wtorek, 21 lutego 2017

Przejście.

Dotarliśmy już w jednym z poprzednich dialogów do miasta Sensbezsens. 
Podróżni wysiadają i idą w stronę wyjścia. Wtedy okazuje się, że nie tak łatwo opuścić dworzec. Dlaczego? Jak na to reagują przybysze?

Zdjęcie ze strony.

Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Jowita i Karol - strażnicy, Dalebor i Dolebor - bliźniacy, Stefan - mężczyzna w ciele kobiety, Włodek - kolega Stefana, Henryk - istota z innego świata, babcia Lusia - zmiennokształtna, Rebeka - jej wnuczka.

Dialog 1.

Miejsce: Dworzec miasta Sensbezsens, budka strażników.

W pomalowanej do połowy na czarno, a od połowy na biało prostokątnej małej budce siedzą strażnicy dworca Jowita i Karol. Oboje w czarno-białych mundurach. Ściany, sufit i podłoga również czarno-białe. Podobnie stół i krzesła.

Karol liczy coś na kartce w kratkę też czarno-białej. Liczby pojawiają się w rządkach jedna pod drugą. Karol mruczy pod nosem i pochyla się nad nimi jakby właśnie odkrywał istotę wszechświata. Jowita patrzy na niego i próbuje zrozumieć jego gryzmoły, lecz im bardziej stara się dotrzeć do ich sensu, tym bardziej sens się wymyka. Liczby nigdy nie były jej mocną stroną. Ona zna się jedynie na kolorach, głównie na czarnym i białym. Na swojej kartce kreśli wzory: kółka, kwadraty, fale i oczy. Dzięki temu nie czuje napięcia związanego z liczbami Karola.

Karol ( wreszcie podnosi głowę znad kartki i patrzy na Jowitę ): Pociąg przyjechał. Czas na selekcję.
Jowita ( przerażona ): Już?
Karol: Nie martw się. Dasz radę.
Jowita: Nie wiem jak ich rozpoznam.
Karol: Intuicją. Nie zapominaj, że dzięki niej zostałaś strażnikiem.
Jowita ( czerwieni się ): A nie dzięki ojcu?
Karol ( surowo ): Tutaj nie ma znajomości. Nie jesteśmy na Ziemi. Zresztą znasz procedurę pytań.
Jowita ( prostuje się i jak dobry uczeń recytuje ): Zapytać podejrzanego ile to jest dwa razy dwa. Jak powie cztery, puścić. Jak stwierdzi, nie wiem lub poda inną liczbę i inne słowo, zatrzymać. W ostateczności użyć testu kolorów. Jak przejdzie, puścić. Jak nie, zatrzymać.
Karol ( klepie Jowitę po plecach ): Bardzo dobrze koleżanko. 

Oboje wstają i wychodzą na zewnątrz, na przeciwko tłumowi przybyszów idących w stronę wyjścia. Jedyna droga prowadzi koło strażników. Wszyscy muszą obok nich przejść. Nie istnieje inne przejście, a raczej nikt go jeszcze nie odkrył.

Pierwsza zbliża się babcia Lusia z wnuczką Rebeką.Babcia nosi rudobrązowy długi płaszcz. Włosy rude spięte na czubku głowy. Na bladą twarz z piegami zsuwa się kapelusz z wielkim rondem w tym samym, co płaszcz kolorze.

Babcia trzyma za rękę wnuczkę, której uroda bardzo przypomina babcię. Każdy zauważa ich rodzinne podobieństwo.

Jowita ( do siebie ): Czy ich dary też są takie same? Zaraz się przekonamy.

Babcia Jowita już ją mija. Już chce iść dalej. W głąb tunelu prowadzącego do wyjścia.

Jowita: Dzień dobry. Proszę tu do mnie.
Babcia Lusia ( dziwi się ): O co chodzi?
Jowita: Drobiazg. Zanim pójdą panie dalej, muszę zadać pytanie?
Babcia ( obrusza się ): A po co?
Jowita: Żeby skierować panie do właściwego lokum.
Babcia: A mogłybyśmy trafić do niewłaściwego?

Pytanie babci Lusi budzi w Jowicie przeczucie: z tą łatwo nie pójdzie, a jak nie pójdzie, to znaczy, że jest odmieńcem.

Jowita: Powie mi pani, ile to jest dwa razy dwa.
Babcia Lusia ( do siebie ): Nie dość, że nie wiem, gdzie jestem i po co, to ta jeszcze będzie mnie męczyć liczeniem.

Babcia Lusia: Nie rozumiem, po co pani ta wiedza?
Rebeka ( ciągnie babcię za rękę ): Babciu powiedz i sobie pójdziemy. Jak nie powiesz ta pani nas zatrzyma.
Babcia ( nie ustępuje ): A to z jakiej racji? Maturę zdałam. Teraz nie mam ochoty po raz drugi odpowiadać na głupie pytania.
Jowita ( stara się zachować spokój ): Po raz ostatni pytam: ile to jest dwa razy dwa. Powie pani, czy nie?
Rebeka ( jeszcze raz prosi babcię ): Babciu powiedz.
Babcia Lusia ( oburzona ): Ani mi się śni.
Jowita: W takim razie pójdzie pani za tymi robotami do czarno - białego autobusu.
Babcia Lusia ( krzyczy ): Nie pójdę.

Z bocznych drzwi budynku strażników wyłaniają się androidy. Chcą chwycić babcię za ręce. Wtedy ona zmienia się w rudego pekińczyka. Szczeka. Próbuje uciec. Na próżno. Androidy chwytają ją w siatko-łapkę. Paralizatorem paraliżują. Nieprzytomną zanoszą do autobusu. 

Oniemiała z przerażenia Rebeka stoi jak słup soli. Tylko usta zamyka i otwiera jakby coś chciała powiedzieć, ale w ostatniej chwili z tego rezygnuje. Zaciska pięści. Już wie, że musi pojechać tym samym autobusem. Nie zostawi przecież babci na pastwę obcych ludzi.

Jowita: Ty możesz iść.
Rebeka: Wcale nie. Ja też nie znam wyniku.
Jowita: Ale sobie idziesz.
Rebeka ( buntowniczo ): Nie chce.
Jowita: To sobie tu stój. Do autobusu i tak nie wsiądziesz.
Rebeka: Wsiądę.

Idzie w kierunku, w którym poszli z babcią. Jednak drogę tarasują jej inne androidy. Nie może przejść, więc stoi i czeka na okazję. Niemożliwe, żeby androidy cały czas tarasowały drogę. Zbliżają się przecież inni. Rebeka wie, że za chwilę pojawi się tu tłum. Jowita nie da sobie rady. Nie wie, że z drugiej strony stoi Karol. Ten nigdy nie przegrywa. Nikt mu jeszcze nie uciekł. Nikomu nie udało się przejść obok bez jego pozwolenia.

Dialog 2.

Miejsce: Studzienka na dworcu.

Otwór doskonale zamaskowany. Wtapia się w tło szarej powierzchni dworca, lśniących płytek. Przechodzący nie patrzą na nie. Są zbyt męczące dla wzroku. Jedynie zawsze ciekawski Dalebor przygląda się wszystkiemu dokładnie. Bardzo szybko odkrywa duży okrągły otwór studzienki. Zatrzymuje się, chociaż jego brat chciałby iść dalej.

Dalebor: Zaczekaj.

Dolebor nie mówi nic. Tylko pokazuje na innych, którzy idą bez zastanowienia w stronę budki strażników. W jego mowie ten gest znaczy: wszyscy idą tam. I Dalebor jego brat bliźniak dobrze go rozumie. Przez tyle lat zdążył się już przyzwyczaić do autyzmu Dolebora, jego różnych fobii, dziwnych znaków, ruchów, którymi się porozumiewa prawie jak głuchoniemy. Odzywa się bardzo rzadko i nigdy w obecności obcych ludzi.

Dalebor: Wiem. Ale to tłum. Tłum zawsze idzie jak barany bezmyślnie. My pójdziemy inaczej, bo obaj jesteśmy kimś więcej niż tłumem. Pomożesz mi i podniesiemy właz.

O, dziwo Dolebor nie protestuje tak jak zwykle w pobliżu czegoś nowego, nieznanego. To dlatego, że tym razem czuje w powietrzu dziwny swąd, a ten zapach pojawia się zawsze, gdy zbliża się coś niedobrego.

Razem z bratem Dolebor podnosi właz. Przed nimi otwiera się zejście na dół. Schody wiodące daleko w dół.

Dalebor: Widzisz bracie. Niby studzienka, ale naprawdę jakieś tajne zejście. Nielegalne wyjście z dworca.

Dalebor schodzi, a za nim Dolebor. Dalebor zawsze idzie pierwszy i nie tylko z powodu swojego nadmuchanego do granic możliwości ego, ale również dlatego, że wtedy Dolebor czuje się bezpiecznie.

Obaj zatrzymują się na pierwszych schodach, żeby dokładnie zamknąć wejście. Nie ma potrzeby, żeby inni też tędy uciekali.

Po zasunięciu włazu pojawia się światło bardzo podobne do naturalnego. Światło z nieznanego źródła.

Schody szybko się kończą. Dalej ciągnie się długi korytarz z windami w kolorze czarnym, białym oraz wszystkich kolorach tęczy. 

Dalebor, który cały od stóp do głów jest biały chce wsiąść do białej, ale Dolebor go odciąga.

Dalebor ( z rozdrażnieniem ): Co znowu?
Dolebor ( szeptem ): Nadal ten zapach. To złe miejsce.
Dalebor (wzdycha ): A widzisz tu inne wyjście?
Dolebor ( rozgląda się ): O tam.

Pokazuje na ścianę z mało widocznym wybrzuszeniem po środku. Ściana błyszczy szarością jak płytki pokrywające powierzchnię dworca. Dolebor odważnie jakby nigdy nie męczyły go żadne strachy, naciska wybrzuszenie. Ściana się rozsuwa. Za nią pojawia się nowe przejście.

Dialog 3.

Miejsce: Dzielnica Odmieńcowo.

W oczy rzucają się wysokie budynki. Przypominają trochę wielkie kopce mrówek. Blado niebieskie. Wokół wszystkie kolory są niewyraźne. Domy znajdują się w pewnej odległości. Choć na początku bliskie jednak z każdym krokiem stają się dalsze prawie jak księżyc widziany z Ziemi.

Babcia Lusia już przytomna idzie razem z gromadą innych ludzi i istot. Łączy ich odmienność i dary. Każdy coś potrafi, czego nie umie zwykły człowiek lub istota. Z tego właśnie powodu znaleźli się tutaj. Muszą iść do swoich mieszkań w wielkich budynkach bez względu na to, czy im się to podoba czy nie. Większości raczej się nie podoba. Słychać płacz i żale tych słabych. Mocni zaciskają pięści. Wypatrują dróg ucieczki. Niestety takie tu nie istnieją. Jeśli zboczą z wytartego szlaku ścieżka, którą wybrali i tak zaprowadzi ich z powrotem do głównej drogi. Ci, co się odważyli, zmęczeni wracają.

Za babcią Lusią idzie Stefan, mężczyzna w ciele kobiety. Zwykle nie zagaduje nieznanych osób, tym bardziej w starszym wieku, bo tych szczególnie nie lubi. Tym razem jednak coś go ciągnie do babci Lusi. Chyba przeczucie, ze babcia wcale nie jest taka stara jak się wydaje. W dodatku mądra.

Stefan ( skarży się niby sam do siebie, naprawdę do babci ): Zabrali mi kolegę Włodka.
Babcia Lusia: A mnie wnuczkę Rebekę.
Stefan ( drapie się po ostrzyżonej na jeżyka głowie ): Zaraz. Coś mi przyszło do głowy.
Babcia Lusia ( ciekawa ): Co?
Stefan: Widzi pani tę trawę obok?
Babcia Lusia: Widzę. I co?
Stefan: Nic. Usiądziemy i odpoczniemy.

Babcia Lusia nie kryje zdziwienia. Dlaczego wcześniej nie wpadła na ten pomysł? Tylko szła razem z innymi mimo coraz większego zmęczenia. Dlaczego nikt oprócz tej tutaj dziwnej kobiety pachnącej jak mężczyzna o tym nie pomyślał?

Siada we wskazanym przez Stefana miejscu. Od razu czuje zmianę. Lekki wiatr muska jej włosy. Szumią drzewa. Śpiewają ptaki. Piaszczysta droga i idące nią istoty oraz ludzie oddalają się. Parę metrów dalej wyrastają domy-mrowiska. Czy to możliwe, by były tak blisko, gdy jeszcze przed chwilą zajmowały odległą przestrzeń?

Stefan: Dobry miałem pomysł?
Babcia Lusia ( kiwa głową ): Bardzo dobry.
Stefan: Czyli po raz kolejny nie zawiodła mnie intuicja.
Babcia Lusia: Tak. I jak tu pięknie.

Im dłużej siedzą tym budynki stają się coraz bliższe. Wkrótce okazuje się, że znajdują się na dużym podwórku przed jednym z domów. Z okrągłego wejścia wychodzi wysoka postać ubrana w złotą szatę. Zbliża się do nich.

Postać ( płeć trudna do zidentyfikowania ): Witam w dzielnicy Odmieńcowo. Jestem Złotyzłota. Zaprowadzę Was do waszych mieszkań i oprowadzę po okolicy.

Postać podaje im rękę. Jedną babci Lusi, drugą Stefanowi. Oboje przyjmują pomoc, chociaż dotąd nie lubili podnosić się przy udziale obcych rąk. Zwłaszcza Stefan. Zwykle nieufny wobec obcych. 

Złotyzłota prowadzi ich do otwartego wejścia. Wchodzą do chłodnego szerokiego pomieszczenia z różnego rodzaju schodami i windami.

Złotyzłota: Mieszkacie obok siebie na poziomie 1. Chcecie wejść schodami czy pojechać windą?
Stefan: Schodami. Nie przepadam za windami.
Babcia Lusia: To ja też. Poćwiczę kondycję.
Złotyzłota ( uśmiecha się ): Jeszcze będziesz miała na to dużo  czasu.

Dialog 4.

Miejsce: Dworzec przy budce strażników.

Włodek po stracie Stefana ujawnia swoje buntownicze zdolności. Krzyczy do zbliżających się ludzi.

Włodek: Ludzie nie zbliżajcie się. Ci tutaj zabiorą wam bliskich. Mojego przyjaciela już zabrali. Co z nim zrobią? Gdzie wywiozą? Pewnie do jakiegoś getta. Jak nie wiecie, co to jest getto, to wam powiem. Nie chcieli byście tam mieszkać. To najgorsze miejsce na świecie. To piekło.

Włodek nie mówi nic szczególnego, lecz intonacja i siła jego głosu sprawiają, że zarówno ludzie jak i inne istoty zatrzymują się parę metrów przed budką.

Jowita przerażona patrzy na Karola. Ten jakimś cudem zachowuje spokój. Wzrusza ramionami. Pakuje swoje rzeczy do torby.

Karol: Spadamy.
Jowita: Jak to?
Karol: Nasz czas pracy się skończył.
Jowita: Już? Teraz?
Karol: Jak się pojawiają buntownicy, zajmują się nimi androidy. One mogą tu siedzieć bez końca. Nie potrzebują jedzenia, odpoczynku. Nie mają emocji. Są nie do zdarcia.
Jowita: Aha.

Z jednej strony trochę jej szkoda, że nie zobaczy finału całej tej historii. Z drugiej bardzo chce odpocząć. Wbrew pozorom to niełatwa praca. Kilka minut tutaj mocno ją wyczerpuje. Chętnie wróci do swojego mieszkanka w dzielnicy Cudów. Zabiera swoją torbę z kanapkami, których nie zdążyła zjeść i ciuchami na zmianę, gdyby musiała tu przenocować. 

Jowita i Karol wychodzą tylnym wyjściem. 

Innym wejściem do budki wchodzą androidy. Dwa zostają w budce. Pozostałe dwa siadają przed budką.

Jeden z androidów: Opór nic wam nie da. Wyjście za budką jest jedynym wyjściem z dworca. Tylko przechodząc tędy, dostaniecie się do swoich mieszkań.
Włodek: Nie potrzebujemy mieszkań. Zamieszkamy na dworcu.
Inny android: Po 24 godzinach służby dworcowe was stąd wyrzucą siłą. Chcecie tego? Czy wolicie wyjść spokojnie z własnej woli, bez przemocy?

Tłum patrzy na Włodka, swojego przywódcę. Czeka na jego decyzję. Włodek nie chce ustępować. 

Włodek: Zobaczymy czy dadzą sobie z nami radę. W końcu to my nie oni posiadamy dary. Niech zgłoszą się do mnie natychmiast ci, którzy potrafią tworzyć.

Słowa Włodka emanują siłą. Zaraz pojawiają się przed nim kreatorzy. I już po chwili szklana kopuła oddziela przybyszów od androidów. Zaraz potem przestrzeń wewnątrz kopuły się poszerza. Powstają w niej domy, domki, drzewa, chodniki, ulice, sklepy, całe samodzielne, doskonałe miasto.

Androidy patrzą bez emocji. Wiedzą, że dar kreatorów wyczerpie się wraz z ich mocą. Ta do dłuższego istnienia potrzebuje energii, a energię większość istot tutaj czerpie z jedzenia, a to wkrótce się skończy. Wystarczy poczekać.

Żaden z androidów nie podejrzewa, że w tłumie kryją się istoty, które żywią się czymś innym. Tylko czy zechcą podzielić się swoją wiedzą ze zwykłymi ludźmi i kosmitami? 

Dialog 5.

Miejsce: Szeroki korytarz pod dworcem.

Dalebor idzie za Doleborem. Nie wiadomo kiedy prowadzenie przejął strachliwy brat. Wącha przestrzeń i powoli posuwa się dalej. Nawet nie zauważył, że przybyło mu odwagi, że teraz to on jest przywódcą. On decyduje, gdzie skręcić, a możliwości mnożą się coraz bardziej. Coraz więcej odnóg korytarza w różnych kolorach. Jedne mniej,inne bardziej przyciągają Dalebora. Dolebor jedynie pozostaje nieczuły na ich wdzięki.

Dalebor: Chodźmy tędy. Zobacz tam się świeci światło.
Dolebor ( wzrusza ramionami ): Lepiej usiądźmy. Zaczekajmy.

Głos Dolebora o dziwo brzmi jak dzwon kościelny. Taki mocny i pewny siebie. Dalebor nie potrafi się przeciwstawić. Siada z bratem na wyrastających z podłogi wybrzuszeniach. Pojawiają się nagle jak grzyby po deszczu. Wkrótce okazują się wygodnymi fotelami w kolorach czarnym i białym. Czarny dla Dolebora, który cały jest w tym kolorze. Biały dla białego Dalebora.

Dalebor: Nie poznaję cię bracie.
Dolebor ( nadal pewnym głosem ): Czy to źle?
Dalebor: Nie, dobrze. Zobacz, co się dzieje.

Przestrzeń się zmienia. Korytarz jakby się poruszał, a może to ich fotele. Jak samochody pokonują odległość. Ściany się poruszają. Mkną dalej korytarzem do okrągłego wyjścia i dalej wprost na powierzchnię. Wkrótce otaczają ich wysokie podobne do mrowisk budowle. Zieleń, śpiew ptaków, łagodny wiatr. Fotele się zatrzymują.

Do Dalebora i Dolebora zbliża się fioletowa postać o trudnej do określenia płci. 

Postać: Witam was serdecznie w dzielnicy Odmieńcowo. Jestem Fioletfioleta, wasz przewodnik. Zaprowadzę was do waszych mieszkań i wszystko po drodze pokażę.

Po raz pierwszy Dalebor nie wie, co powiedzieć. Odzywa się jego brat, jeszcze nie tak dawno milczący i wystraszony.

Dolebor: Witaj. Mnie się tu podoba. Piękny zapach.
Postać: Cieszę się, bo to miejsce wybrano dla was.

Wchodzą do czarno-białego budynku. Obaj, niemogący wydusić z siebie żadnego słowa Dalebor i dziwnie rozmowny Dolebor czują się szczęśliwi.

Dialog 6.

Miejsce: Dworzec w okolicy budki strażników.

Kreatorzy działają nadal. Włodek motywuje ich swoim słowami o prawdziwie wielkiej mocy. Pozostali organizują sobie życie pod kopułą.

Rebeka poznaje Henryka do połowy człowieka, od połowy istotę z innej planety. Stoi przy niej na długich chudych jak patyki nogach w kolorze fioletowym. Nóg nie zasłania ubranie. Wyrastają z trójkątnej miednicy podobnej do tej, jaką mają kościotrupy. Wielgachne stopy z małymi paluszkami dopełniają całości tej dziwnej połowy. Tułów, ramiona, twarz zwyczajne. Henryk ubrany jest w dżinsową kurtkę.W swojej ludzkiej części przypomina szkolnego kolegę Rebeki.

Rebeka: Zabrali mi babcię.
Henryk: Nie martw się. Wiem jak do niej dotrzeć.
Rebeka: Naprawdę.
Henryk: Tak. Mam dar przestrzeni.
Rebeka: Co to znaczy?
Henryk: Że dotrę wszędzie, gdzie chcę.
Rebeka ( klaszcze w ręce ): Super. Możemy razem z babcią ucieć.
Henryk ( dumnie ): Tak. Daj mi rękę.

Rebeka podaje rękę Henrykowi. 

Henryk: Zamknij oczy.
Rebeka: Dlaczego?
Henryk: Żeby ci się nie zakręciło w głowie.

Rebeka zamyka oczy. Henryk przez chwilę się koncentruje. Z jego oczu i głowy zaczyna wydobywać się mgła, która ogarnia ich oboje. Znikają w niej i nikt tego nie dostrzega. Ludzie i istoty są zbyt zajęte sobą.

Dialog 7.

Miejsce: Wnętrze rudo-czarnego budynku-mrówkowca. Dzielnica Odmieńcowo.
Henryk: Możesz już otworzyć oczy. Jesteśmy na miejscu.

Rebeka ostrożnie otwiera oczy. Przygląda się z ciekawością ścianom, schodom i windom.

Rebeka: Ładnie tu.
Henryk: No.
Rebeka: A babcia gdzie?
Henryk: Gdzieś tu. Bliżej nie mogę określić. Jakby coś mnie blokowało.

Przed nimi nagle pojawia się złota postać ta sama, która zaprowadziła babcię Lusię i Stefana do ich mieszkań.

Postać: Witajcie. Jestem Złotyzłota. Zaprowadzę was do waszych mieszkań na poziomie 1.
Rebeka: Ja szukam babci.
Złotyzłota: Wiem. Czeka na ciebie tutaj.

Złotyzłota wskazuje okrągłe drzwi z numerem 8. Rebeka dotyka ich ręką w poszukiwaniu klamki. Nie znajduje jej, ale drzwi i tak się przed nią otwierają. Przy drzwiach czeka już na nią babcia Lusia.

Ściskają się na powitanie.

Złotyzłota odsuwa się razem z Henrykiem. Drzwi mieszkania babci i Rebeki zamykają się.

Złotyzłota: Musisz wrócić.
Henryk ( smutny ): Wiem.
Złotyzłota: Uratuj ich.
Henryk: Nie potrafię.
Złotyzłota: Zrób, co w twojej mocy.
Henryk: Postaram się.
Złotyzłota: Powodzenia.

Henryk wraca tam, skąd przybył.

Dialog 8.

Miejsce: Dworzec pod kopułą wśród zbuntowanych.

Henryk podchodzi do rozmawiającego z kreatorami Włodka. Ciągnie Włodka za rękaw, by ten wreszcie zwrócił na niego uwagę.

Włodek: Czego chcesz?
Henryk: Muszę z panem porozmawiać. To ważne.
Włodek: Mów.
Henryk: Nie przy nich.

Henryk pokazuje na kreatorów.

Włodek: To moi najbliżsi współpracownicy.
Henryk: Nalegam. Proszę.

Ostatnie słowa Henryka budzą w ciele Włodka dreszcze. Już wie, że szykuje się coś niedobrego.

Henryk: Przed chwilą rozmawiałem z mieszkańcem Odmieńcowo, który mi zdradził, że zginiecie. Wszystko zginie. Gdzie potem traficie, nie wiem.
Włodek ( przerażony ): Kiedy?
Henryk: Nie wiem.
Włodek: Co robić.
Henryk: Nie wiem.
Włodek ( zły ): Przynosisz informacje, a naprawdę nic nie wiesz.
Henryk: Nie powiedział mi.
Włodek: Jak nie, to idź sobie. Nie przeszkadzaj.

Włodek wraca do rozmowy z kreatorami. Henryk czuje całą swoją bezradność.

Henryk ( do siebie ): Co robić?

Dialog 9.

Miejsce: Poza tym światem. W nieokreślonej przestrzeni.
Dwóch graczy pochyla się nad stołem, dużym prostokątnym. Patrzą z uwagą na swoje pionki: ludzi i istoty zgromadzone na dworcu i te w dzielnicy Odmieńcowo.

Gracz 1: Co dalej?
Gracz 2: Ech, znudziła mi się ta zabawa. Skończmy z tym światem. Niech się wysadzą w powietrze.
Gracz 1: Zbyt szybko się nudzisz. Stworzysz następny świat, a za chwilę będzie to samo.
Gracz 2: Pionki są takie powtarzalne. Wciąż robią to samo.
Gracz 1: Wprowadź jakąś zmianę.
Gracz 2: Tyle ich już było. Koniec z tym.

Gracz 2 już się pochyla nad stołem. Już sięga do guzika, który ma zakończyć tę grę, gdy pojawia się Ona.  Kobieta- Życie, Początek i Koniec, Tao, Tajemnica, Nieskończoność, Twórca.

Ona: Mam pomysł.

Gracze pokornie jej słuchają. Gra toczy się dalej.


P. S. W jakim kierunku to się okaże wcześniej lub później czyli czekajcie cierpliwie na ciąg dalszy.


 



 
 




 





 










  


   


 

 



  



10 komentarzy:

  1. Jestem pod wrażeniem :) powodzenia w dalszej twórczości!

    OdpowiedzUsuń
  2. Podziwiam, bo ja jestem osobą która nie posiada absolutnie żadnego talentu, a już na pewno pisarskiego. Mam dla ciebie pewną sugestię :) Pomyśl o podzieleniu dialogów na osobne wpisy na blogu, bo ten jest jak na mój gust za długi :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ago chyba trochę przesadzasz. Każdy ma jakiś talent, a Ty zwyczajnie swojego jeszcze nie odkryłaś. Ja na przykład przez wiele lat tylko myślałam o pisaniu i nic więcej. A i jeszcze czytałam.
      Dzięki za sugestię. Już o tym myślałam, ale wtedy jeden z czytelników powiedział, że dzielenie wszystko psuje, że to jak z seksem na raty. Raz owszem masz ochotę, ale przerywasz, a potem nie chce ci się wrócić. Ja mam tak z książkami w częściach. Do tej pory przez kilka lat czytam Mroczną Wieżę.
      Jednak sugestię przemyślę.

      Usuń
  3. Pani Kierowniczko dziękuję i zapraszam do lektury innych tekstów.

    OdpowiedzUsuń
  4. Aga ma rację powinnaś rozdzielić dialogi na oddzielne wpis, ale gratuluje talentu:) Powinnaś wydać książkę:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Postaram się następnym razem porozdzielać.

      Usuń