wtorek, 28 listopada 2017

Listopadowe sny.

Pamiętamy je zawsze, czasem, wcale niezależnie od miesiąca, pory roku. 
A może jednak zależność między jednym i drugim istnieje, ale my o tym nie wiemy, bo sny to obcy, nieznany obszar? W każdym razie już wiem, że ich zapisywanie, sprawia, że pojawiają się częściej. Zapamiętuje je i mogę zamienić na słowa. Jakie?


Leżę.
Nie mogę się poruszyć.
Jakbym zawisła między
górą i dołem
własnej wyobraźni.
Wokół tonie
cisza.
Ołów słów
niepotrzebnych,
zapomnianych,
niewymyślonych.
Wciąż próbuję
i nadal nie potrafię
uciec
gdzieś, gdzie ruch
istnieje.

Autor obrazu Vladimir Kush.
Wielka planeta
na niebie,
a może kometa.
Za chwilę zapali
wszystko wokół.
Spieszę
do windy.
Drzwi zamykam.
Uciekam.
Za mną inni.
Piętra
szybko migają.
Wysiadamy.
Tutaj panuje spokój.
Okrągły,
wytworny,
wysprzątany
błogostan gmachu.
Ludzie się spieszą.
Czasem przysiadają.
Widzę Nałkowską
jak zjeżdża windą na dół.
Gdzieś tam
zaczyna się wojna.
Czuję,
że nie odpocznę.
Zaraz wrócę
do końca świata.
Jednego z wielu
milionów kosmosów.

Obraz Rene Magritte.

Całujemy się
z zakrytymi głowami
jak skazańcy
przed śmiercią.
Znamy się?
Nie wiem
Może kiedyś
w poprzednim życiu?
Na próżno
próbuję
wytężyć pamięć.
Żaden obraz
do mnie nie dociera.
A teraz za późno,
żebyśmy się poznali.

Obraz Zdzisława Beksińskiego.

Wiem, że nie żyjesz.
A jednak przyszłaś
w odwiedziny.
Inni nieświadomi
patrzą na ciebie
serdecznym wzrokiem.
Ty za to
patrzysz na mnie.
Chcesz,
żebym powiedziała
ci prawdę.
Uwolniła od pajęczyny
strachu,
że życie mimo śmierci
trwa dalej.

Autor Josephine Wall.


Lecę.
Nikt mnie nie goni.
Jak ptak się unoszę.
Powietrze tętni
kolorem.
Motyle latają.
Ty obok pachniesz
latem.
Wszystko brzmi
lepiej niż na jawie.


Autorka Lubow Zubowa.

Czekam na ciebie
na granicy światów.
Niespokojna,
spragniona.
Wiem, że za chwilę
przyjdziesz.
Obejmiesz mnie.
Wejdziesz
w każdy szczegół
mojego ciała.
Razem wejdziemy
na górę
znanych nam
rozkoszy.
Szkoda, że się obudzę
zanim 
mnie pocałujesz.


 
P. S. Co sądzicie o moich słowach? Jakie są Wasze sny? Podzielcie się i słowami i snami lub słowami tylko lub snami tylko lub wrażeniami po lekturze.










wtorek, 21 listopada 2017

Ten, którego imienia nikt nie pamięta.

Żył sobie kiedyś na Ziemi pewien mędrzec. Niestety jego mądrość zaszkodziła jednej kobiecie. Dlatego w złości rzuciła na niego zaklęcie niepamięci. Od tej pory ludzie o nim szybko zapominali. On sam tylko dzięki magicznym jagodom sobie przypominał, ale nie wszystko. Jego imię nadal pozostało zakryte. Czy kiedyś się to zmieni?

Autor obrazu Leszek Kostuj

Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Ilona - szefowa sekty Pozytywni, Cierpisław - mędrzec, imię sobie sam wymyślił, ale trudne i ludzie wołają na niego Ten; Rysio - uczeń, lat 12; 
Ela - sąsiadka Ilony.

Dialog 1.

Miejsce: Góra jagodowa zwana też Górą Tego w Przestrzeni Obok.

Stoi jak wyrzut sumienia między szarymi blokami. Już nie raz próbowano ją zlikwidować i na jej miejscu postawić kolejne funkcjonalne domy wielorodzinne. Bez skutku. Ona zawsze odrastała. Zrzucała z siebie budowle i budowniczych. Wreszcie urząd miasta dał jej spokój. Pnie się wysoko, a na niej krzewy jagód magicznych. Niestety nie na każdego działają. Naprawdę działają jedynie na Cierpisława, inaczej Mędrca Tego. Dzięki nim wie, co i komu powiedzieć. Jednak jego mądre słowa bardzo przypominają zagadki słowne i nie do wszystkich dociera od razu ich mądrość.

Do góry zbliża się Ilona dawniej szefowa sekty Pozytywni, dziś zagubiona kobieta. Od sąsiadki dowiedziała się o mędrcu Ten. Może on jej pomoże się odnaleźć. Umówiła się z nim przy Górze jagodowej, jego ulubionym miejscu. Przy okazji Ilona chce zjeść trochę podobno magicznych jagód. Zresztą nie ona pierwsza, nie ostatnia. Po górze wędrują inni miłośnicy jagód: dzieci, babcie, mamy, żony swoich mężów, którzy czekają na nie w domu, samotni mężczyźni. Gdzieś wśród nich kręci się również mędrzec. Niski, niepozorny mężczyzna. Jedynie jego broda sięga swoją długością dalej niż inne brody. Ilona o tym wie i w grupie ludzi wypatruje siwej brody.

Mędrzec Ten: Witaj. 

Mędrzec podchodzi do Ilony z tyłu. Ona z zaskoczenia aż podskakuje. Patrzy na mędrca z ogłupiałym wyrazem twarzy i wytrzeszczonymi oczami.

Mędrzec Ten: Jak masz na imię?
Ilona ( po dłuższej chwili gapienia się ): Ilona.
Mędrzec Ten: Masz problem. Opowiedz mi o nim.
Ilona: Czuję, wiem, że nie należę do tego świata. Pamiętam jakieś głosy, które coś mi mówiły, ale co, nie wiem. I jeszcze jakieś cienie ludzi. Może z tego właściwego świata, w którym byłam.
Mędrzec Ten: Niedobrze.
Ilona: Nic nie da się zrobić.
Mędrzec Ten: Zawsze coś się da. Co dokładnie zobaczymy. Poczęstuj się proszę.

Mędrzec Ten częstuje Ilonę jagodami, które zebrał wcześniej do torebki foliowej z napisem Feluś market.

Ilona: Dziękuję.
Mędrzec Ten: Jagody ześlą sen. Co ci się przyśni jutro mi powiesz.
Ilona: I to wszystko?
Mędrzec Ten: Na razie tak. Chyba, że chcesz ze mną pospacerować wokół tej góry.
Ilona: Nie, muszę wracać do domu i obiad robić. Czy dzisiaj coś płacę?
Mędrzec Ten: Nie zbieram opłat za swoje rady. Nie wolno mi.
Ilona: W takim razie do widzenia.
Mędrzec Ten: Do widzenia.

Dialog 2. 

Miejsce: Szkoła podstawowa imienia Kleofasa Bystrzaka w Przestrzeni Obok.

Po zjedzeniu codziennej porcji jagód mędrzec Ten przypomina sobie o pełnionej w szkole funkcji woźnego. W pobliskich krzakach zdziera z siebie brodę i jasnoblond perukę z długich, prawie naturalnych włosów. Przebiera się w strój roboczy czyli uniform woźnego: jasnoniebieską marynarkę i koszulę oraz spodnie z bawełny również w tym samym kolorze. Dyrektor wymyślił ten strój dla swoich najniższych podwładnych. Nauczyciele noszą żółty, a uczniowie w zależności od klasy różne odcienie pomarańczowego. Sekretarka zielony. Inni pracownicy zależnie od dnia tygodnia: różowy, czarny, szary, brązowy, fioletowy. W podanej kolejności.

Woźny Cierpisław, tylko w szkole znany pod tym imieniem, wchodzi w ostatniej chwili przed dzwonkiem na lekcję. W samą porę, by zakończyć panujący hałas odpowiednim przyciskiem. Cierpisław dociera do miejsca z brzęczykiem i naciska go. W korytarzu na parterze i tym na piętrze rozlega się ostry gwizd dzwonka. Koniec przerwy. Początek czterdziestopięciominutowej ciszy.  Uczniowie rozbiegają się do klas. Cierpisław siada przy stoliku naprzeciwko drzwi wejściowych. W czajniku elektrycznym gotuje wodę na herbatę. Z torby na ramię, która podobnie jak strój czekała na niego w krzakach, wyjmuje kanapkę z szynką. Już chce ją ugryźć, gdy drzwi szkoły się otwierają i staje w nich spóźnialski uczeń Rysio. Mimo spóźnienia chłopiec człapie noga za nogą. Pierwsze kroki zamiast do szatni kieruje do woźnego.

Cierpisław: Czego chcesz?
Rysio: Nic. Tylko trochę odpocząć tu przy panu.
Cierpisław: Ciągle odpoczywasz. Może ty chory?
Rysio: Zdrowy, ale w naszej klasie bez odpoczynku nie da się rady.
Cierpisław: Dlaczego?
Rysio: Bo mamy lekcje z panią Wiedzącą i panią Wrażliwską.
Cierpisław: A, one.
Rysio: Słyszał pan jak krzyczy pani Wrażliwska? A ile zadań z matematyki zadaje pani Wiedząca?
Cierpisław: Coś tam mi się o uszy obiło, no ale spóźnianie się nie załatwi problemu.
Rysio: Nic pan nie rozumie. Ja chcę być punktualny. Tylko, że jak mam pierwszą lekcję z Wrażliwską, a drugą z Wiedzącą, zwyczajnie się nie wyrabiam.
Cierpisław ( nie chce wcale tak długo rozmawiać z Rysiem, jednak rozmowa wciąga go coraz bardziej ): Jak to się nie wyrabiasz?
Rysio: Zwyczajnie. Najpierw nie mogę wstać. Potem nie mogę umyć się, ani jeść.
Cierpisław: Jak nie możesz?
Rysio: Pyta pan jak, a czy ja wiem jak? W szkole nie mówią nam jak coś się dzieje i dlaczego. Za to musimy powtarzać reguły, teorie, zasady, historie i takie tam.
Cierpisław: Ćwiczysz pamięć. Z dobrą pamięcią daleko zajdziesz.
Rysio: Mój wujek miał dobrą, a teraz choruje na tego tam alzhenora.
Cierpisław: Alzheimera.
Rysio: Nieważne. Gorzej, że nikt już się z nim nie dogada.
Cierpisław: Zdarza się. To jednak nie powód, żeby się nie uczyć.
Rysio: Taa, a był pan kiedyś na lekcji z panią Wiedzącą albo z panią Wrażliwską?
Cierpisław: Za stary jestem, ale w młodości się uczyłem.
Rysio: To czemu pan jest woźnym, nie dyrektorem.
Cierpisław ( wzdycha ): Jakby ci powiedzieć...
Rysio: Lepiej niech mi pan powie jak dotrzeć do mędrca Tego.
Cierpisław: Co? Co?

W jednej chwili budzi się w Cierpisławie złość. Niezrozumiała ani dla niego, ani dla Rysia. Uderza chłopca w plecy i popycha w stronę schodów na górę.

Cierpisław: Zmiataj do klasy gówniarzu, ale już.

Rysio biegnie po schodach, choć lekcje ma na dole. Na szczęście woźny tego nie wie.

Dialog 3.

Miejsce: Market Feluś.

Olbrzymie wnętrze w kształcie labiryntu. Oświetlone jarzeniowym światłem. Półki z produktami spożywczymi, ubraniami, sprzętem elektronicznym i te sezonowe obecnie zajęte przez choinki i ozdoby gwiazdkowe. W całym sklepie dominuje reklama świąt, choć one same pojawią się w świecie dopiero za miesiąc.

Ilona przegląda półki z mrożonkami. Chce kupić coś, z czego zrobi szybko obiad. Dzięki temu zastanowi się nad słowami mędrca Ten. Znienacka podchodzi do niej sąsiadka Ela, ta sama, która poleciła jej mędrca.

Ela: I jak?
Ilona ( wzdryga się ): Dobrze.
Ela: Rozmawiała pani z nim?
Ilona: Z kim?
Ela: No, przecież z mędrcem.
Ilona: Tak.
Ela: Co powiedział?
Ilona ( wzdycha nad ciekawością sąsiadki ): Wyjdę z tego. 
Ela: A nie mówiłam. Mnie postawił na nogi, to panią nie postawi. I niech pani tych mrożonek nie kupuje. Zapraszam do siebie na placki jagodowe.

Ostatnie dwa słowa sąsiadki wywołują w głowie Ilony obraz. Jakaś starsza kobieta z talerzem pełnym placków pochyla się nad małą dziewczynką.

Ilona ( myśli ): Kim ona jest? I kim jest dziewczynka?

Zaraz potem obraz znika. Oczy Ilony przenika ostre światło marketu. 

Ela: Dobrze się pani czuje?
Ilona ( chce odpowiedzieć ): W porządku.

Jednak jarzeniówki nie pozwalają jej wykrztusić ani jednego słowa. Wdzierają się do mózgu, a razem z nimi głosy.

Głos 1: Myślisz, że on ci coś powie.
Głos 2: ( śmieje się ): Zatkało ją.
Głos 1: Zaraz cię zabiorą do wariatkowa.
Głos 2: Posiedzisz sobie tam dopóki nie zrozumiesz.

Ilona ( krzyczy ): Czego? Co mam zrozumieć?

Wystraszona sąsiadka Ela dzwoni na pogotowie.

Dialog 4.

Miejsce: Szkoła podstawowa imienia Kleofasa Bystrzaka.

Gniew Cierpisława powoli opada. Woźny wraca do swojej kanapki i herbaty, a raczej chce wrócić, bo gdy tylko rozwija papier w drzwiach pojawiają się nowi uczniowie albo mocno spóźnieni albo nazbyt punktualni. Grubas i chuda ruda dziewczyna. Oboje w czarnych nieprzepisowych strojach. Powoli podchodzą do woźnego.

Cierpisław ( myśli ): Terroryści.
Grubas: Masz rację.
Dziewczyna: Ostatnie twoje życzenie?
Cierpisław: Co takiego?
Dziewczyna: Masz trzy minuty.

Cierpisławowi nic do głowy nie przychodzi. Czuje jedynie pot spływający po plecach. Narastający za oczami ból głowy. Głucha cisza. Wskazówki zegara na ścianie powoli przesuwają się do przodu.

Grubas ( się śmieje ): Żart. Przyznaj się posikałeś się stary dziadu. Zsikałeś się ze strachu.
Dziewczyna ( patrzy na zegar ): Dwa, jeden zero.
Grubas ( nadal się śmieje ): Iza przestań, bo sam się zsikam.

Dziewczyna grzebie w kieszeni. Po chwili wybuch rozrywa szkołę i ciała wszystkich, którzy w niej przebywają.

Cierpisław w ostatniej sekundzie przed końcem widzi swoje imię, które i tak szybko ginie razem z nim.


P. S. Nie martwcie się. To tylko chwilowy zamęt. Ciąg dalszy nastąpi i może będzie lepszy.
Podzielcie się wrażeniami z lektury.
Linki do poprzednich dialogów, w których opowiadam o Ilonie znajdziecie w kolejności: pierwszydrugitrzeci.






 
 






 

wtorek, 14 listopada 2017

Zablokowana namiętność.

Zanurzył ją w głębi mroku. Uśpił i chociaż się obudziła jednak inna. Nieswoja. Obca. Nie umie już tak jak kiedyś cieszyć się życiem. Razem z radością straciła namiętność. Dlaczego? Czy można ją uratować?

Obraz Mateusza Dolatowskiego

Sny i urojenia.

Od czasu tajemniczego mężczyzny, podobno gracza, cokolwiek to słowo znaczy, świat Radomiły przewrócił się na drugą stronę, tę niewłaściwą. Sny mieszają się z jawą. Jawa staje się snem. Nie łatwo żyć z czymś takim. Jednak Radomiła żyje. Udaje sama przed sobą, że nic złego się nie dzieje. Nic się nie zmieniło. Udaje przed Kazimierzem, ukochanym mężczyzną, z którym mieszka. Nie chce znaleźć się znów w szpitalu jak kiedyś, gdy powaliła ją depresja.

We śnie i na jawie rozmawia z nim. Kazał się nazywać Elek. Imię wymyślił dla niej, bo naprawdę tam, skąd pochodzi imiona nie istnieją. Jak oni się porozumiewają bez nazw? Nie powiedział.

Jeden z pierwszych snów po tym jak Kazimierz obudził ją śpiącą na fotelu, zabrał jej namiętność. Rozpadła się na tym fotelu, który we śnie nabrał koloru czerwonego wina. Elek siedział na nim, a ona przywierała do niego całą powierzchnią swojego nagiego ciała. Po raz ostatni czuła przeszywający ją żar chwili. Podniecenie rosnące szybko. Pragnienie, by rozkosz trwała wiecznie. Poruszała biodrami na jego udach. Ściskała mokrą waginą jego twardą męskość. Spijała jego pocałunki. Dochodziła do samego szczytu i wtedy nagle on ją zrzucił z siebie. Powiedział: dość. 

- Nie poczujesz więcej radości z seksu ani ze mną, ani z nikim.
Słowa zawisły nad nią jak klątwa. W końcu tym właśnie były.
Za zielonej zasłony okiennej wyszły one, jego partnerki, przyjaciółki, kumpelki? Nie wiedziała. Czuła jedynie przenikliwy chłód. Trochę później ból. One ubrane w zielone sukienki krótkie i przylegające do ciała zaczęły powoli obcinać jej palce, najpierw u rąk, potem u stóp. Krzyczała. Jak skończyły, palce odrosły i wtedy zaczęły na nowo. Wyła. Elek się śmiał.

- Na razie koniec. Idźcie sobie, a ty wracaj do swojej płytkiej wody - rozkazał.
Obudziła się w środku w nocy z bijącym nierówno sercem, z pulsującym bólem w rękach i nogach. Nie zasnęła już do samego rana.

Eugenia i Stanisława.

- Smaczne to ciasto zrobiłaś - pochwała Eugenii nie brzmi w uszach Stanisławy przekonująco.
- Kupiłam. Nie robiłam, bo jakoś źle się czuję - usprawiedliwia się Stanisława i zaraz zerka przez okno. Ważniejsze od jej keksu jest coś innego, raczej ktoś inny. Radomiła idąca noga za nogą.

- A tej co się stało? - zastanawia się Eugenia.
- Chyba ją rzucił ten jej gach - stwierdza Stanisława.
- Akurat. Przecież idzie do niego.
- A może do koleżanki.
- Tej, co ją pobiła?
- Nie ona, tylko narzeczony.

Eugenia wzdycha. Ma już dość gadania Stanisławy. Jej mądrości. Co za dużo to niezdrowo. Z jakiej racji Stanisława wie tyle, a ona prawie nic.

- Na mnie już czas - mówi Eugenia z wyraźną pretensją w głosie.
- Już? Dopiero przyszłaś? Ciasto niedobre? - Stanisława jak zwykle nic nie rozumie. Co ona takiego powiedziała, że Eugenia nagle zapragnęła wrócić do domu. Pewnie się tego nigdy nie dowie.

Niespodziewany ratunek.

Radomiła naprawdę idzie bardzo wolno. Tak jakby nie zależało jej na powrocie do domu Kazimierza, bo nie zależy. Wydaje jej się, że cała jej miłość do niego wyparowała z chwilą, gdy pojawił się Elek. Minęła razem z jego śmiechem, z komentarzami pełnymi jadu, z rozkazami jego i tych kobiet, przyjaciółek, kumpelek? Nieważne. 

W domu Kazimierza źle się czuje. Nie może oddychać. Jedynie w dawnym mieszkaniu dzielonym z matką, babką i ciotką jest dobrze. Nie słyszy. Nie widzi swojego prześladowcy Elka.

- Co zrobić, żeby się go pozbyć - myśli, gdy potrąca ją Aleksandra.
- Przepraszam, nie chciałam - tłumaczy się dziewczyna.
- Nic się nie stało... - Radomiła urywa, bo coś do niej dociera. - Czy to nie ty pomogłaś tej babce z lustrem?
- Pani Magdzie?
Aleksandra się zatrzymuje. Patrzy uważnie na Radomiłę. Chyba już wie o co chodzi.
- Mogę przyjść do pani. Ja też ich nie lubię.
Teraz Radomiła przygląda się Aleksandrze.
- Mogłabyś - pyta. - Zapłacę ci.
- Nie, zrobię to za darmo.

Jakiś czas później.

Radomiła powoli zdejmowała kolejne warstwy ubrania przed wpatrującym się w nią Kazimierzem. Siedział na brzegu ich wspólnego łóżka. Już parę razy próbował ją dotknąć, ale Radomiła mu nie pozwalała.

- Nie, ja sama.
- Dobrze, dobrze.

Nie aż tak dobrze. Spodnie robiły się ciasne. Rozpierało je podniecenie. Jednocześnie gdzieś z tyłu głowy czuł obawę, że znów będzie jak ostatnio. Pokocha się trochę z robotem, w jakiego z nieznanych przyczyn zamieniła się Radomiła.

Ona też czuła tę obawę. Gorzej, strach przed Elkiem.
- A jeśli on się pojawi. Aleksandra mówiła, że to niemożliwe, a jeśli... -  myślała Radomiła. 

Nie pojawił się. Może ją widział, a może nie. Aleksandra założyła blokadę. Jak mocną? 

Radomiła przylgnęła do Kazimierza nagim ciałem. Drżącymi z pragnienia rękami rozpinała mu koszulę, potem spodnie. Wreszcie dotarła do twardej męskości. Objęła ustami. Polizała z dołu do góry i z góry na dół. Z każdym ruchem jej strach przed Elkiem słabł, znikał. Gdy Kazimierz podniósł głowę Radomiły i ją całą przesunął wyżej, lęk wyparował. Prawie. Jeszcze jakby wisiał jej nad głową, nad udami, którymi ujeżdżała Kazimierza jak narowistego konia. Po raz pierwszy od dłuższego czasu Elek im nie przeszkadzał. Radomiła nie słyszała jego śmiechu, jedynie własny przyśpieszony oddech i westchnienia rozkoszy Kazimierza. Oboje powoli się wspinali na szczyt. Wilgotni i nabrzmiali jak chmury, które za chwilę zderzą się ładunkami. Wagina Radomiły już pulsowała. Sutki twardniały. Ciało wyginało się w łuk. Kazimierz doganiał ją swoim podnieceniem. 
- Kocham Cię - wyznał i przytulił ją mocniej do siebie.
Potem świat eksplodował w ekstazie. Wreszcie namiętność wróciła do Radomiły.

Gdzieś.

Elek próbował zobaczyć. Bezskutecznie.
- Znów ta mała cholera - krzyczał.
- Załatwimy ją - odważyła się powiedzieć jedna z dziewczyn stojących obok.
- Zamknij się, bo ja ciebie zaraz załatwię.
W spojrzeniu Elka kryła się chęć rzucenia jakiegoś strasznego zaklęcia. Dziewczyny na wszelki wypadek się schowały w szczelinie między ścianą, a lustrem.


P.S. Chwilowy hapy end. Co dalej? Okaże się.
       Podzielcie się wrażeniami z lektury. 

 


wtorek, 7 listopada 2017

Pomarańczowa zgraja.

Tak je nazwała Eugenia, gdy po raz pierwszy je zobaczyła. Stanisława potwierdziła i jeszcze dodała: nieokrzesana. Ale dlaczego? I kim one są?

Obraz Andrzeja Wrońskiego.
 Nowe sąsiadki.

Zjawiły się o szóstej rano. Eugenia wie, bo spojrzała na zegarek. Za okna dolatywał pisk opon i głośna muzyka techno. Wyjrzała. Zobaczyła jak wysiadają równie pomarańczowe jak ich garbus, którego zaparkowały na chodniku przed klatką. 

- Gdyby mogły, pewnie by nim na schody wjechały - pomyślała Eugenia. Stanisława jedynie westchnęła. Nieznajome wybiły ją z resztek snu, jakie całą noc próbowała złapać bez skutku. Dopiero tuż przed szóstą ją zmorzyły. Może by nawet usnęła, pospała jeszcze choć do ósmej, ale nowe sąsiadki wszystko zburzyły.

Obie, i Eugenia i Stanisława patrzyły na kobiety uważnie. Na ich rzucające się w oczy pomarańczowe długie włosy, małe pomarańczowe torebki, pomarańczowe części ubrania, spódnicę, spodnie, bluzki, czarne piegi na bladych twarzach i okulary każde w innym kolorze. Różowe, turkusowe i seledynowe. Nie przeciwsłoneczne, zwykłe jakie noszą ludzie z wadą wzroku.

- Ciekawe, skąd wzięły takie dziwne oprawki - zastanawiała się Stanisława ze swojego punktu obserwacyjnego przy oknie. Eugenia też o tym myślała. Po chwili jedna i druga przeniosły się do drzwi. Przyłożyły na zmianę ucho i oko do dziurki od klucza. Niedobrze. Jeszcze nie wiedziały jak bardzo niedobrze.

Kobiety zrobiły w powietrzu dziwne gesty jakby malowały rękami litery. Piszczały przy tym jak nastolatki. Piszczały i chichotały.

Eugenię złapał ból głowy. Stanisławę serce kłóć zaczęło. Dwie plotkarki emerytki porzuciły obserwację.

Kobiety się śmiały.

- Mamy je z głowy - stwierdziła ta w różowych okularach, nazwana przez pozostałe Klaudią numer 1.
- Jedna jeszcze, a potem weźmiemy się za nią - zatarła ręce Klaudia w turkusowych okularach, numer 2 w ich hierarchii. 

Ostatnia w seledynowych Klaudia numer 3 wcale się nie odezwała. Dlatego, że była ostatnia i z powodu swoich wątpliwości, których Klaudia numer 1 nie znosiła. 

Florentyna

Zasnęła w ramionach odzyskanego niedawno Zygmunta. Hałas za oknem jej nie obudził. Zygmunta też nie. Po wspaniałym seksie nic nie mogło wyprowadzić ich z równowagi. Jednak nie do końca w przypadku Florentyny.

Nad morzem, o którym śniła, pojawiły się obce, pomarańczowe kobiety, a razem z nimi lęk. Pewność, że za chwilę stanie się coś złego. One zrobią coś nieodwracalnego. Zrobią Florentynie krzywdę.

- Chcę się obudzić - myślała. 

Sen trwał dalej. Morze zmieniło się w  tory kolejowe. Szerokie, ale z jednej strony zawalone złomem. Jakby starymi rozłożonymi na części pociągami. Florentyna leżała po środku tych używanych. Wiedziała, że pociąg zaraz przyjedzie.

- Przejedzie cię. Nigdy już nie będziesz taka jak byłaś - zasyczał gdzieś z boku kobiecy głos.
- Odwrócimy cię na drugą stronę. Nikomu już nie pomożesz - potwierdził inny, choć również kobiecy głos.
- Kim jesteście? - zapytała Florentyna.
- Po co ci ta wiedza przed śmiercią - zaśmiała się ta pierwsza.

Florentynę poraziły kolejne fale lęku. Nie wiedziała, skąd bierze się jej pewność, że usłyszała pierwszą. I skąd w jej myślach pojawił się obraz pierwszej. Ubrana w pomarańczową spódnicę i bluzkę nosiła okulary w różowych oprawkach. Obok niej stanęła druga w pomarańczowych spodniach i bluzce dla odmiany białej. Tą wyróżniały okulary turkusowe. Jedynie trzecia pozostała w cieniu. Jakby nie chciała się ujawnić zbyt wcześnie albo zwyczajnie też się bała. Może brakowało jej pewności siebie. Nie na tyle by się w końcu nie odezwać.

- Wiem jak to boli. 
- Co? - zapytała Florentyna.
- Lęk przez nie rzucony. Mnie też torturowały.

Dziwne, gdy mówiła, Florentyna czuła spokój. Wracały jej siły. Czyżby trzecia jej pomagała?

- Nie mogę - odpowiedziała ona jakby czytała w myślach Florentyny. - Za zdradę są tutaj okropne kary.
- Tutaj? Gdzie?

Zamilkła. Tamte ją usłyszały? Florentyna wymacała w mroku klucz. Błyszczał bielą w ciągnącej się ciemności. Rozjaśnił niebo. Florentyna zobaczyła zbliżające się do niej czarne chmury burzowe. Czuła, że jeśli pociąg jej nie zabije, piorun strzeli w nią. Tak czy inaczej one ją załatwią. Zlikwidują, bo stoi im na drodze. Biały klucz. Tylko on mógł jej pomóc. Rzuciła go przed siebie na tory, krzycząc: chce wrócić do swojego świata, wynoście się.

Wszystko zniknęło. Florentyna się obudziła. Ani śladu po lęku. Obok śpi jej mężczyzna. Florentynę przepełnia moc, siła do działania.

Aleksandra

Ona też spała mocno, gdy przyjechały. Zbyt zmęczona siedzeniem do późna w internecie i niekończącymi się bzdurami szkolnymi. Na szczęście następny dzień to sobota. Czas wolny od szkoły, od wiecznego ględzenia nauczycieli, głupawych, śmiejących się z byle czego dziewczyn i jeszcze głupszych chłopaków chodzących za nią i krzyczących: ruda paskuda. Nareszcie spokój i nieważne, że potrwa jedynie dwa dni.

W jej spokojny sen o lataniu wdarły się one. Wszystkie trzy ubrane na pomarańczowo z pomarańczowymi włosami. Zaczęły obok niej fruwać jak ptaki z horroru Hitchcocka. Jeszcze trochę i wydrą jej serce. Zmuszą do czegoś, do czego nie mogli zmusić poprzedni dręczyciele.

- Masz rację. Z nami nie masz szans - odezwała się pierwsza w okularach z różowymi oprawkami.
- Ani trochę - zaśmiała się druga o oczach zasłoniętych okularami turkusowymi.

Trzecia się nie odezwała. Wysłała jedynie myśl.

- Mnie też załatwiły.
- Jak to? Kim one są ? - odpowiedziała jej w myślach Aleksandra.
- Wszystkie jesteśmy czarownicami.
- Pomożesz mi?
- Nie mogę. Tylko ty możesz.
- Ale co, co mogę?

Goniły ją po wąskich ulicach między wielkimi szarymi domami. Już prawie ją dopadły, gdy skręciła w ślepy zaułek. Wtedy zobaczyła biały klucz. Porzucony przy ścianie zamykającej ulicę. Pochyliła się. Wzięła do ręki. Poczuła ciepło. Nie wiadomo dlaczego pomyślała o Florentynie. Może klucz należał do niej. Nieważne. Aleksandra odwróciła się. Już wiedziała, co zrobi. Rzuciła kluczem w pomarańczowe kobiety tuż za nią. Krzyknęła: wracajcie do siebie, nic tu po was.

Aleksandra się obudziła z zaciśniętą w pięść ręką. Miała wrażenie, że śniło jej się coś złego, ale to minęło. Teraz wszystko się ułoży.

Gdzieś.

- Nie popisałyście się ani trochę - Mistrz gry zmarszczył czoło. Nie znaczyło to nic dobrego.
- Ale przecież... - próbowała się tłumaczyć pierwsza.
- Nie ma żadnego ale. Zrozumiano? - zadudnił głos Mistrza. 

Eugenia i Stanisława.

Siedzą u Eugenii przy stole z herbatnikami.
- Niezbyt świeże, ale ujdą - myśli Stanisława.
- Dobrze, że  je znalazłam - cieszy się Eugenia. - Nie wiem, czy miałbym siłę, żeby coś zrobić.

Obie zerkają na okno.

- Sądzisz, że pojechały? - wyraża swój niepokój Stanisława.
- Chodzi ci o pomarańczowe?
- A o kogo by innego?
- Pojechały. I mam nadzieję nie wrócą, bo tak hałasowały, że mnie głowa od tego rozbolała.
- A mnie serce. Chyba wreszcie się wybiorę do kardiologa.
- Myślisz, że ci pomoże. Ja byłam z głową u neurologa i co? Nic. Powiedział, że wyniki dobre. Wszystko w porządku. A boleć jak bolało tak boli.
- Teraz też ?! - Stanisława łapie się za serce. Jakby ją od tego gadania znów rozbolało.
- Nie. Jeśli tylko one nie wrócą i nie przyjadą inne równie hałaśliwe.
- Oby. Może chodźmy się pomodlić w  tej intencji?

Eugenia krzywi się na tę propozycję. Spogląda na zegar, co Stanisława odbiera po swojemu.
- Późno, muszę iść. Jak będziesz chciała, wpadnij do mnie w niedzielę.

Obie muskają powietrze przy policzku tej drugiej na pożegnanie.


P. S. Może wrócą, a może nie. Może zamiast nich pojawi się ktoś inny, a jeśli tak czy mu się uda porwać Aleksandrę? Zobaczymy.
Podzielcie się w komentarzach wrażeniami z lektury.