wtorek, 26 września 2017

Pożeracz pająków.

Na długo zniknął z mojego pola widzenia i z oczu Florentyny. Gdzie był? Co robił? I najważniejsze, kim on w ogóle jest?


Nieznajomy.

Zobaczył go dzień przed zmianą i choć jeszcze wtedy jej nie czuł, już wiedział, że coś się zacznie, coś się zaczyna albo zaczęło.

Niebieski kapelusz, długa siwa broda i do tego sweter. Kto zakłada sweter, gdy z nieba leje się żar? Dziwak? Wariat? I jeszcze to spojrzenie jakby go znał.

- Wracasz Zygmunt - powiedział, mijając go na schodach.
- Pomylił mnie pan z kimś. Jestem Mariusz, nie Zygmunt.

Dlaczego mu się tłumaczył? Dlaczego w ogóle się odzywał? Gdyby przeszedł obok, udając, że nie słyszy, może byłoby inaczej, a tak, nieznajomy się zatrzymał, a z jego swetra  wyszedł pająk. Zwykły malutki pająk. Mężczyzna od razu go zauważył. Chwycił palcami. Wrzucił do ust. Połknął, a Mariuszowi zawartość żołądka podeszła do gardła. Prawie by ją wyrzucił na swoje wypastowane buty i klatkę schodową w bloku, w którym wynajmował mieszkanie.

- Wrażliwy jesteś - roześmiał się nieznajomy.

Mariusz nie chciał go słuchać, ani z nim rozmawiać, chociaż ciekawość kim jest już go zaczęła powoli zjadać od środka.

W pełni poczuł ją w nocy razem z lękiem. 

-  Skąd to uczucie? Dlaczego? - myślał przewracając się z boku na bok. - Czy wstać? Iść do apteki po coś na sen?

Znany dotąd z szybkich, dobrych decyzji Mariusz nie wiedział, co zrobić. 
W rezultacie nic nie zrobił. I w końcu zasnął.

Piosenka.

Leciała z telefonu nastolatki, kiedy Florentyna usiadła w parku na ławce. Bardzo stary przebój 10 cc ,, I,m not in love ,,.

Od razu pomyślała o Zygmuncie. On tak jak bohater tej piosenki nie kochał jej, nie wróci do niej, odszedł i trzeba o nim zapomnieć. 

- Ale jak? - łzy spływały jej po twarzy razem z pytaniem.

Po drugiej stronie miasta Mariusz zbierał się do pracy. Dziś nie szło mu to zbyt dobrze. Wiadomo po nieprzespanej nocy brakowało energii, ale przecież kiedyś mógł działać na okrągło.

- Starzeję się - pomyślał, spoglądając w lustro. - Włączę radio. Muzyka mnie rozbudzi.

Przez głośnik popłynęła piosenka, której nie słyszał dotąd, ale wydawała się dziwnie znajoma.


I'm not in love
So don't forget it
It's just a silly phase I'm going through
And just because
I call you up
Don't get me wrong, don't think you've got it made
I'm not in love, no no, it's because


Razem ze słowami zaczęły napływać obrazy.

Kobieta. Jej długie kruczoczarne włosy. Zgrabna sylwetka. Twarz jeszcze gładka, chociaż młodość ma już za sobą. Głowa odchylona do tyłu. Sterczące nagie sutki. Siedzi na nim. Porusza biodrami. Raz powoli, raz szybko. Ściska go swoimi długimi nogami i mokrą waginą. Każdy ruch prowadzi ją i jego do rozkoszy.

Mariusz potrząsnął głową. Skąd ta kobieta? Przecież spotykał się z Alicją, córką swojego szefa. Ta nigdy na nim nie siadała, nawet na kolanach w ubraniu, co tu mówić o nagości. A seks? Z Alicją jak bajka jeszcze nienapisana. Przez swoje zasznurowane usta zawsze mówiła: po ślubie. Mógł jedynie dotknąć jej ręki, pocałować w policzek, czasem musnąć wargi. Na nic więcej nie pozwalała. Dlaczego mimo to, spotykał się z nią? Z powodu szefa i jego kasy?

Mariusz westchnął. Nagle przez jego ciało przeszły ciarki. Strach? Jeśli tak, z jakiego powodu? Do tego jeszcze pojawiło się uczucie swędzenia jakby przez skórę, pod skórą maszerowały mrówki albo, o boże, pająki. Pająki? Mariusz z przerażeniem zauważa je na rękach i nogach jakby pojawiły się razem z myślą o nich. Strząsa je, ale zaraz zjawiają się nowe. W lustrze na ścianie łazienki Mariusz widzi je na swojej twarzy. Potem zauważa nieznajomego z wczorajszego dnia. Mężczyzna wyłania się z lustrzanej tafli jak z jeziora. Wyciąga język i zlizuje z twarzy Mariusza pająki.

- To nie dzieje się naprawdę. To sen - myśli Mariusz na wszelki wypadek zaciskając oczy, by odgonić zjawy. Gdy po chwili je otwiera, już nie jest Mariuszem.

Piosenka dobiega końca. W łazience oparty o ścianę stoi Zygmunt.

Eugenia i Stanisława.

Dwie blokowe plotkary emerytki siedzą na swojej ławce i wachlują się chusteczkami.

- Ale upał - stwierdza Eugenia. - Widziałaś? Zygmunt wrócił.
- Ciekawe na jak długo tym razem?
- Pewnie jak mu się znudzi, znów zniknie. Gdzieś ma chyba drugie mieszkanie.
- Florentyna się cieszy? - pyta Stanisława.
- Czy ja wiem. Ze mną nie rozmawia.

Eugenia wzrusza ramionami jakby nastrój Florentyny był jej obojętny. Naprawdę ciekawi ją to jak sąsiadka przyjęła Zygmunta. Z otwartymi ramionami? Poszli do łóżka? Gdyby mogła, z chęcią by to zobaczyła. Jednak nie może i mówić o tym też nie wypada. Wzdycha, co Stanisława tłumaczy sobie po swojemu.

- Jak ten czas leci. Już tak późno. Muszę iść obiad robić.
Podnosi się z ławki. Muska powietrze przy policzkach Eugenii.
- Wpadnij do mnie w niedzielę po mszy. Ciasto upiekę.
- O, chętnie - Eugenię ogarnia entuzjazm, który szybko znika razem z koleżanką. Mimo to Eugenia nie próbuje zawrócić Stanisławy.

Krótka chwila.

Florentyna wróciła z parku z zamiarem zaszycia się pod kołdrą. Jednak po przekroczeniu progu mieszkania ogarnął ją inny nastrój. Jakby przeczucie, że jeszcze dziś coś się zmieni. Co? Wróci Zygmunt? Pytanie zawisło w powietrzu razem z erotycznym napięciem. Florentyna poczuła je także w sobie. Gdzieś pod skórą i w podbrzuszu. Jakby naelektryzowane iskierki, które trzaskały w dotyku z przedmiotami. Czuła, że coś musi zrobić, czymś zająć ręce. Koniecznie się uspokoić. Obiad ugotuje. Upiecze ciasto.

Znacznie później przeczucie Florentyny się zmaterializowało. Zabrzęczał dzwonek. W drzwiach stanął Zygmunt. Chwycił ją w ramiona. Podniósł do góry jak małą dziewczynkę i zakręcił w powietrzu. Jego usta szybko znalazły jej usta. Wargi się rozchyliły. Języki się dotknęły. Serca i oddechy przyspieszyły.

- Kocham Cię - powiedział między jednym oddechem, a drugim.

Naprawdę ją kochał. Pragnął jej, a ona pragnęła jego. Poddała się od razu intensywności chwili. Szybko zrzucała z siebie kolejne części swojego ubrania, żeby już zaraz przylgnąć do ukochanego całą powierzchnią swojego nagiego ciała. Zygmunt wtórował jej własnym pośpiechem. Wreszcie usiadła na nim okrakiem tak jak pamiętał i jak lubił. Swoją mokra waginą wsunęła się głęboko na jego twardą męskość. Zaczęła się poruszać w górę, w dół, do przodu i do tyłu. Zygmunt ścisnął rękami jej talię. Wyciągnął palec w stronę jej uchylonych ust. Florentyna go chwyciła wargami. Ssała, wzmacniając uczucie przyjemności, którą oboje przeżywali, gdy jej ciało unosiło się i opadało. Kochali się, nie widząc i nie słysząc świata poza sobą. Ważna była tylko ta chwila. Ich serca bijące w jednym rytmie, zespolone w jedno oddechy, westchnienia, zapachy i płyny.

Nie wiedzieli, że z lustra przygląda im się mężczyzna z siwą brodą. Ten sam, który zaczepił Mariusza na schodach i kazał mu wracać do postaci Zygmunta, do życia Zygmunta. Patrzył i uśmiechał się. Pod nosem mruczał słowa piosenki ,,I,m not in love,,.

- Kocham cię - jeszcze raz wyznał Zygmunt Florentynie, zanim eksplodował w niej swoją rozkoszą.
- I ja ciebie - odparła Florentyna, oddając się własnej ekstazie.

Gdzieś.

Siedzieli przy planszy gry. Patrzyli na pionki ludzi. Gracz numer jeden i gracz numer dwa.

- Happy end jak w filmie amerykańskim - stwierdził Jeden.
- Do czasu - odpowiedział Dwa.
- Zrobisz coś?
- Zobaczysz.

 
P. S. Wszyscy zobaczymy w swoim czasie. Oczywiście, jeśli chcecie zobaczyć.
  



 


  



 

2 komentarze:

  1. A jak jak byłam kiedyś punkówą to zakładałam w upał swetry i glany haha :) teraz sama nie wiem jak mogłam w tym wytrzymać ale bycie dziwaczną pozostało mnie do dziś ;) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Pocieszę Cię ja też jestem dziwaczna i pewnie stąd moje opowieści.
    Dziękuję za komentarz:)

    OdpowiedzUsuń