wtorek, 31 października 2017

Misiek.

Już dawno chciał, żebym o nim napisała, bo jest ważny. Trzeba o nim pisać. Należy się nad nim litować. Musiał zostawić swoje mieszkanie. Wyjść na ulicę bez niczego i szukać nowego lokum.

O kim mowa? Czy naprawdę to takie słodkie niewiniątko?


Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Miś - pluszowa zabawka, Cytrus - pies pluszowy, Łucja - kiedyś bezdomna, teraz właścicielka zbyt dużego mieszkania; Kaczor Donald - w zasadzie kopia kaczora, zabawka i terrorysta; Czarka - czarna żmija pluszowa i koleżanka kaczora

Dialog 1.

Miejsce: Zakład fryzjerski w dzielnicy Zabawkowo miasta Sensbezsens przy ulicy Plasteliny 3.

Miś, do niedawna współlokator Filipa, niebieski pluszak popycha czarne drzwi z napisem ludziom wstęp wzbroniony. I o to chodzi. Dlatego jest tutaj. Dlatego wchodzi do środka. Jak na razie nie chce widzieć żadnego człowieka, a przede wszystkim Filipa i kobiety z mocą, którą Filip sprowadził do ich, Misia i Filipa wspólnego domu.

U fryzjera zgodnie z obietnicą nie ma ludzi. W części pierwszej od drzwi siedzą na krzesłach przy lustrze i trochę dalej: pluszowy pies Cytrus, figurka Kena kopia 324, miś trochę podobny do Misia, ale rudy, nie niebieski oraz krokodyl Miętus też pluszak. Za niskim murkiem w części drugiej pluszowe, szmaciane i plastikowe lalki. Suszą włosy, rozmawiają, czekają na swoją kolei mniej lub bardziej cierpliwie. Można powiedzieć, że tamta część jest żeńska, a ta tutaj męska.

Miś siada na wolnym krześle koloru malinowego jak fartuch fryzjera dużego psa podobnego do Ferdynanda Wspaniałego zrobionego z klocków lego. Sąsiednie krzesło zajmuje Cytrus.

Cytrus: Pan też się farbuje?
Miś: Hmm.
Cytrus: Nie traktują nas poważnie z tymi kretyńskimi kolorami.
Miś; Hmm.
Cytrus: Rozumiem nie chce pan ze mną rozmawiać, bo jeszcze się nie przedstawiłem. Cytrus jestem. Kretyńskie imię. Zmienię je jak już będę czarny.
Miś ( z pogardą ): Teraz wszyscy farbują się na czarno.
Cytrus: Pan też?
Miś: Chciałem, ale się rozmyśliłem.
Cytrus: Więc na jaki kolor?
Misiek: Może brązowy.
Cytrus: Brązowy? Taki sobie.
Miś: Czarny gorszy. Pójdziesz do knajpy i cię wyproszą. Powiedzą, że czarnym wstęp wzbroniony.
Cytrus ( śmieje się ): Ta, akurat, przecież ja nie człowiek i nie pójdę do knajpy dla ludzi.
Miś: Wśród zabawek też zdarzają się rasiści.
Cytrus ( nadal się śmieje ): I pewnie jeszcze terroryści, co?

Jak na zawołanie do fryzjera wkracza terrorysta Kaczor Donald kopia 1098. Za nim pełznie żmija Czarka. Oboje są zabawkami. Kaczor pluszowy, żmija też. Wchodzą. Kaczor zawija sobie dziób czarną chustą. Żmija niczego nie zawija, bo brakuje jej rąk i może stąd jej złość. Nikt na nich nie zwraca uwagi, dopóki Donald nie wyjmuje z plecaka karabinu maszynowego. Strzela nim w stronę sufitu. Zabawki krzyczą i chowają się pod krzesłami i stołem z czasopismami. Fryzjer zamiera w bezruchu.

Kaczor Donald: Dawać forsę, ale już.
Fryzjer ( z płaczem ): Ale my niewiele mamy. Z czego żyć będziemy jak nam pan zabierze?
Kaczor Donald: Cisza.

Strzela do fryzjera. W rezultacie jedna z nóg odpada. Klocki rozsypują się po podłodze.

Miś ( cicho ): To bez sensu zamiast na bank napadać na fryzjera.
Kaczor Donald ( jednak usłyszał ): Właśnie bez sensu, bo nic nie ma sensu i ja wam to teraz udowodnię. Wszystkich zabiję. Tylko ciebie niebieski zostawię za to, co powiedziałeś.

Żmija podchodzi bliżej Misia jakby chciała go pocałować. Nawet muska jego policzek swoim długim czarnym językiem. Potem niestety gryzie go w nogę. Miś traci przytomność.

Dialog 2.

Miejsce: Plac cudów w dzielnicy Cukiernica.

Pole zielonej trawy, mimo jesiennej pory panującej w innych dzielnicach. Na polu kolorowe krowy i te zwykłe czarno-białe lub brązowe. Wśród nich różowa krowa. Obok siedzi Łucja.

Łucja: Pewnie nie muszę ci mówić, dlaczego przyszłam?
Krowa: Nie, ale powiedz. Poczujesz się lepiej jak mi powiesz.
Łucja: Czy ja wiem, czy lepiej? No, dobrze. Filipa nie ma i Misia też. Mieszkam sama. Czuję się taka samotna, zostawiona, opuszczona i chyba mieszkanie jakoś odbiera mój smutek. Zaczęło się zmniejszać i tracić kolory.
Krowa: Tak. Jest pewne rozwiązanie.
Łucja: Jakie? 
Krowa: Poczekasz cierpliwie na Filipa, który wróci. Miś raczej nie wróci. Albo weźmiesz do domu Kordelię.
Łucja: Kordelię? Kto to?
Krowa: Jedna z moich podopiecznych. Mieszka jak ty kiedyś na ulicy.
Łucja: Dobrze. Wezmę.
Krowa: Zastanów się. Kordelia bywa nieznośna.
Łucja: Ja też taka jestem czasami.
Krowa: Tak jak ona na pewno nie.
Łucja: Zaryzykuję. Wezmę ją.
Krowa: Ok. Tylko potem nie mów, że cię nie ostrzegałam.

Dialog 3.

Miejsce: U fryzjera.

Miś się budzi. Niestety już nie jest Misiem, ale Miśkiem. Niewielka różnica? Misiek potrafi wstać z energią, jakiej pewnie brakowałoby Misiowi. Misiek pamięta, że ludziom, konkretnie pewnej czarownicy zawdzięcza przemianę z człowieka w zabawkę. Wszedł jej w drogę. Pojawił się tam gdzie nie trzeba i w czasie najmniej odpowiednim. Powiedział tez coś nieodpowiedniego, co czarownicę wkurzyło i.... Kiedyś jeszcze do tego wrócimy, na pewno.

Na razie Misiek wstaje. Podchodzi do Kaczora. Klepie go po plecach.

Misiek: Dobra robota.
Kaczor Donald: Bierz broń z plecaka i zabijaj.

Misiek bez wahania wykonuje  polecenie. Tym właśnie Misiek różni się od Misia. Czarnym charakterem, którego w żaden sposób nie da się wybielić nawet trochę.

Misiek ( krzyczy ): W imię bezsensu, jedynej prawdziwej wartości gińcie wszyscy.

Strzela po kolei do każdej zabawki, również do Cytrusa. Krew nie leci, bo to zabawki. Zamiast niej do sufitu wzbijają się trociny, kawałki plastiku, materiałów, z których zrobiono lalki, misia, psa, krokodyla, fryzjera, fryzjerkę, Kena. Na chwilę zapanowały hałas i bałagan. Kaczor klepie Miśka z uznaniem.

Kaczor Donald: Przynosisz mi dumę synu.
Żmija Czarka: I mnie też.

Zabierają pieniądze z kasy. Naprawdę  niewiele i wychodzą.

Dialog 4.

Miejsce: Zaułek Biedy.

Gdyby Mickiewicz tu zawędrował, powiedziałby pewnie: wszędzie szarość, co to będzie, co to będzie.

Krowa ( krzyczy ): Kordelia. Gdzie jesteś? Kordelia.
Kordelia: Tu se siedze.

Siedzi szara jak wszytko wokół na worku jakby od ziemniaków. Obok w pudełku kartonowym i na wózku dziecinnym szmaty, opakowania po zjedzonych jogurtach, masłach, chlebie, puszkach. Czyżby jej ubranie i dobytek?

Na twarz Kordelii spływają pukle tłustych mysich włosów. Całe jej ciało cuchnie brudem, ponieważ Kordelia nie chodzi do pobliskiej darmowej łaźni. Nie chodzi, bo nie lubi myć się, nie lubi też ludzi w łaźni i poza nią. Łucja niedługo się o tym przekona. Na razie czuje zapach Kordelii i słyszy jej mowę.

Krowa: Poznaj Kordelio Łucję, moją przyjaciółkę. Ona cię zabierze do siebie.
Kordelia: Cześć stara.
Łucja ( niezbyt jej się podoba powitanie, jednak stara się uśmiechnąć ): Cześć. Idziemy.
Krowa: Zaczekajcie.
Kordelia: No?
Krowa: Pobłogosławię was na dobry początek.

Krowa rusza głową w jedną i drugą stronę jakby chciała nakreślić znak krzyża w powietrzu albo znak nieskończoności. Potem podchodzi bliżej do Łucji.

Krowa: Pamiętaj. Jakby co dzwoń do mnie albo przyjedź.
Łucja: Dobrze.

Łucja i Kordelia odchodzą. Krowa wzdycha.

Krowa: Oby się udało.



P. S. Czy się uda napiszę w innym odcinku. O Miśku też. A Wy podzielcie się ze mną wrażeniami po lekturze.

Jeszcze raz powtórzę, bo tego nie za dużo:
Wszystkie komentarze mile widziane.


 




  

wtorek, 24 października 2017

Jesienne być czy nie być.

Pewna pani zapytała mnie za co lubię jesień. Ciężka sprawa, bo tak naprawdę nie lubię jesieni. Robi się wtedy jakoś mroczno, cicho, smutno, ale, ale czy na pewno jesień nie ma żadnych uroczych stron?! Usiadłam. Pomyślałam, a poniżej prezentuję efekt moich refleksji. 


Jesienią, gdy słońce świeci,
chcę być całą sobą
w żółtych cieniach
przez liście rzuconych.
Zawisnąć choć na chwilę
w pomarańczowych odblaskach
na drzewach,
w rudym futrze wiewiórki.
Jednak gdy deszcz zacznie padać,
chcę zasnąć na wieki
lub tylko przeczekać 
do zieleni wiosny.


 Deszcz na kawałki mnie rozrywa,
 części znane i nieznane,
 nierozumiane,
 zapomniane.
 Chcę przestać istnieć.


  Czas jest iluzją,
  powiedz sobie, 
  gdy znów ci każą,
  przesunąć zegar 
  do tyłu,
  do przodu.
  Jesień jak czas nie istnieje.
  Jedynie snuje  się po głowie
  i w snach szaleje. 


   Ławka, na której siedziałeś,
   stoi pusta,
   zimna, opuszczona,
   pokryta mgłą zapomnienia.
   Tęskni jak ja
   za twoim dotykiem,
   oddechem.
   Wzdycha.
   Płacze razem 
   z deszczem.
   W słońcu
   się ożywia
   na chwilę.
   Przypomina sobie lato.
   Jeśli wrócisz kiedyś,
   pamiętaj, żeby ją odwiedzić.


  Sama nie wiem,
  dlaczego ja nie lubię
  jesieni.
  Za deszcz?
  Za smutek?
  Tęsknotę za cieniem
  czegoś, co odeszło?
  Za ludzkie 
  skrzywione miny?
  A może za szarą kurtkę?
  Za czapkę i szalik,
  które czekają
  na mnie w szufladzie?
  Za dzień krótki?
  Za mgłę?
  Za ostrożny słońca blask?
  Ach, to takie trudne,
  ale staram się
  spojrzeć na jesieni
  barwną stronę.


P. S. I tyle moich refleksji. Podobały Wam się? Lubicie czytać moje wiersze? Może podzielicie się ze mną własnymi refleksjami na temat jesieni.

Nie muszę chyba powtarzać, że wszystkie komentarze mile widziane.
  




wtorek, 17 października 2017

Czarodziej i wiedźma.

Bardzo dawno temu żył sobie na Ziemi pewien czarodziej i pewna wiedźma. Służyła im przestrzeń. Służył im czas. A jednak zaczęli się nudzić. Dlatego przenieśli się z własnej woli na drugą stronę rzeki istnienia do świata po śmierci. 
I tak się zaczęła ta historia.

Obraz Igora Morskiego

Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Aurelia - wiedźma, Bolelut - czarodziej, Roksan - android,

Dialog 1.

Miejsce: Dom czarodzieja Boleluta, jego gabinet.

Aurelia przekręca wytrych w dziurce od klucza. Wysokie drewniane drzwi otwierają się ze skrzypieniem. Wreszcie tajemniczy, zawsze zamknięty przed Aurelią pokój stoi otworem. Zaskakuje ją swoim ponurym czarno-białym wnętrzem. Nie widać niczego w ulubionych, jak sądziła, kolorach Boleluta. Psychodelicznych barwach wżerających się w oczy i umysł jak muchy w ciało nieboszczyka. Tutaj panuje spokój, cisza, nastrój sekretów. 

Aurelia ( myśli ): Na pewno gdzieś to tu jest, coś, co mnie wypuści z tego domu, ale gdzie? Boże, gdzie? Ja dłużej nie wytrzymam. Duszę się. Chcę wrócić do siebie.

Wygląd gabinetu Aurelię rozczarowuje. Zamiast oczekiwanych książek, w końcu Bolelut sprawiał wrażenie oczytanego, szafy. Na półkach obok różne aparaty telefoniczne jakby czarodziej specjalizował się w naprawach albo był zwariowanym kolekcjonerem. Duże biurko niestety zamknięte. Wytrych Aureli nie pasuje do żadnej szuflady. Gdy załamana osuwa się na dywan, z szafy wychodzi nagle kobieta z długimi jakby wylizanymi przez psa włosami. Bardzo wysoka i chuda. Patrzy na Aurelię pomalowanymi na czarno oczami. Krzywi w uśmiechu czarne usta. Biała sukienka sięgająca za biodra wisi na niej jak żagiel. Całość dopełniają czarne dżinsy i glany. 

Marta: Jesteś jego nową kochanką?
Aurelia: A ty?
Marta: Marta, stara kochanka. Zesłał mnie do szafy jak już mu się znudziłam.
Aurelia: Do szafy?
Marta: W zasadzie za szafę. Szafa to tylko przejście.
Aurelia: Dokąd?
Marta: Nie chciałbyś wiedzieć.
Aurelia: Jednak bym chciała.
Marta: Jak już mu się znudzisz, sama zobaczysz.
Aurelia: Próbowałaś stąd uciec?
Marta ( śmieje się ): Nie ma takiej opcji. 

- A może jest? - nowy głos odzywa się z szafy obok okna. Po chwili za głosem pojawia się piękność, oczywiście jeśli ktoś lubi kobiety w stylu Marilyn Monroe. Słodka blondynka w różowej sukience, różowym makijażu i z różową małą torebką. Podchodzi do Aurelii podaje jej rękę w długiej do łokcia białej rękawiczce.

Cecylia: Jestem Cecylia, pierwsza i ostatnia miłość Boleluta.
Marta: Akurat.
Cecylia: Nie słuchaj tej wiedźmy. Tutaj masz klucz do szuflady.

Cecylia podaje Aurelii mały złoty kluczyk. Marta wzdycha i się krzywi jakby zamiast kluczyka zobaczyła paskudną szmatę. Aurelia otwiera pierwszą szufladę biurka. Z środka wyciąga stare podarte gazety. Marta się śmieje.

Cecylia: Mówił, że kluczyk otwiera wszystkie szuflady.
Marta: Kto mówił? Twój kochany Bolelut? I kiedy mówił? Jak cię odstawiał do szafy?
Cecylia: Przestań. Nic nie rozumiesz.
Marta: A ty rozumiesz?
Aurelia: Mam.

Cecylia i Marta już są przy niej. Wyrywają jej z rąk gruby zeszyt w brązowej oprawie. Wygląda jak książka. Każda z nich chce go pierwsza otworzyć. Każda myśli, że to pamiętnik czarodzieja, a tymczasem kartki w środku świecą bielą. Na jednej tylko dwa słowa: prawdziwy człowiek. 

Marta ( znów się śmieje ): Oszukał ciebie, nie, nas oszukał.
Cecylia: Niemożliwe. Pisał pewnie sympatycznym atramentem albo jakoś zaczarował całość.
Aurelia: Nieważne, i tak ucieknę albo w końcu go zabiję.

Dialog 2.

Miejsce:  Kawiarnia Pod mechaniczną pomarańczą.

Właścicielem jest android Stefan. Stworzył to miejsce z myślą o takich jak on, o smutnych, samotnych androidach. Kawiarnia znajduje się na parterze wielkiego wieżowca. Zewnątrz wydaje się mała. W środku tworzy labirynt kolorowych sal. Spotkasz tu wszystkie barwy z wyjątkiem białej, czarnej i szarej, których Stefan nie lubi. Uważa, że przynoszą pecha. Poza tym zgodnie z ziemską nauką nie są kolorami. A Stefan w dawnym życiu był człowiekiem, w dodatku uznanym fizykiem.

W ciemnym rogu pierwszej przy wejściu sali niebieskiej przy okrągłym stoliku też niebieskim siedzi Roksan z czarodziejem Bolelutem. Bolelut pije piwo. Roksan nic nie pije.

Bolelut: Ładnie tutaj.
Roksan: Po co właściwie chciał się pan ze mną spotkać?
Bolelut: Zacznijmy od tego, że mam na imię Bolelut. Możesz do mnie mówić Bolek, dobrze.

Roksan wzrusza ramionami.

Bolelut: Chcę udowodnić ludziom, że nie ma czegoś takiego jak prawdziwy człowiek, bo czym jest prawda? Wiesz czym?
Roksan: Czym?

Roksan żałuje coraz bardziej, że zgodził się spotkać z czarodziejem. Na jego niespodziewany telefon zareagował jak człowiek nie jak android. Uległ impulsowi, ciekawości i pragnieniu, żeby odzyskać szczęście, bogactwo, miłość, które czuł przez chwilę za sprawą Zaczarowanego Ołówka. Przez jedną krótką chwilę czuł się jak człowiek. Teraz znów jest tylko maszyną z ciałem człowieka. Roksan potrząsa głową jakby ten gest mógł odgonić złe myśli. Utwierdzić go na nowo w przekonaniu, że androidy były, są i będą lepsze niż ludzie.

Bolelut: Wiem co myślisz. Nic cię nie obchodzi moja teoria prawdy i mój projekt. Nieważne. Zrobię to nawet, jeśli się nie zgodzisz.
Roksan: Co? Na co mam się zgodzić?
Bolelut: Zacząłeś słuchać? Dobrze. Oddasz mi do dyspozycji swoje ciało, a ja w zamian spełnię twoje marzenia. 
Roksan: Co?! Jak oddam?!
Bolelut: Spokojnie. Zwyczajnie zgodzisz się na moje testy do projektu prawdziwy człowiek.
Roksan: Testy?! Nie, w żadnym wypadku. I dlaczego ja?
Bolelut:Nie będę ci tego teraz tłumaczył. Zgadzasz się czy nie?
Roksan: Nie.
Bolelut: Na pewno? Nie chcesz być bogaty, szczęśliwy?
Roksan: Nie.
Bolelut: Dobrze. Zrobimy to po mojemu.

Bolelut pochyla się nad Roksanem. Łapie go za rękę. Roksan już nie widzi czarodzieja, tylko wielkiego smoka, który wpatruje się w niego czerwonymi, hipnotyzującymi oczami.


Świat Roksana się zatrzymuje. Rozpada na dwie części. Jedna pozostaje z jego ciałem, druga ze świadomością ginie w paszczy smoka. Nikt tego nie widzi. Siedzący przy sąsiednich stolikach zajęci są swoimi sprawami. Zresztą smok jest jedynie iluzją, za którą kryje się czarodziej. On, nie smok, połyka świadomość androida. Później ktoś z pewnością zauważy nieruchome ciało androida. Odstawi je gdzieś, gdzie się oddaje bezużyteczne ciała.

Dialog 3.

Miejsce: Gabinet Boleluta.

Aurelia powtarza jak mantrę dwa słowa: zabiję go. Cecylia i Marta patrzą wciąż na litery zapisane w notesie jakby samym wzrokiem potrafiły odczarować dalszą treść, której nie widać. Ona zwyczajnie nie istnieje. Gadanie Aurelii i gapienie się Cecylii i Marty przerywa odgłos deszczu. Krople uderzają w małe okno po prawej stronie biurka. Wszystkie trzy jakby na rzuconą gdzieś w powietrzu komendę prostują się. Rozglądają z oczami pełnymi lęku.

Cecylia: On wraca.
Aurelia: Co? Kto?
Marta: Bolelut zaraz tu będzie. Lepiej, żeby cię nie zobaczył.
Cecylia: Ani nas.

Jedna i druga drepczą do swoich szaf. Skulone, wystraszone, pozbawione energii. Marta po drodze gubi rękę. Odpada jej całe ramię. Cecylia gubi nogę. Aurelia otwiera usta z przerażenia. 

Aurelia: O boże.
Cecylia: Nie gap się. Tylko stąd zmiataj.
Marta: Jak trafisz do szafy, też będziesz miała części ruchome.
Cecylia: Nie słuchaj jej. Ucieknij jak otworzy drzwi. Pamiętaj nie daj się pocałować.
Aurelia: Dlaczego?

Pytanie zawisa w powietrzu. Cecylia znika z nogą w jednej szafie, Marta z ręką w drugiej. W drzwiach domu Boleluta słychać zgrzyt klucza. Aurelia w ostatniej chwili wybiega z gabinetu. Na progu staje czarodziej.

Bolelut: Witaj skarbie. Nie nudziłaś się beze mnie?

Aurelia podchodzi bliżej. Wygląda to tak jakby chciała się przywitać, jednak ona myśli o drzwiach, przez które za chwilę wyjdzie. Wróci do siebie. Odszuka swojego androida. Od teraz wszystko się ułoży, bo Aurelia odzyska wolność zabraną jej przez czarodzieja. Już wyciąga rękę w stronę klamki, gdy Bolelut chwyta ją w objęcia.

Bolelut: Ale się za tobą stęskniłem. Kocham cię.

Słowo zaklęcie działa. Aurelia poddaje się uściskom Boleluta. Pozwala się pocałować. Na powrót traci swoją niezależność. Zapomina, że chciała odejść.


P. S.  Na razie jest jak jest, ale w każdej chwili sytuacja może się zmienić. Jesteście ciekawi w jakim kierunku? Czekacie na ciąg dalszy czy nie?

Komentarze mile widziane.


 



  


















 



wtorek, 10 października 2017

Pytania bez odpowiedzi.

Pytania. Taki tytuł nosiłby film, gdyby ktoś go o nim nakręcił. Ciągłe pytania, a najważniejsze: kim jestem? Jak żyć, gdy oni depczą ci po piętach? Jacy oni? Jaki on?



Eugenia i Stanisława.

Za oknem deszcz moczy chodnik, samochody, przechodzących ludzi. Eugenia i Stanisława siedzą u Eugenii. Jedzą zrobiony przez Eugenię jabłecznik. Piją herbatę. Jak zwykle usta im się nie zamykają.

- I jak? - pyta Eugenia.
- Dobry, dasz mi przepis? - chwali ciasto Stanisława.
- Przecież umiesz. Po co ci mój przepis? Powiedz lepiej co myślisz o tym nowym - ciekawi się Eugenia. Jak to Eugenia. Chciałaby wiedzieć wszystko, a nie zawsze tak można.

- Egzorcysta.
- Co ty gadasz?
- Tajemniczy w czarnym ubraniu. I wprowadził się do tego nawiedzonego mieszkania.
- I co z tego? Jak się wprowadził, to się szybko wyprowadzi jak wszyscy przed nim. Czemu zaraz egzorcysta?
- Bo taki czarny jakiś i powiedział, że lubi duchy.
- Jak lubi to nie egzorcysta.
- Ale może je przegoni?
- Akurat.

Stanisława nie wie, co powiedzieć. Skąd u niej to uczucie, dziwny niepokój, jaki wzbudza w niej nowy lokator? Eugenia też nie wie, co myśleć o sąsiedzie. Zazwyczaj do każdego człowieka potrafi dopisać treść. Jednak tym razem nic jej do głowy nie przychodzi. Kim może być facet w czarnym ubraniu? W dodatku w czarnych okularach i z białą laską? Niewidomym, nieszczęśliwym starcem? Bo przecież młody to on nie jest, ale taki stary też nie.

Eugenia wzrusza ramionami. Prędzej czy później szydło wyjdzie z worka, a może nie?

Duchy 

Wbrew przypuszczeniom Stanisławy Edward nie był egzorcystą. Nie po to wprowadził się do mieszkania z duchami, by je przeganiać, ale żeby przejść przez otwartą przez nie bramę. Drzwi do innego świata. Oby tego lepszego, bo ten tutaj dobrocią nie świecił. Może i by wytrzymał w obecnej rzeczywistości, gdyby nie oni. Oni zatruli mu życie. Przed nimi uciekał. Przenosił się z jednego miejsca na drugie. Zmieniał pracę i wygląd zewnętrzny. Tak dobrze udawał kogoś innego, że już sam nie wiedział, kim jest naprawdę. Po co w ogóle żyje? Dlaczego oni go prześladują? Jak na razie pytania bez odpowiedzi.

Pierwsza noc w nawiedzonym miejscu nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Duchy się nie pojawiły. Wzięły go chyba za egzorcystę podobnie jak ta stara plotkara, co ją spotkał pierwszego dnia przed blokiem. Od razu zaczęła pytać: pan do kogo; wie pan, że tu straszy; nie boi się pan. Chciał krzyknąć: najbardziej boję się głupich sąsiadek, ale przecież nie będzie sobie psuł reputacji kretyńskimi odzywkami. Musi zachować spokój. Dlatego na odczepnego powiedział coś w rodzaju: lubię takie miejsca z duchami. Widział jak na twarzy ciekawskiej baby pojawia się strach i zdumienie. No i dobrze. Może następnym razem ugryzie się w język, zanim coś do niego powie. Może, bo w końcu na takie baby trudno znaleźć lekarstwo. W każdym razie stara się odczepiła, a duchy co, siedzą i czekają? Wyobraził je sobie jako małe szczury albo rosnące za ścianą kulki kurzu z ryjkami. Na razie wąchają powietrze. Sprawdzają go. Szykują broń. Edward się roześmiał.

- Szykujcie sobie co, chcecie. Ja się was nie boję - krzyknął w stronę ściany.

Przyszły następnej nocy. Stare małżeństwo, które kiedyś się nim opiekowało. Dawno temu, gdy był małym chłopcem. Teresa wysoka chuda z małą głową w papilotach przypominała modliszkę. Zbyszek niski gruby z wyłupiastymi oczami i plamami wątrobowymi kojarzył się Edwardowi z ropuchą. Oni oboje jeszcze za życia potrafili go straszyć.

- Straciłeś wzrok? - zainteresowała się Teresa.
- A ty co trwałą sobie robisz? - próbował żartować Edward. 
- Synu ty widzisz. Tylko udajesz - zauważył Zbyszek.
- Was wolałbym nie widzieć - przyznał Edward. 
- Zrobię placki.

Teresa poszła do kuchni. Edward westchnął. Dobrze znał z dzieciństwa jej placki, zapach spalonego ciasta, smak drewna i gumy z opon samochodowych. Nie dało się tego jeść, ale Teresa lubiła je robić, a chyba jeszcze bardziej wmuszać swoje jedzenie w małego Edwarda.

- Daruj sobie. Nie jestem głodny - Edward spróbował zaprotestować.
- Synu musisz jeść. Jesteś za chudy - Zbyszek podszedł bliżej. Jak dawniej pociągnął go za rękaw, żeby mu pokazać jak bardzo jest chudy.
- Nie jestem twoim synem - Edward go odepchnął.
Dziwne, w dotyku duch wydawał się taki rzeczywisty.
- Pamiętasz, co się stało jak nie chciałeś jeść? - zapytał Zbyszek.
Pamiętał, a teraz za chwilę sobie znów przypomni.

Scena jak powtórka z dzieciństwa. Edward odwraca się od jedzenia. Teresa i Zbyszek zamykają go w łazience, a tu budzą się nowe duchy.Wychodzą z wanny jako dwa szczury. Ruszają długimi wąsami. Badają otoczenie. Szczerzą zęby. Podchodzą bliżej, a Edward się cofa tak daleko jak jest to możliwe. I trafia na nich. Dwóch typów, jakby wyszli ze ściany. Stoją za nim. Obaj jak bohaterowie Matrixa. Czarne długie płaszcze i zakrywające oczy okulary. Tylko kolory się nie zgadzają: seledynowe i turkusowe. Śmieją się. 

- I co myślałeś, że uciekniesz? - mówi ten w seledynowych okularach.
- On nie chciał uciekać. On chciał iść z nami - odzywa się ten drugi.
- No, to pójdzie.

Znów się śmieją. Edward aż się kurczy od piskliwych dźwięków, jakie wydają. Zamyka oczy. Zaciska pięści. Jednak dawny sposób na obcych nie działa. Nie znikają. Chwytają go za ramiona i wciągają do dziury w ścianie za sobą. Z niej wyszli i do niej wchodzą. Tyle, że nie sami, ale ze zdobyczą. 

- Ratunku - krzyczy Edward, lecz nikt go nie słyszy, a jeśli nawet ktoś by słyszał i tak by mu nie pomógł. 
  

Eugenia i Stanisława.

Przez okna swoich mieszkań obserwują podjeżdżającą pod blok karetkę. Po kogo przyjechała? Kto zasłabł? Kogo wyniosą? Obie są ciekawe. Oczekiwana odpowiedź pojawia się po jakimś czasie, zbyt długim, zdaniem plotkarek. Dwóch rosłych sanitariuszy wynosi ciało Edwarda. Jeszcze żyje, bo głowy mu nie przykryli, ale co mu się stało? Duchy go zabiły?

Gdzieś.

Edward i jego towarzysze idą ciągnącym się w nieskończoność korytarzem. W końcu dochodzą do szeregu wind oznaczonych różnymi kolorami. Mężczyźni zatrzymują się przy szarej. Naciskają guzik. Słychać zgrzyt zbliżającego się dźwigu. Po chwili do dźwięku dołącza zapach spalonego ciasta. 

- Placki Teresy - domyśla się Edward. 

Winda zjeżdża. Drzwi się otwierają. W środku czekają już na Edwarda Teresa i Zbyszek. Chce się cofnąć, uciec, ale turkusowy i seledynowy, jak ich nazwał od barwy okularów, mocno trzymają. Wypychają do środka. Sami jednak zostają na zewnątrz.

- Teraz my się tobą zajmiemy - szczebiocze Teresa jak wtedy, gdy był małym dzieckiem.
- Nie - krzyczy Edward. - Ratunku.

Nikt go nie słyszy. Turkusowy i seledynowy zacierają ręce z zadowolenia.

- Poszło lepiej niż myślałem - stwierdza turkusowy.
- Oby z tą małą tak się udało - mówi seledynowy.
- I na nią znajdziemy haka prędzej czy później. To tylko kwestia czasu.



P. S. Na kogo znajdą haka? O kim mówią moi bohaterowie? I co dalej z Edwardem? Na razie zostały pytania bez odpowiedzi również dla mnie. 

Miło by było, gdybyście po lekturze tego opowiadania jak również innych zostawili komentarz, jakiś ślad, że czytaliście, chcecie lub nie chcecie czytać.

 





 

wtorek, 3 października 2017

W dzielnicy ślepców nie sprzedaje się luster.

Zaciekawiło mnie to tureckie przysłowie. Pomyślałam sobie może coś o tym napisać. Co? Jakieś opowiadanie.

Kim jest bohater? Po co mu lustro? Skąd się wziął w tej dziwnej dzielnicy?

Obraz Rene Magritte,a

Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Filip - obecnie wampir, kiedyś mężczyzna koło 40; Wiktor - wampir, Izydor - duch guzika, Antoni - ślepiec, sprzedawca luster

Dialog 1.

Miejsce: Więzienie Filipa czyli wnętrze magicznego guzika.

Filip śpi na żółto-pomarańczowej  kanapie z dużą ilością poduszek jaskrawo zielonych i kocem również zielonym, chociaż już nie tak rzucającym się w oczy. Widać jak pod powiekami szybko poruszają się oczy Filipa. Filip śni jeden z wielu snów, które swoim więźniom opowiada duch guzika Izydor. 

W sennej rzeczywistości Filip stoi na rynku pełnym różnych straganów, zapachów, smaków, przedmiotów, ludzi i innych istot.

Nagle dostrzega pustą, mroczną przestrzeń. Czuje mocne bicie serca. Powietrze wokół gęstnieje. Coś złego się wydarzy, a jednak Filip musi przekroczyć granicę światła. Musi wejść do środka. Coś chce, żeby wszedł. Coś pcha go do przodu.

Przechodzi linię mroku i znajduje się w dużej piwnicy. Wokół półki drewniane z książkami i lustrami. Wnętrze oświetlone nagą żarówką z sufitu. 

W jednym z luster Filip dostrzega odbicie stojącego za nim mężczyzny. Rzadkie rude włosy spływają mu do ramion. Na łysym czubku głowy podobnie jak na twarzy wiele piegów. Pomarszczona szyja i twarz. Nieznajomy kojarzy się Filipowi z jaszczurką. W prawej ręce trzyma białą laskę. Oczy zasłaniają mu duże czarne okulary. Filip domyśla się, że to ślepiec.

Antoni: Witaj Filipie.
Filip ( zdziwiony i przestraszony ): Pan mnie zna?
Antoni: Znam wszystkich, którzy tu przychodzą. Lustra mi zawsze o nich opowiadają.
Filip: Opowiadają?
Antoni: Musisz wiedzieć, że nie są zwyczajne. Wiele z nich pozwala przejść do innych światów. Niektóre pokazują prawdę. Inne kłamią. Mówią coś prawie cały czas. Trzeba tylko umieć słuchać.

Antoni przechodzi przed swoimi lustrami. Zatrzymuje się przy dużym stojącym pod wiszącym na ścianie okrągłym zegarem w drewnianej oprawie. Wskazówki zegara pokazują godzinę piątą. Filip nie wie jednak czy jest to piąta rano czy po południu.

Antoni ( pokazuje lustro pod zegarem ): Spójrz.

W lustrze pojawia się jajo mądrości, dom Joanny i czasem Pana Losu. Stoi na polu pełnym fioletowych kwiatów. W środku na piętrze siedzą oni: Pan Losu i Joanna. Filip nie wie, kim są, ale czuje, że są ważni.

Antoni ( uśmiecha się ): Nie mylisz się. Oni są ważni. 
Filip ( z przerażeniem ): Kim oni są, a pan, kim pan jest?
Antoni: Wybacz, jeszcze się nie przedstawiłem. Mam na imię Antoni i jak widzisz jestem ślepcem, a te lustra są moimi dziećmi. Tworzę je i sprzedaję takim jak ty.
Filip: A oni i to miejsce?
Antoni: Jajo mądrości. Dom Joanny i Pana Losu. Szukasz go, prawda? Lustro cię do niego zaprowadzi.
Filip: Skąd pan wie?
Antoni: Inaczej byś tu nie przyszedł. Poza tym potrafisz widzieć.
Filip: Widzieć?
Antoni: Tak. Gdybyś tylko patrzył, nie dotarłbyś tutaj. Chcesz, sprzedam ci to lustro.
Filip: Nie wiem, czy mnie stać.
Antoni: Na pewno. Masz coś, czego potrzebuję.
Filip: Co?

Ślepiec otwiera usta. Już ma odpowiedzieć, gdy na ścianie zaczynają skakać cienie chudych istot. 

Antoni ( krzyczy ): Oni tu są.
Filip: Jacy oni?

Antoni ucieka schodami na górę. Filip podchodzi do lustra. Próbuje je chwycić, zabrać i odejść. Dotyk zimnego szkła sprawia, że się budzi. Zeskakuje z kanapy. Rzuca się do drzwi. Szarpie za klamkę. Biegnie do okna.

Filip ( krzyczy ): Chcę stąd wyjść. Niech mnie ktoś wypuści.
Izydor: Uspokój się. Twój czas nie nadszedł. 
Filip: Dłużej tutaj nie wytrzymam. Wypuść mnie.
Izydor:Wytrzymasz. Wypuszczę cię jak przyjdzie mój następny gość.
Filip: Gość? Jestem więźniem, nie gościem.
Izydor: Jak zwał tak zwał. I tak musisz czekać na swój czas.

Dialog 2.

Miejsce: Las w okolicy Zielonej Pustyni. 

Pod czarnym namiotem na czarnym materacu śpi wampir Wiktor. Namiot ukradł turyście, którego spotkał po drodze z hotelu  Wieczna radość. Pożywił się jego krwią, a potem zabrał namiot.

Teraz śni. W jego śnie podobnie jak we śnie Filipa pulsują kolory i hałas rynku. Obok jedno pozbawione ludzi i straganów miejsce. Nogi Wiktora same kierują się ku mrocznej pustce. Wiktor lubi ciemność. Nie boi się jej. 

Przekracza próg nieznanej przestrzeni i tak jak Filip wcześniej, a może później, czas tu płata różne figle, znajduje się w piwnicy ślepca Antoniego. 

Zza rogu wychodzi rudy ślepiec.

Antoni: W dzielnicy ślepców nie sprzedaje się luster.
Wiktor ( wzdryga się ): Co takiego?
Antoni: Przyszedłeś tutaj z dzielnicy ślepców, ale ślepcem nie jesteś. Ja też nie, choć pozory mylą, prawda?

Antoni uderza laską nogę wampira. Wiktor w odpowiedzi szczerzy kły.

Wiktor: Wiesz, kim jestem?
Antoni ( śmieje się ): Głupim wampirem.
Wiktor ( syczy ze złości ): Uważaj starcze.
Antoni: Jak mnie zabijesz, nie pokażę ci tego lustra i nie sprzedam, a chciałbyś je mieć.
Wiktor ( nadal zły ) Chciałbym?

Antoni wskazuje laską lustro. W lustrze Wiktor widzi jajo mądrości i siedzących w nim: Pana Losu i Joannę. Po chwili obraz się zmienia. Pojawia się Filip śpiący na żółto-pomarańczowej kanapie.

Antoni: To jak kupisz moje lustro?
Wiktor: Ile chcesz?
Antoni ( cicho ): Zabijesz cienie.
Wiktor: Jakie cienie?
Antoni ( rozgląda się ): Nie mów tak głośno.
Wiktor: Bo co? Przyjdą i mnie zjedzą?
Antoni ( nadal szeptem ): Gorzej, pozbawią cię duszy. 
Wiktor ( śmieje się ): Duszy, dobre sobie, przecież jestem wampirem, a wampiry nie mają duszy. Nie wiesz o tym głupku.
Antoni: Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Oni już idą. Usłyszeli cię i teraz zrobią z tobą porządek.

Antoni ucieka na górę. Wiktor zostaje sam. 

Wiktor ( myśli ): Idiota, ale dobrze, że sobie poszedł. Zabiorę lustro i też sobie pójdę.

Jednak w tym momencie piwnica zaczyna się trząść. Z półek spadają lustra. Pękają. Tłuką się. Razem z nimi to najcenniejsze dla Wiktora. Odłamki szkła kaleczą ręce wampira. 

Na ścianach skaczą cienie. Ich szaleństwa burzą piwnicę.

Wiktor budzi się. Ze zdziwieniem odkrywa, że cudowne lustro jedynie mu się śniło. Tylko dlaczego z jego rąk płynie krew?

Wiktor chciałby wrócić do sennej rzeczywistości. Zabrać choć kawałek magicznego szkła. Niestety bezskutecznie. Do namiotu wdziera się zimno nocy. Czas działania wampirów, nie spania. Chcąc nie chcąc Wiktor wstaje. Zwija namiot. Idzie dalej.


P. S. Czy dotrze do Filipa, a jeśli tak czy nie dostanie się w szpony ducha guzika Izydora? O tym i dalszych przygodach moich bohaterów napiszę innym razem, oczywiście jeśli Was ten temat interesuje.