wtorek, 26 grudnia 2017

Świąteczny luz blues.

Świąt nie obchodzę, ale w wolne dni czasem włączam sobie luz blues czyli przestaję robić cokolwiek. Może niezupełnie. Leżę, jem ( sernik, czekoladę ), czytam ( Mroczną Wieżę Kinga i Magię słów Joanny Wrycza-Bekier ), oglądam 
( American horror story i Dark ). Piszę też jeden z ciągów dalszych swoich opowieści. Jednak wybaczcie w ten wtorek z racji mojego luzu, jedynie parę krótkich refleksji o wszystkim i niczym.


Czy wiesz
jak to jest,
gdy słowa giną
w otchłani?
Próbujesz,
ale nie możesz
nic sobie
wyobrazić.
Przestrzeń
zamienia się
w kamień.
Ślizgasz się
jak po lodzie.
Chcesz złapać
równowagę.
Czy znasz
to uczucie
zagubienia?
Czy wiesz
jak wyjść
z domu bez klamek?
Jak przejść
dalej drogą
zarośniętą chwastami?
Powiedz,
nauczyli cię tego
w szkole?


Ostatni raz
widziany
przez okno
w domu wariatów.
Szczerzy zęby
w uśmiechu.
Wie
i ci za szybą
też,
jaki jest sens
wszystkich światów.
Zostawił
torbę z prezentami
dla tych, co wierzą
w moc
rzeczy materialnych.
Gdzieś na jej dnie
błąka się
ostatni promyk nadziei.
W oddali błazen
śmieje się,
wesołych świąt.

Obraz Macieja Wierzbickiego.
Dwa dni
i głowa
nie wiem dlaczego
przestaje funkcjonować.
Oczy zapchane sernikiem.
Umysł gdzieś
wyleciał
zapasowym oknem.
Komórki zamienione
w kawałki 
niepotrzebnej rozmowy.
Jesteś tam?
Ktoś woła.

Autor Rene Magritte.

Zamiast
śniegu
deszcz z zaświatów.
W każdej kropli
jeden smutny
facet.
Może jakaś kobieta
albo istota z magii
adoptuje 
ciemnego pana
z ulewy?
On jej odda
trochę łez
swojej duszy.
Żadna nie chce?
Dlaczego?

Obraz Rafała Olbińskiego.

Śniło mi się
miłosne upojenie.
Twoje ciało
gorące
słodkie
jak czekolada.
Pieszczoty bez początku
i końca.
Świat w czasie zawieszony.
Języki
w pocałunku splecione.
Nagie obejmujące się
ciała.
Nie chciałam się budzić.
Wolałam trwać
we śnie z tobą
niż z ciastem
piernikowym.


P. S. Powiało melancholią. Takie są, były i pewnie będą moje święta bez świąt. 
A jakie były Wasze? Podzielcie się wrażeniami.
I napiszcie, czy podobały Wam się moje wiersze.
  

wtorek, 19 grudnia 2017

Rozmowa w cztery oczy.

Wiem, że czekacie na ciąg dalszy moich opowieści. Ja tymczasem... Nie ja. Ona chce napisać coś o sobie. Kto? Moja wewnętrzna pisarka - Lubisłowa.


Epizod 1.

Idę przejściem podziemnym do... Nie wiem dokąd. Czuję jedynie, że ona tam czeka. Ona - Lubisłowa. Czai się gdzieś za zakrętem.

- Chcę z tobą pogadać - wołam. Nikt nie odpowiada. Tylko mój głos odbija się echem jak w ogromnej studni. Może idę po dnie jakieś pustej i głębokiej dziury w ziemi?

Wreszcie schody w górę. Wchodzę ciągnącymi się w dal spiralami. Docieram do windy. W półmroku jarzy się blado-niebieskim światłem. Coś mi mówi, że razem z windą i Lubisłową zawisłam w próżni między jawą, a snem. W szczelinie między światami.

Jazda windą w górę sprawia, że żołądek podchodzi mi do gardła. Wokół brzęcząca cisza. Serce bijące zbyt głośno. Ile czasu mija, zanim drzwi znów się rozsuwają? Do środka wpada zimny podmuch powietrza i wciąż to samo nikłe światło. Rozglądam się. Na przeciwko zwyczajne wejście-wyjście. Do pokoju? Naciskam klamkę.

Wchodzę. Cisza, ale innego rodzaju niż ta, którą zostawiłam za sobą. Wiem, że przekroczyłam granicę spokoju. 

Lubisłowa siedzi w wiklinowym fotelu naprzeciwko drzwi i obok balkonu. 
Z wyglądu przypomina mnie. Tylko dres nosi tęczowy. Uśmiecha się do mnie jak odbicie w lustrze. Wskazuje mi ręką szary tapczan przy drzwiach i pomarańczowej ścianie.

- Siadaj - zaprasza. - Chcesz herbaty?
- Nie, dziękuję.
- I dobrze. Wcale mi się nie chce stąd ruszać.
- Więc po co pytasz, czy chcę?
- Taki zwrot grzecznościowy.
- Aha.

Sadowię się na tapczanie. Wtulam plecy w żółtą i zieloną poduszkę. Całkiem inne niż te, które leżą w moim pokoju. Zresztą pozostałe szczegóły również. Olbrzymia biblioteczka przy żółtej ścianie. Wysprzątane biurko, laptop, zeszyty, pióra, długopisy. Duża szafa. Biurko i szafa opierają się o turkusową ścianę. Balkon wychodzi ze ściany niebieskiej. A sufit? Zwykły biały z nierzucającym się w oczy żyrandolem.

- Kto tu u ciebie sprząta? - pytam.
- Samo się sprząta.
- Jak samo?
- Zwyczajnie. Myślę, że chcę porządek i jest.
- Tak po prostu? Zazdroszczę.
- A ja tobie realności?
- Nie jesteś realna?
- Niezupełnie.
- Przecież ty jesteś mną, a ja tobą, nie?

Patrzę na nią zdziwiona. W końcu dociera do mnie, że przecież ona siedzi na fotelu, ja na tapczanie, więc jak to z nami jest naprawdę?

- Rozumiesz? Tutaj sobie gadamy, a tam ja myślę, ty piszesz. Ja nie myślę, ty nie piszesz - tłumaczy mi Lubisłowa.
- Właśnie - przypominam sobie. - Powiedz mi coś o swoich planach i pomysłach.
- Żartujesz? - śmieje się. - Nie planuję. Nie wymyślam. Znaczy się nie siedzę i nie myślę, ani nie stoję i nie myślę lub nie leżę i nie myślę nad tym, co dalej. Owo co dalej przychodzi samo. W dodatku w najmniej oczekiwanych chwilach.
- Wiem - też się śmieję. Może jednak coś opowiesz dla czytelników jak już tu jestem?
- Dobrze.Jeden epizod.
- Co ty? Trzy.
- Dwa albo nic i oczy zamknij.
- Po co - dziwię się.
- Zobaczysz.

I zobaczyłam, jak po chwili pozwoliła mi oczy otworzyć. Ujrzałam swoje bardzo dawne miejsce corocznych wakacji. W innych raczej nie przebywałam. Może czasem zdarzały się wyjątki. Jak to wyjątki potwierdzały regułę.

Dom cioci na wsi między Kołem, a Koninem. Z perspektywy czasu wygląda pięknie. Na przeciwko na górce drzewa iglaste układają się w mały las. Obok domu z jednej strony i drugiej rośnie żyto.

Podchodzimy bliżej. Łatek szczeka. Ciocia wygląda przez okno, ale nas nie widzi. Nie należymy do jej czasu i przestrzeni.

Wchodzimy do środka. Na krzesłach przy stole siedzą: ciocia i jedna z jej sąsiadek, pani Helenka.

- To jak weźmie pani trochę tych kartek? - pyta Helenka.
- Co też pani? Ja mam czas, żeby kartki roznosić? Po co w ogóle je pani wzięła?
- Listonosz mnie spotkał i mnie prosił. On teraz zajęty. Wie pani, żniwa.
- A u mnie niby co, nie żniwa?
- Może by tak Ania.
- Co? Dziecko będzie kartki roznosić?

Przypominam sobie. Widzę wyraźnie siebie na rowerze z kartkami i listami. Robię za listonosza. Obie zapłaciły mi słodyczami. Dla mnie to prawdziwa przygoda. Czuję się doceniona i wyróżniona ważnym zadaniem. Przynajmniej na początku, bo potem zaczynają mnie plecy boleć od ciężaru albo zwyczajnie już mi się nie chce. Część listów i kartek wyrzucam. Ktoś to zauważy? Coś się stanie?

- Nic, tylko Frania nie poślubi Józka. Później wyjdzie za pijaka Antka - mówi Lubisłowa. - Nieważne. Nie przejmuj się.
- Zmienimy to? 
- Nie. Chodźmy.

Lubisłowa ciągnie mnie za rękę, ale ja się wyrywam. Biegnę do siedzącej w drugim pokoju Ani czyli mnie w tamtym czasie i miejscu. Siłą woli przesuwam szafę w stronę drzwi. Nikt nie wejdzie i nikt nie wyjdzie. Potem jeszcze krzyczę do Ani.

- Uciekaj przez okno?
- Co? Kto?

Przerażona Ania naprawdę wyskakuje przez okno. Lubisłowa się śmieje. 

Epizod 2.

Znów jesteśmy w jej pokoju. Lubisłowa nadal się śmieje.

- Myślisz, że coś zmieniłaś? - pyta.
- A nie? - dziwię się.
- Przypomnij sobie.

Przypominam sobie. Raczej widzę coś, czego Ania czyli ja, zobaczyć nie mogłam, bo Ania przecież wyskoczyła.

Ciocia i Helenka proszą Anię, żeby otworzyła drzwi. 

- Nie ma jej - stwierdza Helenka.
- To dlaczego drzwi zamknięte? - dziwi się ciocia.
- Nie wiem - wzrusza ramionami Helenka. - Lepiej już pójdę.

Ciocia jej nie zatrzymuje. Najpierw kręci się po domu jakby nie wiedziała, co zrobić. Prawie słyszę jej myśli: gdzie Ania, co się z nią stało, dlaczego drzwi zamknięte. Wreszcie ciocia wychodzi.

Na drodze przed domem znajduje Anię i nie tylko, również kartki i listy. Czy Helenka specjalnie porzuciła swój zbyteczny bagaż? Czy same jej wypadły z kieszeni? 

- A co z Franią i Józkiem? - chcę wiedzieć.
- Nic - stwierdza Lubisłowa.
- Jak nic?
- Zwyczajnie. Przeszłości nie da się zmienić.
- To po co ja się tak wysilałam, jeśli ona i tak wyjdzie za pijaka.
- A ja wiem po co?
- Drugi epizod - domagam się. 
- Pamiętasz miały być dwa - dodaję.

Lubisłowa wzdycha i pokazuje palcem na laptopa.

- Nie przenosimy się - czuję rozczarowanie.
- Podobało ci się, co? Ale mamy mało czasu.
- Jak to?
- Zbyt dużo straciłyśmy na epizod pierwszy. To jak oglądasz, czy spotkamy się innym razem.
- Oglądam - decyduję.

Na ekranie pojawia się obraz. Ze zdziwieniem rozpoznaję swój pokój. Bardziej go wyczuwam niż widzę, ponieważ tonie w mroku nocy i słabym świetle lampy z ulicy. Ania nastolatka śpi. Drzwi do pokoju się otwierają. Do środka wchodzą jakieś osoby-cienie. Nie potrafię ich rozpoznać. Na pewno nie przypominają rodziców Ani. Nikogo znanego nie przypominają. 

- Obcy - mówię.
- Cii - Lubisłowa z placem na ustach każe mi zachować spokój jakby bohaterowie z ekranu i przeszłości mogli nas usłyszeć.

Istoty zbliżają się do łóżka. Oświetlają Anię blaskiem własnych rąk. Może w rękach trzymają niewidzialne latarki. Ania śpi nadal. Nie czuje bliskości obcych. Oni podchodzą bliżej. Jeszcze chwila. Coś na pewno się stanie. Niestety obraz gaśnie.

- Co się dzieje? - krzyczę, bo przestrzeń wokół znika razem z Lubisłową.
- Ciąg dalszy nastąpi albo nie - szepcze mi ktoś do ucha. Jeden z obcych z ekranu laptopa?
- Lubisłowa - wołam.
- Wasz czas się skończył - oznajmia inny głos.



P. S. I tak zwykła rozmowa z Lubisłową przerodziła się w opowiadanie. Podzielcie się proszę wrażeniami. Chcielibyście ciąg dalszy?


 

 



wtorek, 12 grudnia 2017

Trup w taksówce.

Jakiś czas temu w jednej z grup związanych z pisaniem na facebooku pojawiło się zadanie dla blogerów czyli między innymi dla mnie. Zadanie autorstwa Justyny Karolak.

O co chodziło? O napisanie felietonu na temat taksówkarzy. Jacy oni są w moim mieście? Jak ja ich widzę? A jak ich widziała moja babcia? 

Zdjęcie Dariusza Gdesza.

Dla mojej babci przejazd taksówką był jak lot rakietą na księżyc. Tak samo nadzwyczajny, niezwykły. Babcia zwykle mawiała: z taksówki korzysta się w ostateczności. Wtedy gdy musisz jechać gdzieś szybko na przykład do szpitala. Gonienie taksówką autobusu lub pociągu nigdy nie przyszło jej do głowy. Również jazda na spotkanie z koleżanką lub, nie daj boże, kochankiem. Zresztą w czasach babci nie istniało wiele możliwości korzystania z tego typu pojazdu. Nikt wtedy nie mógł zamówić sobie taksówki z dowolnego miejsca, posługując się komórką. Jedynie przez telefon stacjonarny. A babcia nie miała telefonu. Straszne, prawda? I jak trudno sobie teraz coś takiego wyobrazić. Życie bez telefonu. W dodatku życie prawie bez taksówki. Prawie, bo jednak się zdarzały wyjątki i jednocześnie taksówkowe przygody najpierw babci, a później moje.

Przygoda pierwsza.

Pierwsza, jaką pamiętam z udziałem babci. Jechałam razem z nią syreną albo warszawą. W każdym razie niezbyt nowym autem i jak się później okazało trochę się rozlatującym. Gdzie jechałyśmy? Dlaczego babcia złamała swoje zasady? Nie pamiętam. Byłam zbyt mała. Moja pamięć zbyt wybiórcza. Zupełnie jak wtedy, gdy wróciłam sama do domu spod sklepu ogrodnika w czasie wybierania przez babcię roślinek. Pamiętam, że wróciłam i że z tego powodu babcia bardzo się złościła, bo zostawiłam ją samą w tym sklepie. Ale zbaczam z tematu.
  
Początek lat 80. Siedzimy sobie z babcią na tylnym siedzeniu w taksówce. Kierowca markotny. Nie odzywa się. Jedziemy zadowolone z luksusu, jaki nas spotkał. Ja w każdym razie zadowolona, babcia chyba też trochę albo bardziej myśląca o miejscu i sprawie, którą musi załatwić. Dojeżdżamy i się zaczyna. Łapię za uchwyt służący do otwierania drzwi. ( Wybaczcie do dziś nie wiem jak się to cudactwo nazywało ). Uchwyt zostaje mi w ręce, ale drzwi nadal zamknięte. Pan kierowca jakby w tym momencie się nagle obudził. Zaczyna na nas bluzgać jadem. Każe babci płacić za szkodę, którą ja zrobiłam. Babcia się jakoś tłumaczy. W końcu dochodzą do kompromisu. Babcia coś mu daje znaczy się jakieś pieniądze, a może nic nie daje. Niestety końcówka też mi się gdzieś zgubiła.

- Psuj - nazwała taksówkarza babcia, gdy wreszcie wydostałyśmy się z taksówki.
- Dlaczego? - zapytałam ja, mała dziewczynka lat 5.
- Sam popsuł, a na ciebie winę zwala.
- Sam?
- Jak się tyle jeździ, to auto się psuje.
- Babciu, ale on przecież musi jeździć.
- Więc niech daje ten grat do przeglądu?
- Jaki grat? Jaki przegląd?
- Daj mi spokój. Od twoich pytań już mnie głowa boli.

Przygoda druga.

Tym razem świąteczna atmosfera. Sylwester. Po raz pierwszy jadę sama do koleżanki. Stoję w długaśnej kolejce. Końcówka lat 80. Owszem jest radio-taxi, ale nadal brak telefonu i nie każdy kierowca jedzie w określone miejsce. Taksówkarze nadal są panami nie ich klienci.

Myślę o tym, co mówiła babcia, żebym uważała i jechała zwyczajnie autobusem, ale żadnego nie widać na horyzoncie. Dlatego się skusiłam. Stoję z innymi na przystanku. Z innymi się niecierpliwię. Kiedy i kto podjedzie? Wreszcie pojawia się żółty fiat 126p. Wsiadam zadowolona. 

- Taka ładna i gdzie jedzie? - zagaja kierowca jakby adres mu nie wystarczył.
- Do koleżanki - odpowiadam.
- Nie boisz się sama? - ręka kierowcy zsuwa się na moje kolano, a ja zaczynam żałować, że usiadłam obok niego i w dodatku w zbyt krótkiej sukience.
- Nie bój się. Krzywdy ci nie zrobię - zapewnia kierowca.
- Chyba wolę jechać z tyłu - oświadczam, choć ręka wróciła na kierownicę.
- Po co? Z tyłu jest zimno.

W głosie słychać groźbę.
- Niech się pan zatrzyma - błagam. Na pewno nie zniosę po raz drugi jego ręki na kolanie.
- O co heca? Zaraz dojedziemy - śmieje się kierowca. Gdy ja tymczasem zgrzytam zębami prawie na granicy paniki. Przypominają mi się wszystkie opowieści babci o zgwałconych panienkach.
- Niech się pan zatrzyma - krzyczę.
- Dobra. Jak sobie chcesz histeryczko.

Kierowca zatrzymuje się. Ja wyskakuję w ciemność. Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że nie mam torebki. Zostawiłam ją w taksówce. Dalszą drogę do koleżanki pokonuję na pieszo. Kierowcę nazywam natrętem.

Przygoda trzecia.

Znów jedziemy razem z babcią. Tym razem śpieszymy się na dworzec autobusowy. Przez całą drogę babcia marudzi, że się spóźnimy, bo za późno wstałam. Kierowca nic nie mówi. Jedzie. nie zwraca na nas uwagi. Skręca. Przed nami już widać budynek dworca. Stojące tu i tam autobusy. Wiem, że dalej za tym budynkiem są tory. Jeżdżą nimi pociągi. Jednak my musimy jechać autobusem do chorej cioci. Przy okazji babcia martwi się również o nią. Czy zdążymy ją zobaczyć przed śmiercią? Może zresztą akurat teraz o tym nie myśli. Tylko o autobusie. Wtedy się to dzieje. Kierowca nagle łapie się za serce. Zawał. Musimy wezwać pogotowie, a telefonu nigdzie nie widać, choć już lata 90. Na szczęście obok przejeżdża karetka. Jakby bóg zrzucił ją nam z nieba. Wszystko kończy się szczęśliwie. Wydaje się, że szczęśliwie, bo zdążyłyśmy na autobus. Co z kierowcą? Przeżył? Umarł? Nie wiemy. Jak go nazwać trupem, pechem, szczęściarzem, bo obok znalazła się karetka?

I tak dla babci kontakty z taksówkarzami były koniecznością. Czym jednak dla ostatniego taksówkarza okazał się kontakt z nami. Podróżą do nieba? Czy może jedynie pobytem w szpitalu? 


P. S. Podobało Wam się? Chcielibyście więcej takich tekstów?



  


 

wtorek, 5 grudnia 2017

Barwotonia.

Tym tekstem rozpoczynam nową serię opowiadań. O czym? O świecie alternatywnym. Trochę podobnym do naszego, ale tylko trochę. Najważniejsze miejsce zajmują w nim barwy i wiara w Wielką Barwę jakby odpowiednika naszego Boga. Jak uda Wam się doczytać do końca, podzielcie się Waszym spojrzeniem na przedstawiony świat. 


Prolog.

Dawno temu, kiedy jeszcze czas nie istniał, bo nic nie istniało, królowała w całej Barwotoni jedna barwa - Czarna. Dzięki niej nikt nic nie widział. Zresztą i tak nikogo nie było. Jedynie Czarna. Trochę się jej samej nudziło. Nawet nie trochę, ale bardzo. Dlatego jednego dnia, powiedzmy dnia, pomyślała stworzę sobie inne barwy, żeby się bawić, grać z nimi w gry, rozmawiać, uczyć się też przy okazji. Jak pomyślała tak zrobiła. A żeby było weselej, na samym początku powołała do życia barwę Białą. Z Białej wyłoniły się inne, a także: ziemia, woda, niebo, słońce, księżyc, gwiazdy,  rośliny, minerały, zwierzęta, ludzie itd. itp. Ci ostatni zaczęli wymyślać różne wersje początku i końca Barwotonii. Dlatego teraz ja, narrator nie wiem, czy podana przeze mnie powyżej historia jest prawdą. Może jedynie kolejnym kłamstwem.

Ciotka Gosława.

Mieszkała sama w jednym z wielu szarych wieżowców w dzielnicy Szarzyzna w mieście Szarość. Jednak sama nijak pasowała do szarości. W ogóle szarego nie lubiła. Dlatego sprowadzała z zagranicy kolorowe ubrania. Kolorowe czyli takie pozbawione szarego, czarnego i białego. Sąsiedzi kręcili nosem na jej dziwactwa. Stukali się w czoło za jej plecami. Wytykali palcami. I prawie zawsze głowili się nad tym skąd ona bierze pieniądze, bo jakoś nigdy nie widzieli jej, by szła do pracy albo wracała z pracy. Nie widzieli również jej bliskich. Czyżby dziwaczka nie posiadała rodziny? Liczne pytania bez odpowiedzi snuły się tu i tam. Gosława ich nie zauważała albo świetnie udawała, że nie zauważa.

Podobnie zachowywała się wobec rodziny odkąd skończyła 18 lat i mogła wyprowadzić się z domu, a mogła, bo dziadek przepisał jej cały majątek, a potem jeszcze jedna ciotka, wujek, babcia. Trochę się ich namnożyło. Dlatego część rodziny zaczęła się jej, Gosławy bać. Po kątach szeptano, że sprowadza śmierć. Wcześniej rzuca czar, który sprawia, że wszelkie dobra zmarłego przechodzą na nią. Dzięki temu nie musi pracować, przynajmniej w normalnym znaczeniu tego słowa czyli ciężko tyrać jak reszta jej krewnych. Gosława zwyczajnie sobie siedzi i pisze bajki dla dzieci. Głupie, niepoważne zajęcie zdaniem wielu poważnych, mądrych ludzi. Dziwaczka, wariatka, zła czarownica. 

A jednak... Pewnego dnia dostała zaproszenie na bardzo ważne rodzinne wydarzenie: jednię z Wielką Barwą ( komunia święta w naszym świecie ) swojego bratanka Barwomiła.

Barwomił.

Zadawał wiele niepotrzebnych pytań, wiecznych po co i dlaczego.
Z wiekiem mu ta głupota nie przechodziła. Dlatego ludzie raczej go nie lubili, rodzice też. Zbyt często jego pytania wykrzywiały im świat. Zbyt często się za niego wstydzili. 

- Dlaczego muszę iść do wielkiej jedni z Wielką Barwą? - wciąż powtarzał Barwomił.
- Och, dlaczego i dlaczego. Nie cieszysz się, że dostaniesz prezenty? - dziwiła się mama Barwomiła.
- Cieszyłbym się jakbym je dostał bez tej ceremonii. Prezenty z jej powodu nie są już takie zabawne.
- Lekcje odrobiłeś? - odzywał się jak zwykle tata.

W szkole Barwomił prześladował nauczycielkę religii. Podchodził do niej zwykle na przerwie i zadawał trudne pytania. Ze strachu przed nim, pani Bladolica chowała się za uczniami. Bez skutku i tak ją wypatrzył wcześniej lub później.

- Czy Wielka Barwa kocha nas bezwarunkowo? - zagadywał po raz kolejny.
- Oczywiście. Tyle już razy ci mówiłam - odpowiadała pani, szukając wzrokiem jakiegoś wybawienia od natrętnego Barwomiła.
- Nie - stwierdzał Barwomił. - Jakby kochała, nie kazałaby nam iść do jedni z Wielką Barwą.
- Już ci tłumaczyłam, że nie musisz i na religię też możesz nie chodzić.
- To niech pani jeszcze rodzicom wytłumaczy, dobrze?

Rodzicom nie dało się wytłumaczyć. Barwomił słusznie się domyślał, że dla nich jednia jest również okazją, by dostać kosztowne podarunki. Niby ich syn je dostaje, ale nie do końca. Oni jako rodzice, dorośli ludzie mogą zawsze je zabrać, schować, przerobić. Nie raz już ,,opiekowali się,, Barwomiła rzeczami. 
W efekcie ,,opieki,, dużo ich znikło. Gdzie na przykład podziała się forsa z okazji imienin, którą dostał od ciotki Gosławy? Czy dowie się tego kiedyś czy też nie?

Ostatniej nocy Barwomił podsłuchał rozmowę rodziców. Wreszcie się wydało, czego naprawdę po jego jedni oczekują. Oczywiście następnych pieniędzy ciotki Gosławy. 

Groźba nieznajomego.

Gosława wcale nie chciała iść na uroczystość. Nie wierzyła w jednię ani oblicze Wielkiej Barwy podane jak na tacy przez kościół barwny. ( Trzeba dodać, że barwny z nazwy, naprawdę straszył szarzyzną pomieszaną z trupią bielą ). Dla niej Wielka Barwa jeśli już istniała, przejawiała się w ukochanych przez Gosławę kolorach, tych samych, które raziły oczy sąsiadów i za które Gosława zyskała miano dziwaczki.

- Nie pójdę - postanowiła i podarła zaproszenie. ( Na szczęście koperty nie podarła, bo później miałaby problem ze znalezieniem adresu ).

Dlaczego Gosława zmieniła zdanie? Z powodu zgubionej chusty. Barwnego kawałka materiału, którym zwykle osłaniała swoją szyję przed nadmiernym mrozem lub upałem. Poza tym chusta przypominała jej dawną miłość, jednego z wielu byłych narzeczonych. Wielu, ponieważ  Gosława odznaczała się wyjątkową urodą i wciąż mimo swoich czterdziestu lat przyciągała wzrok mężczyzn. Niestety przy bliższym poznaniu powoli swój urok traciła jakby ciążyło na niej jakieś przekleństwo. Z żadnym z narzeczonych nie doczekała się ślubu. Zawsze coś im przeszkodziło, a to choroba w rodzinie przyszłego męża albo śmierć osoby bliskiej lub rzadziej zauroczenie inną kobietą.

Chustę dostała od najlepiej rokującego kandydata na męża. Bardzo ją lubiła. Zawsze starannie składała i chowała w szufladzie. Zawsze po otwarciu szuflady znajdowała ją leżącą na wierzchu. Jednak tego jednego dnia nie znalazła. Przeszukała szufladę, półki szafy, prawie wszystkie zakamarki mieszkania i nic. Chusta jakby wyparowała, a z nią dobry humor Gosławy. Przez cały dzień chodziła równie pochmurna jak pogoda za oknem, a po głowie krążyły jej myśli o chuście. Pytanie co się z chustą stało, wdarło się w Gosławę tak głęboko, że we śnie pojawiła się odpowiedź, choć niekoniecznie taka, jaką by chciała.

Przy łóżku wyrósł cień. Z niego po chwili wyłonił się mężczyzna. W mroku świeciła się jego blada twarz. Zamiast oczu wyzierały z niej dwie ciemne jamy. Patrzył nimi na Gosławę. Czuła wiszącą nad nim grozę. Powietrze gęstniało od strachu. Gosławę coś w środku sparaliżowało. 

- Jeśli, to sen, chcę się obudzić - pomyślała.

Nieznajomy się roześmiał.

- Nic z tego. Musisz mnie wysłuchać. Chcesz chyba odzyskać chustę, co?
- Tak - wyjąkała Gosława.
- Pójdziesz więc tam, gdzie iść nie chcesz.
- Czyli gdzie?
- Rusz głową.
- O, barwo, na jednię. Tylko nie to.
- Jak nie pójdziesz znikniesz. Zostaniesz wymazana razem z chustą.
- Co? Dlaczego?

Mężczyzna nie odpowiedział. Gosława obudziła się zlana potem strachu.

Przyjęcie.
  
W wyznaczonym dniu o wyznaczonej porze Gosława zjawiła się na przyjęciu. Tak na wszelki wypadek, bo przecież w żadne sny nie wierzyła.

Na początku nie działo się nic niezwykłego.Ludzie zgromadzeni w restauracji pochylali się nad talerzami. Jedli. Mówili z pełnymi ustami lub między jednym kęsem, a drugim.

Gosława po wręczeniu Barwomiłowi odpowiedniego prezentu usiadła obok dawno zapomnianej kuzynki. Miejsce przy sąsiednim stoliku zajęli rodzice Barwomiła. Od czasu do czasu uśmiechali się do Gosławy. Wiadomo, zadowoleni z pieniędzy, które Gosława teoretycznie dała bratankowi, praktycznie swojemu bratu i jego żonie.

Wokół wiało nudą i jednocześnie czymś nieodgadnionym, czymś, co za chwilę się wydarzy. Gosława czuła dziwne napięcie. Dziwne, bo nie wiadomo skąd i dlaczego. Ukradkiem spoglądała na zegarek. Kiedy to się skończy? Kiedy wreszcie wróci do domu?

Potem zobaczyła ono. Osobę, której płci nie potrafiła określić. Raz jej się wydawało kobietą, raz mężczyzną, a strój niczego nie mówił ani makijaż. Był niewidoczny. 

Ono stało przy ścianie obok drzwi do toalety. Ubrane w obowiązkowe w tym sezonie barwy czarno-białe patrzyło  na nią. W pewnym momencie wyciągnęło z czarnych spodni chustę, tę samą, która zginęła. Zaczęło nią wymachiwać przed oczami Gosławy.

Z dalszej części przyjęcia Gosława niewiele pamiętała jakby coś ją zamroczyło. Na pewno próbowała odebrać chustę. Ono jednak mocno ja trzymało. Gosława krzyczała, ale ono się nie wystraszyło. W dodatku nikt z gości nie ruszył się z miejsca. Jakby nikt niczego nie widział. Ono się śmiało. Powietrze zamigotało w oczach Gosławy. Upadła. Ogarnęła ją ciemność. Na chwilę trwającą wieczność objęła ją nicość. 

Gosława obudziła się w swoim łóżku. 


 P.S. Co się naprawdę stało z Gosławą na przyjęciu? Dlaczego znalazła się w łóżku? Czy to jej się śniło? Co z jej chustą? Dowiem się, jeśli chcecie, żebym się dowiedziała. Chcecie? Czy Was zainteresowała ta opowieść?