wtorek, 21 listopada 2017

Ten, którego imienia nikt nie pamięta.

Żył sobie kiedyś na Ziemi pewien mędrzec. Niestety jego mądrość zaszkodziła jednej kobiecie. Dlatego w złości rzuciła na niego zaklęcie niepamięci. Od tej pory ludzie o nim szybko zapominali. On sam tylko dzięki magicznym jagodom sobie przypominał, ale nie wszystko. Jego imię nadal pozostało zakryte. Czy kiedyś się to zmieni?

Autor obrazu Leszek Kostuj

Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Ilona - szefowa sekty Pozytywni, Cierpisław - mędrzec, imię sobie sam wymyślił, ale trudne i ludzie wołają na niego Ten; Rysio - uczeń, lat 12; 
Ela - sąsiadka Ilony.

Dialog 1.

Miejsce: Góra jagodowa zwana też Górą Tego w Przestrzeni Obok.

Stoi jak wyrzut sumienia między szarymi blokami. Już nie raz próbowano ją zlikwidować i na jej miejscu postawić kolejne funkcjonalne domy wielorodzinne. Bez skutku. Ona zawsze odrastała. Zrzucała z siebie budowle i budowniczych. Wreszcie urząd miasta dał jej spokój. Pnie się wysoko, a na niej krzewy jagód magicznych. Niestety nie na każdego działają. Naprawdę działają jedynie na Cierpisława, inaczej Mędrca Tego. Dzięki nim wie, co i komu powiedzieć. Jednak jego mądre słowa bardzo przypominają zagadki słowne i nie do wszystkich dociera od razu ich mądrość.

Do góry zbliża się Ilona dawniej szefowa sekty Pozytywni, dziś zagubiona kobieta. Od sąsiadki dowiedziała się o mędrcu Ten. Może on jej pomoże się odnaleźć. Umówiła się z nim przy Górze jagodowej, jego ulubionym miejscu. Przy okazji Ilona chce zjeść trochę podobno magicznych jagód. Zresztą nie ona pierwsza, nie ostatnia. Po górze wędrują inni miłośnicy jagód: dzieci, babcie, mamy, żony swoich mężów, którzy czekają na nie w domu, samotni mężczyźni. Gdzieś wśród nich kręci się również mędrzec. Niski, niepozorny mężczyzna. Jedynie jego broda sięga swoją długością dalej niż inne brody. Ilona o tym wie i w grupie ludzi wypatruje siwej brody.

Mędrzec Ten: Witaj. 

Mędrzec podchodzi do Ilony z tyłu. Ona z zaskoczenia aż podskakuje. Patrzy na mędrca z ogłupiałym wyrazem twarzy i wytrzeszczonymi oczami.

Mędrzec Ten: Jak masz na imię?
Ilona ( po dłuższej chwili gapienia się ): Ilona.
Mędrzec Ten: Masz problem. Opowiedz mi o nim.
Ilona: Czuję, wiem, że nie należę do tego świata. Pamiętam jakieś głosy, które coś mi mówiły, ale co, nie wiem. I jeszcze jakieś cienie ludzi. Może z tego właściwego świata, w którym byłam.
Mędrzec Ten: Niedobrze.
Ilona: Nic nie da się zrobić.
Mędrzec Ten: Zawsze coś się da. Co dokładnie zobaczymy. Poczęstuj się proszę.

Mędrzec Ten częstuje Ilonę jagodami, które zebrał wcześniej do torebki foliowej z napisem Feluś market.

Ilona: Dziękuję.
Mędrzec Ten: Jagody ześlą sen. Co ci się przyśni jutro mi powiesz.
Ilona: I to wszystko?
Mędrzec Ten: Na razie tak. Chyba, że chcesz ze mną pospacerować wokół tej góry.
Ilona: Nie, muszę wracać do domu i obiad robić. Czy dzisiaj coś płacę?
Mędrzec Ten: Nie zbieram opłat za swoje rady. Nie wolno mi.
Ilona: W takim razie do widzenia.
Mędrzec Ten: Do widzenia.

Dialog 2. 

Miejsce: Szkoła podstawowa imienia Kleofasa Bystrzaka w Przestrzeni Obok.

Po zjedzeniu codziennej porcji jagód mędrzec Ten przypomina sobie o pełnionej w szkole funkcji woźnego. W pobliskich krzakach zdziera z siebie brodę i jasnoblond perukę z długich, prawie naturalnych włosów. Przebiera się w strój roboczy czyli uniform woźnego: jasnoniebieską marynarkę i koszulę oraz spodnie z bawełny również w tym samym kolorze. Dyrektor wymyślił ten strój dla swoich najniższych podwładnych. Nauczyciele noszą żółty, a uczniowie w zależności od klasy różne odcienie pomarańczowego. Sekretarka zielony. Inni pracownicy zależnie od dnia tygodnia: różowy, czarny, szary, brązowy, fioletowy. W podanej kolejności.

Woźny Cierpisław, tylko w szkole znany pod tym imieniem, wchodzi w ostatniej chwili przed dzwonkiem na lekcję. W samą porę, by zakończyć panujący hałas odpowiednim przyciskiem. Cierpisław dociera do miejsca z brzęczykiem i naciska go. W korytarzu na parterze i tym na piętrze rozlega się ostry gwizd dzwonka. Koniec przerwy. Początek czterdziestopięciominutowej ciszy.  Uczniowie rozbiegają się do klas. Cierpisław siada przy stoliku naprzeciwko drzwi wejściowych. W czajniku elektrycznym gotuje wodę na herbatę. Z torby na ramię, która podobnie jak strój czekała na niego w krzakach, wyjmuje kanapkę z szynką. Już chce ją ugryźć, gdy drzwi szkoły się otwierają i staje w nich spóźnialski uczeń Rysio. Mimo spóźnienia chłopiec człapie noga za nogą. Pierwsze kroki zamiast do szatni kieruje do woźnego.

Cierpisław: Czego chcesz?
Rysio: Nic. Tylko trochę odpocząć tu przy panu.
Cierpisław: Ciągle odpoczywasz. Może ty chory?
Rysio: Zdrowy, ale w naszej klasie bez odpoczynku nie da się rady.
Cierpisław: Dlaczego?
Rysio: Bo mamy lekcje z panią Wiedzącą i panią Wrażliwską.
Cierpisław: A, one.
Rysio: Słyszał pan jak krzyczy pani Wrażliwska? A ile zadań z matematyki zadaje pani Wiedząca?
Cierpisław: Coś tam mi się o uszy obiło, no ale spóźnianie się nie załatwi problemu.
Rysio: Nic pan nie rozumie. Ja chcę być punktualny. Tylko, że jak mam pierwszą lekcję z Wrażliwską, a drugą z Wiedzącą, zwyczajnie się nie wyrabiam.
Cierpisław ( nie chce wcale tak długo rozmawiać z Rysiem, jednak rozmowa wciąga go coraz bardziej ): Jak to się nie wyrabiasz?
Rysio: Zwyczajnie. Najpierw nie mogę wstać. Potem nie mogę umyć się, ani jeść.
Cierpisław: Jak nie możesz?
Rysio: Pyta pan jak, a czy ja wiem jak? W szkole nie mówią nam jak coś się dzieje i dlaczego. Za to musimy powtarzać reguły, teorie, zasady, historie i takie tam.
Cierpisław: Ćwiczysz pamięć. Z dobrą pamięcią daleko zajdziesz.
Rysio: Mój wujek miał dobrą, a teraz choruje na tego tam alzhenora.
Cierpisław: Alzheimera.
Rysio: Nieważne. Gorzej, że nikt już się z nim nie dogada.
Cierpisław: Zdarza się. To jednak nie powód, żeby się nie uczyć.
Rysio: Taa, a był pan kiedyś na lekcji z panią Wiedzącą albo z panią Wrażliwską?
Cierpisław: Za stary jestem, ale w młodości się uczyłem.
Rysio: To czemu pan jest woźnym, nie dyrektorem.
Cierpisław ( wzdycha ): Jakby ci powiedzieć...
Rysio: Lepiej niech mi pan powie jak dotrzeć do mędrca Tego.
Cierpisław: Co? Co?

W jednej chwili budzi się w Cierpisławie złość. Niezrozumiała ani dla niego, ani dla Rysia. Uderza chłopca w plecy i popycha w stronę schodów na górę.

Cierpisław: Zmiataj do klasy gówniarzu, ale już.

Rysio biegnie po schodach, choć lekcje ma na dole. Na szczęście woźny tego nie wie.

Dialog 3.

Miejsce: Market Feluś.

Olbrzymie wnętrze w kształcie labiryntu. Oświetlone jarzeniowym światłem. Półki z produktami spożywczymi, ubraniami, sprzętem elektronicznym i te sezonowe obecnie zajęte przez choinki i ozdoby gwiazdkowe. W całym sklepie dominuje reklama świąt, choć one same pojawią się w świecie dopiero za miesiąc.

Ilona przegląda półki z mrożonkami. Chce kupić coś, z czego zrobi szybko obiad. Dzięki temu zastanowi się nad słowami mędrca Ten. Znienacka podchodzi do niej sąsiadka Ela, ta sama, która poleciła jej mędrca.

Ela: I jak?
Ilona ( wzdryga się ): Dobrze.
Ela: Rozmawiała pani z nim?
Ilona: Z kim?
Ela: No, przecież z mędrcem.
Ilona: Tak.
Ela: Co powiedział?
Ilona ( wzdycha nad ciekawością sąsiadki ): Wyjdę z tego. 
Ela: A nie mówiłam. Mnie postawił na nogi, to panią nie postawi. I niech pani tych mrożonek nie kupuje. Zapraszam do siebie na placki jagodowe.

Ostatnie dwa słowa sąsiadki wywołują w głowie Ilony obraz. Jakaś starsza kobieta z talerzem pełnym placków pochyla się nad małą dziewczynką.

Ilona ( myśli ): Kim ona jest? I kim jest dziewczynka?

Zaraz potem obraz znika. Oczy Ilony przenika ostre światło marketu. 

Ela: Dobrze się pani czuje?
Ilona ( chce odpowiedzieć ): W porządku.

Jednak jarzeniówki nie pozwalają jej wykrztusić ani jednego słowa. Wdzierają się do mózgu, a razem z nimi głosy.

Głos 1: Myślisz, że on ci coś powie.
Głos 2: ( śmieje się ): Zatkało ją.
Głos 1: Zaraz cię zabiorą do wariatkowa.
Głos 2: Posiedzisz sobie tam dopóki nie zrozumiesz.

Ilona ( krzyczy ): Czego? Co mam zrozumieć?

Wystraszona sąsiadka Ela dzwoni na pogotowie.

Dialog 4.

Miejsce: Szkoła podstawowa imienia Kleofasa Bystrzaka.

Gniew Cierpisława powoli opada. Woźny wraca do swojej kanapki i herbaty, a raczej chce wrócić, bo gdy tylko rozwija papier w drzwiach pojawiają się nowi uczniowie albo mocno spóźnieni albo nazbyt punktualni. Grubas i chuda ruda dziewczyna. Oboje w czarnych nieprzepisowych strojach. Powoli podchodzą do woźnego.

Cierpisław ( myśli ): Terroryści.
Grubas: Masz rację.
Dziewczyna: Ostatnie twoje życzenie?
Cierpisław: Co takiego?
Dziewczyna: Masz trzy minuty.

Cierpisławowi nic do głowy nie przychodzi. Czuje jedynie pot spływający po plecach. Narastający za oczami ból głowy. Głucha cisza. Wskazówki zegara na ścianie powoli przesuwają się do przodu.

Grubas ( się śmieje ): Żart. Przyznaj się posikałeś się stary dziadu. Zsikałeś się ze strachu.
Dziewczyna ( patrzy na zegar ): Dwa, jeden zero.
Grubas ( nadal się śmieje ): Iza przestań, bo sam się zsikam.

Dziewczyna grzebie w kieszeni. Po chwili wybuch rozrywa szkołę i ciała wszystkich, którzy w niej przebywają.

Cierpisław w ostatniej sekundzie przed końcem widzi swoje imię, które i tak szybko ginie razem z nim.


P. S. Nie martwcie się. To tylko chwilowy zamęt. Ciąg dalszy nastąpi i może będzie lepszy.
Podzielcie się wrażeniami z lektury.






 
 






 

wtorek, 14 listopada 2017

Zablokowana namiętność.

Zanurzył ją w głębi mroku. Uśpił i chociaż się obudziła jednak inna. Nieswoja. Obca. Nie umie już tak jak kiedyś cieszyć się życiem. Razem z radością straciła namiętność. Dlaczego? Czy można ją uratować?

Obraz Mateusza Dolatowskiego

Sny i urojenia.

Od czasu tajemniczego mężczyzny, podobno gracza, cokolwiek to słowo znaczy, świat Radomiły przewrócił się na drugą stronę, tę niewłaściwą. Sny mieszają się z jawą. Jawa staje się snem. Nie łatwo żyć z czymś takim. Jednak Radomiła żyje. Udaje sama przed sobą, że nic złego się nie dzieje. Nic się nie zmieniło. Udaje przed Kazimierzem, ukochanym mężczyzną, z którym mieszka. Nie chce znaleźć się znów w szpitalu jak kiedyś, gdy powaliła ją depresja.

We śnie i na jawie rozmawia z nim. Kazał się nazywać Elek. Imię wymyślił dla niej, bo naprawdę tam, skąd pochodzi imiona nie istnieją. Jak oni się porozumiewają bez nazw? Nie powiedział.

Jeden z pierwszych snów po tym jak Kazimierz obudził ją śpiącą na fotelu, zabrał jej namiętność. Rozpadła się na tym fotelu, który we śnie nabrał koloru czerwonego wina. Elek siedział na nim, a ona przywierała do niego całą powierzchnią swojego nagiego ciała. Po raz ostatni czuła przeszywający ją żar chwili. Podniecenie rosnące szybko. Pragnienie, by rozkosz trwała wiecznie. Poruszała biodrami na jego udach. Ściskała mokrą waginą jego twardą męskość. Spijała jego pocałunki. Dochodziła do samego szczytu i wtedy nagle on ją zrzucił z siebie. Powiedział: dość. 

- Nie poczujesz więcej radości z seksu ani ze mną, ani z nikim.
Słowa zawisły nad nią jak klątwa. W końcu tym właśnie były.
Za zielonej zasłony okiennej wyszły one, jego partnerki, przyjaciółki, kumpelki? Nie wiedziała. Czuła jedynie przenikliwy chłód. Trochę później ból. One ubrane w zielone sukienki krótkie i przylegające do ciała zaczęły powoli obcinać jej palce, najpierw u rąk, potem u stóp. Krzyczała. Jak skończyły, palce odrosły i wtedy zaczęły na nowo. Wyła. Elek się śmiał.

- Na razie koniec. Idźcie sobie, a ty wracaj do swojej płytkiej wody - rozkazał.
Obudziła się w środku w nocy z bijącym nierówno sercem, z pulsującym bólem w rękach i nogach. Nie zasnęła już do samego rana.

Eugenia i Stanisława.

- Smaczne to ciasto zrobiłaś - pochwała Eugenii nie brzmi w uszach Stanisławy przekonująco.
- Kupiłam. Nie robiłam, bo jakoś źle się czuję - usprawiedliwia się Stanisława i zaraz zerka przez okno. Ważniejsze od jej keksu jest coś innego, raczej ktoś inny. Radomiła idąca noga za nogą.

- A tej co się stało? - zastanawia się Eugenia.
- Chyba ją rzucił ten jej gach - stwierdza Stanisława.
- Akurat. Przecież idzie do niego.
- A może do koleżanki.
- Tej, co ją pobiła?
- Nie ona, tylko narzeczony.

Eugenia wzdycha. Ma już dość gadania Stanisławy. Jej mądrości. Co za dużo to niezdrowo. Z jakiej racji Stanisława wie tyle, a ona prawie nic.

- Na mnie już czas - mówi Eugenia z wyraźną pretensją w głosie.
- Już? Dopiero przyszłaś? Ciasto niedobre? - Stanisława jak zwykle nic nie rozumie. Co ona takiego powiedziała, że Eugenia nagle zapragnęła wrócić do domu. Pewnie się tego nigdy nie dowie.

Niespodziewany ratunek.

Radomiła naprawdę idzie bardzo wolno. Tak jakby nie zależało jej na powrocie do domu Kazimierza, bo nie zależy. Wydaje jej się, że cała jej miłość do niego wyparowała z chwilą, gdy pojawił się Elek. Minęła razem z jego śmiechem, z komentarzami pełnymi jadu, z rozkazami jego i tych kobiet, przyjaciółek, kumpelek? Nieważne. 

W domu Kazimierza źle się czuje. Nie może oddychać. Jedynie w dawnym mieszkaniu dzielonym z matką, babką i ciotką jest dobrze. Nie słyszy. Nie widzi swojego prześladowcy Elka.

- Co zrobić, żeby się go pozbyć - myśli, gdy potrąca ją Aleksandra.
- Przepraszam, nie chciałam - tłumaczy się dziewczyna.
- Nic się nie stało... - Radomiła urywa, bo coś do niej dociera. - Czy to nie ty pomogłaś tej babce z lustrem?
- Pani Magdzie?
Aleksandra się zatrzymuje. Patrzy uważnie na Radomiłę. Chyba już wie o co chodzi.
- Mogę przyjść do pani. Ja też ich nie lubię.
Teraz Radomiła przygląda się Aleksandrze.
- Mogłabyś - pyta. - Zapłacę ci.
- Nie, zrobię to za darmo.

Jakiś czas później.

Radomiła powoli zdejmowała kolejne warstwy ubrania przed wpatrującym się w nią Kazimierzem. Siedział na brzegu ich wspólnego łóżka. Już parę razy próbował ją dotknąć, ale Radomiła mu nie pozwalała.

- Nie, ja sama.
- Dobrze, dobrze.

Nie aż tak dobrze. Spodnie robiły się ciasne. Rozpierało je podniecenie. Jednocześnie gdzieś z tyłu głowy czuł obawę, że znów będzie jak ostatnio. Pokocha się trochę z robotem, w jakiego z nieznanych przyczyn zamieniła się Radomiła.

Ona też czuła tę obawę. Gorzej, strach przed Elkiem.
- A jeśli on się pojawi. Aleksandra mówiła, że to niemożliwe, a jeśli... -  myślała Radomiła. 

Nie pojawił się. Może ją widział, a może nie. Aleksandra założyła blokadę. Jak mocną? 

Radomiła przylgnęła do Kazimierza nagim ciałem. Drżącymi z pragnienia rękami rozpinała mu koszulę, potem spodnie. Wreszcie dotarła do twardej męskości. Objęła ustami. Polizała z dołu do góry i z góry na dół. Z każdym ruchem jej strach przed Elkiem słabł, znikał. Gdy Kazimierz podniósł głowę Radomiły i ją całą przesunął wyżej, lęk wyparował. Prawie. Jeszcze jakby wisiał jej nad głową, nad udami, którymi ujeżdżała Kazimierza jak narowistego konia. Po raz pierwszy od dłuższego czasu Elek im nie przeszkadzał. Radomiła nie słyszała jego śmiechu, jedynie własny przyśpieszony oddech i westchnienia rozkoszy Kazimierza. Oboje powoli się wspinali na szczyt. Wilgotni i nabrzmiali jak chmury, które za chwilę zderzą się ładunkami. Wagina Radomiły już pulsowała. Sutki twardniały. Ciało wyginało się w łuk. Kazimierz doganiał ją swoim podnieceniem. 
- Kocham Cię - wyznał i przytulił ją mocniej do siebie.
Potem świat eksplodował w ekstazie. Wreszcie namiętność wróciła do Radomiły.

Gdzieś.

Elek próbował zobaczyć. Bezskutecznie.
- Znów ta mała cholera - krzyczał.
- Załatwimy ją - odważyła się powiedzieć jedna z dziewczyn stojących obok.
- Zamknij się, bo ja ciebie zaraz załatwię.
W spojrzeniu Elka kryła się chęć rzucenia jakiegoś strasznego zaklęcia. Dziewczyny na wszelki wypadek się schowały w szczelinie między ścianą, a lustrem.


P.S. Chwilowy hapy end. Co dalej? Okaże się.
       Podzielcie się wrażeniami z lektury. 

 


wtorek, 7 listopada 2017

Pomarańczowa zgraja.

Tak je nazwała Eugenia, gdy po raz pierwszy je zobaczyła. Stanisława potwierdziła i jeszcze dodała: nieokrzesana. Ale dlaczego? I kim one są?

Obraz Andrzeja Wrońskiego.
 Nowe sąsiadki.

Zjawiły się o szóstej rano. Eugenia wie, bo spojrzała na zegarek. Za okna dolatywał pisk opon i głośna muzyka techno. Wyjrzała. Zobaczyła jak wysiadają równie pomarańczowe jak ich garbus, którego zaparkowały na chodniku przed klatką. 

- Gdyby mogły, pewnie by nim na schody wjechały - pomyślała Eugenia. Stanisława jedynie westchnęła. Nieznajome wybiły ją z resztek snu, jakie całą noc próbowała złapać bez skutku. Dopiero tuż przed szóstą ją zmorzyły. Może by nawet usnęła, pospała jeszcze choć do ósmej, ale nowe sąsiadki wszystko zburzyły.

Obie, i Eugenia i Stanisława patrzyły na kobiety uważnie. Na ich rzucające się w oczy pomarańczowe długie włosy, małe pomarańczowe torebki, pomarańczowe części ubrania, spódnicę, spodnie, bluzki, czarne piegi na bladych twarzach i okulary każde w innym kolorze. Różowe, turkusowe i seledynowe. Nie przeciwsłoneczne, zwykłe jakie noszą ludzie z wadą wzroku.

- Ciekawe, skąd wzięły takie dziwne oprawki - zastanawiała się Stanisława ze swojego punktu obserwacyjnego przy oknie. Eugenia też o tym myślała. Po chwili jedna i druga przeniosły się do drzwi. Przyłożyły na zmianę ucho i oko do dziurki od klucza. Niedobrze. Jeszcze nie wiedziały jak bardzo niedobrze.

Kobiety zrobiły w powietrzu dziwne gesty jakby malowały rękami litery. Piszczały przy tym jak nastolatki. Piszczały i chichotały.

Eugenię złapał ból głowy. Stanisławę serce kłóć zaczęło. Dwie plotkarki emerytki porzuciły obserwację.

Kobiety się śmiały.

- Mamy je z głowy - stwierdziła ta w różowych okularach, nazwana przez pozostałe Klaudią numer 1.
- Jedna jeszcze, a potem weźmiemy się za nią - zatarła ręce Klaudia w turkusowych okularach, numer 2 w ich hierarchii. 

Ostatnia w seledynowych Klaudia numer 3 wcale się nie odezwała. Dlatego, że była ostatnia i z powodu swoich wątpliwości, których Klaudia numer 1 nie znosiła. 

Florentyna

Zasnęła w ramionach odzyskanego niedawno Zygmunta. Hałas za oknem jej nie obudził. Zygmunta też nie. Po wspaniałym seksie nic nie mogło wyprowadzić ich z równowagi. Jednak nie do końca w przypadku Florentyny.

Nad morzem, o którym śniła, pojawiły się obce, pomarańczowe kobiety, a razem z nimi lęk. Pewność, że za chwilę stanie się coś złego. One zrobią coś nieodwracalnego. Zrobią Florentynie krzywdę.

- Chcę się obudzić - myślała. 

Sen trwał dalej. Morze zmieniło się w  tory kolejowe. Szerokie, ale z jednej strony zawalone złomem. Jakby starymi rozłożonymi na części pociągami. Florentyna leżała po środku tych używanych. Wiedziała, że pociąg zaraz przyjedzie.

- Przejedzie cię. Nigdy już nie będziesz taka jak byłaś - zasyczał gdzieś z boku kobiecy głos.
- Odwrócimy cię na drugą stronę. Nikomu już nie pomożesz - potwierdził inny, choć również kobiecy głos.
- Kim jesteście? - zapytała Florentyna.
- Po co ci ta wiedza przed śmiercią - zaśmiała się ta pierwsza.

Florentynę poraziły kolejne fale lęku. Nie wiedziała, skąd bierze się jej pewność, że usłyszała pierwszą. I skąd w jej myślach pojawił się obraz pierwszej. Ubrana w pomarańczową spódnicę i bluzkę nosiła okulary w różowych oprawkach. Obok niej stanęła druga w pomarańczowych spodniach i bluzce dla odmiany białej. Tą wyróżniały okulary turkusowe. Jedynie trzecia pozostała w cieniu. Jakby nie chciała się ujawnić zbyt wcześnie albo zwyczajnie też się bała. Może brakowało jej pewności siebie. Nie na tyle by się w końcu nie odezwać.

- Wiem jak to boli. 
- Co? - zapytała Florentyna.
- Lęk przez nie rzucony. Mnie też torturowały.

Dziwne, gdy mówiła, Florentyna czuła spokój. Wracały jej siły. Czyżby trzecia jej pomagała?

- Nie mogę - odpowiedziała ona jakby czytała w myślach Florentyny. - Za zdradę są tutaj okropne kary.
- Tutaj? Gdzie?

Zamilkła. Tamte ją usłyszały? Florentyna wymacała w mroku klucz. Błyszczał bielą w ciągnącej się ciemności. Rozjaśnił niebo. Florentyna zobaczyła zbliżające się do niej czarne chmury burzowe. Czuła, że jeśli pociąg jej nie zabije, piorun strzeli w nią. Tak czy inaczej one ją załatwią. Zlikwidują, bo stoi im na drodze. Biały klucz. Tylko on mógł jej pomóc. Rzuciła go przed siebie na tory, krzycząc: chce wrócić do swojego świata, wynoście się.

Wszystko zniknęło. Florentyna się obudziła. Ani śladu po lęku. Obok śpi jej mężczyzna. Florentynę przepełnia moc, siła do działania.

Aleksandra

Ona też spała mocno, gdy przyjechały. Zbyt zmęczona siedzeniem do późna w internecie i niekończącymi się bzdurami szkolnymi. Na szczęście następny dzień to sobota. Czas wolny od szkoły, od wiecznego ględzenia nauczycieli, głupawych, śmiejących się z byle czego dziewczyn i jeszcze głupszych chłopaków chodzących za nią i krzyczących: ruda paskuda. Nareszcie spokój i nieważne, że potrwa jedynie dwa dni.

W jej spokojny sen o lataniu wdarły się one. Wszystkie trzy ubrane na pomarańczowo z pomarańczowymi włosami. Zaczęły obok niej fruwać jak ptaki z horroru Hitchcocka. Jeszcze trochę i wydrą jej serce. Zmuszą do czegoś, do czego nie mogli zmusić poprzedni dręczyciele.

- Masz rację. Z nami nie masz szans - odezwała się pierwsza w okularach z różowymi oprawkami.
- Ani trochę - zaśmiała się druga o oczach zasłoniętych okularami turkusowymi.

Trzecia się nie odezwała. Wysłała jedynie myśl.

- Mnie też załatwiły.
- Jak to? Kim one są ? - odpowiedziała jej w myślach Aleksandra.
- Wszystkie jesteśmy czarownicami.
- Pomożesz mi?
- Nie mogę. Tylko ty możesz.
- Ale co, co mogę?

Goniły ją po wąskich ulicach między wielkimi szarymi domami. Już prawie ją dopadły, gdy skręciła w ślepy zaułek. Wtedy zobaczyła biały klucz. Porzucony przy ścianie zamykającej ulicę. Pochyliła się. Wzięła do ręki. Poczuła ciepło. Nie wiadomo dlaczego pomyślała o Florentynie. Może klucz należał do niej. Nieważne. Aleksandra odwróciła się. Już wiedziała, co zrobi. Rzuciła kluczem w pomarańczowe kobiety tuż za nią. Krzyknęła: wracajcie do siebie, nic tu po was.

Aleksandra się obudziła z zaciśniętą w pięść ręką. Miała wrażenie, że śniło jej się coś złego, ale to minęło. Teraz wszystko się ułoży.

Gdzieś.

- Nie popisałyście się ani trochę - Mistrz gry zmarszczył czoło. Nie znaczyło to nic dobrego.
- Ale przecież... - próbowała się tłumaczyć pierwsza.
- Nie ma żadnego ale. Zrozumiano? - zadudnił głos Mistrza. 

Eugenia i Stanisława.

Siedzą u Eugenii przy stole z herbatnikami.
- Niezbyt świeże, ale ujdą - myśli Stanisława.
- Dobrze, że  je znalazłam - cieszy się Eugenia. - Nie wiem, czy miałbym siłę, żeby coś zrobić.

Obie zerkają na okno.

- Sądzisz, że pojechały? - wyraża swój niepokój Stanisława.
- Chodzi ci o pomarańczowe?
- A o kogo by innego?
- Pojechały. I mam nadzieję nie wrócą, bo tak hałasowały, że mnie głowa od tego rozbolała.
- A mnie serce. Chyba wreszcie się wybiorę do kardiologa.
- Myślisz, że ci pomoże. Ja byłam z głową u neurologa i co? Nic. Powiedział, że wyniki dobre. Wszystko w porządku. A boleć jak bolało tak boli.
- Teraz też ?! - Stanisława łapie się za serce. Jakby ją od tego gadania znów rozbolało.
- Nie. Jeśli tylko one nie wrócą i nie przyjadą inne równie hałaśliwe.
- Oby. Może chodźmy się pomodlić w  tej intencji?

Eugenia krzywi się na tę propozycję. Spogląda na zegar, co Stanisława odbiera po swojemu.
- Późno, muszę iść. Jak będziesz chciała, wpadnij do mnie w niedzielę.

Obie muskają powietrze przy policzku tej drugiej na pożegnanie.


P. S. Może wrócą, a może nie. Może zamiast nich pojawi się ktoś inny, a jeśli tak czy mu się uda porwać Aleksandrę? Zobaczymy.
Podzielcie się w komentarzach wrażeniami z lektury.

 
 

wtorek, 31 października 2017

Misiek.

Już dawno chciał, żebym o nim napisała, bo jest ważny. Trzeba o nim pisać. Należy się nad nim litować. Musiał zostawić swoje mieszkanie. Wyjść na ulicę bez niczego i szukać nowego lokum.

O kim mowa? Czy naprawdę to takie słodkie niewiniątko?


Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Miś - pluszowa zabawka, Cytrus - pies pluszowy, Łucja - kiedyś bezdomna, teraz właścicielka zbyt dużego mieszkania; Kaczor Donald - w zasadzie kopia kaczora, zabawka i terrorysta; Czarka - czarna żmija pluszowa i koleżanka kaczora

Dialog 1.

Miejsce: Zakład fryzjerski w dzielnicy Zabawkowo miasta Sensbezsens przy ulicy Plasteliny 3.

Miś, do niedawna współlokator Filipa, niebieski pluszak popycha czarne drzwi z napisem ludziom wstęp wzbroniony. I o to chodzi. Dlatego jest tutaj. Dlatego wchodzi do środka. Jak na razie nie chce widzieć żadnego człowieka, a przede wszystkim Filipa i kobiety z mocą, którą Filip sprowadził do ich, Misia i Filipa wspólnego domu.

U fryzjera zgodnie z obietnicą nie ma ludzi. W części pierwszej od drzwi siedzą na krzesłach przy lustrze i trochę dalej: pluszowy pies Cytrus, figurka Kena kopia 324, miś trochę podobny do Misia, ale rudy, nie niebieski oraz krokodyl Miętus też pluszak. Za niskim murkiem w części drugiej pluszowe, szmaciane i plastikowe lalki. Suszą włosy, rozmawiają, czekają na swoją kolei mniej lub bardziej cierpliwie. Można powiedzieć, że tamta część jest żeńska, a ta tutaj męska.

Miś siada na wolnym krześle koloru malinowego jak fartuch fryzjera dużego psa podobnego do Ferdynanda Wspaniałego zrobionego z klocków lego. Sąsiednie krzesło zajmuje Cytrus.

Cytrus: Pan też się farbuje?
Miś: Hmm.
Cytrus: Nie traktują nas poważnie z tymi kretyńskimi kolorami.
Miś; Hmm.
Cytrus: Rozumiem nie chce pan ze mną rozmawiać, bo jeszcze się nie przedstawiłem. Cytrus jestem. Kretyńskie imię. Zmienię je jak już będę czarny.
Miś ( z pogardą ): Teraz wszyscy farbują się na czarno.
Cytrus: Pan też?
Miś: Chciałem, ale się rozmyśliłem.
Cytrus: Więc na jaki kolor?
Misiek: Może brązowy.
Cytrus: Brązowy? Taki sobie.
Miś: Czarny gorszy. Pójdziesz do knajpy i cię wyproszą. Powiedzą, że czarnym wstęp wzbroniony.
Cytrus ( śmieje się ): Ta, akurat, przecież ja nie człowiek i nie pójdę do knajpy dla ludzi.
Miś: Wśród zabawek też zdarzają się rasiści.
Cytrus ( nadal się śmieje ): I pewnie jeszcze terroryści, co?

Jak na zawołanie do fryzjera wkracza terrorysta Kaczor Donald kopia 1098. Za nim pełznie żmija Czarka. Oboje są zabawkami. Kaczor pluszowy, żmija też. Wchodzą. Kaczor zawija sobie dziób czarną chustą. Żmija niczego nie zawija, bo brakuje jej rąk i może stąd jej złość. Nikt na nich nie zwraca uwagi, dopóki Donald nie wyjmuje z plecaka karabinu maszynowego. Strzela nim w stronę sufitu. Zabawki krzyczą i chowają się pod krzesłami i stołem z czasopismami. Fryzjer zamiera w bezruchu.

Kaczor Donald: Dawać forsę, ale już.
Fryzjer ( z płaczem ): Ale my niewiele mamy. Z czego żyć będziemy jak nam pan zabierze?
Kaczor Donald: Cisza.

Strzela do fryzjera. W rezultacie jedna z nóg odpada. Klocki rozsypują się po podłodze.

Miś ( cicho ): To bez sensu zamiast na bank napadać na fryzjera.
Kaczor Donald ( jednak usłyszał ): Właśnie bez sensu, bo nic nie ma sensu i ja wam to teraz udowodnię. Wszystkich zabiję. Tylko ciebie niebieski zostawię za to, co powiedziałeś.

Żmija podchodzi bliżej Misia jakby chciała go pocałować. Nawet muska jego policzek swoim długim czarnym językiem. Potem niestety gryzie go w nogę. Miś traci przytomność.

Dialog 2.

Miejsce: Plac cudów w dzielnicy Cukiernica.

Pole zielonej trawy, mimo jesiennej pory panującej w innych dzielnicach. Na polu kolorowe krowy i te zwykłe czarno-białe lub brązowe. Wśród nich różowa krowa. Obok siedzi Łucja.

Łucja: Pewnie nie muszę ci mówić, dlaczego przyszłam?
Krowa: Nie, ale powiedz. Poczujesz się lepiej jak mi powiesz.
Łucja: Czy ja wiem, czy lepiej? No, dobrze. Filipa nie ma i Misia też. Mieszkam sama. Czuję się taka samotna, zostawiona, opuszczona i chyba mieszkanie jakoś odbiera mój smutek. Zaczęło się zmniejszać i tracić kolory.
Krowa: Tak. Jest pewne rozwiązanie.
Łucja: Jakie? 
Krowa: Poczekasz cierpliwie na Filipa, który wróci. Miś raczej nie wróci. Albo weźmiesz do domu Kordelię.
Łucja: Kordelię? Kto to?
Krowa: Jedna z moich podopiecznych. Mieszka jak ty kiedyś na ulicy.
Łucja: Dobrze. Wezmę.
Krowa: Zastanów się. Kordelia bywa nieznośna.
Łucja: Ja też taka jestem czasami.
Krowa: Tak jak ona na pewno nie.
Łucja: Zaryzykuję. Wezmę ją.
Krowa: Ok. Tylko potem nie mów, że cię nie ostrzegałam.

Dialog 3.

Miejsce: U fryzjera.

Miś się budzi. Niestety już nie jest Misiem, ale Miśkiem. Niewielka różnica? Misiek potrafi wstać z energią, jakiej pewnie brakowałoby Misiowi. Misiek pamięta, że ludziom, konkretnie pewnej czarownicy zawdzięcza przemianę z człowieka w zabawkę. Wszedł jej w drogę. Pojawił się tam gdzie nie trzeba i w czasie najmniej odpowiednim. Powiedział tez coś nieodpowiedniego, co czarownicę wkurzyło i.... Kiedyś jeszcze do tego wrócimy, na pewno.

Na razie Misiek wstaje. Podchodzi do Kaczora. Klepie go po plecach.

Misiek: Dobra robota.
Kaczor Donald: Bierz broń z plecaka i zabijaj.

Misiek bez wahania wykonuje  polecenie. Tym właśnie Misiek różni się od Misia. Czarnym charakterem, którego w żaden sposób nie da się wybielić nawet trochę.

Misiek ( krzyczy ): W imię bezsensu, jedynej prawdziwej wartości gińcie wszyscy.

Strzela po kolei do każdej zabawki, również do Cytrusa. Krew nie leci, bo to zabawki. Zamiast niej do sufitu wzbijają się trociny, kawałki plastiku, materiałów, z których zrobiono lalki, misia, psa, krokodyla, fryzjera, fryzjerkę, Kena. Na chwilę zapanowały hałas i bałagan. Kaczor klepie Miśka z uznaniem.

Kaczor Donald: Przynosisz mi dumę synu.
Żmija Czarka: I mnie też.

Zabierają pieniądze z kasy. Naprawdę  niewiele i wychodzą.

Dialog 4.

Miejsce: Zaułek Biedy.

Gdyby Mickiewicz tu zawędrował, powiedziałby pewnie: wszędzie szarość, co to będzie, co to będzie.

Krowa ( krzyczy ): Kordelia. Gdzie jesteś? Kordelia.
Kordelia: Tu se siedze.

Siedzi szara jak wszytko wokół na worku jakby od ziemniaków. Obok w pudełku kartonowym i na wózku dziecinnym szmaty, opakowania po zjedzonych jogurtach, masłach, chlebie, puszkach. Czyżby jej ubranie i dobytek?

Na twarz Kordelii spływają pukle tłustych mysich włosów. Całe jej ciało cuchnie brudem, ponieważ Kordelia nie chodzi do pobliskiej darmowej łaźni. Nie chodzi, bo nie lubi myć się, nie lubi też ludzi w łaźni i poza nią. Łucja niedługo się o tym przekona. Na razie czuje zapach Kordelii i słyszy jej mowę.

Krowa: Poznaj Kordelio Łucję, moją przyjaciółkę. Ona cię zabierze do siebie.
Kordelia: Cześć stara.
Łucja ( niezbyt jej się podoba powitanie, jednak stara się uśmiechnąć ): Cześć. Idziemy.
Krowa: Zaczekajcie.
Kordelia: No?
Krowa: Pobłogosławię was na dobry początek.

Krowa rusza głową w jedną i drugą stronę jakby chciała nakreślić znak krzyża w powietrzu albo znak nieskończoności. Potem podchodzi bliżej do Łucji.

Krowa: Pamiętaj. Jakby co dzwoń do mnie albo przyjedź.
Łucja: Dobrze.

Łucja i Kordelia odchodzą. Krowa wzdycha.

Krowa: Oby się udało.



P. S. Czy się uda napiszę w innym odcinku. O Miśku też. A Wy podzielcie się ze mną wrażeniami po lekturze.

Jeszcze raz powtórzę, bo tego nie za dużo:
Wszystkie komentarze mile widziane.


 




  

wtorek, 24 października 2017

Jesienne być czy nie być.

Pewna pani zapytała mnie za co lubię jesień. Ciężka sprawa, bo tak naprawdę nie lubię jesieni. Robi się wtedy jakoś mroczno, cicho, smutno, ale, ale czy na pewno jesień nie ma żadnych uroczych stron?! Usiadłam. Pomyślałam, a poniżej prezentuję efekt moich refleksji. 


Jesienią, gdy słońce świeci,
chcę być całą sobą
w żółtych cieniach
przez liście rzuconych.
Zawisnąć choć na chwilę
w pomarańczowych odblaskach
na drzewach,
w rudym futrze wiewiórki.
Jednak gdy deszcz zacznie padać,
chcę zasnąć na wieki
lub tylko przeczekać 
do zieleni wiosny.


 Deszcz na kawałki mnie rozrywa,
 części znane i nieznane,
 nierozumiane,
 zapomniane.
 Chcę przestać istnieć.


  Czas jest iluzją,
  powiedz sobie, 
  gdy znów ci każą,
  przesunąć zegar 
  do tyłu,
  do przodu.
  Jesień jak czas nie istnieje.
  Jedynie snuje  się po głowie
  i w snach szaleje. 


   Ławka, na której siedziałeś,
   stoi pusta,
   zimna, opuszczona,
   pokryta mgłą zapomnienia.
   Tęskni jak ja
   za twoim dotykiem,
   oddechem.
   Wzdycha.
   Płacze razem 
   z deszczem.
   W słońcu
   się ożywia
   na chwilę.
   Przypomina sobie lato.
   Jeśli wrócisz kiedyś,
   pamiętaj, żeby ją odwiedzić.


  Sama nie wiem,
  dlaczego ja nie lubię
  jesieni.
  Za deszcz?
  Za smutek?
  Tęsknotę za cieniem
  czegoś, co odeszło?
  Za ludzkie 
  skrzywione miny?
  A może za szarą kurtkę?
  Za czapkę i szalik,
  które czekają
  na mnie w szufladzie?
  Za dzień krótki?
  Za mgłę?
  Za ostrożny słońca blask?
  Ach, to takie trudne,
  ale staram się
  spojrzeć na jesieni
  barwną stronę.


P. S. I tyle moich refleksji. Podobały Wam się? Lubicie czytać moje wiersze? Może podzielicie się ze mną własnymi refleksjami na temat jesieni.

Nie muszę chyba powtarzać, że wszystkie komentarze mile widziane.
  




wtorek, 17 października 2017

Czarodziej i wiedźma.

Bardzo dawno temu żył sobie na Ziemi pewien czarodziej i pewna wiedźma. Służyła im przestrzeń. Służył im czas. A jednak zaczęli się nudzić. Dlatego przenieśli się z własnej woli na drugą stronę rzeki istnienia do świata po śmierci. 
I tak się zaczęła ta historia.

Obraz Igora Morskiego

Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Aurelia - wiedźma, Bolelut - czarodziej, Roksan - android,

Dialog 1.

Miejsce: Dom czarodzieja Boleluta, jego gabinet.

Aurelia przekręca wytrych w dziurce od klucza. Wysokie drewniane drzwi otwierają się ze skrzypieniem. Wreszcie tajemniczy, zawsze zamknięty przed Aurelią pokój stoi otworem. Zaskakuje ją swoim ponurym czarno-białym wnętrzem. Nie widać niczego w ulubionych, jak sądziła, kolorach Boleluta. Psychodelicznych barwach wżerających się w oczy i umysł jak muchy w ciało nieboszczyka. Tutaj panuje spokój, cisza, nastrój sekretów. 

Aurelia ( myśli ): Na pewno gdzieś to tu jest, coś, co mnie wypuści z tego domu, ale gdzie? Boże, gdzie? Ja dłużej nie wytrzymam. Duszę się. Chcę wrócić do siebie.

Wygląd gabinetu Aurelię rozczarowuje. Zamiast oczekiwanych książek, w końcu Bolelut sprawiał wrażenie oczytanego, szafy. Na półkach obok różne aparaty telefoniczne jakby czarodziej specjalizował się w naprawach albo był zwariowanym kolekcjonerem. Duże biurko niestety zamknięte. Wytrych Aureli nie pasuje do żadnej szuflady. Gdy załamana osuwa się na dywan, z szafy wychodzi nagle kobieta z długimi jakby wylizanymi przez psa włosami. Bardzo wysoka i chuda. Patrzy na Aurelię pomalowanymi na czarno oczami. Krzywi w uśmiechu czarne usta. Biała sukienka sięgająca za biodra wisi na niej jak żagiel. Całość dopełniają czarne dżinsy i glany. 

Marta: Jesteś jego nową kochanką?
Aurelia: A ty?
Marta: Marta, stara kochanka. Zesłał mnie do szafy jak już mu się znudziłam.
Aurelia: Do szafy?
Marta: W zasadzie za szafę. Szafa to tylko przejście.
Aurelia: Dokąd?
Marta: Nie chciałbyś wiedzieć.
Aurelia: Jednak bym chciała.
Marta: Jak już mu się znudzisz, sama zobaczysz.
Aurelia: Próbowałaś stąd uciec?
Marta ( śmieje się ): Nie ma takiej opcji. 

- A może jest? - nowy głos odzywa się z szafy obok okna. Po chwili za głosem pojawia się piękność, oczywiście jeśli ktoś lubi kobiety w stylu Marilyn Monroe. Słodka blondynka w różowej sukience, różowym makijażu i z różową małą torebką. Podchodzi do Aurelii podaje jej rękę w długiej do łokcia białej rękawiczce.

Cecylia: Jestem Cecylia, pierwsza i ostatnia miłość Boleluta.
Marta: Akurat.
Cecylia: Nie słuchaj tej wiedźmy. Tutaj masz klucz do szuflady.

Cecylia podaje Aurelii mały złoty kluczyk. Marta wzdycha i się krzywi jakby zamiast kluczyka zobaczyła paskudną szmatę. Aurelia otwiera pierwszą szufladę biurka. Z środka wyciąga stare podarte gazety. Marta się śmieje.

Cecylia: Mówił, że kluczyk otwiera wszystkie szuflady.
Marta: Kto mówił? Twój kochany Bolelut? I kiedy mówił? Jak cię odstawiał do szafy?
Cecylia: Przestań. Nic nie rozumiesz.
Marta: A ty rozumiesz?
Aurelia: Mam.

Cecylia i Marta już są przy niej. Wyrywają jej z rąk gruby zeszyt w brązowej oprawie. Wygląda jak książka. Każda z nich chce go pierwsza otworzyć. Każda myśli, że to pamiętnik czarodzieja, a tymczasem kartki w środku świecą bielą. Na jednej tylko dwa słowa: prawdziwy człowiek. 

Marta ( znów się śmieje ): Oszukał ciebie, nie, nas oszukał.
Cecylia: Niemożliwe. Pisał pewnie sympatycznym atramentem albo jakoś zaczarował całość.
Aurelia: Nieważne, i tak ucieknę albo w końcu go zabiję.

Dialog 2.

Miejsce:  Kawiarnia Pod mechaniczną pomarańczą.

Właścicielem jest android Stefan. Stworzył to miejsce z myślą o takich jak on, o smutnych, samotnych androidach. Kawiarnia znajduje się na parterze wielkiego wieżowca. Zewnątrz wydaje się mała. W środku tworzy labirynt kolorowych sal. Spotkasz tu wszystkie barwy z wyjątkiem białej, czarnej i szarej, których Stefan nie lubi. Uważa, że przynoszą pecha. Poza tym zgodnie z ziemską nauką nie są kolorami. A Stefan w dawnym życiu był człowiekiem, w dodatku uznanym fizykiem.

W ciemnym rogu pierwszej przy wejściu sali niebieskiej przy okrągłym stoliku też niebieskim siedzi Roksan z czarodziejem Bolelutem. Bolelut pije piwo. Roksan nic nie pije.

Bolelut: Ładnie tutaj.
Roksan: Po co właściwie chciał się pan ze mną spotkać?
Bolelut: Zacznijmy od tego, że mam na imię Bolelut. Możesz do mnie mówić Bolek, dobrze.

Roksan wzrusza ramionami.

Bolelut: Chcę udowodnić ludziom, że nie ma czegoś takiego jak prawdziwy człowiek, bo czym jest prawda? Wiesz czym?
Roksan: Czym?

Roksan żałuje coraz bardziej, że zgodził się spotkać z czarodziejem. Na jego niespodziewany telefon zareagował jak człowiek nie jak android. Uległ impulsowi, ciekawości i pragnieniu, żeby odzyskać szczęście, bogactwo, miłość, które czuł przez chwilę za sprawą Zaczarowanego Ołówka. Przez jedną krótką chwilę czuł się jak człowiek. Teraz znów jest tylko maszyną z ciałem człowieka. Roksan potrząsa głową jakby ten gest mógł odgonić złe myśli. Utwierdzić go na nowo w przekonaniu, że androidy były, są i będą lepsze niż ludzie.

Bolelut: Wiem co myślisz. Nic cię nie obchodzi moja teoria prawdy i mój projekt. Nieważne. Zrobię to nawet, jeśli się nie zgodzisz.
Roksan: Co? Na co mam się zgodzić?
Bolelut: Zacząłeś słuchać? Dobrze. Oddasz mi do dyspozycji swoje ciało, a ja w zamian spełnię twoje marzenia. 
Roksan: Co?! Jak oddam?!
Bolelut: Spokojnie. Zwyczajnie zgodzisz się na moje testy do projektu prawdziwy człowiek.
Roksan: Testy?! Nie, w żadnym wypadku. I dlaczego ja?
Bolelut:Nie będę ci tego teraz tłumaczył. Zgadzasz się czy nie?
Roksan: Nie.
Bolelut: Na pewno? Nie chcesz być bogaty, szczęśliwy?
Roksan: Nie.
Bolelut: Dobrze. Zrobimy to po mojemu.

Bolelut pochyla się nad Roksanem. Łapie go za rękę. Roksan już nie widzi czarodzieja, tylko wielkiego smoka, który wpatruje się w niego czerwonymi, hipnotyzującymi oczami.


Świat Roksana się zatrzymuje. Rozpada na dwie części. Jedna pozostaje z jego ciałem, druga ze świadomością ginie w paszczy smoka. Nikt tego nie widzi. Siedzący przy sąsiednich stolikach zajęci są swoimi sprawami. Zresztą smok jest jedynie iluzją, za którą kryje się czarodziej. On, nie smok, połyka świadomość androida. Później ktoś z pewnością zauważy nieruchome ciało androida. Odstawi je gdzieś, gdzie się oddaje bezużyteczne ciała.

Dialog 3.

Miejsce: Gabinet Boleluta.

Aurelia powtarza jak mantrę dwa słowa: zabiję go. Cecylia i Marta patrzą wciąż na litery zapisane w notesie jakby samym wzrokiem potrafiły odczarować dalszą treść, której nie widać. Ona zwyczajnie nie istnieje. Gadanie Aurelii i gapienie się Cecylii i Marty przerywa odgłos deszczu. Krople uderzają w małe okno po prawej stronie biurka. Wszystkie trzy jakby na rzuconą gdzieś w powietrzu komendę prostują się. Rozglądają z oczami pełnymi lęku.

Cecylia: On wraca.
Aurelia: Co? Kto?
Marta: Bolelut zaraz tu będzie. Lepiej, żeby cię nie zobaczył.
Cecylia: Ani nas.

Jedna i druga drepczą do swoich szaf. Skulone, wystraszone, pozbawione energii. Marta po drodze gubi rękę. Odpada jej całe ramię. Cecylia gubi nogę. Aurelia otwiera usta z przerażenia. 

Aurelia: O boże.
Cecylia: Nie gap się. Tylko stąd zmiataj.
Marta: Jak trafisz do szafy, też będziesz miała części ruchome.
Cecylia: Nie słuchaj jej. Ucieknij jak otworzy drzwi. Pamiętaj nie daj się pocałować.
Aurelia: Dlaczego?

Pytanie zawisa w powietrzu. Cecylia znika z nogą w jednej szafie, Marta z ręką w drugiej. W drzwiach domu Boleluta słychać zgrzyt klucza. Aurelia w ostatniej chwili wybiega z gabinetu. Na progu staje czarodziej.

Bolelut: Witaj skarbie. Nie nudziłaś się beze mnie?

Aurelia podchodzi bliżej. Wygląda to tak jakby chciała się przywitać, jednak ona myśli o drzwiach, przez które za chwilę wyjdzie. Wróci do siebie. Odszuka swojego androida. Od teraz wszystko się ułoży, bo Aurelia odzyska wolność zabraną jej przez czarodzieja. Już wyciąga rękę w stronę klamki, gdy Bolelut chwyta ją w objęcia.

Bolelut: Ale się za tobą stęskniłem. Kocham cię.

Słowo zaklęcie działa. Aurelia poddaje się uściskom Boleluta. Pozwala się pocałować. Na powrót traci swoją niezależność. Zapomina, że chciała odejść.


P. S.  Na razie jest jak jest, ale w każdej chwili sytuacja może się zmienić. Jesteście ciekawi w jakim kierunku? Czekacie na ciąg dalszy czy nie?

Komentarze mile widziane.


 



  


















 



wtorek, 10 października 2017

Pytania bez odpowiedzi.

Pytania. Taki tytuł nosiłby film, gdyby ktoś go o nim nakręcił. Ciągłe pytania, a najważniejsze: kim jestem? Jak żyć, gdy oni depczą ci po piętach? Jacy oni? Jaki on?



Eugenia i Stanisława.

Za oknem deszcz moczy chodnik, samochody, przechodzących ludzi. Eugenia i Stanisława siedzą u Eugenii. Jedzą zrobiony przez Eugenię jabłecznik. Piją herbatę. Jak zwykle usta im się nie zamykają.

- I jak? - pyta Eugenia.
- Dobry, dasz mi przepis? - chwali ciasto Stanisława.
- Przecież umiesz. Po co ci mój przepis? Powiedz lepiej co myślisz o tym nowym - ciekawi się Eugenia. Jak to Eugenia. Chciałaby wiedzieć wszystko, a nie zawsze tak można.

- Egzorcysta.
- Co ty gadasz?
- Tajemniczy w czarnym ubraniu. I wprowadził się do tego nawiedzonego mieszkania.
- I co z tego? Jak się wprowadził, to się szybko wyprowadzi jak wszyscy przed nim. Czemu zaraz egzorcysta?
- Bo taki czarny jakiś i powiedział, że lubi duchy.
- Jak lubi to nie egzorcysta.
- Ale może je przegoni?
- Akurat.

Stanisława nie wie, co powiedzieć. Skąd u niej to uczucie, dziwny niepokój, jaki wzbudza w niej nowy lokator? Eugenia też nie wie, co myśleć o sąsiedzie. Zazwyczaj do każdego człowieka potrafi dopisać treść. Jednak tym razem nic jej do głowy nie przychodzi. Kim może być facet w czarnym ubraniu? W dodatku w czarnych okularach i z białą laską? Niewidomym, nieszczęśliwym starcem? Bo przecież młody to on nie jest, ale taki stary też nie.

Eugenia wzrusza ramionami. Prędzej czy później szydło wyjdzie z worka, a może nie?

Duchy 

Wbrew przypuszczeniom Stanisławy Edward nie był egzorcystą. Nie po to wprowadził się do mieszkania z duchami, by je przeganiać, ale żeby przejść przez otwartą przez nie bramę. Drzwi do innego świata. Oby tego lepszego, bo ten tutaj dobrocią nie świecił. Może i by wytrzymał w obecnej rzeczywistości, gdyby nie oni. Oni zatruli mu życie. Przed nimi uciekał. Przenosił się z jednego miejsca na drugie. Zmieniał pracę i wygląd zewnętrzny. Tak dobrze udawał kogoś innego, że już sam nie wiedział, kim jest naprawdę. Po co w ogóle żyje? Dlaczego oni go prześladują? Jak na razie pytania bez odpowiedzi.

Pierwsza noc w nawiedzonym miejscu nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Duchy się nie pojawiły. Wzięły go chyba za egzorcystę podobnie jak ta stara plotkara, co ją spotkał pierwszego dnia przed blokiem. Od razu zaczęła pytać: pan do kogo; wie pan, że tu straszy; nie boi się pan. Chciał krzyknąć: najbardziej boję się głupich sąsiadek, ale przecież nie będzie sobie psuł reputacji kretyńskimi odzywkami. Musi zachować spokój. Dlatego na odczepnego powiedział coś w rodzaju: lubię takie miejsca z duchami. Widział jak na twarzy ciekawskiej baby pojawia się strach i zdumienie. No i dobrze. Może następnym razem ugryzie się w język, zanim coś do niego powie. Może, bo w końcu na takie baby trudno znaleźć lekarstwo. W każdym razie stara się odczepiła, a duchy co, siedzą i czekają? Wyobraził je sobie jako małe szczury albo rosnące za ścianą kulki kurzu z ryjkami. Na razie wąchają powietrze. Sprawdzają go. Szykują broń. Edward się roześmiał.

- Szykujcie sobie co, chcecie. Ja się was nie boję - krzyknął w stronę ściany.

Przyszły następnej nocy. Stare małżeństwo, które kiedyś się nim opiekowało. Dawno temu, gdy był małym chłopcem. Teresa wysoka chuda z małą głową w papilotach przypominała modliszkę. Zbyszek niski gruby z wyłupiastymi oczami i plamami wątrobowymi kojarzył się Edwardowi z ropuchą. Oni oboje jeszcze za życia potrafili go straszyć.

- Straciłeś wzrok? - zainteresowała się Teresa.
- A ty co trwałą sobie robisz? - próbował żartować Edward. 
- Synu ty widzisz. Tylko udajesz - zauważył Zbyszek.
- Was wolałbym nie widzieć - przyznał Edward. 
- Zrobię placki.

Teresa poszła do kuchni. Edward westchnął. Dobrze znał z dzieciństwa jej placki, zapach spalonego ciasta, smak drewna i gumy z opon samochodowych. Nie dało się tego jeść, ale Teresa lubiła je robić, a chyba jeszcze bardziej wmuszać swoje jedzenie w małego Edwarda.

- Daruj sobie. Nie jestem głodny - Edward spróbował zaprotestować.
- Synu musisz jeść. Jesteś za chudy - Zbyszek podszedł bliżej. Jak dawniej pociągnął go za rękaw, żeby mu pokazać jak bardzo jest chudy.
- Nie jestem twoim synem - Edward go odepchnął.
Dziwne, w dotyku duch wydawał się taki rzeczywisty.
- Pamiętasz, co się stało jak nie chciałeś jeść? - zapytał Zbyszek.
Pamiętał, a teraz za chwilę sobie znów przypomni.

Scena jak powtórka z dzieciństwa. Edward odwraca się od jedzenia. Teresa i Zbyszek zamykają go w łazience, a tu budzą się nowe duchy.Wychodzą z wanny jako dwa szczury. Ruszają długimi wąsami. Badają otoczenie. Szczerzą zęby. Podchodzą bliżej, a Edward się cofa tak daleko jak jest to możliwe. I trafia na nich. Dwóch typów, jakby wyszli ze ściany. Stoją za nim. Obaj jak bohaterowie Matrixa. Czarne długie płaszcze i zakrywające oczy okulary. Tylko kolory się nie zgadzają: seledynowe i turkusowe. Śmieją się. 

- I co myślałeś, że uciekniesz? - mówi ten w seledynowych okularach.
- On nie chciał uciekać. On chciał iść z nami - odzywa się ten drugi.
- No, to pójdzie.

Znów się śmieją. Edward aż się kurczy od piskliwych dźwięków, jakie wydają. Zamyka oczy. Zaciska pięści. Jednak dawny sposób na obcych nie działa. Nie znikają. Chwytają go za ramiona i wciągają do dziury w ścianie za sobą. Z niej wyszli i do niej wchodzą. Tyle, że nie sami, ale ze zdobyczą. 

- Ratunku - krzyczy Edward, lecz nikt go nie słyszy, a jeśli nawet ktoś by słyszał i tak by mu nie pomógł. 
  

Eugenia i Stanisława.

Przez okna swoich mieszkań obserwują podjeżdżającą pod blok karetkę. Po kogo przyjechała? Kto zasłabł? Kogo wyniosą? Obie są ciekawe. Oczekiwana odpowiedź pojawia się po jakimś czasie, zbyt długim, zdaniem plotkarek. Dwóch rosłych sanitariuszy wynosi ciało Edwarda. Jeszcze żyje, bo głowy mu nie przykryli, ale co mu się stało? Duchy go zabiły?

Gdzieś.

Edward i jego towarzysze idą ciągnącym się w nieskończoność korytarzem. W końcu dochodzą do szeregu wind oznaczonych różnymi kolorami. Mężczyźni zatrzymują się przy szarej. Naciskają guzik. Słychać zgrzyt zbliżającego się dźwigu. Po chwili do dźwięku dołącza zapach spalonego ciasta. 

- Placki Teresy - domyśla się Edward. 

Winda zjeżdża. Drzwi się otwierają. W środku czekają już na Edwarda Teresa i Zbyszek. Chce się cofnąć, uciec, ale turkusowy i seledynowy, jak ich nazwał od barwy okularów, mocno trzymają. Wypychają do środka. Sami jednak zostają na zewnątrz.

- Teraz my się tobą zajmiemy - szczebiocze Teresa jak wtedy, gdy był małym dzieckiem.
- Nie - krzyczy Edward. - Ratunku.

Nikt go nie słyszy. Turkusowy i seledynowy zacierają ręce z zadowolenia.

- Poszło lepiej niż myślałem - stwierdza turkusowy.
- Oby z tą małą tak się udało - mówi seledynowy.
- I na nią znajdziemy haka prędzej czy później. To tylko kwestia czasu.



P. S. Na kogo znajdą haka? O kim mówią moi bohaterowie? I co dalej z Edwardem? Na razie zostały pytania bez odpowiedzi również dla mnie. 

Miło by było, gdybyście po lekturze tego opowiadania jak również innych zostawili komentarz, jakiś ślad, że czytaliście, chcecie lub nie chcecie czytać.