wtorek, 12 września 2017

Wir czasu.

Rzadko się zdarza, a jak już, to najczęściej sztuczny, wywołany przez istoty, którym nie spodobał się bieg zdarzeń. Zmieniają więc i jednocześnie tworzą nową, alternatywną wersję świata. Jak to jest? Ciężko naprawdę wytłumaczyć, ale spróbuję Wam pokazać.






















Rozmowa.

Zwyczajne wnętrze zwyczajnego pubu i oni z pozoru zwyczajni. Siedzą przy stoliku z tyłu sali z dala od innych. Ubrani jak faceci, którzy przed chwilą zsiedli ze swoich szybkich mechanicznych koni. Czarne skórzane kurtki, czarne spodnie i koszulki. Tylko okulary niepasujące do tego. Pierwszy, tak go nazwijmy z braku innej nazwy, ma seledynowe, a Drugi turkusowe. Wyglądają w nich nierealnie jak przerysowane postacie z komiksów. Może, gdyby inni nie zajmowali się sobą, jedzeniem, piciem, towarzystwem lub jego brakiem zauważyliby, że oni tu nie pasują i nie tylko z powodu swoich okularów. Jednak jest jak jest i nikt nie patrzy na facetów.

- Wiesz, że trzeba to odkręcić. On nie żyje, a miał żyć - tłumaczy Pierwszy Drugiemu.
- Wiem. Teraz tylko wir to odkręci.

- Zapłacisz za to.
- Nie pierwszy, nie ostatni raz.

- A co z nią?
- No, co, posiedzi sobie w szpitalu. Schizofrenia teraz dość modna i zaburzenia dysocjacyjne też.

- Zrób tak, żeby śladu nie było.
- Tak będzie.

Drugi podnosi się z miejsca. Usłyszał już wszystko. Dalsze siedzenie z Pierwszym nie ma sensu. Patrzenie na niego sprawia jedynie ból. Przypomina, że sknocił, a to z powodu pewnej Fabularki, którą wciąż kochał. A ona jego? Nie wiadomo. W każdym razie przeżył z nią wspaniałe, namiętne chwile. Na tyle się zapomniał, że gra potoczyła się bez jego udziału. W rezultacie pionek Weronika zabiła pionka Marka. Mistrz się wściekł, bo pionek Marek jeszcze był potrzebny. Teraz nie kto inny, ale on, Drugi musi odkręcić to co się stało czyli przywołać wir czasu. Albo mu się uda albo pożegna się ze swoim życiem. Mistrz nie toleruje nieudaczników. Każdego karze śmiercią mniej lub bardziej szybką.

Drugi westchnął. - Musi się udać - pomyślał, ale wcale nie dodało mu to otuchy.

Eugenia i Stanisława.

Zrobiło się ciepło, słonecznie, więc obie emerytki-plotkarki zajęły jak zwykle ławkę przed blokiem. Tutaj wszystko i wszystkich widać. Życie sąsiadów podane na tacy.

- Gorąco, a stopy i tak mi marzną - poskarżyła się Eugenia.
- Byłaś u lekarza? - Stanisława wykazała umiarkowane zainteresowanie.
- Nie mówiłam ci? Byłam u tej naszej Kwiatkowskiej.
- I co?
- Nic. Poleciła mi jakąś maść rozgrzewającą i dała skierowanie do naczyniowca. Zapisałam się na październik.
- Dwa miesiące czekania, a przede mną do gastrologa trzy i dwa do ortopedy, a jeszcze...
- Zobacz Weronika - przerwała jej Eugenia - Co ona tu robi? Przecież ją policja zabrała.

Eugenia z wrażenia aż wstała z ławki, żeby lepiej przyjrzeć się dziewczynie, która powoli zbliżała się do domu Klementyny, sąsiadki Eugenii i Stanisławy.

- Jaka policja? Co ty gadasz? - zdziwiła się Stanisława.
- Nie pamiętasz? Zabiła tego swojego faceta?!
- Jakiego faceta? Ona nie ma żadnego. Dopiero wróciła ze szpitala.
- Ale ja widziałam ...

Eugenia poczuła dziwny zimny prąd powietrza wzdłuż kręgosłupa i  nagle nie była już niczego pewna.

Weronika.

Wreszcie wyszła ze szpitala. Jest na wolności. Przed nią wielka przestrzeń, możliwości, szanse, ale pod warunkiem, że to coś, co w niej jest, się nie odezwie. Pod warunkiem, że blokada założona przed tamtą podziała również teraz.

Weronika z duszą na ramieniu idzie do swojej ciotki. Chce odnowić z nią relacje. Zawsze ją kochała i naprawdę nigdy nawet nie myślała o tym, żeby ją skrzywdzić, a jednak ją skrzywdziła. Nieważne, że nie ona, że ta druga, współlokatorka ciała Weroniki. Niechciana współlokatorka i nieznana aż do regresji hipnotycznej, którą zafundowała Weronice Florentyna, sąsiadka ciotki. 

Na skrzyżowaniu blisko bloku ciotki Weronice miga sylwetka przechodzącego przez ulicę Marka jej ukochanego mężczyzny, pierwszej i ostatniej miłości. Już podrywa się do biegu za nim, gdy ktoś z tyłu łapie ją za rękaw.

- Idiotko, chcesz wpaść pod samochód - krzyczy na nią chłopak w jaskrawozielonej koszuli z długim rękawem. - Nie widzisz, że światło się zmieniło.

Rzeczywiście zmieniło. I jakby coś w powietrzu zawisło. Weronika nie bardzo wie co, ale nic dobrego. Cień grozy? Narastający w skroniach, za oczami ból? Czarne okulary chłopaka, który wreszcie ją puszcza? A może to, że Marka już nie ma? Tylko hałas pędzących samochodów. Zapach spalonego asfaltu, kurzu unoszącego się w powietrzu, ludzkiego potu.

Weronice pociemniało w oczach. Już prawie upadła na trawnik. Prawie straciła przytomność, gdy znów ta sama dłoń ją chwyciła.

- Słabo pani? Przepraszam, że tak na panią naskoczyłem, ale naprawdę mogła pani wpaść pod koła. Może wezwać pogotowie?
- Nie, w porządku. Nic mi nie jest.

Przykre wrażenia mijały. Nawet ból głowy. Zamiast tego pojawiło się uczucie, że coś straciła, ale co? Nie pamiętała.

Florentyna.

Śniła jeden ze swoich bardzo rzeczywistych snów.

Zjechała windą do podziemnej okrągłej sali. Tutaj przed ekranami siedział facet w czarnych spodniach i czarnej koszulce, ale w turkusowych okularach. Ekrany duże, małe rozmieszczone były wokół na wszystkich ścianach.

W chwili, gdy pojawiła się Florentyna, pokazywały spotkanie Weroniki z Markiem. Każdy inny etap spotkania. Na tym na przeciwko Marek przechodził przez ulicę i Weronika też. Szedł tuż przed nią. Zobaczyła go i dogoniła.

- Marek?! Pamiętasz mnie?
- Wiki, jak mógłbym zapomnieć.
W jej i jego głosie brzmiał zachwyt.
- Co tu robisz? - dziwił się on. - Masz chwilę? Wejdziemy do mnie?
- Idę do ciotki, ale czemu nie.

Przyjęła jego zaproszenie i dalej szli już razem. Trzymali się za ręce. Tyle czasu minęło od ich ostatniego spotkania, a między nimi nadal iskrzyła namiętność.

- Czy to możliwe, żeby Marek z nikim się nie związał? - zastanawiała się Weronika.
- Rozwiodłem się dwa lata temu - powiedział jakby czytał w jej myślach.
- Fantastycznie, znaczy się wybacz. Przykro mi.
- Nie gadaj. Jasne, że fantastycznie, bo ciebie spotkałem.

Po drodze do mieszkania Marka zatrzymywali się. Całowali jakby nie mogli wytrzymać ani sekundy dłużej bez siebie, bez natychmiastowej bliskości.
- Poczekaj. Tylko zadzwonię do ciotki. Powiem jej, że przyjdę później - powiedziała między jednym pocałunkiem, a drugim.

Florentyna patrzyła zachwycona. Cieszyła ją ta miłość. I wcale nie chciała patrzeć na ciąg dalszy, którego szczegóły znała przecież z innego swojego snu. Jednak coś zmusiło ją do odwrócenia głowy, do spojrzenia na sąsiedni ekran.

Weronika i Marek się kochali. Ich ciała pulsowały radością. Odprawiały wieczny taniec miłości. Ona na nim poruszała biodrami. On w niej i pod nią. Jego palce sunęły po tali Weroniki. Wokół jej brzucha rysowały wzory jakby kody ich wiecznej miłości. Posunęły się w górę do piersi. Pod ich dotykiem Weronika zgięła się w rozkoszy. Przylgnęła cała do niego, do jego warg, jego języka, jego palców. Po chwili znów się uniosła. Ścisnęła go udami. Ścisnęła waginą. Pulsowała ekstazą.

Florentyna poczuła jak robi się jej gorąco. Udzieliła się jej atmosfera rosnącego między kochankami pożądania. Przymknęła oczy. Chciała tylko ochłonąć, a może wręcz przeciwnie poczuć choć część z przyjemności tych dwojga.

Gdy po chwili uchyliła powieki, obraz przed nią  był inny. Weronika ta sama, ale pod nią młody chłopak. Porusza się na nim, ale w jej ruchach brak poprzedniego szaleństwa miłości. Są bardziej mechaniczne, wyuczone, na pokaz. 

Chłopak tego nie widzi. Chłonie ją jak Marek. Przeżywa z nią rozkosz. Eksploduje w niej swoją męskością. Na Weronice nie robi to żadnego szczególnego wrażenia. Obojętnie kończy swoje ruchy. Przytula się do niego. Całuje go. Słucha wyszeptanych w ekstazie słów:
- Kocham cię. Jesteś słodka.

Facet siedzący przy ekranie zaciera ręce.
- Udało się - mówi sam do siebie.

Dziwne, Florentyny nie zauważa. A ona bardzo, by chciała, żeby na nią spojrzał, żeby ją zobaczył, żeby jej wytłumaczył, o co tu chodzi. Już otwiera usta, żeby go zapytać, gdy jakaś siła zaczyna ja pchać do tyłu w stronę windy, którą tu przyjechała.

- Wróć. Obudź się. Zapomnij - mówi jej jakiś głos. - Musisz dla twojego dobra.

Florentyna się opiera tak mocno, że zaczyna boleć ją głowa. Budzi się z uczuciem napięcia zza oczami i po środku czoła. Ostatnie strzępy snu się rozrywają. Giną w niepamięci.

Eugenia i Stanisława.

- A jednak Weronika ma kogoś - chwali się ostatnią informacją Eugenia.
- Tak? Kogo? - dziwi się Stanisława.
- Student medycyny.
- Pewnie go w szpitalu poznała.
- Wyobraź sobie, że nie. Tutaj niedaleko na przejściu.
- Coś takiego. Klementyna musi być szczęśliwa.
- Raczej zadowolona, bo jak na razie Weronika się na nią nie rzuca, ale mieszkać z nią i tak już nie zamierza. Dobrze, że ta koleżanka ją do siebie przyjęła.
- Matka nie chciała?
- Matka tu nie mieszka. Poza tym jest ojczym, a oni ze sobą na bakier.
- No, tak.

Obie westchnęły i zamilkły, zastanawiając się o czym by tu jeszcze i o kim sobie opowiedzieć.

Gdzieś w innym miejscu.

- I jak, może być? - pyta się Drugi Pierwszego.
- Tak, ale miej na nią oko, bo następnym razem już ci tak łatwo nie przejdzie.

Słowo.

Pojawiło się nie wiadomo skąd i nie wiadomo po co. Pojawiło się w głowie Florentyny. Wir czasu. Co znaczyło? Florentyna nie wiedziała. Czuła je jedynie jak dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Coś na pograniczu oka, gdy odwracasz się od lustra. 


P. S. Może kiedyś dojdzie do tego. Przypomni sobie swój sen, a Weronika czy zda sobie sprawę, że pojawiła się nowa wersja jej życia?  I co będzie dalej? Jesteście ciekawi? 














 



 


2 komentarze:

  1. super, że opowiadania wróciły :) bardzo lubię Eugenię i Stanisławę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, bo ja też je darzę sympatią, choć jakbym miała takie sąsiadki raczej bym ich nie lubiła.

      Usuń