wtorek, 30 maja 2017

Lęki wampira.

Wydawałoby się, że wampiry to jedyne istoty pozbawione lęku. Nieustraszone, potężne i wielkie, a jednak ...

Niezupełnie, nie wszystkie. Na pewno nie w świecie po śmierci. Nie mój bohater. Niby wampir. Pozbawiony zębów. Zabijający nożem już nieco stępionym. Z nie do końca mroczną duszą, ale za to spragnionym miłości sercem.
Kim jest? Czy uda mu się pokonać własną dziwną naturę? 


Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Filip - niespełniony artysta lat czterdzieści, obecnie wampir;  Bogna - czarodziejka, Felisława - matka Bogny również czarodziejka.

Dialog 1.

Miejsce: Las czarodziejski.

Filip ucieka. Goni go własny strach. 

Po zabiciu rudego wampira życie powoli zmieniło się w koszmar. Koszmar pełen lęków. W końcu go dorwą. Wpakują do więzienia. Zabiją. Wcześniej będą torturować. I on tego nie wytrzyma. Już teraz nie może wytrzymać. Dlatego musi się schować. Zaczaić. Przeczekać najgorsze.

Myśli Filipa brzęczą głośno jak muchy. Czasem mieszają mu kroki.

Filip pada wtedy na ścieżkę. Leży w piasku i pyle. Płacze. Z drzew spadają na niego liście. Kamienie ranią mu ręce i nogi. Gałęzie uderzają. Krzewy wbijają się w ciało. Jakby wszystko wokół chciało go zniszczyć za to, co zrobił Rudemu, a wcześniej ludziom, których spotkał po drodze.

Wszystkich zabił, ale nie tak jak przystało na wampira, bo zębów nie miał dostatecznie długich. Nie urosły. Może dlatego, że Wiktor, wampir, który go zaraził, nie ugryzł go, jedynie polizał.

Filip: Nie chcę już żyć.

Krzyczy i nagle z zarośli wychodzi piękna kobieta. Jej ubranie składa się z gałęzi, liści, traw, kwiatów z lasu, w którym oboje się znajdują.

Bogna: O co tyle krzyku, przecież nie żyjesz. Zapomniałeś?

Filip patrzy zdziwiony.

Bogna: Co nikt ci nie powiedział, gdzie jesteś? 
Filip: Ale ja nie chcę być ani tu ani nigdzie.

Bogna: Dobrze. Mogą cię tam przenieść.
Filip: Co możesz? Zabijesz mnie? 
Bogna: Zabijanie nie działa. Nie widzisz tego. Zabiłeś się i jesteś tutaj. 
Filip: Dobrze, dobrze. Nieważne co zrobisz. Tylko żeby to był koniec.

Bogna: Będzie. Oczywiście nie za darmo.
Filip: Nie mam pieniędzy.
Bogna: A czy ja mówię, ze chcę pieniądze?
Filip: To czego chcesz?
Bogna: Twojej duszy.
Filip: Bredzisz. Nie ma żadnej duszy.

Bogna: W takim razie oddasz mi to czego nie ma, a co ja nazywam duszą, ok?
Filip: Niech ci będzie. 
Bogna: Zgadzasz się?
Filip: Tak.
Bogna: Połóż rękę na sercu i powtórz trzy razy: zgadzam się, żeby Bogna zabrała moją duszę z własnej nieprzymuszonej woli.

Filip ( myśli ): Ale cyrk. 

Powtarza jednak swoją zgodę trzy razy. 

Wie, że zbliża się noc i czas głodu. Wtedy zabije dziwaczkę z lasu. Pójdzie dalej. Poszuka Pana Losu, bo tylko on może go uratować. Zdjąć z niego czar wampiryzmu.

Dialog 2.

Miejsce: Leśna chata Bogny.

Mroczne wnętrze, chłodne, wilgotne. Filipowi się wydaje, że znalazł się w studni. Wrażenie mija, gdy Bogna zapala światło zwyczajne z żarówki w niebieskim żyrandolu pod sufitem.

Bogna: Podoba ci się?
Filip ( obojętnie ): Może być.
Bogna: Napijesz się czy od razu przejdziemy do rzeczy?
Filip: Od razu. Na co czekać.
Bogna: Masz rację.

Jednym ruchem zrzuca z siebie roślinną szatę. Staje przed Filipem naga. Szczupła. Długie nogi. Duże piersi. Każdy szczegół jej ciała podnieca Filipa. Jednocześnie budzi w nim pragnienie krwi.

Filip ( myśli ): Zabawimy się na całego. Najpierw po ludzku, a potem po wampirzemu.

Bogna podchodzi do niego. Kilkoma ruchami rąk ściąga z niego koszulę, spodnie, majtki, skarpetki.

Bogna: Chodź.

Prowadzi go do czekającej już na nich wanny pełnej ciepłej wody.

Bogna: Lubisz tak?
Filip: Bardzo.

Zanurzają się po samą szyję. Bogna obejmuje Filipa rękami i nogami. Łapie jego męskość. Wsuwa ją w siebie. Tańczy na niej swoją miednicą, a jej taniec sprawia, że Filip powoli traci zmysły.

Filip ( krzyczy ): O matko, jak mi dobrze.
Bogna: Pamiętasz, co mi obiecałeś?
Filip: Och, wszystko, co chcesz.
Bogna: Nie wszystko. Duszę tylko.
Filip: Bierz ją.

Bogna się śmieje. Filip przeżywa niekończącą się rozkosz. Nawet wtedy, gdy Bogna wciąga go pod wodę. Traci tlen, ale nie traci przyjemności. Jeszcze chwila. Bogna nadal ujeżdża jego ciało jak narowistego konia. 

Felisława: Kurwa, co tu się dzieje?

W otwartych drzwiach łazienki pojawia się potężna wysoka chłopo-baba. 

Ciągnie za włosy Bognę. Odrywa ją od prawie już tonącego Filipa.

Felisława: Ile razy ci mówiłam, żebyś tutaj nie sprowadzała facetów? Co, ile razy?

Felisława wymierza klapsa w goły tyłek Bogny. Bogna przed chwilą piękna i potężna kobieta staje się małą dziewczynką. Znikają piersi, długie nogi, okrągła pupa. Cały jej czar znika.

Bogna kuli się i płacze.

Bogna: Mamusiu, przepraszam już nie będę. Obiecuję. Tylko mnie nie bij. Proszę.

Felisława na te słowa łagodnieje. Jednak nie wobec Filipa.

Felisława ( do Filipa ): Zjeżdżaj stąd, ale już.

Ledwo żywy, prawie utopiony Filip odzyskuje część swojej siły. Tyle, żeby wyjść z wanny, z łazienki, żeby się ubrać i wyjść z chaty.

Filip: Kurcze, co to było?

Minie trochę czasu zanim dojdzie do siebie i zrozumie, co się stało. Parę lat zanim zrozumie o co chodziło małej czarownicy. Co mogła mu zrobić. Czy na pewno by to zrobiła?

Dialog 3.

Miejsce: Gdzieś.

Gracz 1: Uratowałeś go? Po co?
Gracz 2: Chcę zobaczyć minę jego i jej jak do nich dotrze.

Obaj się śmieją.

P. S. Jeśli nie wiecie kim jest ona i on, zerknijcie tutaj.
        A co z Filipem? Ciekawi Was to czy nie?
 


 


  




 

 

wtorek, 23 maja 2017

Chaos.

Dawno, dawno temu albo jakiś czas temu. Naprawdę nieważne kiedy, bo i tak czas płynie tu inaczej, powstało nowe miasto - Chaos. Miasto buntowników, którzy wysiadając w świecie po śmierci na stacji Sensbezsens nie chcieli przejść przez bramę strażników. Nie chcieli iść do dzielnicy Odmieńcowo stworzonej dla takich jak oni, innych. Właśnie dlatego, że byli inni, nie robili nic, czego wymagała od nich cała reszta. Z pewnością nie rozwiązywali zadań i nie czytali lektur kiedyś, gdy jeszcze siedzieli w ławkach szkolnych na Ziemi. Stworzyli swoje miasto. Jakie? Co się w nim dzieje?


Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Sylwek - szpieg z miasta Sensbezsens, Stefan - poseł z dzielnicy Odmieńcowo, Kopulasta - propagatorka czytania Manifestu władcy miasta, Kobieta - tajemnicza agentka z Sensbezensu.

Dialog 1.

Miejsce: Rynek miasta Chaos.

W centrum na trawniku z kwiatami w czarnym kolorze na podium z ławki szkolnej stoi Kopulasta. Przez megafon krzyczy do przechodniów o konieczności czytania.

Kopulasta: Musimy czytać. Inaczej nasz świat zginie. My razem z nim. Czy tego właśnie chcecie?

Nikt nie zwraca na nią uwagi. Jedynie Stefan się zatrzymuje. Może dlatego, że nie jest stąd i wszelkie głośne akcje miasta go interesują.

Stefan: Co mamy czytać?
Kopulasta ( zdziwiona przerywa ): Manifest naszego przywódcy. On podaje wskazówki dotyczące czytania.
Stefan: On, nie ty?
Kopulasta: Ja jestem tylko głosicielką jego słowa.
Stefan: Aha.

Stefan nie bardzo wie, co powiedzieć. Dlatego odchodzi. Jednak Kopulasta idzie za nim.

Kopulasta: Nie jesteś stąd.
Stefan: I co z tego?
Kopulasta: Mogą cię aresztować.
Stefan: Tak bez powodu?
Kopulasta: Powód zawsze się znajdzie. Poza tym nie znasz Manifestu. Tutaj to obowiązkowa lektura.

Stefan: Tyle, że ja jestem posłem.
Kopulasta: Poseł, o matko. I w dodatku kobieta.
Stefan: No wiesz. Obrażasz mnie. Jestem mężczyzną.
Kopulasta: Ja widzę kobietę.
Stefan: Nieważne co widzisz. Ważne, jaką mam duszę, energię, rozumiesz?

Kopulasta: Nie bardzo.
Stefan: Ok. I tak czasu nie mam, żeby ci tłumaczyć.
Kopulasta: Dlaczego?
Stefan: Idę do twojego władcy.
Kopulasta: Pójdę z tobą.
Stefan: Po co?
Kopulasta: Z ciekawości. Chcę zobaczyć, co z tobą zrobi władca.
Stefan: A co może zrobić?
Kopulasta: Jakbym wiedziała, to bym z tobą nie szła.
Stefan: Idiotka.

Dialog 2

Miejsce: Wieżowiec. 

Tutaj na ostatnim, setnym piętrze mieszka władca. Na niższych piętrach zwykli ludzie i istoty, którym wynajmuje mieszkania. Wśród nich są również jego pracownicy kreatorzy i nie tylko. Na piętrze trzynastym szpieg Sławek. 

Sławek obserwuje przez lornetkę zbliżających się do budynku: Stefana i Kopulastą. Z ruchu warg próbuje odczytać ich rozmowę. Nie idzie mu to dobrze. Denerwuje się. W końcu ciska lornetkę w kąt. Siada na wiklinowym fotelu. Kopie wiklinowy stolik. Stojący na stoliku telefon z tarczą i słuchawką jak z początku XX wieku zaczyna dzwonić.

Sławek: Czego tam?
Kobiecy głos: To ja.
Sławek: Jaka ja?
Kobiecy głos: Nie pamiętasz?
Sławek: Muszę?
Kobiecy głos: Z chaosu powstaliśmy i w chaos się obrócimy.
Sławek: A kwiaty nadal będą kwitły.

Słowa kobiety otwierają w Sławku zamknięte dotąd pokłady pamięci. Już wie, kim jest nieznajoma i po co zadzwoniła. Wie, co zaraz musi zrobić.

Podchodzi do szafy. Wyjmuje z niej dużą dwulitrową butlę. Przezroczystą z białym jak mgła płynem. Zakłada maskę na twarz. Równie białą jak płyn w butli. Wychodzi na klatkę schodową. Otwiera w niebieskiej ścianie właz i wchodzi do środka. 

Umieszcza w jednej z rur butlę z białym płynem.

Zaraz się zacznie. Dlatego Sławek jedną z wind awaryjnych zjeżdża na dół. Wychodzi z budynku. Wsiada do czekającego na niego czarnego auta.

Kobieta: Dobrze się spisałeś.
Sławek: Może teraz w końcu powiesz mi jak masz na imię.
Kobieta: Jak opuścimy miasto.

Szybko odjeżdżają w stronę granicy. 
Pół godziny później auto wpada w poślizg. Uderza w ciężarówkę. Spada z mostu do rzeki. 

Dialog 3.

Miejsce: Winda.

Stefan i Kopulasta wsiadają do windy, która ma zawieźć ich na setne piętro wieżowca. Piętro zamieszkane przez władcę.

Wnętrze windy utrzymane w surowych czarno-białych kolorach w połączeniu z delikatnym światłem padającym z góry sprawia, że Stefan się odpręża. Spada z niego całe zgromadzone od wyjazdu z dzielnicy Odmieńcowo napięcie.

Stefan ( myśli ): Teraz już wszystko się ułoży. Dogadam się z władcą. Potrafię, podołam.

Kopulasta: Ale przygoda. Nigdy nie widziałam z bliska władcy i proszę, wreszcie go zobaczę.
Stefan ( śmieje się ): Może poda ci kolejne wskazówki dotyczące czytania.
Kopulasta ( też się śmieje ): Na pewno. Cieszę się.

Oboje wybuchają śmiechem. Kucają ze śmiechu na podłodze. Śmiech wywołuje w ich ciałach drgawki. Potem puszczają zwieracze pęcherza i odbytu. Kopulasta i Stefan sikają ze śmiechu. Plują. Srają. Płaczą. Pękają. 

Mglisty płyn w butli zrobił swoje. Wszyscy mieszkańcy wieżowca padają w nagłych atakach radości. 

Plan tych, którzy wysłali szpiega Sławka prawie się udał. Prawie, bo niestety nie przewidzieli, że jeden z kreatorów obdarzony niezwykłą intuicją w ostatniej chwili wyciągnie władcę z wieżowca.

Gdzieś.

Gracz 1: Dałeś im szansę?
Gracz 2: Ona tak chciała.
Gracz 1: W takim razie idę pograć innymi pionkami.

P. S. To, co powyżej napisałam jest dalszą częścią Przejścia, więc jeśli nie wiesz o co chodzi, zajrzyj tam. Jak i czy w ogóle gra potoczy się dalej, zależy od Was. Chcecie czy już macie dość?



 



 
 



 

wtorek, 16 maja 2017

Pan Kanciasty.

Jakiś czas temu szefowa sekty Pozytywni zniknęła w paszczy pomarańczowego potwora z mgły miasta Upierdliwość. Zostawiła dzieci - członków swojej sekty.
Jej miejsce szybko zajął Pan Kanciasty. I się zaczęło.
Co? Raj, piekło czy coś gorszego?


Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Pan Kanciasty - nowy szef sekty Pozytywni, Marek - chłopiec 12 lat, Karolina - dziewczynka lat 11.

Dialog 1.

Miejsce: Sala, z której została zabrana Ilona, dawna szefowa sekty Pozytywni. Duża przypominająca te znajdujące się w szkołach. Jej nijakie kolory i kształty stają się wyraziste z chwilą pojawienia się Pana Kanciastego. Biało-szare ściany i ławki szkolne z dawnych lat. Na każdej okrągłe miejsce na kałamarz z atramentem. Blat pochylony w stronę długiego siedzenia z oparciem. 

Nic nie zostało z poprzednich mebli. Jedynie kąt Marka wyróżnia się łóżkiem i wygodnym fotelem. I tylko jego strój jest nadal pomarańczowy. Pozostali członkowie sekty Pozytywni ubrani są na szaro. 

Nikt nie zauważa zmian. Żadne z dzieci, którymi kiedyś kierowała Ilona nie widzi nic nowego w swoich szarych ubraniach i swoim opiekunie.

Pan Kanciasty pojawił się tu wraz ze zniknięciem Ilony. Ten sam potwór jednocześnie połknął Ilonę i ze swojego drugiego tylnego otworu wyrzucił z siebie Pana Kanciastego.

 Marek od początku myśli o nim jak o kupie potwora. Upierdliwej i doskonale dopasowanej do miasta Upierdliwość.

Trwa lekcja. Pan Kanciasty uczy dzieci liczenia i rozwiązywania zadań tekstowych z matematyki i geometrii. Dzięki temu dzieci zdobywają niezbędną umiejętność myślenia logicznego. Jego zdaniem. Inne zdania tu nie istnieją z wyjątkiem zdania Marka.

Tyle, że ono się nie liczy. Pan Kanciasty nazywa go wariatem. Traktuje jak wariata. Inni też.

 Marek wierci się na łóżku. Bezskutecznie próbuje zasnąć. Lekcja Pana Kanciastego bardzo mu przeszkadza. Z góry pada na niego ostre sztuczne światło jarzeniówek. W głowie trzeszczą mu posuwające się po papierze cyfry w zeszytach dzieci. Kroki Pana Kanciastego dudnią mu w uszach niczym dzwony kościelne. I do tego pisk kredy kreślącej wzory na tablicy.

Marek: Oszaleję. Jeszcze trochę i stracę zmysły.
Karolina: Ciszej. Usłyszy cię.
Marek: Niech usłyszy. Ale, kim jesteś?
Karolina: Dziewczynką. Mam na imię Karolina
Marek:  Joachim. A gdzie jesteś?

Karolina: Siedzę w drugiej ławce.
Marek: Jak to siedzisz tam i tu ze mną rozmawiasz?
Karolina: Tak to. Potrafię gadać na odległość.
Marek: Nie słyszałem o czymś takim.
Karolina: O telepatii nie słyszałeś?
Marek: O telepatii tak, ale przecież ... 
Niemożliwe. Gadasz w mojej głowie tak głośno?
Karolina: Możliwe. Ty też gadaj do mnie w głowie, żeby on ciebie nie słyszał.

 Marek odnajduje w grupie dzieci dziewczynkę. Blondynka z włosami splecionymi w warkoczyki. Odwraca się na chwilę i patrzy na niego. Już wiadomo, że to ona, nikt inny, nawiązała z nim kontakt.

Karolina: Zlikwidujemy go.
Marek: Mówisz o Panu Kanciastym?
Karolina: Widzisz tu kogoś innego równie upierdliwego?!
Marek: Jak go chcesz zlikwidować? 
Karolina: Przepalę mu zwoje mózgowe wiedzą matematyczną.
Marek ( krzywi się ): Nie dasz rady. On ma jej zbyt dużo i jeszcze więcej wchłania.
Karolina: Przywołam potwora.
Marek: Jak?
Karolina: Pomyślę.

Cisza. Karolina myśli. Dźwięki w głowie Marka nabierają ostrości. Znów chciałby spać i nie może. Zazdrości dzieciom, które odkąd zniknęła ich dawna opiekunka Ilona doskonale obywają się bez snu. Liczą i liczą bez końca.

Dialog 2.

Miejsce: Łąka figur geometrycznych.

Szeroki pas zieleni między jedną ulicą a drugą i stojącymi przy nich szarymi budynkami. Na krótko ściętej trawie wysokie pręty: wygięte koła, trójkąty, kwadraty i inne figury geometryczne. Z daleka świecą ostrym żółtym światłem.

Dzieci biegają wokół nich, zatrzymując się na chwilę, by obliczyć to czy tamto wskazane przez Pana Kanciastego zadanie.

On jak zwykle ma na sobie starą miskę metalową, a na oczach dziwne okulary jakby wyjęte z czegoś duże okrągłe elementy. Nikt oprócz Marka nie zwraca na to szczególnej uwagi. Dla nich Pan Kanciasty wygląda jak każdy nauczyciel wuefu ubrany w dres szarego koloru.

Karolina: Zaraz go załatwię zobaczysz.
Marek: Jak?

Marek nie musi długo czekać. Nie wiadomo skąd na trawie pojawiają się cienie. Mają w rękach karabiny maszynowe. Strzelają do Pana Kanciastego. Wystrzałów nie słychać. Widać tylko śmigające w powietrzu różowe naboje.

Z Pana Kanciastego spada miska i okulary. Szary strój staje się różowy. Twarz nabiera czerwonych kolorów. 

Pan Kanciasty kurczy się i zwija. Po chwili zostaje z niego rozbity pomidor, który toczy się w stronę miski, aż wreszcie kładzie się na niej.

Pies-cień podbiega do miski. Zabiera ją razem z leżącym na niej pomidorem. Biegnie do pozostałych cieni. Razem z nimi powoli rozpływa się w powietrzu.

Karolina ( krzyczy ): Wolność. Możemy robić, co chcemy. Koniec dyktatury Pana Kanciastego.
Dzieci ( skandują ): Wolność, woolność.
Karolina ( ucisza ich ręką ): Kto was uwolnił? Ja was uwolniłam. Kto będzie tu rządził?
Dzieci: Ty będziesz rządzić.

Marek ( głośno myśli ): A więc to tak.
Karolina ( odpowiada w jego myślach ): Co myślałeś? Że ja z organizacji charytatywnej?! 
Joachim: Miałem nadzieję, że mnie uwolnisz.
Karolina: Jesteś wolny. Idź, gdzie chcesz. Pozwalam, ale jeśli tu zostaniesz, musisz mnie słuchać.
Marek: Sam nie wiem. Co chcesz tu zrobić?
Karolina: Najpierw wyrzucę wszystkich buntowników. Utworzę straż z cieni. Więzienie dla nieposłusznych, a potem się zobaczy, co dalej.

Marek czuje przerażenie. Pan Kanciasty był okropny, ale jaka będzie Karolina. Postanawia odejść.


P. S. Czy miasto Upierdliwość pozwoli odejść Markowi? I co się jeszcze wydarzy? Ciekawi?

 








 

 

wtorek, 9 maja 2017

Euforia

Wróciła ze szpitala jakiś czas temu. Przeżyła pięć miesięcy względnego spokoju. Jej druga osobowość jakby zasnęła, a może wreszcie sobie poszła. I teraz życie wreszcie się ułoży. Zwłaszcza, że spotkała swoją dawną miłość.
Naprawdę? Na pewno?


 Eugenia i Stanisława.

- Widziałam wczoraj Klementynę razem z Weroniką - pochwaliła się Stanisława.
- Też je widziałam.

Eugenia wzruszyła ramionami. To, że Weronika wróciła nie było żadną rewelacją, ale i tak zrobiło się jej przykro, że nie ona Stanisławie lecz Stanisława jej musiała o tym powiedzieć.

- Myślisz, że znów zamieszka z Klementyną? - zagadywała dalej Stanisława jakby nie widziała grymasu na twarzy Eugenii.
- Może. Po Klementynie wszystkiego można się spodziewać i po Weronice też.
- Ona już podobno zdrowa.
- Jeszcze się okaże. Dotąd nikogo nie zabiła, ale kto wie.

 Gniewna.

Siedziała uwięziona w ciele tej obcej ziemskiej istoty, którą nazywali Weroniką. Nie raz i nie dwa próbowała się uwolnić. Zawsze kończyło się tym samym, napadem gniewu, że nie może wyjść poza ograniczone ciało. Nawet komunikacja z innymi stała się niemożliwa. 

Starsi tak ją urządzili. Dla nich ważniejsze było poznanie Ziemi, planety, która mogłaby stać się ich nowym domem. Domem, do którego uciekną, gdy ich gwiazda zgaśnie. Co ich obchodziło jednostkowe życie? Co ich Gniewna obchodziła?

Wsadzili ją tu i już. Radź sobie sama, ale jak sobie radzić, gdy musisz oddychać jak ona i za każdym razem prosić się o prawo głosu.

W dodatku ta bariera między Gniewną a Weroniką. Już tak po prostu nie mogła przejmować nad nią kontroli. Musiała czekać na pozwolenie, a to wiadomo nigdy nie nadchodziło. Weronika też chciała rządzić.

Gniewna siedziała i myślała. Wiedziała, że w końcu znajdzie sposób. Wyrzuci Weronikę. Zawładnie ciałem i ... 

Co potem? Wróci do swoich? Nawiąże z nimi kontakt? Nieważne. Tak czy siak zmieni się na lepsze. Będzie wolna.

Weronika.

Zamieszkała z koleżanką, która jej nie znała. Wszystkie inne nie chciały. Bały się, że potraktuje je jak swoją ciotkę Klementynę. Złamała jej rękę. Biła ją. Krzyczała na nią. Co z tego, że nic nie pamięta, a naprawdę to nie ona lecz Gniewna skrzywdziła ciotkę.

O Gniewnej dowiedziała się w czasie regresji hipnotycznej.
Na pomysł przeprowadzenia regresji wpadła Florentyna sąsiadka jej ciotki. Nawet to opłaciła. Nie wiadomo dlaczego tak jak jej zależało na zdrowiu nieznanej jej przecież Weroniki.

W każdym razie po regresji zmieniło się tylko tyle, że mieszkająca w Weronice Gniewna, główna przyczyna dziur w pamięci Weroniki, nie mogła już tak po prostu przejmować kontroli nad Weroniką. Terapeuci-hipnotyzerzy stworzyli barierę między Weroniką i Gniewną.

Bariera się sprawdzała. Weronika znów była tylko Weroniką i jako spokojna pacjentka odzyskała wolność. Nie mogła jednak wrócić do matki z powodu nienawiści do ojczyma, ani do ciotki Klementyny, bo zrobiła jej to, co zrobiła.

Na szczęście pojawiła się Jagoda. Zadzwoniła do Weroniki w najbardziej odpowiednim momencie. Zapytała, czy chciałaby mieszkać z nią, bo ona sama się boi. Zawsze się bała. Zawsze miała jakąś współlokatorkę. 

Z Weroniką chodziła do tego samego liceum. Obie przyjechały z innego miasta. Może dlatego zaproponowała Weronice wspólne mieszkanie. A może z jakiegoś innego powodu? Nieważne. Weronika i tak się cieszyła. Dla niej zaczynało się nowe życie.

W dodatku spotkała Marka, z którym kiedyś przeżyła pierwszą miłość i pierwszy seks.

I nagle to się stało. 

Gniewna.

Wyłom w barierze pojawił się niespodziewanie. Weronika go nie poczuła, ale Gniewna owszem.

Szpara, która z czasem zmieniła się w dziurę wstrząsnęła nią. Pobudziła do myślenia. Wyrwała z letargu. Wiecznego snu, w jakim dotąd tkwiła w głębi Weroniki.

Gniewna się rozejrzała. Spojrzała przez dziurę oczami Weroniki. Po raz pierwszy od tak dawna czuła ziemską rzeczywistość.

Weronika kochała się ze swoim facetem. On pieścił dokładnie każdy kawałek ciała. Jej szyję, usta, piersi, brzuch, uda, waginę.
 
Nazwy automatycznie pojawiały się w części umysłu zajętej przez Gniewną. Razem z nimi uczucia.

Tutaj na granicy świadomości swojej i Weroniki, Gniewna mogła doświadczyć całej gamy wrażeń.

Weronice dużo nie brakowało do spełnienia, do rozkoszy. 

Facet, Marek wsuwał się w nią od przodu i od tyłu. Potem ona siedziała na nim. Kolejne pozycje sprawiały im coraz większą radość.

Gniewna obserwowała, a gdy Weronika i Marek zbliżyli się do szczytu podniecenia, przeżyła go z nimi. 

Przyjemność rozsadziła ją od środka, ale najważniejsze, że rozwaliła barierę. Oby raz na zawsze. 

Marek i Gniewna.

Jeszcze przed chwilą słodka Weronika stała się ostra. Drapała jego plecy. Ściskała ręce. Potem nogi. Chwyciła za szyję. Dusiła go.

Z trudem się wreszcie uwolnił. Musiał związać jej ręce. I teraz rzucała się na łóżku jak schwytana w sieć ryba.

- Dzwonię po pogotowie - oznajmił.

Odwrócił się w stronę telefonu. To był jego koniec.

Gniewna, która rządziła ciałem Weroniki, ściągnęła krępujące ją więzy. Skoczyła jak drapieżnik na Marka.

W ręku trzymała nóż. Przejechała nim po plecach Marka.

Krzyknął. Rzucił komórkę. Próbował ją obezwładnić.

Gniewna okazała się silniejsza. 

Związała go. Potem cięła kawałek po kawałku jego skórę. Zlizywała krew z noża. Próbowała też odcinanych po kolei części ciała.

Marek stracił przytomność. 

Może i lepiej dla niego. Nie widział. Nie czuł już: strzępów oddzielonej od kości skóry, włosów, palców, nosa. 

Krew sączyła się z tego, co po nim zostało.

Gniewna cieszyła się bez końca odkrytą zabawą w rozbieranie człowieka, poznawanie jego wnętrza, w dotykanie, w lizanie. 

Gniewna przeżywała rozkosz nieporównywalną do tej, jaką czuła wcześniej Weronika. Wolność i ekstaza bez końca.

Eugenia i Stanisława.

- A nie mówiłam - cieszyła się Eugenia. - Wiedziałam, że w końcu kogoś zabije i zabiła.
- Co? O czym ty gadasz? 

Stanisława nic jeszcze nie wiedziała. Eugenia znów pokonała ją swoją wiedzą. Znów okazała się szybsza w łapaniu najnowszych plotek i informacji.

- Weronika zabiła swojego kochasia.
- Jak to?
- Zwyczajnie. Dostała napadu agresji akurat przy nim.
- Dobrze, że nie przy Klementynie.
- Właśnie. A ty chciałaś, żeby mieszkały razem.
- Ja chciałam? Ja je tylko widziałam. Ale mów jak to się stało.

Stanisława nadstawiła uszy jak typowa ciekawska emerytka.

Gdzieś.

- Teraz to już przesadziłeś.
- E tam zwyczajna akcja. Co ty taki wrażliwy?

Znów ci dwaj przy planszy. Dwaj gracze.

 
P. S. I co dalej? I kim są gracze? Zobaczymy innym razem.





   

  

wtorek, 2 maja 2017

Pogoń za kobietą-cieniem.

Z życiem tego bohatera jest jak z wiosną. Niby jest, ale jej nie ma. On też z pozoru istnieje. Przebywa w rzeczywistości, ale jakby tylko jedną nogą, bo tą drugą stoi w innym świecie.

Jakim świecie? Dlaczego? Kim on jest?

  
 Ona

Po raz pierwszy pojawiła się, gdy po długiej śpiączce i pobycie w szpitalu wrócił do domu. Nie do swojego w dodatku. Do domu Łucji, która wyciągnęła go z letargu, ze stanu pomiędzy życiem, śmiercią i snem. Zakochał się w Łucji od pierwszego wejrzenia, a ona w nim. Jednak miłość nie wystarczyła. Owszem Tadeusz robił postępy w swojej rehabilitacji. Zaczął znów mówić i chodzić. Wszystko wydawało się na nowo układać.

Wydawało się, bo ona przyszła. Jak zwykle we śnie, bo sny w życiu Tadeusza pełniły zawsze ważną rolę i to przez nie znalazł się w śpiączce. Ubzdurał sobie wtedy, że musi wrócić do świata ze snu. Pięknego świata, z którego został wyrzucony. Skończyło się to wypadkiem. Później miłością do Łucji.

Dotarła więc do niego. Jakaś ona. Jej imienia nie poznał. Zobaczył za to dokładnie jej ciało. Piękne nagie. Przykryte białym szalem, a może firanką. Machała tym, patrząc w górę jakby widziała gdzieś wyżej Boga. Oczywiście tego przez duże B. Ważnego dla niej i dla Tadeusza, nawet jeśli nie wierzył w Boga.

Zbliżył się do niej. Cicho powoli jakby hałas mógł ją wystraszyć.  Jej postać falowała na wietrze razem z szalem. Niepokojąco znajoma. Serce na jej widok biło mocniej.

- Kim jesteś? - odważył się zapytać.

Odwróciła się. Uśmiechnęła. Odeszła. Nie tak po prostu, zwyczajnie. Inaczej i jak inaczej? Nie potrafił określić. Wiedział jedynie, że musi iść za nią.

Przeszedł przez ciasno zabudowane ulice, tłumy ludzi. Ona z każdą chwilą stawała się coraz bardziej ulotna, aż pozostał z niej cień. Czy to możliwe, że gonił cień kobiety?

Dotarł do otwartej przestrzeni. W głowie pojawiło się pytanie: gdzie morze? Z tej czy z tamtej strony? Rozejrzał się. Tamta strona po prawej wyłaniała się z mgły. Pełna budynków. Ta po lewej na razie pozostała pusta.

Skręcił w lewo. Wkrótce zobaczył rzekę. Piękna, namawiała do zanurzenia się w niej. Posłuchał, a rzeka pod nim stała się ciemna równie czarna jak cień, który został z kobiety.

Obudził się zlany potem. Zmęczony. Już od rana zniechęcony życiem, choć z kuchni dochodził trzask naczyń. Zwiastun śniadania, które zaraz poda mu Łucja.

Eugenia i Stanisława.

Obie wzdychają nad padającym deszczem. Nieważne, że jakiś czas temu wzdychały nad nagłym ciepłem. Teraz gdy ciepło znikło, mogą narzekać na brak pogody. Dwie nieustraszone emerytki-plotkary. Jak dwaj muszkieterzy obserwują teren za oknem. Może dziś znów kogoś wyniosą w kawałkach, a może coś innego się zdarzy równie ciekawego.

- Słyszałaś, Tadek wraca? - przerywa milczenie Eugenia.
- Tutaj? - jak zwykle dziwi się Stanisława.
- A niby gdzie?Jasne, że tutaj.
- Myślałam, że zamieszkał z tą kobietą, co go uratowała?
- Mieszkał, ale pewnie miała go dość i wyrzuciła darmozjada jednego.
- Co ty mówisz Gienia? Przecież to facet złota rączka.
- Już ja o nim słyszałam. Obiecuje wiele, a potem rzuca robotę i koniec. 
- A mnie ten zamek w drzwiach zreperował. Pamiętasz?

Eugenia fuknęła. Znów Stanisława zamiast ją poprzeć, poparła faceta i to jakiego, obiboka i pijaka.

Stanisława poczuła ukłucie w sercu. Czyżby jej koleżanka sąsiadka ukarała ją samym spojrzeniem. Niepotrzebnie o zamku mówiła. W końcu było, minęło.

- Lepiej już pójdę. Późno się zrobiło.

Stanisława podniosła się. Lepiej wyjść niż siedzieć ze skrzywioną Eugenią.

- Następnym razem ty u mnie - powiedziała, muskając powietrze wokół policzków Eugenii.

Natrętne myśli.

Najpierw w snach, teraz na jawie męczyła go tamta, nieuchwytna kobieta.

Co ci jest? - Wciąż pytała Łucja. Czuła, że coś przeszkadza Tadeuszowi. Jakieś myśli. - Ale o czym? Co zrobić,by mu pomóc? Wejść w sen tak jak wchodziła w stan śpiączki. To jedyny znany jej sposób, by zobaczyć, co się dzieje. Nigdy dotąd nie robiła czegoś takiego. Kiedyś musi być pierwszy raz. W każdym razie dłużej nie można czekać z założonymi rękami. Spróbuję - postanowiła.

Najpierw trochę seksu dla odprężenia. Łatwiej potem wejdziemy razem w sen. - Myślała. 

Jak tylko znaleźli się razem w łóżku, zaczęła go pieścić. Polizała go za uchem, po szyi i nie czując oporu zeszła na dół.

Tadeusz chciał i nie chciał kochać się z Łucją. Myślami znów wędrował po nieznanych ulicach w poszukiwaniu tamtej kobiety. Widział jej krągłe piersi. Poruszające się na wietrze długie czarne włosy. Kształtne pośladki i uda. Budziło się w nim pragnienie nieznajomej.

Zareagował jak chciała Łucja. Już po kilku pocałunkach jego męskość nabrzmiała w jej ustach. Ssała go, a on się wił pod nią z rozkoszy.

Tadeusz przymknął oczy. Usta Łucji zmieniły się w usta tajemniczej kobiety. Jej namiętność łączyła się z jego namiętnością. Tak bardzo jej pożądał. I wreszcie czuł na sobie i w sobie jej ciało.

Łucja siedziała okrakiem na Tadeuszu. Rytmiczne poruszała udami. Ściskała go swoją waginą. Napełniała się falami rozkoszy. 

Kochał się z Kobietą - Cieniem. Z braku imienia sam ją tak nazwał. Jej słodka ciemność oszałamiała. Dawała więcej przyjemności niż ziemska zwyczajna kobieta.

- Kocham cię - szepnęła, a jej szept przerodził się w krzyk spazmu. Wylała się z niego cała rozkosz. Połączyła z jej orgazmem.

Tadeusz otworzył oczy. Z przerażeniem zobaczył nad sobą twarz Łucji. Ja jej nie kocham - zdał sobie sprawę. - Nadal chce tamtej. Ona jest kobietą mojego życia.

Łucja zobaczyła w oczach Tadeusza pustkę. - On mnie nie kocha. Coś mi go zabrało. Może na zawsze.

Padła na poduszkę obok. Łzy płynęły z jej oczu. Świadomość utraty miłości walnęła niczym pięść w jej serce. Zabrakło jej siły, by wejść w jego sen i ratować co pozostało.

Gdzieś.

 Dwóch graczy pochyla się nad planszą.
- A to po co? - pyta wyższy niższego.
- Żeby było ciekawie. Nie mów, że tych też ci żal. Zresztą oni jeszcze będą mieli szansę.



P. S. Wszystkiego dowiecie się w swoim czasie. Oczywiście, jeśli chcecie się dowiedzieć.