wtorek, 3 stycznia 2017

Między snem, jawą, a śmiercią.

Dawno o nim nie pisałam. 
Zaniedbałam, bo bohaterki ciekawsze, a on nijaki. 
Nic się u niego nie dzieje godnego uwagi.
Dlaczego? Kim on jest?

Zdjęcie stąd.

 Stan pomiędzy.

Jest na nim. Ona. Jakaś ona. Naga, ponętna. Podnieca go ruchami bioder i nie tylko. Czuje jej miękkość i wilgotność. Razem z nią krzyczy, bo może akurat to sprawi, że wreszcie się rozładuje, poczuje rozkosz. Nic z tego. Jego podniecenie nie maleje. Nie rośnie. Za to ona ma dosyć. Schodzi z niego. Zostawia.

Tadeusz krzyczy: wróć proszę. Na próżno. Jej już nie ma. Jest sam.
Nadciąga ciemność. Wcześniej też nie było dość jasno, ale choć trochę było lepiej. Teraz ciemność zabiera wszystko. Nawet ciało Tadeusza. Nagłe szarpnięcie. To tylko sen. Zaraz się obudzi.

Jednak jawa nie nadchodzi. Tadeusz spada jak Alicja z krainy czarów. Leci bez końca. Nie wiadomo gdzie. Nie wiadomo dokąd.
Kiedy się zatrzyma? Czy się zatrzyma? Czy będzie tak spadał i spadał bez końca?

Rzeczywistość.

Po świętach Eugenia i Stanisława podobnie jak inni, którzy się objadali niezbyt dobrze się czują. W brzuchu coś uwiera. W lewym i prawym boku coś kłuje. Obie, niezależnie od siebie wybierają się do apteki po jakiś lek na niestrawność. I znów się spotykają po drodze.

- Jak tam święta? - zagaduje Eugenia.
- Jak święta - wzdycha Stanisława. - Żołądek mnie boli i serce.
- Za dużo jadłaś - uśmiecha się Eugenia jakby ona nic nie jadła i nic ją nie bolało. 

- Ano za dużo. A ty nic nie jadłaś?
W pytaniu Stanisławy słychać ironię.
- No, trochę - przyznaje Eugenia - Przecież święta były. Miało się zepsuć.
- I co udało ci się zjeść wszystko?
Stanisława, zdaniem Eugenii, jest zbyt ciekawa. Czyżby chciała wprosić się na obiad?

- Takie tam resztki.
Eugenia wzrusza ramionami. Nigdy w życiu nie przyzna się Stanisławie, że jeszcze pół lodówki zajmuje jej jedzenie świąteczne.
- Tak jak u mnie, resztki. Rodzina wszystko zjadła - chwali się Stanisława.

Eugenia jej nie wierzy. Siedziała prawie całe święta albo przy oknie albo przed telewizorem. Nie widziała nikogo poza Zygmuntem i Florentyną. Wie, że do Stanisławy nikt nie przyszedł. Podobnie jak do niej.

- Widziałaś kuzynkę Tadeusza? - zmienia temat.
- Nie, a co? - pyta Stanisława. - I skąd się ona nagle wzięła?
- Przyjechała niby zająć się jego mieszkaniem, a naprawdę, mówię ci, na jego śmierć czeka - prorokuje Eugenia.

- Coś takiego! A on co na to? - oburza się Stanisława.
- Co on może. Leży w szpitalu w śpiączce - rzuca obojętnie Eugenia.

- Rety! Tyle czasu.
- Kuzynka chce go odłączyć. Mówi, że z niego i tak już nic nie będzie. Lepiej, żeby odszedł w spokoju.
Dalsze rewelacje Eugenia wyrzuca z siebie na jednym tchu.

- Pewnie, dla niej było by lepiej. Nie chodziłaby już do szpitala. Tylko siedziała w mieszkaniu Tadeusza. E, szkoda gadać.
- Właśnie szkoda. Późno, muszę już lecieć.

Eugenia jak zwykle zerka na zegarek i już jest jasne, że nic więcej nie powie.

- Ja też lecę. Muszę na obiad coś kupić - zgadza się Stanisława.

Idą każda w swoją stronę. Byle dalej od tej drugiej.


Stan pomiędzy.

Już nie spada. Zatrzymał się. Jest w olbrzymim pokoju. Leży na wielkim łożu. Miękkim, wygodnym, czerwonym. Wszystko wokół jest czerwone. Tonie w blasku świec w lichtarzach postawionych tu i tam. Mógłby teraz zapaść w głęboki sen. Mógłby wreszcie odpocząć. Tadeusz marzy o tym.

Ona jednak znów się pojawia. Ta sama albo inna. Jej twarzy podobnie jak tamtej nie widzi dokładnie. Jest nieostra. Za to jej strój jest wyraźny, aż bije po oczach swoją czerwoną barwą. 

Czerwony stanik przezroczysty cały w koronkach. Stringi wbijające się jak sztylety w rowek między jej okrągłymi pośladkami. Pończochy i szpilki. 

Siada przed nim na nich. Już jest podniecony zanim jeszcze jej usta dotkną podbrzusza, zanim zaczną go ciągnąć, ssać.

Ogarnia go dzika żądza. Bierze ją gwałtownie od tyłu. 
Ona jęczy. Jest bardzo wilgotna. Zaciska na nim swoją waginę. Cała drży i pulsuje.

Historia się powtarza. Kobieta w pełni zaspokojona odchodzi. On nie dochodzi, chociaż bardzo się stara. Zostaje sam ze swoim niekończącym się pragnieniem. Sam siebie nie potrafi zaspokoić. Już próbował. Penis w jego rękach zawsze staje się miękki jakby był impotentem.

Tadeusz krzyczy: niech mnie ktoś stąd zabierze, niech mi ktoś pomoże.

Rzeczywistość.

Dopóki nie pojawił się Zygmunt, Florentyna często odwiedzała Tadeusza w szpitalu. Czytała mu. Siedziała z nim. Opowiadała o sobie, swoim życiu, sąsiadach, ciekawskiej Eugenii i Stanisławie.

Wierzyła, że mu to pomoże i w końcu wróci do rzeczywistości. Niestety nie wrócił.

Florentyna poprosiła o pomoc  Łucję, specjalistkę od wybudzeń ze stanu śpiączki, stanu pomiędzy, jak to ona sama nazywała.

Jak przywracała do życia śpiących? Wchodziła w trans hipnotyczny i łączyła się z osobą, która znajdowała się w tym stanie.

- Oni bez mojej pomocy nie mogą wrócić. Nie potrafią. Nawet nie wiedzą, gdzie są i po co - wyjaśniała Łucja.

I bez jej tłumaczenia Florentyna czuła to. Wiedziała jakimś swoim szóstym zmysłem. Dlatego zaprowadziła Łucję do Tadeusza.

Wkrótce okazało się, że sprawa nie jest taka prosta. Ratowanie Tadeusza może zająć Łucji kilka dni albo dłużej.

Na początku ilość dni pozbawiona była znaczenia. Tadeusz leżał w tym samym miejscu. Nigdzie się nie wybierał. Nagle rodzina się do niego wybrała. Rodzina w postaci kuzynki Ilony, która zapragnęła jego pustego mieszkania.

Czasu już nie było. Ilona starała się o pozwolenie odłączenia kuzyna od podtrzymującej jego życie aparatury.

Najgorsze, że Łucja nadal nie mogła się skontaktować z Tadeuszem. 

Pojawił się, gdy już prawie straciła nadzieję, po tym jak pokłóciła się z Iloną. Obie wtedy krzyczały na siebie przy jego łóżku o jego śmierci. Czy Ilona ma czy nie ma prawa o niej decydować. Ilona twierdziła, że ma, bo jest jego najbliższą rodziną, innej Tadeusz nie posiada. Łucja, że nie, że nikt oprócz Boga o śmierci decydować nie może. I tak od słowa do słowa zaczęły się przepychać. Głównie Ilona pchała Łucję na korytarz, aż ją wypchnęła. Wyrzuciła i zabroniła przychodzić. 

Łucja odeszła tylko na chwilę. Wróciła, gdy już tamtej nie było. Jedynie miłe pielęgniarki, z którymi wcześniej rozmawiała i częstowała cukierkami. Szybko weszła w trans. Tadeusz już na nią czekał.

Stan pomiędzy.

Tadeusz słyszy krzyki. Słowa niewyraźne jakby dochodziły z pokoju obok, ale tu nie ma żadnego pokoju. Jest tylko ten jeden. 

Wielki niebieski salon oświetlony świecami wiszącymi na ścianie.
On znowu leży na łóżku. Czeka na następną kobietę albo tę samą. Nie wie dokładnie. Krzyki są dla niego czymś nowym. Jakby reżyser dziwnego filmu, w którym on gra główną rolę, wstawił je w ostatniej chwili. Chociaż Tadeusz czuje zmęczenie, chociaż chciałby zamknąć oczy, a z drugiej strony ciekaw jest tej kolejnej kobiety, coś sprawia, że jego słuch się wyostrza.

- Nie będzie mi pani mówić, co mogę, a czego nie mogę robić - mówi znajomy kobiecy głos.
- A gdzie pani była wcześniej - pyta drugi nieznany głos kobiety. - Wtedy, kiedy on wpadł do studzienki i znalazł się w tym szpitalu, gdy siedział sam w domu.
- Nie ma pani sprawa. Proszę stąd wyjść natychmiast albo zawołam ochronę.

Teraz już słychać tylko odgłosy szarpania. 

A ten znajomy głos? Tadeusz chwilę się zastanawia. I już wie. To przecież znienawidzona przez niego kuzynka Ilona. Co ona tu robi? A ta druga? Gdzie one są? Dlaczego ich nie widzi? Gdzie on jest?

Pytania go rozbudzają. Nie czuje już pragnienia ani snu ani seksu.
Światło świec groźnie mruga jakby za chwilę miało zgasnąć, a on spadać. Już poznał ten schemat. Brak światła i spadanie. Światło, pokój, kobieta, seks.

Tadeusz krzyczy: Ilona. Nawet jeśli kiedyś jej nie lubił, teraz chce, żeby się pojawiła, żeby go stąd wyciągnęła.

Tadeusz czuje Ilonę gdzieś blisko i tę drugą nieznaną, z którą się kłóciła. Wciąż krzyczy, ale Ilona nie odpowiada.

Światło przestaje mrugać. Do pokoju wchodzi kolejna kobieta ubrana w czarną podniecającą bieliznę z pejczem w ręku. Tadeusz zdaje sobie sprawę, że o takiej marzył jednocześnie dostrzega tę drugą, nieznaną i niepasującą do sytuacji. 

Sweter, który nosi jest wyciągnięty do granic możliwości. 
Dżinsy blado- niebieskie. Twarz bardzo wyraźna, uśmiechnięta z piegami na nosie i rude związane w kucyk włosy.

- Cześć, mam na imię Łucja. Nie pozwól jej uwieść się. To iluzja. Złap mnie za rękę. Wyciągnę cię.

Dla Tadeusza jest to bardzo trudne. Iluzja czy nie, jest bardzo atrakcyjna. Podnieca go jak wszystkie poprzednie.

Siada na nim okrakiem. Swoim pejczem rysuje mu wokół piersi ekscytujące kręgi. Potem się odchyla. Pokazuje jak potrafi się sama pieścić. Rozwiązuje sznurki, na których trzymają się majtki. 

Rozchyla nogi. Dotyka palcami nagiej ponętnej szparki. Tadeusz już chciałby wybuchnąć, ale jak zwykle nie może.

Łucja łapie go za rękę. Jej mocny uścisk sprawia, że podniecenie Tadeusza opada razem z gotowym do działania penisem.

Kobieta przed nim się nie poddaje. Pochyla się. Bierze go w usta. Ciągnie. On znów staje na baczność. Podniecenie rośnie, a ręka Łucji słabnie.

Łucja nie chce odpuścić. Chociaż iluzja mocno ją odpycha, ona wbija się paznokciami w rękę Tadeusza. Dobrze, że ich nie obcięła.

Tadeusz czuje ból. Krzyczy. Próbuje z całych sił wyrwać się raniącej go kobiecie w swetrze. Jednak ona jest silniejsza od niego i od tej w bieliźnie. Kopie ją i jego w tyłek jakby się wściekła. Może zresztą jest wściekła. Zaraziła się od jakiegoś psa i teraz Tadeusz też będzie wściekły. I tamta druga. 

Dziwne, ale myśl o wściekliźnie sprawia, że się śmieje. Po raz pierwszy od ilu lat? Lat? Miesięcy? Dni? Nieważne. Tadeusz ma atak śmiechu. Zwija się.Wali rękami. Już nic go nie boli. Nic nie podnieca.

Kobieta w bieliźnie znika. Zostaje ta w swetrze.

- To jak masz na imię? - uspakaja się wreszcie Tadeusz.
- Łucja - przedstawia się jeszcze raz kobieta.
- I mówisz, że mnie wyciągniesz? - dopytuje Tadeusz.
- Tak - potwierdza Łucja.

- A potem pójdziemy na kawę? - uśmiecha się Tadeusz.
- I bez tego cię wyciągnę.
- A co, nie chcesz ze mną pójść na kawę?
- Nie piję kawy.
- To na herbatę. Herbatę pijesz?
- Zieloną.

- To szybko wyciągnij mnie i pójdziemy - decyduje Tadeusz.
- Jeśli tylko będziesz mógł pójść - obiecuje Łucja.
- Dlaczego miałbym nie móc? - dziwi się Tadeusz.
- Nie wiesz, gdzie jesteś, prawda?

Dziwne pytanie. Tyle, że zgodne z prawdą. Tadeusz nie wie. Nic nie pamięta. Co się stało i dlaczego się tu znalazł.

- Czy to sen? - pyta.
- Nie, stan pomiędzy.

Uprzedzając jego następne pytanie Łucja wyjaśnia mu dalej:
- Śpiączka, w której się znalazłeś po wypadku. Wpadłeś do studzienki. Uderzyłeś się w głowę. Straciłeś przytomność. Potem albo zaraz znalazłeś się tutaj.

- Coś takiego - dziwi się Tadeusz.
- Chcesz wrócić do życia czy odejść? - pyta Łucja.
- Wrócić - szybko decyduje Tadeusz. - Nie mógłbym pójść z tobą na kawę znaczy się herbatę jakbym nie wrócił.

Łucja tylko się śmieje.
- Zobaczymy, czy jak się obudzisz, będziesz jeszcze chciał gdzieś pójść ze mną.
- Chcesz się założyć?

Tadeusz nagle ją całuje. Bardzo delikatnie w policzek.
- O co? - pyta Łucja.
- Jak się obudzę, będę chciał nadal, ty mnie pocałujesz i nie w policzek tylko tak serio w usta i z języczkiem.
- No coś takiego - Łucja udaje oburzoną. Naprawdę podoba jej się propozycja Tadeusza.
- Dobrze - zgadza się.
- Postanowione. Wracamy - ponagla ją Tadeusz.
- To łap mnie za rękę.

Rzeczywistość.

Wrócili. Ona taka jaka była. On trochę inny.

Powoli otworzył oczy.

- I co, nadal chcesz się ze mną umówić? - zapytała Łucja.

Zamrugał. To jedyne, co na razie może zrobić. Tu i teraz jest bardzo ograniczony. Tyle chciałby jej powiedzieć, że mu się podoba, że czuje do niej coś, czego nigdy do żadnej nie czuł. Słowa jednak muszą poczekać. Inne ruchy też.

Ona wie o tym. Cały czas wiedziała jak będzie, gdy tu wrócą. Tylko na filmach wybudzeni zaraz zaczynają mówić, chodzić, nawet śpiewać. W rzeczywistości on ma przed sobą rehabilitację długą lub krótszą. Zależy od jego organizmu i jego możliwości.

Pochyliła się nad nim. Pocałowała tak jak chciał.
- Wygrałeś - powiedziała. - Pójdę z tobą, gdzie zechcesz, byle nie do piekła. Podobasz mi się.

Na jego twarzy pojawił się uśmiech, a raczej coś w rodzaju grymasu, który jest uśmiechem. Jej to nie przeszkadza. Czuje, że rozbudził w niej iskrę, której wcześniej u niej nie było. Czy myślała kiedykolwiek, że z ratowanym ze stanu pomiędzy doświadczy miłości? Bo to chyba była miłość, a może zauroczenie? Czas pokaże. W każdym razie ona Łucja poczeka na Tadeusza.

Tadeusz w tym samym momencie pomyślał o tym samym, że dojdzie do siebie i zaprosi Łucję na herbatę, że ma nadzieję, że to ta właściwa kobieta, że z nią zostanie.

Eugenia i Stanisława zobaczyły się w czasie kolejnej wyprawy po zakupy.

- Wiesz, że już nie ma kuzynki Tadeusza - powiedziała Eugenia.
- Tadeusz wyzdrowiał i znikła? - zapytała Stanisława.
- Jak byś zgadła, ale jeszcze nie wyzdrowiał. Obudził się.
- Chwała Bogu - ucieszyła się Stanisława. - A może wejdziesz do mnie na herbatę?

Ta propozycja samą Stanisławę zaskoczyła. Ot tak z ust jej wyleciała. Chyba ostatnio czuła się zbyt samotna i stąd te nagłe słowa.

- Masz czas? - zdziwiła się Eugenia.
- Tak. Po zakupach, przed obiadem. Mam jeszcze lody w zamrażalniku. Jakoś mi się uchowały - zachęcała Stanisława.

Eugenia się uśmiechnęła. Może jednak Stanisława nie jest taka zła jak jej się wydawało - pomyślała.

Dobrze, jak zapraszasz przyjdę - zdecydowała.

Jednej i drugiej zrobiło się miło.

P. S. Czy znów będą się odwiedzać Eugenia ze Stanisławą?
Jak potoczą się dalsze losy Tadeusza i Łucji? Wspólnie czy osobno? Odpowiedzi się pojawią w następnej opowieści o Tadeuszu.


 

 

 
  







 

 

2 komentarze:

  1. Cieszę się bardzo, że Ci się podoba i zapraszam do lektury innych moich tekstów. Na razie poprzednich. Nowy tekst pewnie znów we wtorek.

    OdpowiedzUsuń