wtorek, 14 listopada 2017

Zablokowana namiętność.

Zanurzył ją w głębi mroku. Uśpił i chociaż się obudziła jednak inna. Nieswoja. Obca. Nie umie już tak jak kiedyś cieszyć się życiem. Razem z radością straciła namiętność. Dlaczego? Czy można ją uratować?

Obraz Mateusza Dolatowskiego

Sny i urojenia.

Od czasu tajemniczego mężczyzny, podobno gracza, cokolwiek to słowo znaczy, świat Radomiły przewrócił się na drugą stronę, tę niewłaściwą. Sny mieszają się z jawą. Jawa staje się snem. Nie łatwo żyć z czymś takim. Jednak Radomiła żyje. Udaje sama przed sobą, że nic złego się nie dzieje. Nic się nie zmieniło. Udaje przed Kazimierzem, ukochanym mężczyzną, z którym mieszka. Nie chce znaleźć się znów w szpitalu jak kiedyś, gdy powaliła ją depresja.

We śnie i na jawie rozmawia z nim. Kazał się nazywać Elek. Imię wymyślił dla niej, bo naprawdę tam, skąd pochodzi imiona nie istnieją. Jak oni się porozumiewają bez nazw? Nie powiedział.

Jeden z pierwszych snów po tym jak Kazimierz obudził ją śpiącą na fotelu, zabrał jej namiętność. Rozpadła się na tym fotelu, który we śnie nabrał koloru czerwonego wina. Elek siedział na nim, a ona przywierała do niego całą powierzchnią swojego nagiego ciała. Po raz ostatni czuła przeszywający ją żar chwili. Podniecenie rosnące szybko. Pragnienie, by rozkosz trwała wiecznie. Poruszała biodrami na jego udach. Ściskała mokrą waginą jego twardą męskość. Spijała jego pocałunki. Dochodziła do samego szczytu i wtedy nagle on ją zrzucił z siebie. Powiedział: dość. 

- Nie poczujesz więcej radości z seksu ani ze mną, ani z nikim.
Słowa zawisły nad nią jak klątwa. W końcu tym właśnie były.
Za zielonej zasłony okiennej wyszły one, jego partnerki, przyjaciółki, kumpelki? Nie wiedziała. Czuła jedynie przenikliwy chłód. Trochę później ból. One ubrane w zielone sukienki krótkie i przylegające do ciała zaczęły powoli obcinać jej palce, najpierw u rąk, potem u stóp. Krzyczała. Jak skończyły, palce odrosły i wtedy zaczęły na nowo. Wyła. Elek się śmiał.

- Na razie koniec. Idźcie sobie, a ty wracaj do swojej płytkiej wody - rozkazał.
Obudziła się w środku w nocy z bijącym nierówno sercem, z pulsującym bólem w rękach i nogach. Nie zasnęła już do samego rana.

Eugenia i Stanisława.

- Smaczne to ciasto zrobiłaś - pochwała Eugenii nie brzmi w uszach Stanisławy przekonująco.
- Kupiłam. Nie robiłam, bo jakoś źle się czuję - usprawiedliwia się Stanisława i zaraz zerka przez okno. Ważniejsze od jej keksu jest coś innego, raczej ktoś inny. Radomiła idąca noga za nogą.

- A tej co się stało? - zastanawia się Eugenia.
- Chyba ją rzucił ten jej gach - stwierdza Stanisława.
- Akurat. Przecież idzie do niego.
- A może do koleżanki.
- Tej, co ją pobiła?
- Nie ona, tylko narzeczony.

Eugenia wzdycha. Ma już dość gadania Stanisławy. Jej mądrości. Co za dużo to niezdrowo. Z jakiej racji Stanisława wie tyle, a ona prawie nic.

- Na mnie już czas - mówi Eugenia z wyraźną pretensją w głosie.
- Już? Dopiero przyszłaś? Ciasto niedobre? - Stanisława jak zwykle nic nie rozumie. Co ona takiego powiedziała, że Eugenia nagle zapragnęła wrócić do domu. Pewnie się tego nigdy nie dowie.

Niespodziewany ratunek.

Radomiła naprawdę idzie bardzo wolno. Tak jakby nie zależało jej na powrocie do domu Kazimierza, bo nie zależy. Wydaje jej się, że cała jej miłość do niego wyparowała z chwilą, gdy pojawił się Elek. Minęła razem z jego śmiechem, z komentarzami pełnymi jadu, z rozkazami jego i tych kobiet, przyjaciółek, kumpelek? Nieważne. 

W domu Kazimierza źle się czuje. Nie może oddychać. Jedynie w dawnym mieszkaniu dzielonym z matką, babką i ciotką jest dobrze. Nie słyszy. Nie widzi swojego prześladowcy Elka.

- Co zrobić, żeby się go pozbyć - myśli, gdy potrąca ją Aleksandra.
- Przepraszam, nie chciałam - tłumaczy się dziewczyna.
- Nic się nie stało... - Radomiła urywa, bo coś do niej dociera. - Czy to nie ty pomogłaś tej babce z lustrem?
- Pani Magdzie?
Aleksandra się zatrzymuje. Patrzy uważnie na Radomiłę. Chyba już wie o co chodzi.
- Mogę przyjść do pani. Ja też ich nie lubię.
Teraz Radomiła przygląda się Aleksandrze.
- Mogłabyś - pyta. - Zapłacę ci.
- Nie, zrobię to za darmo.

Jakiś czas później.

Radomiła powoli zdejmowała kolejne warstwy ubrania przed wpatrującym się w nią Kazimierzem. Siedział na brzegu ich wspólnego łóżka. Już parę razy próbował ją dotknąć, ale Radomiła mu nie pozwalała.

- Nie, ja sama.
- Dobrze, dobrze.

Nie aż tak dobrze. Spodnie robiły się ciasne. Rozpierało je podniecenie. Jednocześnie gdzieś z tyłu głowy czuł obawę, że znów będzie jak ostatnio. Pokocha się trochę z robotem, w jakiego z nieznanych przyczyn zamieniła się Radomiła.

Ona też czuła tę obawę. Gorzej, strach przed Elkiem.
- A jeśli on się pojawi. Aleksandra mówiła, że to niemożliwe, a jeśli... -  myślała Radomiła. 

Nie pojawił się. Może ją widział, a może nie. Aleksandra założyła blokadę. Jak mocną? 

Radomiła przylgnęła do Kazimierza nagim ciałem. Drżącymi z pragnienia rękami rozpinała mu koszulę, potem spodnie. Wreszcie dotarła do twardej męskości. Objęła ustami. Polizała z dołu do góry i z góry na dół. Z każdym ruchem jej strach przed Elkiem słabł, znikał. Gdy Kazimierz podniósł głowę Radomiły i ją całą przesunął wyżej, lęk wyparował. Prawie. Jeszcze jakby wisiał jej nad głową, nad udami, którymi ujeżdżała Kazimierza jak narowistego konia. Po raz pierwszy od dłuższego czasu Elek im nie przeszkadzał. Radomiła nie słyszała jego śmiechu, jedynie własny przyśpieszony oddech i westchnienia rozkoszy Kazimierza. Oboje powoli się wspinali na szczyt. Wilgotni i nabrzmiali jak chmury, które za chwilę zderzą się ładunkami. Wagina Radomiły już pulsowała. Sutki twardniały. Ciało wyginało się w łuk. Kazimierz doganiał ją swoim podnieceniem. 
- Kocham Cię - wyznał i przytulił ją mocniej do siebie.
Potem świat eksplodował w ekstazie. Wreszcie namiętność wróciła do Radomiły.

Gdzieś.

Elek próbował zobaczyć. Bezskutecznie.
- Znów ta mała cholera - krzyczał.
- Załatwimy ją - odważyła się powiedzieć jedna z dziewczyn stojących obok.
- Zamknij się, bo ja ciebie zaraz załatwię.
W spojrzeniu Elka kryła się chęć rzucenia jakiegoś strasznego zaklęcia. Dziewczyny na wszelki wypadek się schowały w szczelinie między ścianą, a lustrem.


P.S. Chwilowy hapy end. Co dalej? Okaże się.
       Podzielcie się wrażeniami z lektury. 

 


2 komentarze:

  1. Fajne opowiadanie... Czasami chyba rzeczywiście ktoś nam tę namiętność w taki czy inny sposób odbiera... No i to imię: Radomiła - bezbłędne chociaż chyba już ta postać była :) Ja uwielbiam sny i to poczucie rano po przebudzeniu kiedy jedną nogą jeszcze się w nim jest... I czasami żałuję, że się obudziłam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Była podobnie jak Eugenia i Stanisława, Florentyna, bo to są główne bohaterki moich opowiadań. Link do poprzedniego opowiadania z tego wątku wstawiłam na początku. Kryje się za słowem w głębi.

      Usuń