wtorek, 28 lutego 2017

Wiatr zmiany.

Czasem przychodzą takie dni, gdy nam się wydaje, że już nic się nie da zrobić. Wszystko się łamie, rozpada, a my nie mamy dość siły, by to ratować. 
I co wtedy? Pora odejść? A może na horyzoncie pojawia się coś nowego? 

Zdjęcie Edwarda Westona.

Zygmunt

Tego dnia obudził się wcześniej niż zwykle. Jeszcze nie rozwiał się mrok nocy. Mogła być piąta albo szósta. Nie chciało mu się sprawdzić, a przecież wystarczyło sięgnąć po komórkę leżącą na półce obok. 

Patrzył na odwróconą do niego tyłem nagą Florentynę, jedną z jego dwóch kobiet życia. Ta druga mieszkała piętro wyżej i to z nią na początku chciał sobie ułożyć codzienność, dopóki nie poznał bliżej uroków ciała Florentyny. Dotyku jej palców pełnego magii, okrągłych pośladków, które tak chętnie się wypinały, gdy brał ją od tyłu, piersi jak kule z wisienkami, które szybko stawały się twarde i spragnione jego pieszczot. Raz po raz się w nich zatracał. Dzięki nim budził się odnowiony, pełen energii. 

Ale teraz coś wisiało w powietrzu. Może to ten wiatr uderzający o okno jakby chciał wedrzeć się do środka i wszystko zmieść z powierzchni ziemi. A może to coś w nim, niedostosowane do życie z drugą osobą niezależnie od tego czy to kobieta czy mężczyzna. Owo coś ujawniało się zawsze w nieodpowiednich momentach i już wtedy, gdy żyła jego żona. Zmiana zmuszająca do odejścia do innego życia bez kobiet i przyjaciół.

Westchnął. Przyciągnął do siebie ciepłe ciepłe pośladki Florentyny. Zaczął gładzić je jak futro kota. Palcami sięgnął do jej otwierającej się choć nadal śpiącej cipki. Zaczął się w nią zagłębiać jednym palcem, wreszcie następnym. Florentyna westchnęła przez sen.

Jednak się nie odwróciła. Jakby nic się nie działo. Nawet wtedy gdy jego palce zastąpił rozbudzony członek. 

Teraz wzdychali razem. Poruszali się jak jedna fala. Głębiej i mocniej, dopóki nie zapragnął jej dotąd niedostępnego odbytu.

Odwrócił ją  na brzuch. Podciągnął w górę, aż przed nim uklękła. Najpierw zbadał otwór palcem, jednocześnie drugim głaszcząc jej kobiecość, najbardziej wrażliwe miejsce. 

Pod jego palcami stawała się wilgotna. Tym łatwiej było mu wejść do tej drugiej szpary. Krzyknęła, gdy się w niej zagłębił. Krzyczała, gdy poruszał się między jej pośladkami. Prawdziwa rozkosz. Wylewał ją w nią strumieniami. Zaspokojony, zmęczony. Wreszcie, w końcu mógł zapomnieć o nadchodzącej zmianie. Zasnął. Nie przejmował się reakcją Florentyny. Czy jej było dobrze? Czy sprawił jej przyjemność? Nieważne.

Florentyna.

Lubiła, gdy ją budził. Jeszcze spała, a już czuła jego palce w sobie. Pieścił jej łechtaczkę i wsuwał się do waginy. Wsuwał i rozsuwał ją do granic możliwości. Dopiero, gdy stawała się morzem wilgoci i pragnienia, wchodził w nią swoim członkiem. Szybciej i wolniej wpychał go jej do środka przyjemności. Kołysała się z nim na granicy snu i jawy, aż stało się to. Zapragnął jej od tyłu. Nie chciała, ale się poddała. Za bardzo go kochała. Bolało. Można jednak znieść, gdyby nie jego nagły brak zainteresowania pieszczeniem jej. Zostawił ją w połowie drogi. Po raz pierwszy poczuła ich odrębność i swoją samotność. Doszedł i padł. Zasnął.

Po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuła lodowaty podmuch intuicji jak ten wiatr za oknem. Przez chwilę widziała jak Zygmunt odchodzi. Ona zostaje sama z pustym mieszkaniem i swoim pustym ciałem. Nie wie co robić. Jej życie się rozsypuje. Znów chce się zabić.

Eugenia i Stanisława.

Spotkały się w drodze po pączki. Wiadomo tłusty czwartek i żadnej się nie chce piec własnoręcznie, gdy sklep pod nosem.

- Zygmunt znikł - oznajmiła Eugenia, ta zawsze lepiej poinformowana.
- A Florentyna co na to?
- Nic. Nie widziałam jej jeszcze. Pewnie siedzi w domu i płacze.
- To teraz mogą się pocieszać z Klementyną.

Stanisława uśmiechnęła się. Obraz dwóch płaczących kobiet w dziwny sposób poprawił jej nastrój. Chociaż nie będzie dziś jedyną samotną osobą jedzącą pączki.

- Przyjdziesz do mnie po obiedzie na pączki?
Zdaje się, że Eugenia pomyślała o tym samym. Po co mają jeść same jak mogą razem.
- Przyjdę. A ty wpadnij do mnie jutro.

Znów pogodzone i zadowolone jakby pocieszyły się plotkami i cudzym nieszczęściem.

Zmiana.

Florentyna leżała na łóżku skulona jak ślimak w swej skorupie, którą dla niej stała się kołdra. Tutaj mogła udawać, że jej nie ma. Nie istnieje ani ona ani jej problem: samotność. 

Jej wizja znów się spełniła. Chciała odejść z tego świata na zawsze, bo po co żyć bez niego. Jeśli sobie poszedł, w dodatku bez pożegnania, ona też pójdzie z tą różnicą, że już nie wróci. 

Myśli przerwał dźwięk dzwonka przy drzwiach.

Wrócił. Ożywiła się nagle. Pragnienie śmierci od razu zginęło, a chwilę później uderzyło w nią z większą siłą. Na progu zamiast niego stała nastolatka, ta sama, która kiedyś poradziła sobie z dziwnym małżeństwem. 

- Klementyna mi powiedziała o pani. Mogę wejść? 
Po co pytała i tak weszła do środka.
- Klementyna? - zdziwiła się Florentyna.
- Tak. Najpierw jej pomogłam, a teraz pomogę pani.
- Pomożesz?

Florentyna nie rozumiała. Dlaczego ta dziewczyna tu przyszła. Po co? I dlaczego Klementyna ją wysłała. Martwiła się o nią? O swoją rywalkę? Czy nie lepiej, gdyby pozwoliła jej umrzeć. Wtedy miałaby Zygmunta dla siebie.

- Jestem Aleksandra - przedstawiła się dziewczyna. - Wiem jak pani pomóc.

Położyła na głowie Florentyny ręce. Nawet nie zapytała czy może.

- Piękne ma pani włosy - zauważyła.

Florentynie nie chciało się odpowiadać. Nagle poczuła senność. Dziewczyna odprowadziła ją do łóżka. Potem znów nałożyła ręce na jej głowę.

Pojawiły się światła. Czarny, biały i wszystkie kolory tęczy. Florentyna zobaczyła Zygmunta. Siedział na kupie śmieci ze zwieszoną głową. Podeszła do niego.

- Co się stało? Dlaczego odszedłeś? 
- Wybacz. Wrócę, ale teraz muszę właśnie tak.
- Nie rozumiem. Dlaczego?
- Nie myśl o tym. Zapomnij.

Czy to były jego słowa czy słowa Aleksandry. Nieważne. Ciężar spadł z serca. Już wiedziała, nie skończy życia z jego powodu i bez niego może być szczęśliwa.

Florentyna otworzyła oczy. Jakby się obudziła z długiego zimowego dnia. Chciała podziękować dziewczynie, ale ona już poszła. Nie czekała na rezultat swoich zabiegów.

Eugenia i Stanisława.

Eugenia z talerzykiem w ręku patrzyła przez okno.

- Popatrz - pokazała Stanisławie.
- A ta co tutaj robi? 

Obie zdziwił widok Aleksandry.

- U kogo była? - chciała wiedzieć Stanisława.
- Leć na dół i zapytaj. Może jeszcze zdążysz.

Cały urok pączków gdzieś się ulotnił. Aleksandra go popsuła swoim pojawieniem się.

  
P. S. Starałam się, żeby było krótko i tajemniczo. Na ile mi się to udało? Podzielcie się wrażeniami. 
Oczywiście ciąg dalszy kiedyś nastąpi.
 
  



 

 

6 komentarzy:

  1. Bardzo metafizyczne, niedopowiedziane, trochę brakuje mi pomysłu na to, co mogło dziać się potem - a lubię snuć takie wizje :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pomysł się pewnie pojawi, więc wyjaśnię. Nie wiem jeszcze kiedy, ale wyjaśnienie się pojawi.

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajny tekst, jak tu wchodzę, to chociaż przypominam sobie, co to sex, bo już prawie zapomniałam :) masz lekkie pióro i wyraziste :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Pamiętam jak za starych czasow na innym blogu pisałam o czymś podobnym :) chętnie dowiem się co dalej,

    OdpowiedzUsuń
  5. Naprawdę? Jaki ten świat pomysłów mały. Czy nadal piszesz? Jestem ciekawa. Ciąg dalszy oczywiście będzie. Może nie zaraz teraz, ale będzie:)

    OdpowiedzUsuń