pod bluzką i koszulką. Przyjemne igiełki w piersiach, gdy maca jej piersi. Kreśli na obu okrągłe wzory, aż sutki twardnieją z podniecenia.

Jego wszędobylskie palce schodzą niżej do brzucha. Tutaj też rysują koła czubkiem paznokci. Wrażenia się zwiększają. Zanim palce docierają na sam dół, Justyna czuje, że ma mokre majtki. On ich dotyka z zewnątrz, a potem w środku jakby badał fakturę materiału lub specjalnie przedłużał chwilę, gdy w końcu dociera do łechtaczki. Masuje ją z góry na dół. Ugniata jak ciasto. A to ciasto chętnie mu się poddaje.

Justyna zamyka oczy. Wcześniej widzi jeszcze podniecenie przyglądającego się im Cześka,  który siedzi w fotelu na przeciwko. Jego spodnie pęcznieją w kroku.

Czas nieco przyspiesza. Szybko zrzucają z siebie ubrania. Ona, Robert i Czesiek. Justyna kładzie się na plecach na stojącej obok kanapie. Rozchyla nogi. Robert wchodzi w nią w głęboko. Czesiek wsuwa jej swój penis do ust. Justyna ssie go jak spragnione dziecko pierś matki.

Potem się zmieniają. Robert wkłada jej do ust swojego penisa. Czesiek porusza się w jej waginie, która robi się coraz bardziej wilgotna. Słychać wsysane przez nią powietrze. Jakby gwałtownie mlaskanie głodnego wrażeń ciała. 

Zmieniają pozycję. Teraz Robert bierze ją od tyłu, ściskając jej pośladki. Po chwili do waginy wsuwa się również penis Cześka.
Dokładnie ją wypełniają. Pulsuje jej łechtaczka. W całym ciele czuje rozkoszne kurcze. Ten orgazm nie da się porównać z żadnym wcześniej przez nią przeżytym. Ogromny i kolorowy jak tęcza.

Justyna ma wrażenie, że znalazła się w niebie. Razem z nią Czesiek i Robert, którzy kończą na jej pośladkach.

Po wszystkim leżą połączeni z sobą rękami, nogami i głowami Głowa Cześka na jej brzuchu. Justyny leży na piersi Roberta.

Odpoczywają zaledwie chwilę. 
Nienasyceni wracają do  siebie. Tym razem Czesiek kocha się z Robertem. Penetruje szczelinę między jego pośladkami. Robert liże jej łechtaczkę. Znów orgazm i znów odpoczynek.

Noc jest krótka. Zbyt szybko mija.

- I jak było? - zapytała Florentyna, gdy Justyna wreszcie dotarła do domu koło południa.
- Niesamowicie - przyznała Justyna - czegoś takiego jeszcze nie przeżyłam.
- Czyli warto było? - uśmiechnęła się Florentyna.
- Wiedziałaś, prawda? - Zapytała Justyna - Próbowałaś i dlatego mnie namówiłaś?
- Nie, ale mam bogatą wyobraźnię.
- Mogłabyś książki pisać - Justyna też zaczęła się śmiać.
- Kto wie? Może już piszę? - stwierdziła Florentyna.  

Bliski kontakt z Cześkiem i Robertem zmienił Justynę. Nie uszło to uwagi Eugenii.

- Widziałaś Justynę? - zapytała Stanisławę w czasie kolejnego wyjścia po zakupy.
- A co?  - zaciekawiła się Stanisława.
- Jakaś taka ożywiona.
- Święta blisko to się ożywiła.
- Akurat. Tylko wcześniej też były blisko, a ona nie wychodziła z domu?
- Florentyna ją uzdrowiła? - dopytywała Stanisława.
- Wierzysz w bajki? - Eugenia mrugnęła okiem.

Coś ostatnio za często mrugała. Może nabawiła się jakiegoś tiku nerwowego - pomyślała Stanisława. 

- Co? co? - Stanisława próbowała wszystko sobie wyjaśnić.

Jednak Eugenia nie miała zamiaru jej pomóc. Zerknęła na zegarek i stwierdziła, że jest późno jak zwykle, gdy już odechciało jej się dalszej rozmowy.

- Tak, późno. - Zgodziła się Stanisława, bo nie bardzo wiedziała, co innego może zrobić. - Muszę iść, obiad robić.


P. S. Jak długo utrzyma się znajomość Justyny z Robertem i Cześkiem? Czy mąż z dziećmi wróci do niej? Zobaczymy w innej historii.

 






  



 

wtorek, 6 grudnia 2016

Niesmaczna krew.

Dziś zaczynam coś nowego. 
Jeszcze nie próbowałam pisać w ten sposób. 
W jaki?
Za chwilę sami zobaczycie i ocenicie.

Zdjęcie ze strony.




Miejsce akcji: Inny świat. Kraina, do której wędrują zmarli. Jej kształt, kolory i znajdujący się w niej ludzie lub istoty zależy od świadomości i wyobraźni zmarłej osoby.

Bohaterowie: Angelina - wampirzyca około 30 lat.
                       Augusto - wampir, wiek podobny.
                       Filip - zwyczajny duch. Mężczyzna 40 letni.
                       Miś - duch pluszowego misia. Wiek nieznany.

Czas: Nieokreślony.

Dialog 1

Kamienica czteropiętrowa. Wokół opustoszała ulica pogrążona w mroku. 
Jeden blok i parę wieżowców w oddali. Na razie nic więcej nie widzimy. 
Wchodzimy do środka kamienicy, do piwnicy.

Panuje ciemność. Po chwili rozjaśnia ją światło zawieszonej pod sufitem gołej żarówki. Dzwoni budzik. Augusto i Angelina powoli się poruszają. Jedno w swoim łóżku-trumnie, drugie w swoim. Oprócz łóżek-trumien stoją tu jeszcze dwa wiklinowe fotele. Pod ścianą rząd niepotrzebnych nikomu materaców gimnastycznych. Jeden fotel ze starym, dziurawym, brązowym pokryciem z materiału podobnego do skóry. Mały okrągły stolik przy fotelu. Reszta pomieszczenia ginie w ciemności. Światło żarówki tam nie dociera. Sufit wysoko. Przy żarówce zwisają pajęczyny. Kurz pokrywa stary fotel i stolik. 
Innych mebli nie widzimy.

Angelina przeciąga się i ziewa. Podnosi się i kładzie z powrotem. Wyraźnie nie może wstać z łóżka. Augusto już wstał. Ćwiczy przysiady w białej koszulce bez rękawów i czarnych krótkich spodenkach. Włosy Augusto są czarne i długie. Kręcą się w dodatku. Angelina za to włosy ostrzyżone ma na jeża tak krótkiego, że w zasadzie jest łysa.

Augusto: Wstawaj. Już północ. Czas na łowy.
Angelina: Jakie tam łowy. Tu nic nie ma do złowienia.
Augusto: Jest nowy. Wprowadził się do bloku.
Angelina: Skąd wiesz?
Augusto: Słyszałem od dozorcy.
Angelina: Powiedział ci?
Augusto: Sam do siebie mówił. Ja słuchałem.
Angelina: Pewnie był pijany.
Augusto: Nie był. Nie wyczułem alkoholu.
Angelina: Nie wyczułeś, jasne. Masz przecież nos zapchany.
Augusto: To było przedwczoraj. Dzisiaj nie mam. Zresztą spójrz jak ćwiczę.

Angelinie nie chce się patrzeć. Nadal jest zbyt zmęczona i niewyspana. Za późno ostatnio kładzie się spać. Wszystko przez te łowy. Polują z Augustem na innych w okolicy. Na ludzi, istoty z innych światów, zwierzęta. Niestety kończy się zwykle tak samo.

Ludzie, istoty, zwierzęta uciekają albo mają niesmaczną krew. Angelina spokojnie mogłaby jej smak porównać do przypalonej zupy mlecznej, którą musiała jeść w dzieciństwie.

Augusto robi pompki. W krótkich chwilach przerwy odzywa się do Angeliny.

Augusto: Dozorca bada krew każdego nowego przybysza. Boi się chyba, że mu ktoś tu zarazę przyniesie. Stąd wiem, że ten nowy ma grupę AB Rh(-).
Angelina: I co z tego?
Augusto: Jak co? To przecież najrzadziej spotykana grupa krwi wśród ludzi. Na pewno warto jej spróbować.
Angelina: Oby nie było tak jak z Sierotką.

Sierotka jest duchem małej dziewczynki, który już stąd odszedł. Gdzie odszedł? Tego nikt nie wie poza nią. Jak czas nadejdzie Augusto i Angelina też odejdą. Wtedy może się dowiedzą, dokąd poszła Sierotka. Jej krew po przybyciu tutaj też określił dozorca. Mówił, że jest rzadka i wspaniała, a okazało się, że jest równie wstrętna jak pozostałe.

Augusto: Nie będzie. Zobaczysz jak wreszcie otworzysz oczy.

Augusto podchodzi do Angeliny. Zrzuca z niej czarną kołdrę. Angelina krzyczy ze złości i chłodu. Ubrana jest w koszulę nocną do kostek w ulubionym czarnym kolorze.

Augusto: Dość tego wylegiwania się wstawaj.
Angelina: Zaraz, zaraz. Co się pali?
Augusto: Pali się. Nowy człowiek przybył. 

Angelina w końcu się ubiera w wyciągnięty z szafy, która wyłania się z ciemności, gdy podchodzi do niej Angelina, sweter czarny i czarne spodnie od dresu. Augusto z tej samej szafy wyciąga czarną marynarkę, czarne, eleganckie spodnie i buty lakierki oraz białą koszulę i czarny krawat. 

Wychodzą oboje z piwnicy.


Dialog 2

W obskurnym bloku na czwartym piętrze tuż pod dachem. Pokój. Na łóżku siedzi Filip. Obok na szafce nocnej pali się mała brązowa lampka. Reszta pokoju tonie w mroku. Filip mówi sam do siebie.

Filip: Skąd się tutaj wziąłem? Nic nie pamiętam. Tylko Malinę jak mi napisała na czacie na facebooku, że nie przyjedzie. Dlaczego nie przyjedzie? Tyle pytań i żadnej odpowiedzi.

Filip wzdycha. Z mroku wyłania się szafa. Duża trzydrzwiowa w stylu lat 60 tych XX wieku pomalowana na jasny brąz. Z szafy dochodzi dźwięk poruszającej się nieznanej istoty. Może człowieka. Nie, to nie człowiek. Środkowe drzwi się otwierają i wychodzi z nich mały pluszowy niebieski miś. Jego kolor jest tu jedynym ożywczym kolorem, ponieważ ubranie Filipa podobnie jak meble jest brązowe. Dokładnie w różnych odcieniach brązowego.

Brązowe dżinsy, wyciągnięty stary sweter w nieco jaśniejszej odmianie brązu, jaśniejsza od swetra i spodni brązowa chustka z cienkiego materiału na szyi. Na nogach brązowe adidasy ciemniejsze od spodni i jaśniejsze nieco od butów skarpetki. Jakby kolor stawał się bardziej jasny im dalej był od podłogi. Ta oczywiście też jest brązowa z płytek PCV. W pokoju podobnie jak w piwnicy jest dość chłodno. Jego rozmiaru z powodu mroku tu panującego poza wąskim kręgiem światła od lampki nocnej nie daje się określić. Może jest duży, a może mały lub średni.

Miś przeciąga się i mówi do Filipa.

Miś: Przyszedłeś tu jak wszyscy po śmierci.

Do Filipa jakby jego słowa nie docierały albo nie chce, żeby dotarły. Kręci jedynie głową w jedną i drugą stronę. Nadal mówi do siebie.

Filip: Jakaś mucha tu brzęczy. Spać nie daje, a zawsze miałem taki dobry sen.
Miś: To było na Ziemi. Tutaj jest inaczej.

Filip znów kręci głową.

Filip: Słyszę głos, a nikogo nie widzę. Jestem chory? Siedzę w szpitalu i mam halucynacje?
Miś: Zdrowy jesteś. Nie siedzisz w szpitalu. Nie masz halucynacji.
Jak my wszyscy jesteś w świecie po życiu.

Filip wreszcie dostrzega Misia. Miś siedzi teraz na dużym starym fotelu pokrytym brązowym kocem.

Filip: Ty do mnie mówisz?

W głosie Filipa słychać zdziwienie.

Miś: A widzisz tu kogoś innego?
Filip: Nie.
Miś: Zostaję więc ja. Zawsze ja. Tylu już było lokatorów tego pokoju. Wszyscy odeszli. Tylko ja tu wciąż tkwię. Za jakie grzechy? Co ja takiego zrobiłem, że muszę tu tkwić, że muszę spać w szafie i gadać z idiotami?
Filip: (z gniewem): Uważaj, co mówisz. Nie jestem idiotą.
Miś: Tak. Każdy, kto tu przychodzi i mieszka nie jest. Są jedynie mądrale po studiach z niewykorzystanym potencjałem twórczym, biznesmeni wpatrzeni w swój telefon, nawet jeśli on już nie działa, narkomani, alkoholicy i zwyczajne lenie, co do końca życia nie zrobiły nic godnego uwagi. Mam wymieniać dalej?
Filip: (nadal oburzony) Dość.

Filip: (do siebie) Jak to możliwe, żeby zabawki gadały. Jednak coś ze mną nie tak.
Miś: Bardzo nie tak. Jesteś już duchem. Zresztą ja też.
Filip: Niemożliwe. Nie wierzę ci.
Miś: Nie musisz. Włącz sobie telewizor. Sam się przekonasz.
Filip: Telewizor?

Z mroku wyłania się wymieniony przez Misia przedmiot. Stary w stylu lat 60 tych jasno-brązowy z dużymi brązowymi gałkami.

Miś: Jakbyś nie wiedział ta pierwsza służy do włączania.

Filip przekręca gałkę w prawo. Ekran jaśnieje. Po chwili widać już sylwetkę jego Filipa. On jest teraz głównym aktorem. Przedstawienie się zaczyna. Filip widzi siebie w łazience jak napuszcza gorącą wodę do wanny. Rozbiera się. Nagi wchodzi do wody powoli, by się nie oparzyć.Ta woda to prawdziwy wrzątek. Dlatego dodaje jeszcze trochę zimnej zanim w końcu się zanurza cały. Woda sięga mu do szyi. Z półki obok Filip bierze żyletkę i podcina sobie żyły. Z obu rąk krew spływa do wody.

Obraz ciemnieje. Znika.

Filip: (krzyczy) Co dalej? Co dalej? 
Miś: Uspokój się. Dalej będzie jak już będziesz gotowy na dalej. Na razie dostałeś podstawowe informacje na temat swojej śmierci.

Filip kuli się na łóżku. Szlocha głośno. Miś siada obok jakby chciał go jakoś pocieszyć.

Miś: Nie płacz, bo mnie serce boli.
Filip: Akurat ty masz serce.
Miś: To, że jestem zabawką nie znaczy, że nie mam serca. Wszystkie zabawki mają. Na Ziemi jedynie udają martwe. Nie oddychają. Nie ruszają się. Dopiero, gdy dzieci zasypiają, zaczynają się ruszać.
Filip: O boże, boże. Gdzie ja jestem? I za co? Dlaczego?
Miś: Lepiej nie pytaj.
Filip: Dlaczego?
Miś: Odpowiedzi czasem są gorsze od pytań.

Jeszcze jedna zagadka. Filip nie ma jednak dość czasu, by się nad nią zastanowić. Przez otwierające się nagle okno wlatują dwa nietoperze. Stają na podłodze i zamieniają się w Augusto i Angelinę.

Miś: (wystraszony krzyczy) Wampiry.
Augusto: Mógłbyś być bardziej miły Misiu. Witamy.

Ostanie słowo skierowane jest do Filipa.

Augusto: Przyszliśmy tutaj, żeby cię poznać nowy sąsiedzie i służyć radą.
Filip: Jaką radą?
Augusto: Jesteś nowy. Nie wiesz jak się tu poruszać. Na przykład jak zmieniać ubranie albo jak się odświeżyć, żeby wyglądać jak człowiek cywilizowany, a nie jak jakiś brudas i dzikus.

Filip odwraca się. Szuka Misia, ale jego już nie ma. Znów zamknął się w szafie.

Angelina: Jesteś piękny sąsiedzie.

Podchodzi bliżej. Filip chce się odsunąć. Nie może. Oczy Angeliny sprawiają, że stoi jak wryty. Tonie w ich czarnym bezdennym blasku bez źrenic. A może źrenice są. Tylko ich nie widzi. Świat się zapada. Filip już by upadł, gdyby nie ramiona Angeliny, które go obejmują. Przytulają. Z jej ust wyciągają się na zewnątrz długie zęby drapieżnika. Te zęby przecinają skórę na szyi Filipa. Robią w niej dwie małe dziurki, z których krew spływa prosto do ust Angeliny. Po drugiej stronie szyi przyczepia się zębami Augusto.

Jeden haust, drugi i oboje odskakują jak rażeni prądem. Krew wypluwają na podłogę. Wymiotują krwią. 

Angelina: Cholera. Znów to samo. Takie wstrętne obrzydlistwo jak przypalona zupa mleczna mojej mamy.
Augusto: Żeby to była zupa, ale to jest gorsze. Zwyczajne gówno.
Rety muszę zaraz się napić, bo zwariuję.
Angelina: Ja też.

Oboje zamieniają się w nietoperze i odlatują przez otwierające się okno.

Miś wychodzi z szafy. Z szuflady na dole szafy wyjmuje bandaż nieco już sfatygowany. Postrzępiony. Niezbyt czysty. Polewa go nieznaną bliżej miksturą też wyjętą z szuflady. Tak przygotowany okład zawiązuje mocno na szyi Filipa.
Filip się budzi z transu.

Filip: Co to jest?

Pokazuje na bandaż, który ma na szyi zamiast swojej zwykłej chustki.

Miś: Okład. Dzięki niemu rany się zagoją. Krwi przybędzie. Odnowisz się.  Znów będziesz jak żywy to jest nowo zmarły.
Filip: Co mi się stało?
Miś: Pogryzły cię. Na szczęście okazałeś się niesmaczny. Już cię nie będą niepokoić.
Filip: Kto mnie pogryzł?
Miś: Co ty pamięć straciłeś razem z krwią? Wampiry nas odwiedziły.
Filip: A tak. Coś sobie przypominam jak krzyczałeś, a potem ona...
Miś: Rety chyba się w niej nie zakochałeś?
Filip: Taka piękna.

Miś wzdycha. Rozumie, że Filip zbyt długo gapił się w oczy Angelinie. One go zaczarowały. Trzeba trochę czasu, żeby czar minął. Miś ziewa. Cała ta sytuacja go zmęczyła. Jest już po 2 nad ranem według jego zegarka, bo tutaj i tak panuje inny, własny czas.

Miś kładzie się spać. Filip też zasypia. Zmęczony, poturbowany i słaby.


P. S. Tyle na razie. Dialogi znajdą się w nowym dziale tak właśnie nazwanym. Na pewno oprócz Filipa, Misia, wampirów pojawią się też inni bohaterowie. Inne miejsca. Inne przygody.
Dajcie znać proszę, czy lubicie takie historie.