środa, 28 czerwca 2017

Głębia płytkiej wody.

Wpadła w to jak dzieciak, który skacze z mostu do nieznanej wody. Myśli sobie, jaka głęboka, piękna, a tymczasem uderza głową o beton. Wkrótce potem składają go w szpitalu jak mogą. Czasem dobrze, czasem gorzej.

Zdjęcie stąd.

 Rano.

Radomiła śni o plaży. Biały czysty piasek i woda sięgająca do samego horyzontu. Niebieskie, bezchmurne niebo. Turkusowe fale. Ciepło tak bardzo, że pragniesz tylko jednego, zanurzyć się w  wodzie. Nieważne, że nie umiesz pływać. I tak jej pragniesz jak ukochanego, dawno niewidzianego mężczyzny. Choć na chwilę, choć przez chwilę posmakować turkusowej głębi. Pobiegła. Wbiegła całym ciałem. Najpierw tylko kostki, potem kolana, wreszcie uda, brzuch piersi, szyja i twarz. Swobodne opadanie do dna.

- Lubisz to - mówi mężczyzna. 
Pływa obok. Dotyka palcami jej ręki jakby głaskał kwiat.
- Kim jesteś?
- Graczem, a ty jesteś moją grą.

Przyciąga ją do siebie. Czuje go wszystkimi zmysłami. Jedynie oczom się wymyka. Jego kształty, nagość, pośladki, penis są wyraźne, reszta zamazana jakby ginęła w cieniu, tańcząc z innymi cieniami, których tu na dole natura nie poskąpiła. Każdy kwiat, istota, fala oprócz jasnej strony świeci mrokiem.

Tajemniczy mężczyzna też. Jego mrok otula ją. Sprawia każdym swoim ruchem rozkosz. Gdy już jest w niej, nie chce go puścić. Pragnienie rośnie. Nie daje się niczym zaspokoić.

- Wracaj. Zanurz się w głębi płytkiej wody - rozkazuje on. Popycha ją do góry. Wpycha z powrotem do życia.

Radomiła budzi się mokra i jak nigdy dotąd spragniona seksu. Gładzi plecy leżącego obok Kazimierza. Przyciska do nich swoje ciało. Łapie palcami jego męskość. Głaszcze ją. Ściska. Sprawia, że się budzi. Odwraca się w jej stronę. Jej ukochany mężczyzna sadza ją na swoich udach. Wchodzi w nią głęboko. Podniecenie szybko rośnie i opada. U niego kończy się orgazmem, a u niej po raz pierwszy zniechęceniem.

Eugenia i Stanisława.

Siedzą na ławce jak zwykle w ciepły, słoneczny dzień, gdy w domu zbyt gorąco, a poza domem zbyt mało sił, żeby iść gdzieś dalej.

- I co ty na tę moją chorobę? - pyta Eugenia.
- A ty na moją? - żali się Stanisława.
- Jaką ty masz chorobę, co? Boli cię trochę brzuch i nic więcej, a mnie serce. To coś o wiele gorszego - oburza się Eugenia.

- A może to rak. Skąd wiesz, że to nic takiego - również oburza się Stanisława.
- Gadasz, rak od razu. Mnie się śniła czarna woda. To znak, że moja choroba jest poważna.
- Mnie też się śniła i piasek.
- Dziwne, zawsze ci się śni to samo.  
- Mężczyzna siedział na tym piasku i powiedział...
- Że co? Umrzesz zaraz?
- Głębia płytkiej wody.

Południe

Radomiła zabiera się za robienie obiadu. Bardzo nie lubi tego zajęcia, ale tutaj nabiera ono innego znaczenia. Mieszka przecież ze swoim ukochanym mężczyzną. Wreszcie są razem. Ona musi, chce pokazać mu jak bardzo go kocha. Jak cieszy się tym, że w końcu dzielą wspólne życie. Poza tym pragnie jakoś zapomnieć o swoim porannym niezadowoleniu. Zetrzeć chwilę swojej słabości, gdy znów tak jak dawniej przygniótł ją ciężar niezaspokojonego seksualnie ciała.

Radomiła obiera ziemniaki. Stara się maksymalnie skupić na tej czynności. I naprawdę idzie jej świetnie do pewnego momentu. Już ma myć obrane warzywa, gdy pojawia się on. Mężczyzna ze snu.

- Podoba ci się - oznajmia, a Radomiła zdaje sobie sprawę, że nic jej się nie podoba. 
- Głębia płytkiej wody - dodaje on.
- Kim ty jesteś? Czego ode mnie chcesz? 

Ostatnie słowa nieznajomego złoszczą Radomiłę. Nawet nie wie dlaczego. Czuje jednak, że kryje się w nich coś złego. Coś się chowa na granicy jej oczu tak jak twarz i szczegóły wyglądu mężczyzny. Mógłby być kimkolwiek i nikim jednocześnie.

- Tak, masz rację - mówi on, a potem się rozpływa jak chmura na niebie.

Eugenia i Stanisława.

- Późno się zrobiło. Pójdę już.
Eugenia zrywa się z miejsca jak oparzona. Czyżby słowa Stanisławy zrobiły na niej tak wielkie wrażenie, że potrzebuje czasu, żeby je przetrawić?

- Widziałam wczoraj naszą Miłkę - chwali się Stanisława jakby nie słyszała tego, co powiedziała przed chwilą Eugenia.
- I co? - ciekawość Eugenii powraca.
- Cały czas z tym starym facetem. Ja nie wiem. Miała tu młodego to woli starego.
- Nie trafisz za nią jak za nimi wszystkimi młodymi.
- I za Florentyną.
- Właśnie, a co u niej.
Wywołany dziwnymi słowami niepokój mija. Eugenia i Stanisława znów beztrosko plotkują.

Wieczór

Kazimierz wraca do domu. Czuje na sobie ciężar minionego w pracy dnia. Jednocześnie cieszy się, bo już niedługo zobaczy ją. Usiądą. Napiją się. Zjedzą. Może obejrzą coś w telewizji. W każdym razie na pewno będą razem.

Jednak w domu wita go cisza i ciemność jakby Radomiła gdzieś sobie poszła, może odwiedzić swoich bliskich.

Kazimierz wzdycha. Nie lubi samotnego siedzenia.

Wchodzi do pokoju i staje porażony tym, co widzi. Radomiła siedzi w jednym z dwóch brązowych foteli. Oczy ma zamknięte. Śpi, medytuje, rozmyśla?

- Kochanie, co się stało? Dlaczego tak tu siedzisz po ciemku?
Kazimierz pochyla się nad nią. 
- Nie wiem - odpowiada ona. Otwiera, mruży oczy i znów je zamyka. - Przepraszam cię, jestem zmęczona.
Po chwili już jej nie ma. Odpływa w swój sen o  głębi płytkiej wody.

W innym miejscu.

Mężczyzna się śmieje. Tak łatwo mu z nią poszło. I z tymi dwiema starymi też. Wszystkie trzy śnią teraz o nim. Może więc zrobić z nimi, co chce.
- Nieuczciwe - stwierdza jego towarzysz gry.
- I dobrze, pasuje do nich i do nas.

P. S. Życie toczy się dalej. Czy Radomiła się obudzi? Czy znów zacznie cieszyć się życiem? Czy dostrzeże jego głębię? A Ty czytelniku dostrzegasz głębię swojego życia, czy może toniesz w płytkich wodach?


 






 

wtorek, 20 czerwca 2017

Zielona Pustynia.

Po przygodzie z czarodziejką Bogną wampir Filip  wychodzi z lasu na wielką zieloną przestrzeń. Co go tutaj czeka? Kogo spotka? Czy choć trochę zbliży się do rozwiązania swoich problemów?


Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Filip - kiedyś niespełniony artysta 40 letni, teraz wampir; 
Igor - strażnik zielonej pustyni, Kornelia - śniąca pustelniczka.

Dialog 1.

Miejsce: Wielka zielona łąka nazywana przez przybyszów i mieszkańców Zieloną Pustynią. 

Filip wychodzi z lasu. Przestrzeń, którą widzi przez konary ostatnich drzew, bardzo go cieszy. Myśli, że dotarł do właściwego miejsca, a tymczasem...

Na drodze Filipa staje ubrany na zielono mężczyzna w średnim wieku.

Igor: Dokąd idziesz?
Filip: A co cię to obchodzi?
Igor: Uważaj, mówisz do strażnika Zielonej Pustyni.
Filip: A ty do wampira.
Igor ( śmieje się ): Jestem zmiennokształtny i nie z takim wampirami miałem do czynienia.
Filip: A z jakimi, co?
Igor: Nawet grozić nie potrafisz. Chcesz to ci pokażę swoją siłę?
Filip: Pokaż.

Po chwili już żałuje swoich słów. Podniesiony niewidzialną mocą, siedzi na gałęzi brzozy kilka metrów nad ziemią. Czuje lęk wysokości.

Filip: No, co ty, daj spokój.
Igor: Właśnie sobie dałem spokój. Posiedzisz trochę, to zmądrzejesz.

Mimo głośnych protestów Filipa, oddala się.

Filip ( głośno myśli ): O boże, nie wytrzymam tego. Najpierw idiotka czarodziejka, a teraz idiota strażnik. I za co? Co ja niby takiego zrobiłem, że muszę się tak męczyć?

Kornelia: A ci, których zabiłeś?
Filip: Kto tam? Kto do mnie mówi?
Kornelia: Śpiąca imienia Kornelia.
Filip ( rozgląda się wokół ): Gdzie jesteś? Nie widzę cię?
Kornelia: Zaraz zobaczysz.

Materializuje się przed nim nagle. Ubrana w długą zieloną suknię uśmiecha się do niego czerwonymi jak krew ustami. 

Filip ( wzdycha ): Jeszcze jedna piękna kobieta. Chcesz mojej duszy?
Kornelia: Twojej duszy? Po co mi ona? Chcę trochę towarzystwa.
Filip: Więc mnie zdejmiesz stąd?
Kornelia: Sam zlecisz na swoich skrzydłach pod warunkiem, że potem nie uciekniesz, a pójdziesz ze mną. To jak?
Filip: Dobrze.

Na ramionach wyrastają mu skrzydła. Zlatuje na ziemię jakby nigdy nic innego nie robił.

Dialog 2.

Miejsce: Dom Kornelii. 

Pojawia się równie nagle jak ona. Wysoki jak drzewo, zielony, zarośnięty trawą, kwiatami w kolorze szkarłatu. W środku pachnie fiołkami i bzem. Świeci słońce, chociaż dzień już minął.

Filip patrzy na uginający się od jedzenia stół. Owoce, warzywa, mięso, desery. I najważniejsze krew. Spływa powoli ze ścian do wielkich pucharów. Na jej widok Filip zaczyna się ślinić.

Kornelia: Poczęstujesz się?

Nie czeka na odpowiedź tylko podaje mu wysoką szklankę pełną krwi.

Filip pije. Rozkosz rozlewa się po jego ciele.  

Kornelia patrzy na niego z zachwytem.

Podchodzi bliżej. Zrzuca z siebie zieloną suknię. Olśniewa bielą ciała, krągłymi piersiami z czerwonymi sztywnymi sutkami, kształtnymi pośladkami. 

Filip wdycha zapach jej skóry. Konwalie i aromat kawy ze śmietanką i czekoladą. Zamyka oczy, by lepiej go poczuć. I nagle świat się zwęża, zmniejsza. Pod powiekami krąży okrągła przestrzeń. Przestrzeń ograniczona. Przestrzeń, z której nie można wyjść.

Kornelia ( śmieje się ): Mianowałam cię następnym śniącym. 
Filip ( otwiera oczy i widzi jak przebrana w dżinsy i luźną koszulę w kratę Kornelia zmierza do wyjścia ): Jak to? Jakim śniącym?
Kornelia: Tak to. Siedzisz sobie w guziku i śnisz sny Zielonej Pustyni. A ja lecę się zabawić na dyskotece.
Filip: Ale wrócisz, uwolnisz mnie?
Kornelia: Uwolni cię następna złapana przez strażnika osoba. 

Kornelia wybiega. Nie czeka na kolejne pytania Filipa. Wreszcie jest wolna. Chce jak najszybciej posmakować tego tak długo niezaznanego uczucia.

Filip płacze. Jego nowa rzeczywistość to kręgi wokół od najmniejszego otaczającego jego ciało do największego sięgającego końca domu Kornelii, który nie jest domem, tylko guzikiem, a  Filip wszedł do niego z własnej woli. I po co? Żeby zaznać trochę obiecanego towarzystwa. Niestety Kornelia nie pracowała w profesjonalnej agencji. Oszukała go. Podobnie jak czarodziejka Bogna. Czy w tej okolicy mieszkają same wredne baby?

Pytanie pozostaje bez odpowiedzi jak wiele innych pytań, choćby to jak uwolnić się od własnego wampiryzmu. Jak dotrzeć do Pana Losu i zmienić swoje przeznaczenie?

Powoli przez ściany kręgów przeciska się błękitna mgła. Mgła pełna snów Zielonej pustyni.

Filip zasypia.


P. S. I co dalej? Czy Filipowi przyśni się jakaś wskazówka?  Czy uda mu się wyjść z guzika, zanim pojawi się kolejna ofiara i jednocześnie śniąca osoba? Na pewno się tego dowiem i Wam przekażę, jeśli podobała się Wam ta historia i chcecie ciąg dalszy.

 







  

wtorek, 13 czerwca 2017

Klątwa

Wszystko zaczęło się od snu, a może od kobiety, która stanęła jej na drodze. Wyciągnęła rękę z prośbą o pieniądze. Zrobiła nawet odpowiednio żałosną minę. A kiedy to nie podziałało w jej oku pojawił się złowieszczy błysk. 
Tak się zaczęło. Jak się skończy? Czy w ogóle nastąpi jakiś koniec?


Eugenia i Stanisława

Obie przyglądały się nowej lokatorce. Przyjechała dużym białym mercedesem. Trzech mężczyzn wnosiło jej meble na górę. Ona stała nieruchoma jak kamień. Jakby zjadła coś ciężkiego i musiała w spokoju to strawić. 

- Jeszcze jedna wdowa - pomyślała Eugenia, patrząc na jej czarny strój. - Albo zwariowana nastolatka. Nie, raczej na nastolatkę za stara.
- Jak ona może wytrzymać w tych spodniach i marynarce? - zastanawiała się Stanisława.

Podobnie jak Eugenia obserwowała nieznajomą schowana za firanką.   

Z daleka kobieta czuła ich spojrzenia. Mimo to nie poruszyła się, nie schowała, nie weszła do domu zanim ostatni mebel nie zniknął w środku. Duże, ciężkie brązowe biurko, przy którym zwykle siedzi i pisze swoje artykuły do Agnostyka. Raczej siedziała, pisała. Jeszcze nie wie, czy tutaj będzie pisać. Czy odzyska gdzieś straconą  energię. Czy te spojrzenia zza gęstych firanek pozwolą jej tworzyć?

- Kim jest? Czy zamieszka w tym nawiedzonym mieszkaniu? A może pod szóstką ? Czy jest krewną zmarłej Tosi?

Pytania pojawiają się w zarówno w głowie Eugenii jak i jej ciekawskiej koleżanki Stanisławy.

Szkło.

Sen pojawił się wkrótce potem jak zignorowała biedaczkę. Wtedy jeszcze nie powiązała go z nią. Przecież o niej nie myślała. Minęła jak wszystkich innych wyciągających do niej ręce zawsze w nieodpowiedniej chwili, gdy się spieszyła, gdy już prawie była spóźniona, gdy liczyła się każda chwila.

We śnie siedziała przed lustrem. Pięknym, dużym, okrągłym. Czesała włosy. Nie mogła oderwać od nich wzroku i od ich odbicia w lustrze. Czarne, długie, kręcone wprawiały ją w trans. 

W pewnym momencie zobaczyła mężczyznę. Stał za nią i też patrzył na jej włosy. W jego oczach błyszczał zachwyt.

Przestraszyła się prawie tak jakby zamiast zachwytu ujrzała groźbę. Jakby mężczyzna za chwilę  miał wyjąć z kieszeni nóż.

Odwróciła się, ale za nią nikt nie stał. Niemożliwe, ten facet znajdował się w lustrze. Uśmiechnął się, gdy zauważył, że ona już wie, a jego uśmiech wzbudził w niej większy strach.

Rzuciła lustro na półkę. Zaczęła biec w stronę wyjścia z domu. Właśnie wtedy tuż przed drzwiami jej nogi trafiły na szkło. Potknęła się. Upadła. Małe i duże kawałki szkła pocięły jej ręce, nogi, twarz, całe ciało. Jednak zamiast krwi i bólu poraził ją większy od poprzedniego strach. Świadomość, że tajemniczy mężczyzna z lustra zawsze już będzie z nią. Nigdy jej nie opuści. Nie pozwoli żyć tak jak żyła dotychczas. Spokojnie, beztrosko.

Gdy się obudziła wciąż czuła strach. Potem minął. Jednak z każdym snem trwał dłużej. Już nie potrafiła nad nim zapanować.

Eugenia i Stanisława.

- Rozmawiałaś z tą nową? - ciekawiła się Eugenia.
- Nie, a ty? - odparła Stanisława
- Wiesz, że teraz nie mam do tego głowy. Moja kuzynka Jadzia przyjeżdża. Muszę upiec ciasto, zrobić zakupy.
- No to ja już sobie pójdę. Nie będę ci przeszkadzać.

Rozmawiały w domu Eugenii. 

Niby zaprosiła Stanisławę, a teraz okazało się, że nie ma czasu. To po co ją zapraszała - myślała oburzona Stanisława.

- Przepraszam cię kochana. Jakaś taka dziś rozbita jestem - tłumaczyła się Eugenia.
- Też nie najlepiej się czuję. Myślisz, że ta nowa ...

- Nastrój mi popsuła. Poszłam do niej wczoraj z kawałkiem ciasta, a ta powiedziała, że nie je ciasta. Wyobrażasz sobie.
- No, coś takiego. Następna pokręcona jak Florentyna.
- Właśnie, Florentyna mogłaby się o niej czegoś dowiedzieć.
- Akurat. Nawet jak do niej pójdzie, to myślisz, że nam coś powie.
- No, tak.

Obie westchnęły. I jak tu ugryźć ten problem z sąsiadką?

Przypadek?

Prawie wcale nie wychodziła z domu. Codziennie obiecywała sobie, że jutro, a jutro było to samo. Nie mogła wstać z łóżka. Nie mogła poruszać się swobodnie po mieszkaniu. Nie mogła nic robić. Leżała tylko i patrzyła w sufit.

Mężczyzna z lustra siedział na jej łóżku. Czuła zapach jego papierosów, czasem piwa. Mówił do niej jak bardzo mu się podoba i jak bardzo jej pragnie, że gdyby tylko zgodziła się na jeden krótki numerek z nim, zostawiłby ją w spokój. Nie wierzyła w ani jedno jego słowo. Krzyczała, żeby sobie poszedł.

Odchodził, a wtedy słyszała gadające o niej sąsiadki. Dwie starsze kobiety, które podchodziły najpierw pod same okno, potem pod drzwi, a wreszcie do jej łóżka. Straszyły ją, że jeśli dalej będzie tak leżeć, że jeśli nie da mężczyźnie tego, czego on chce, zabiją ją. Krzykiem przerywała ich gadkę.

Pewnego dnia ktoś zadzwonił akurat, gdy stała w przedpokoju. Nie wiadomo dlaczego zamiast przerażenia, poczuła ulgę. Otworzyła.

Na progu stała ruda dziewczyna.

- Przepraszam chyba się pomyliłam - powiedziała i już chciała odejść, gdy ona wciągnęła ją do środka.
- Musisz mi pomóc, błagam - poprosiła dziewczynę.
- Ale ja nie wiem, czy potrafię i już jestem umówiona.
- Zapłacę, pomóż.
- Dobrze - zgodziła się dziewczyna, widząc w oczach kobiety szaleństwo.

Posiedzi z nią trochę, pomyślała, a na pewno się uspokoi. Wszyscy zawsze się koło niej uspakajali.

I tak się stało. Już po chwili z twarzy kobiety zniknął lęk.

- Jestem Magda, a ty? - zapytała.
- Aleksandra.

I tak się poznały. A mężczyzna z lustra po raz pierwszy się odwrócił. Syknął gniewnie, gdy Aleksandra dotknęła rękami głowy Magdy. Odszedł choć na chwilę, ale odszedł.

- Przychodź do mnie. Będę ci płacić - poprosiła Magda.
- W porządku - odpowiedziała Aleksandra.

Eugenia i Stanisława.

- Zgadnij z kim dzisiaj rozmawiałam? - chwali się Eugenia.
- Nie mów, z Magdą? - zapytała Stanisława.
- Ty też?
- Tak. Spotkałam ją w markecie. Podobno ma depresję i Aleksandra ją leczy.
- Wiadomo. Nasza mała uzdrowicielka jest wszędzie, prawie jak Florentyna.
- A co u Florentyny? Widziałaś ją?

Gdzieś.

- Mała dziwka. Ciągle przeszkadza - żali się gracz numer jeden graczowi numer dwa.
- Pamiętaj, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - pociesza go gracz numer dwa.
- Myślisz?
- Ja nie myślę. Ja wiem.


P. S. Póki co Magdzie się poprawiło. Jednak na jak długo? Nie wiadomo. I czy Aleksandra poniesie konsekwencje swojej pomocy? Zobaczymy, jeśli chcecie zobaczyć.
 













 



wtorek, 6 czerwca 2017

Studnia.

Od samego początku była i jest inna. Matce i babce sprawia kłopoty. Obcych leczy samą swoją obecnością. Zainteresowała się nią kobieta-kameleon. A teraz następne istoty. Jakie? I dlaczego?


Pierwszy impuls

Najpierw pokazała się jej we śnie. Potem zmaterializowała na placu zabaw. Nie powinna się do niej zbliżać, ale jak zwykle jej ciekawość była silniejsza. Poza tym studnia, którą zobaczyła, emanowała spokojem. Jeszcze zanim do niej podeszła, Aleksandra wiedziała, że lepszej kryjówki nie znajdzie. Nigdzie nie poczuje się tak dobrze. Nigdzie nie znajdzie odpowiedzi na nurtujące ją pytania. Tylko tu. W miejscu jakby wyjętym z serialu o amerykańskich bogach.

Nie zastanawiała się zbyt długo. Dała się ponieść impulsowi. Podeszła bliżej. Zajrzała w głąb. Zobaczyła schody. I zaczęła schodzić.

Eugenia i Stanisława.

Znów siedzą na ławce. Wystawiają swoje ciała na promienie słońca. Jednocześnie kryją głowy w cieniu małego daszka nad klatką schodową bloku, w którym mieszkają i z którego wyszły jakiś czas temu. Patrzą na bawiące się przed blokiem dzieci. Żywią się plotkami i kupionymi w markecie bułkami z serem.

Nagle ich uwagę przykuwa Aleksandra.

- Taka duża i jeszcze się bawi? - dziwi się Eugenia, widząc jak Aleksandra pochyla się nad piaskownicą.
- E, może coś zgubiła - mówi Stanisława.
- Własną głowę chyba - śmieje się Eugenia.
- Pierścionek od chłopaka.
- Jakiego? Przecież ona żadnego nie ma.
- Taka ładna i nie ma? Myślisz, że ona...
- Kto wie. Teraz pełno takich. Niby normalne, ale tylko z daleka.
- Pamiętasz Gabrysię? Ta to była. Niby dziewczyna, a chłopaka udawała.
- Właśnie, a co z nią teraz?

Odrywają obie wzrok od piaskownicy. Jedynie na chwilę. Na to jedno wspomnienie. To jednak wystarczy, bo gdy znów spoglądają w stronę piaskownicy, Aleksandry już nie ma. Znikła.

W głębi i poza znaną rzeczywistością.

Aleksandra powoli schodzi na dół. Schody wiją się przed nią jak wykresy z matematyki. Wydaje się, że koniec nie istnieje. Zawsze cię zmęczą. Nigdy męczyć nie przestaną.

Mogłaby jeszcze wrócić na górę, ale czy na pewno? Przestrzeń za nią zamyka się. Nie pozwala wrócić. Musi iść do przodu. Coś chce, żeby szła dalej. Coś chce ją zobaczyć.

Wreszcie półpiętro. I stary mężczyzna w szarym płaszczu. Stoi. Czeka na nią. Kaptur zakrywa jego twarz. Cienie tańczą wokół.

- Witaj.

Dziwne, jego głos Aleksandra słyszy w środku głowy, nie na zewnątrz.

- Jesteś nam potrzebna.
- Ja, dlaczego?
- Mistrz Gry wszystko ci wyjaśni.

Aleksandra nic nie rozumie. Chciałby pytać dalej, ale on już się odwraca. Idzie dalej. Ona też musi iść, chociaż coraz mniej jej się to podoba.

Schody kończą się równie nagle jak się zaczęły. Oboje wychodzą na tonącą w mgłach ziemię.

Eugenia i Stanisława.

- Widziałaś Aleksandrę? - Dopytuje się Stanisława.
- Nie mówiłam ci. Okulary zmieniam. W tych mi się wszystko miesza.
- No, przecież się pochylała nad piaskownicą.
Może to była Kasia, ta od Wolskich. Podobna do Aleksandry.
- Akurat. Aleksandra ruda, a Kasia ma czarne włosy.

Eugenia robi nadąsaną minę. Znów Stanisława mądrzejsza od niej, a ona bardzo tego nie lubi.

- Muszę iść. Późno się zrobiło.
- Ja też muszę. 

Jedna obrażona. Druga zmieszana.  Plotki im się nie udały. 

Ucieczka.

Aleksandra sobie przypomina. Góra, kobieta-kameleon i schody. Wymknęła się wtedy jakoś, więc i teraz się wymknie.

- Nie. Tym razem nie.

Głos mężczyzny przeszywa na wskroś jej głowę. On ją kontroluje. Nie pozwoli jej uciec. Jest silniejszy niż tamta kobieta.

Mimo to Aleksandra się nie poddaje. Wyobraża sobie drzwi i zamyka je, a za nimi chowa myśli.

- Nic ci nie pomoże!

Mężczyzna wykonuje ruch w powietrzu. Rozwala drzwi. Uderza ją w brzuch, nie czyniąc żadnego ruchu.

Aleksandra pada na ziemię. Na granicy wzroku widzi leżący na ziemi szary pionek z gry w warcaby. Chwyta go. Zaciska w dłoni.

Rzeczywistość zakręca. W inną niż mężczyzna stronę.

- Cholera - krzyczy facet, bo dziewczynę mu sprzed nosa wywiało
- Kurcze blade - wrzeszczy Aleksandra, bo nagle znów siedzi w piaskownicy.

Dzieci patrzą się na nią zdziwione. 

Zszokowane Eugenia i Stanisława gapią się przez okno.

Poza.

Szary płaszcz powiewa na wietrze na wysokim białym słupie. Obok tęczowa suknia kobiety-kamelona. Ukryte w nich ciała zastygły w wieczności. Głowy zasłonięte workami patrzą na wieżę, siedzibę Mistrza Gry. Mistrz Gry też patrzy na nie ze swojego okna.

Wzdycha. Wie, że niedługo albo zabierze opornego pionka albo następni gracze zatańczą na kolejnych słupach. 

A może gra potoczy się inaczej?


P. S. Nie wiem jeszcze dlaczego Mistrz Gry przyczepił się do Aleksandry. Kim on jest? Kim są Gracze? Jak się dowiem, to na pewno napiszę. Chcecie poznać ciąg dalszy?