wtorek, 31 stycznia 2017

Podróż do Sensbezsensu.

Znacie już trochę bohaterów moich dialogów, ale nadal nie wiecie jak docierają do świata po śmierci. Ja dotąd tego też nie wiedziałam. I wreszcie pojawili się ci, którzy nam to zdradzą.
Kim są? I co ich spotyka?

Zdjęcie ze strony.

Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Stefan - konduktor, Ilona - szefowa sekty Pozytywni, Rosława - elf, Dalebor i Dolebor - bliźniacy, Rafał - chłopiec 12-letni, Teresa - dziewczynka w tym samym wieku.

Dialog 1.

Miejsce:Dworzec. Szary. Słabo oświetlony. Na bagażach małych i dużych siedzą ludzie i różne istoty. Niektórzy stoją. Inni chodzą. Wszyscy czekają na pociąg. Nie wiedzą dlaczego czekają. Czują, że muszą, że nie istnieje inna możliwość. Skąd się tu wzięli nie wiadomo.

Najbardziej rzuca się w oczy Ilona. Wysoka, prawie dwa metry. Potężna. Wielkie mięśnie i brzuch przed sobą. Zajmuje większość powierzchni. 

Spory kawałek dalej jej drużyna, dzieci w wieku od 8 do 12 lat. Wszyscy ubrani w pomarańczowe stroje. Dziewczynki w spódnice do kolan i ciepłe rajstopy, płaszcze, czapki, szaliki. Chłopcy w spodnie i kurtki i w takie same jak dziewczynki czapki i szaliki. Na twarzy każdego ten sam uśmiech. Największy u Ilony.

Śpiewają radosne, pozytywne piosenki. Mówią pozytywne żarty i czekają jak inni, ale w pozytywny sposób. Pozytywny to słowo-hasło, które ich wyróżnia. Ciągle jest u nich obecne. Odmieniane przez wszystkie przypadki. Dlaczego? Ponieważ jest to sekta Pozytywni.

Ilona( z pozytywną przyganą w głosie ): Rafale, czemu się nie uśmiechasz? 
Rafał ( stara się brzmieć wesoło, ale mu to nie wychodzi ): Przepraszam. Jeszcze się nie nauczyłem.

Ilona: Wciąż myślisz o matce?
Rafał: Tak, ale bardzo bym chciał myśleć o czymś bardziej pozytywnym.
Ilona ( klepie go po plecach ): Zmiana myśli na początku nie jest łatwa. Z czasem się zmieni. Zobaczysz.

I już nie patrzy na Rafała. Teraz wlepia wzrok w Teresę, która również nie promienieje pozytywnym światłem. 

Rafał zostaje sam ze swoimi myślami o matce. Odeszła tak nagle. Nawet nie zdążył się z nią pożegnać. W jednej chwili stała obok. Trzymała go za rękę. W drugiej leżała na ziemi. Miała zawał. Nie uratowali jej. Wszystko wydarzyło się sześć lat temu. Był małym chłopcem. Teraz trochę większym. Skończył niedawno dwanaście lat.

Rafał ( sam do siebie ): Dlaczego ja nic nie pamiętam. Tylko ten upadek mamy? I skąd się wziąłem na tym dworcu z całą tą dziwną drużyną? Kiedy do nich wstąpiłem i po co? Czemu znam jedynie ich ideały i imię tej pani?

Od pytań twarz Rafała jeszcze bardziej posępnieje. Wie, że w drużynie jest to niedozwolone. Zawsze wymagany uśmiech. Za brak uśmiechu zostajesz wyrzucony. Wtedy z łatwością zabiera cię pan Pesymizm do swojego domu. Swoją drogą ciekawe jak wygląda jego dom.

Rafał wie, że nie była to dobra myśl. Rozgląda się, czy pani Ilona jej nie zauważyła. Już się przekonał, że z oczu i twarzy pani potrafi czytać myśli swoich podopiecznych. Za coś takiego mogłaby ukarać. Wsadzić na przykład do szafy  na kilka godzin. Teresę tam kiedyś wsadziła. Osiągnęła sukces, bo dziewczynka wyszła z szafy z uśmiechem.

Teresa jakby przyciągnięta myślami pojawia się obok.

Teresa: Poszła sobie. Możemy się krzywić do woli.
Rafał: A gdzie poszła?
Teresa:  A tam, do konduktora.

Teresa pokazuje ręką starszego pana w niebieskim uniformie.

Rafał: Pewnie się pyta o pociąg.
Teresa: A po co? Pozytywni nie muszą pytać? Przecież wszystko jedno, kiedy pojadą. Każda pora jest dobra czyli pozytywna. Nie uważasz?
Rafał: Nie wiem.

Teresa ( wzdycha i mówi do siebie ): Jeszcze jeden, który nic nie wie, ale chociaż się przyznaje, że nie wie.  

Rafał mimo swojego wieku jest niski. Teresa dość wysoka. Oboje wyglądają trochę jak Flip i Flap, chociaż wagą się nie różnią. Jedynie kolorem włosów. Włosy Teresy świecą w tym samym kolorze, co jej czapka, pomarańczowym. Rafała przypominają krucze pióra. Czarne i gęste. 

Teresa też niedawno skończyła dwanaście lat. Myśli jeszcze więcej niż Rafał, ale wcale się nie przejmuje, że najczęściej w sposób niedozwolony przez panią Ilonę. Chyba już od urodzenia buntuje się przeciwko wszelkim narzuconym zasadom i ideom. Jak się znalazła w drużynie Pozytywni, nie wie, a bardzo chciałaby wiedzieć.

Z jakiegoś powodu najbardziej lubi Rafała.

Teresa: Myślałeś kiedyś dlaczego tu jesteśmy?
Rafał ( nie chce się przyznać ): Czy ja wiem? Może.
Teresa ( niezrażona odpowiedzią ciągnie dalej ): Ja ciągle myślę? I wiesz co?
Rafał ( ciekawy ): Co?

Teresa: Wydaje mi się, że my już nie żyjemy. Takie to wszystko pokręcone.
Rafał: Gadasz. Jakbyśmy nie żyli, to na pewno byśmy tak nie chodzili, rozmawiali. Nas by już nie było.
Teresa: Nie wierzysz w świat pozagrobowy?
Rafał: Świat pozagrobowy aleś wymyśliła. Coś takiego nie istnieje.

Teresa: To dlaczego niczego nie pamiętam? Jak się tu znalazłam? Gdzie moi rodzice? Co ja tutaj robię?
Rafał: Ja też nie pamiętam, ale to przecież nic nie znaczy.
Teresa: Pytałam innych. Oni też nie pamiętają.

Rafał:Może pani Ilona dała nam jakieś tabletki, które skasowały naszą pamięć.
Teresa: To sobie też dała. Ona też nic nie pamięta.
Rafał: Mówiła Ci?
Teresa: Nie mnie. Zosi, tej małej. Poprosiłam ją, żeby o to zapytała. Ją lubi, więc powiedziała. Mnie nie znosi.
Rafał: Może ktoś dał tabletki wszystkim?
Teresa: Kto?
Rafał: Nie męcz mnie już. Boli mnie głowa.

Rafał się oddala. Teresa zostaje sama jak wcześniej Rafał z kłębiącymi się w głowie pytaniami.

Dialog 2.

Miejsce: Pociąg. Część, w której siedzą istoty z innych światów, jest bardzo nowoczesna. Przypomina super szybki japoński Maglev. Część zajmowana przez ludzi podobna jest do pociągów polskich z lat siedemdziesiątych XX wieku.

W jednym z przedziałów dla niepalących siedzi Ilona, Rafał, Teresa, bracia bliźniacy Dalebor i Dolebor. Można ich łatwo odróżnić po kolorze stroju i włosów. Dalebor to ten w białym ubraniu, a Dolebor w czarnym. Włosy Dalebora doskonale pasują swoją barwą do reszty ubrania. Nawet brwi pomalowane ma na biało, a na paznokciach, ustach, twarzy błyszczy biały makijaż. Przez to Dalebor wygląda jak mumia. Jednocześnie jego gwałtowne ruchy, gestykulacja, wygadanie niezbyt pasują do spokojnej całości. Z kolei Dolebor razem z ubraniem, włosami, oczami, ustami, paznokciami, twarzą tworzy prawie doskonałą czerń. W przeciwieństwie do brata jest cichy. Łatwo go przeoczyć. Łatwo o nim zapomnieć.

Dalebor ( zawsze ciekawski): Czemu to pani i pani dzieci macie pomarańczowe stroje?
Ilona ( lekko się krzywi, bo ciężko nie może, to wbrew jej ideologii ): A pan dlaczego w tym niekolorze?
Dalebor ( śmieje się ): Ja w niekolorze? Czyżby biały nie był dla pani kolorem?
Ilona: Dla każdego świadomego człowieka biały nie jest kolorem.
Dalebor ( trochę oburzony ): Ja według pani nie jestem świadomy?
Ilona: Niech pan się nie obrazi, ale wychodzi na to, że tak.

Ilona się uśmiecha. Dalebor skłonny w swej naturze do złości raczej daleki jest do śmiechu, bliski bardzo do wściekłości.

Dalebor: Niech pani uważa na słowa.
Ilona: Przepraszam. Dla nas Pozytywnych kolor ma i miał zawsze duże znaczenie. Ociepla, dodaje energii. Poprawia nastrój. Stąd nasze pomarańczowe ubrania, a biały, wybaczy pan, nic nie wnosi. Pozostaje zawsze obojętny. Zresztą tak jak czarny.

Spojrzenie Ilony wędruje do Dolebora, brata Dalebora, lecz ten nie reaguje. Wciąż patrzy jakby nie patrzył. Nie zwraca uwagi na nic, chyba, że czasem na widok za oknem.

Dalebor ( zaciska pięści ): Teraz się czepia pani mojego brata. Ma pani szczęście, że on jest autystą. Inaczej na pewno pokazałby pani, gdzie raki zimują.

Ilona ( z pozornie niewinnym uśmiechem ): A gdzie?

Dalebor ( do siebie ): Co za cholerne babsko. Że też musiałem tu trafić. Gdyby inne wagony nie były takie zatłoczone, zaraz bym się przesiadł.

Ilona ( nadstawia uszy ): Co pan tam mruczy?
Dalebor ( ze spojrzeniem, które mogłoby zabić ): Przy pani zaczynam rozumieć Hitlera. Bo co zrobić z takimi jak pani żydowskimi pomiotami? Tylko zabić.
Ilona ( traci uśmiech ku zadowoleniu Dalebora ): Teraz to już pan przesadził. Zawołam konduktora, żeby pana uspokoił.
Dalebor: Niech sobie pani woła.

Ilona wychodzi na korytarz pełen ludzi i krzyczy: konduktor, panie konduktorze.

Po pewnym czasie pojawia się. Toruje sobie drogę wśród ludzi. Konduktor Stefan w granatowym mundurze i z czapką z daszkiem na głowie.

Stefan: Jestem, jestem. Co się stało?
Ilona ( pokazuje palcem Dalebora ): Tu taki pan siedzi ze mną w przedziale i mi ubliża.
Stefan ( do Dalebora ): Ubliża pan?
Dalebor ( się uśmiecha ): A widzi pan, żebym ubliżał?
Ilona ( z oburzeniem i wbrew sobie złą miną ): Ubliżał. Teraz udaje niewinnego.

Stefan ( do Dalebora ): To jak?
Dalebor ( wciąż się  uśmiecha ): Mam zapłacić karę, bo się tej pani nie podobam?

Stefan ( pod nosem ): Karę, karę. Piją, palą, srają, krzyczą, oskarżają i nie wiadomo, co jeszcze.

Ilona ( jak zwykle nadstawia uszy ): Co tam pan gada?
Stefan: Nic droga pani. Jest tylko jedno rozwiązanie pani się przesiądzie.
Ilona ( oburzona ): Ja mam się przesiąść? Wie pan z kim pan rozmawia?
Stefan ( wzdycha ): Nie wiem droga pani i chyba nie chcę wiedzieć. Skarży się pani, a winnych nie widać.
Ilona ( krzyczy ): Jak nie widać. Ślepy pan jest? Ten tam nadal siedzi.

Stefan ( zły ): Ale cicho siedzi, a pani krzyczy. 
Ilona ( czerwienieje z wściekłości ): Niech pan poprosi kierownika pociągu.

Stefan ( do siebie ): Jeszcze czego.
Stefan ( do Ilony ): Ja tu jestem kierownikiem i konduktorem. Poza mną jest jeszcze maszynista. Chce pani z nim porozmawiać?
Ilona ( prycha ): Niech pan pokaże legitymację. Nie wierzę, że pan jest kierownikiem.
Stefan: A pani bilecik.

Ilona szpera po kieszeniach. Nic w nich nie ma oprócz śmieci. Niemożliwe. Przecież kupiła bilet zbiorowy dla siebie i dzieci na stacji. Dlaczego teraz nie może go znaleźć.

Stefan ( ponagla ją ): Jak długo mam czekać.
Ilona ( zdenerwowana ): Chwileczkę. Poszukam w torebce.

Cofa się do przedziału. Grzebie nerwowo w swojej pomarańczowej torbie. Bez skutku. Odwraca się do Rafała i Teresy.

Ilona: Macie mój bilet?
Rafał i Teresa ( jednocześnie ): Nie.
Ilona: To kto go ma?

Stefan stuka ją palcem w plecy.

Stefan: Czas minął. Wysiada pani na najbliższej stacji.
Ilona: Co? Nie może pan tak po prostu mnie wyrzucić.
Stefan ( uśmiecha się z satysfakcją ): Mogę i wyrzucam. Proszę za mną.

Ilona się zapiera rękami i nogami. Ma w sobie dużo siły i gdyby nie nagła reakcja braci oraz Rafała i Teresy, Stefanowi nie udałoby się jej ruszyć. Oni wszyscy podnoszą się z miejsc. Pomagają mu. Do nich przyłączają się pozostali pasażerowie. Razem, wspólnym wysiłkiem pchają  Ilonę do drzwi wyjściowych. Pociąg staje jakby na zawołanie. Drzwi się otwierają. Ilona zostaje zepchnięta na peron. Sama bez bagażu. Zaraz potem drzwi się zamykają. Pociąg rusza dalej. Widać jeszcze nazwę stacji, na której zostawiono Ilonę: Upierdliwość.

Dialog 3.

Miejsce: Najpierw stara, a potem nowa część pociągu.

Po odejściu Ilony, Teresa podnosi się z miejsca. Wychodzi z przedziału. Rafał idzie za nią. Nie chce zostać sam z dziwnymi braćmi.

Rafał: Gdzie idziesz?
Teresa ( pokazuje palcem oddalającego się konduktora ): Za nim.
Rafał: Dlaczego?

Teresa ( cicho do jego ucha ): Jeszcze nie wiem, ale czuję, że on nam wszystko wyjaśni.
Rafał ( zwykłym głosem ): Co wyjaśni?
Teresa: Ciszej. Nie wszyscy muszą wiedzieć, że gdzieś idziemy, zwłaszcza nasza drużyna.
Rafał ( ciszej ): Myślisz, że by nam nie pozwolili?
Teresa ( równie cicho ): Możliwe.

Rafał jeszcze chce coś powiedzieć, jednak  Teresa przystawia palec do ust. Ma być cicho. Dlaczego? Ilość tajemnic sprawia, że Rafałowi kręci się w głowie. Pewnie by upadł, gdyby nie ręka Teresy, która chwyta jego rękę. 

Mijają kolejne wagony pełne ludzi stojących, siedzących na bagażach lub w przedziałach. Zmęczeni rzadko się odzywają. Patrzą ponurym i groźnym wzrokiem na przedzierających się przez nich Teresę i Rafała. Niektórzy syczą jak żmije. Inni machają pięściami. Chcą ich uderzyć. Na szczęście Teresie udaje się uciec, a razem z nią Rafałowi. Odkąd trzyma ją za rękę czuje się dobrze. Jest bezpieczny. Przestaje obchodzić go, co będzie dalej.

Dalej są drzwi w małym przejściu między jednym wagonem, a drugim. Jedne czarne. Drugie białe. Jakby przechodzili tędy Dalebor i Dolebor i zostawili po sobie ślad ulubionego koloru.

Konduktor Stefan wybiera czarne. Teresa się zatrzymuje na dłuższą chwilę. Po raz pierwszy się waha. Czy na pewno iść za konduktorem? Czy na pewno on wie wszystko?

Z dali słychać krzyki zbliżających się dzieci. To drużyna Teresy i Rafała. Odkryli, że nie ma ich ukochanej pani Ilony. Razem z nią znikli Teresa i Rafał. Ktoś ich widział jak szli za złym panem konduktorem. Dzieci już wiedzą kogo obwinić za zniknięcie pani. Teresę i Rafała, dwoje najbardziej nieposłusznych dzieci. Gdyby nie oni, ich pani byłaby z nimi.

Chłopiec: Złapać ich, zabić.
Reszta dzieci: Złapać, zabić.

Ten chłopiec stał się ich wodzem. On im wyjaśnił sytuację. Uświadomił, kto jest winny. Tych dwoje paskudnych bachorów. Zawsze ponurych. Zawsze psujących nastrój. Dwoje zbrodniarzy.

Chłopiec: Oni zabili naszą panią. Teraz my ich zabijemy.
Reszta dzieci: Tak. Zabijemy.

Głosy są coraz bliżej. Rafał już ich słyszy. Trzęsie się ze strachu. Patrzy na Teresę. Ona zamiast uciekać, stoi.

Rafał: Uciekajmy. Oni zaraz nas dopadną.
Teresa: Nie przeszkadzaj. Myślę.

Rafał ( do siebie ): Ale o czym? O czym tak długo?

Teresa patrzy na białe drzwi. Trzeba przez nie przejść. Wie to już. Jednak coś ją odpycha. Co? Strach? Coś innego?

Zmiana. To właśnie sprawia, że nie może podejść do drzwi. Nie jest w stanie ich dotknąć. Otworzyć. Przejść przez nie.

Teresa: Rafał musisz mi pomóc. Musisz otworzyć te drzwi.
Rafał ( bezradnie się rozgląda ): Jakie drzwi?
Teresa: Nie widzisz ich? Te białe.
Rafał: Nie ma tu żadnych drzwi.

Teresa ( do siebie ): A więc to magiczne drzwi jak w Harrym Potterze. Co zrobić, żeby on je otworzył?

Wreszcie wie.

Teresa: Poprowadzę cię do nich.
Rafał ( ze złością ): Lepiej uciekajmy. Oni nas dopadną. Zabiją. 
Teresa: Tak będzie, jeśli mnie nie posłuchasz.
Rafał: Nie chcę.

Teresa próbuje go popchnąć, skierować w stronę drzwi. Jednak on jest od niej silniejszy. Nie może go ruszyć z miejsca jak upartego osła. 

Teresa ( do siebie ): Muszę. On tego nie zrobi.

Podchodzi bliżej drzwi. Zaciska pięści. Zaciska szczękę. Zgrzyta zębami. Czuje wielki opór w sobie. Jak kamień. Prawie paraliż. Im bliżej, tym więcej wysiłku trzeba włożyć.

Wreszcie po długich sekundach jest tuż przy klamce. Kładzie rękę na niej. Naciska całym ciałem.

Dzieci są już prawie za jej plecami. Ich krzyki. Świst bata. Zgrzyt noża. Strzał z pistoletu. Tuż za uszami.

Przerażony Rafał depcze jej po nogach.

Teresa się spina. Zamyka oczy i przekracza próg zmiany. Zaraz za nią przyczepiony do niej dotykiem ręki idzie Rafał.

Już są po drugiej stronie. Otwierają zamknięte oczy. Cisza wokół. Gdzie się podziały dzieci?

Przed nimi długi dobrze oświetlony korytarz. Światło prawie nie różni się od słonecznego. Ściany w różnych odcieniach niebieskiego. Za wielkimi oknami szybko przesuwa się krajobraz. Tylko po tym można stwierdzić, że to nadal pociąg i po przedziałach z drugiej strony szerokiego korytarza.

Teresa i Rafał stoją z otwartymi ze zdziwienia ustami. Próbują nimi chłonąć każdy szczegół. Uszy wszystkie dźwięki, a ręce nieśmiało dotykają ścian.

Teresa ( zachwyconym głosem ): Czy to sen?
Rafał ( również zdziwiony ): Może my naprawdę nie żyjemy.
Teresa ( się śmieje ): I tak dobrze widzimy, słyszymy, czujemy. E, bzdura. Żyjemy na pewno.

Rafał: Przecież sama wcześniej mówiłaś.
Teresa: Wiem, co mówiłam. Teraz zmieniłam zdanie. Jest tu zbyt pięknie jak na życie po śmierci.
Rafał: Może jesteśmy w niebie.
Teresa: E, tam.

Drzwi jednego z przedziałów się otwierają. Wychodzi Rosława, elf o dużych zielonych oczach, takich samych włosach do pasa, bardzo długich uszach, szczupłej twarzy z wystającymi kośćmi policzkowymi, długich nogach. W dodatku cała w zielonym kolorze.

Rafał patrzy na nią z zachwytem. Jest dziewczyną z jego marzeń. Dokładnie taką, jaka byłaby jego dziewczyna, jeśli kiedykolwiek polubiłby dziewczyny. Do tej pory raczej ich unikał. Był jak prawie każdy chłopiec w jego wieku. Rosława obudziła w nim mężczyznę, jakim się stanie.

Teresa: Przepraszam proszę pani.
Rosława ( patrzy na nią z zaciekawieniem ): Jesteś człowiekiem?
Teresa: Tak.
Rosława ( do Rafała ): Ty też?
Rafał: Tak.

Rosława: Nie bujacie.
Teresa: Dlaczego mielibyśmy bujać?
Rosława: Do tej pory tylko o was słyszałam w bajkach, które opowiadała mi mama na dobranoc. Nigdy nie widziałam człowieka. Czy naprawdę tu jesteście?

Rosława podchodzi bliżej. Dotyka Teresy. Potem Rafała, który z trudem trzyma się na nogach z wrażenia.

Rosława: Czuję was jak prawdziwych. Chyba, że to doskonała halucynacja. Początek mojej choroby. Jak opuszczałam planetę wszyscy byli na to chorzy umierali.

Teresa: Prawdziwi jesteśmy!

Rosława ją denerwuje. Sama nie wie dlaczego. Być może wyczuwa w niej rywalkę do serca Rafała, ale przecież ona go nie kocha. Wcale jej się Rafał nie podoba, a jednak czuje niechęć do Rosławy.

Teresa ( zdenerwowana ): Proszę pani, czy pani wie, gdzie jesteśmy? Dokąd jedziemy?
Rosława: Jak to gdzie i dokąd? Wy nie wiecie?
Teresa: Nie.
Rosława: Jesteśmy w pociągu do Sensbezsensu. Wysiadamy niedługo.
Rafał ( bardzo zdziwiony ): Sensbezsens?
Rosława: Takie miasto. My tam jedziemy.

Teresa: Ale po co?
Rosława: Nie wiem. Nie pamiętam. W mieście na pewno się dowiemy.
Rafał: W mieście?

Rosława znów podchodzi do niego. Ociera się jak kot. W Teresie budzi się jeszcze większa złość. Ma ochotę uderzyć Rosławę.

Rosława ( widzi jej złość ): Przepraszam. My elfy zawsze się tak poznajemy.
Teresa: To czemu ze mną się nie poznajesz, tylko z nim?
Rosława ( śmieje się ): Bo jesteś rodzaju żeńskiego jak ja. I bez ocierania czuję cię doskonale.

Teresa ( do siebie ): Coś takiego.

Rafał: Co to za miasto?
Rosława: Nie wiem. Nie wyczuwam. Kiedy próbuję zbliżyć się myślą, coś mnie odrzuca.

Teresa ( nadal zła ): A inne rzeczy pani wyczuwa.
Rosława: Jestem Rosława. Mów mi po imieniu. Inne zawsze wyczuwam. W szkole mnie nauczyli, a was nie?
Teresa: Nie.
Rosława: No, tak. Zapomniałam, że jesteście ludźmi. Czego was uczą w szkole?
Rafał: Matematyki, polskiego, angielskiego, fizyki, chemii ....

Rosława ( łapie się za uszy ): Dość. Ciężkie energie czuję.
Teresa: W czym?
Rosława: W tych słowach. 
Teresa: Dlaczego?

Rosława: Przypomniałam sobie kolejny kawałek życia. Stoję i patrzę jak wybucha wielki smok. Elfy padają jeden po drugim. Tylko ja jakoś stoję nadal. Nasze budynki łamią się. Znikają. Znika przestrzeń. Elfy krzyczą. 
Nie, nie, dalej nie mogę. Wszystko zginęło.

Rosława kuli się. Jakby czuła ból i chciała natychmiast zniknąć. W Teresie budzi się radość. Myśli sobie - ma za swoje.

Rafał kuca obok Rosławy obejmuję ją. Radość Teresy natychmiast znika. Rafał podnosi Rosławę. Teraz ona przytula się do niego.

Rosława: Dziękuję. Uratowałeś mnie.

Całuje w policzek Rafała. Teresa się odwraca. Żałuje, że wzięła ze sobą Rafała. Trzeba go było zostawić. Lepiej, żeby dzieci go zabiły.
Ma ochotę kopnąć jedno i drugie, gdy nagle odzywa się metaliczny głos.

Głos: Zbliżamy się do stacji Sensbezsens. Podróżnym przypominamy o zabraniu bagaży. Życzymy miłej dalszej podróży.

Teresa, Rafał i Rosława patrzą na powoli zwalniający krajobraz za oknem. Widać  już różnokolorowe domy. Tu i tam na polach pasą się krowy. Zieleń miesza się ze śniegiem jakby oboje nie mogli się zdecydować, czy ma być wiosna, zima czy lato. Wzgórza. W dolinach ulice, ludzie i inne istoty. Dalej morze. Wieżowce. Kamienice. Małe stare wiejskie chałupy. Drzewa pełne owoców. Drzewa nagie pokryte śniegiem. Zwyczajny groch z kapustą.

Rosława: To dojechaliśmy. Wiecie już, gdzie będziecie mieszkać?
Teresa ( ostrym głosem ): Nie.
Rosława ( patrzy na Rafała ): Szkoda.
Rafał ( wzdycha ): Szkoda.

Teresa ( do Rafała ): Idziesz ze mną?
Rosława: Z nią idziesz?

Rafał ( nawet się nie zastanawia ): Mogę z tobą?
Rosława ( bardzo zadowolona ): Tak.

Pociąg staje. Wysiadają. Teresa naburmuszona sama. Rafał z Rosławą razem. Znów się przytulają. Trzymają za ręce. Za nimi inni : istoty takie jak Rosława, jak kosmici, jak postacie z bajek, zwierzęta zwykłe i mówiące we wszystkich językach, wreszcie ludzie.


P. S. Podróż dobiegła końca. Moja opowieść jeszcze nie. Wrócę do niej jak już będę wiedzieć: co dalej z Rafałem, Rosławą, Teresą, bliźniakami. Jak sobie dają radę w nowym świecie? Ile już wiedzą? Ile jeszcze nie? 

 


 
 
 




 









wtorek, 24 stycznia 2017

Dobre rady.

Czy pamiętacie jeszcze małżeństwo, które znikło i nagle się pojawiło? 
Jeśli nie, nic nie szkodzi. Zawsze możecie zajrzeć tutaj 
albo potraktować to opowiadanie jako inną, oddzielną historię.

Zdjęcie ze strony.

Bezdomny

Szedł powoli ze swoją torbą na kółkach. On i ta torba już wiele mieli za sobą. 
I pewnie jeszcze wiele przed sobą. Tak myślał. A jednak....

Wyrośli przed nim tak nagle, że ze zdziwienia prawie się przewrócił na oblodzonej drodze.

- Dam panu dobrą radę - powiedziała kobieta w ciemnobrązowym płaszczu i dużych okrągłych okularach.

On zaraz się odsunął. Dość miał dobrych rad ,,życzliwych,, ludzi.

- Pójdzie pan pod ten adres. Tam szukają kogoś takiego jak pan. Zarobi pan i wynajmie sobie mieszkanie.

Wzdrygnął się. Jeszcze czego. Wprowadzi się do obcego mieszkania, a za chwilę będzie musiał się wynieść z powodu niedokręconej wody, spalonego czajnika, źle wiszącego ręcznika, niespuszczonej klapy od sedesu itd. itp. Już to znał. Już to przerabiał i nie chciał do tego wrócić. A praca po co mu, jeśli i tak może zarobić pilnując cudzych samochodów, zbierając puszki. Robiąc cokolwiek, co teraz robi. Kąt w opuszczonym, starym domu znalazł wczoraj. Naprawdę można żyć bez mieszkania i pracy. Ta zawsze wymaga od człowieka punktualności, wysiłku i czasu. Przede wszystkim czasu. 

- Będziesz mógł kupić sobie mieszkanie - podkreśliła każde słowo kobieta.
- Mieszkanie i praca. Pomyśl tylko. Własny dach nad głową - dodał stojący obok mężczyzna, pewnie mąż tej kobiety.

Oboje uśmiechali się do niego, podczas gdy on się zastanawiał, czy to świadkowe Jehowy. Drobny szczegół, który wyjaśniałby wszystko.

- Nie należymy do żadnej sekty - odezwała się kobieta jakby czytała w jego myślach.
- Przyjmij radę nie pożałujesz. Nie chcesz chyba do końca życia być bezdomnym - dodał mężczyzna.

Chciał, nie chciał? Dobrze mu było z tym, co miał. Nie lubił dużo myśleć i się zastanawiać. Pewnie dlatego szkoły nie skończył. Dlatego poszedł w alkohol, a potem w życie na ulicy. Najważniejsze, że nikt mu niczego nie dyktował. Czuł się wolny.

Oni też mogą się wypchać ze swoimi ,,dobrymi,, radami.

- Jesteś pewien? - I znów mężczyzna jak wcześniej kobieta odczytał jego myśli. 
- Tak - odparł. 
- Dobrze. Jak chcesz.

Mężczyzna uśmiechnął się po raz ostatni. Kobieta też. Odwrócili się i sobie poszli. On jeszcze przez chwilę stał.

W końcu chwycił torbę i ruszył w swoją stronę. Wiatr dmuchnął mu w twarz. W powietrzu zawisła cisza. 

- Coś się stanie - pomyślał.

Chwilę później wpadł pod tramwaj, gdy przechodził przez ulicę. 

Inni.

Eugenia wybierała ziemniaki na rynku, gdy do niej podeszli.

- Niech pani wybierze tamte. Są lepsze.
Wskazała palcem kobieta, która kogoś Eugenii przypominała, ale kogo? Eugenia chętnie by się tego dowiedziała. Szara czapka nasunięta na oczy kobiety dodatkowo ukryte za dużymi okrągłymi okularami raczej nie ułatwiały sprawy.

- Pani próbowała? - zapytała dokładnie badając wzrokiem nieznajomą.
- Nie, ale wiem, że lepsze.
Ciekawe skąd? - pomyślała Eugenia.
- Nieważne skąd. Te są naprawdę dobre - odezwał się mężczyzna.
Teraz dopiero Eugenia zauważyła, że stał obok. Był mężem tej kobiety. Zaraz, zaraz czy to Olga i Zdzisław, ci którzy zaginęli, nagle się pojawili i nadal nie wiadomo, co się z nimi działo?

W odpowiedzi mężczyzna się uśmiechnął.
- Tak. To my - powiedział jakby czytał w myślach Eugenii.
Eugenię to przeraziło. Chyba dlatego zdecydowała się na gorsze ziemniaki.
- Będziesz żałowała Eugenio - głos Zdzisława zabrzmiał jak groźba. I skąd on znał jej imię? Eugenia nie była pewna, czy chce znać odpowiedź.

Tego samego dnia w innym miejscu Stanisława kupowała jabłka. Właśnie pochylała się nad tymi, które wydawały się jej najładniejsze, gdy obok niej pojawiła się kobieta.

- Te są spryskane i niezdrowe - poinformowała Stanisławę.
- Pani je już jadła? - zdziwiła się Stanisława.
- Nie, ale mówię prawdę. Niech pani spojrzy na te obok.

Stanisława spojrzała. Małe, pomarszczone, z plamami i mają być lepsze?! 
Coś takiego - pomyślała Stanisława.

- Niech się pani nie kieruje wyglądem. Są lepsze - zapewnił mężczyzna, który pewnie był mężem lub bratem kobiety. Wyglądali podobnie. Oboje w ciemnobrązowych płaszczach, szarych czapkach i okrągłych okularach. 

Może to bliźniacy - pomyślała Stanisława.

- Nie, jesteśmy małżeństwem. Olga i Zdzisław, Stanisławo.
- My się znamy? 

Stanisława poczuła w sobie dziwny niepokój. Oni ją znali, a ona nie pamiętała, żeby kiedykolwiek ich wcześniej widziała, chociaż ten strój, okulary, imiona. To chyba byli ci, o których opowiadała Rozalia, że znikli, a potem się pojawili. Stanisława nie sądziła, że kiedyś sama ich spotka. Mogła skorzystać z okazji i wypytać ich, gdzie byli. Z drugiej strony czuła niechęć do dalszej rozmowy z nimi.

- Państwo wybaczą, ale się spieszę - powiedziała jak zwykle, gdy chciała szybko się ulotnić.
Do koszyka nie włożyła żadnych jabłek. Straciła na nie ochotę.

- Nie kupi pani tych jabłek? -Olga dalej próbowała ją namawiać.
- Przypomniałam sobie, że mam już je w domu - skłamała Stanisława.
- Nie ładnie tak kłamać - pogroził palcem mężczyzna.

I Stanisława już wiedziała, że będzie tego żałować.

Florentyna zapatrzyła się w niebo. Myślała o wspólnym wyjeździe z Zygmuntem na gorącą plażę. Do Grecji? Do Egiptu? Na Bali?
Kiedy i gdzie? Teraz w styczniu czy na wiosnę?

- Najlepiej w lutym do Francji na Lazurowe Wybrzeże - podpowiedziała jej nieznajoma, która nagle zmaterializowała się jak duch tuż obok Florentyny.
- Tam nie jest tak ciepło jak w Grecji - odparła Florentyna.
- Ale pięknie. Lasy, góry, plaża - dalej radziła kobieta. Zupełnie jakby pracowała w biurze podróży. 
- Sama nie wiem. Muszę skonsultować się z moim partnerem.

Florentyna z dumą wymówiła ostatnie słowo i wtedy odezwał się mężczyzna. Dziwne stał obok, a dopiero teraz Florentyna go zauważyła.

- Chciałby pani z nim być, prawda? - zapytał i ciągnął dalej mimo zmieszanej miny Florentyny. - Więc  niech pani słucha mojej żony. W przeciwnym razie ...

Florentyna nie pozwoliła mu dokończyć.
- Czy to groźba?
- Ależ skąd, dobra rada.
Mężczyzna się uśmiechnął.
- A wiecie, gdzie ja mam takie rady i co ja z nimi robię? - głos Florentyny podniósł się. Stawał się coraz bardziej agresywny. - Pieprzę wasze rady i tym podobne. 

Zanim Florentyna zdążyła się zbliżyć do małżeństwa, ci zniknęli jakby rozwiali się w powietrzu.

Florentyna potrząsnęła głową. Rozejrzała się w koło. W końcu doszła do wniosku, że chyba miała halucynacje. Pewnie to jeszcze po wczorajszej trawce, którą Zygmunt nie wiadomo skąd wytrzasnął.

Ostatnia tego dnia na drodze Olgi i Zdzisława stanęła Radomiła.
Właśnie radosna wracała ze spotkania z Kazimierzem. Dziś się jej oświadczył. Dał pierścionek zaręczynowy. Za chwilę Radomiła spakuje swoje rzeczy i przeniesie się do niego.

- Nie rób tego. On już ma żonę - powiedziała kobieta, która nagle się przed nią pojawiła. Jak groźny duch. Bardzo zły, bo przecież nic dobrego nie mówiła.

- Pamiętasz Teo? - ciągnęła swoje pouczenie nieznajoma. - On kocha cię naprawdę i zasługuje na kogoś takiego jak ty, a ty na niego. Pasujecie do siebie. Poza tym jest rozwiedziony, a Kazimierz nie.

No, nie, dość! Wstrętna starucha. Skąd ona zna te szczegóły z mojego życia - myślała Radomiła. - Pewnie kumpelka Eugenii, a ta wiadomo, chodzący internet.

- Nie jestem kumpelką Eugenii. Ja po prostu wiem, co jest dla ciebie dobre.
- Znamy się, żeby pani mi zwracała uwagę i do tego tak bezpośrednio? - zapytała Radomiła, czując jak wzbiera w niej złość na nieznajomą.
- Przepraszam. Niech się pani nie gniewa na moją żonę. Mamy córkę w podobnym wieku. Żona się czasem zapomina. Jednak mówiła prawdę. Życie z Kazimierzem nie jest dla pani. Lepiej niech pani wybierze Teo.

Jeszcze jeden, który udawał specjalistę od życia. Wyglądał podobnie jak jego żona. Ciemnobrązowy płaszcz i okrągłe okulary.
Dwa chodzące coache jak to się teraz modnie nazywa.

Radomiła nie chciała ich słuchać, a nie bardzo wiedząc, co powiedzieć, wybuchła.

- Ja was o radę nie prosiłam stare paskudne pryki. Zabierajcie się stąd razem ze swoimi radami, bo jak nie...

Małżeństwo znikło tak nagle jak się pojawiło. Na próżno Radomiła rozglądała się za nimi.
Przecież nie zdążyłam im wszystkiego powiedzieć - denerwowała się Radomiła. - Gdzie oni się podziali? 

 Skutki.

 Eugenia po obiedzie złożonym z kupionych ziemniaków, strasznie się rozchorowała. Pogotowie zabrało ją na ostry dyżur do pobliskiego szpitala. Tam lekarz bezskutecznie próbował znaleźć przyczynę bólu brzucha i biegunki. Dostała leki, ale nie podziałały. Jej organizm nadal się odwadniał. Była na skraju śmierci. 

Podobnie działo się ze Stanisławą. Z pewną różnicą. Nie męczył ją brzuch i biegunka lecz serce. Pogotowie zabrało ją do tego samego szpitala. Podano jej leki, które tak jak w przypadku Eugenii nie pomogły.

Florentyna i Radomiła czuły się dobrze pod względem fizycznym. Jednak nie bardzo psychicznie. Jednej i drugiej urósł kamień w sercu. Kamień depresji. 

Florentyna w pełni zdała sobie sprawę, że zabrała Zygmunta Klementynie, że przez nią Klementyna rozpacza. Gdyby mogła wszystko naprawić. Z drugiej strony nie chciała wcale, żeby Zygmunt wrócił do swojej dawnej wybranki, żeby to z nią spędził resztę życia. Jak pogodzić wyrzuty sumienia z pragnieniem bycia z Zygmuntem? Nie da się. Florentyna tonęła w rozpaczy.

Kawałek dalej w tym samym bloku płakała Radomiła. Jak szybko dziwne małżeństwo zabrało jej radość życia. Pamiętała Teo. Często o nim myślała, ale on przecież sam przestał się odzywać. Za to Kazimierz wrócił. Jego żona odeszła. Kwestia czasu, kiedy będzie wolny i razem ułożą sobie życie. Tak pięknie się zapowiadało. W jednej chwili wszystko runęło. I co teraz będzie? Jak ma żyć z Kaźmierzem i smutkiem czy sama pozbawiona sensu życia?

Aleksandra.

Wracała ze szkoły przez park. Na ławce siedziało dwoje starszych ludzi. Trochę podobnych do jej upierdliwych dziadków. Dlatego przyspieszyła. Nie chciała, żeby ją zagadywali. Jak to starsi ludzie. Nudzą się i zaczepiają innych. Potem trują im godzinami o swoich chorobach.

Już prawie ich mijała. Już myślała, udało się, gdy kobieta się odezwała.

- Nie idź z Jagodą do kina.

Ciekawe. Skąd ona znała koleżankę Aleksandry. Od tej plotkary Eugenii starej baby z jej bloku. Cały czas tylko siedziała w oknie. Obserwowała innych. Chodziła za nimi. Za Aleksandrą też pewnie gdzieś poszła. Zaczaiła się w krzakach, gdy na ławce w parku dzieliły się z Jagodą papierosem. I ci tutaj teraz ją pouczają.

Aleksandra wyjątkowo postanowiła nie reagować, iść dalej, udawać, że nic nie słyszała. Czasem to był najlepszy sposób na starych. 

- Nie uciekaj. Moja żona dobrze ci radzi - krzyknął za nią mężczyzna.

Aleksandra się zatrzymała. Coś trzeba zrobić - pomyślała. - Nie mogą zatrzymywać mnie jakieś paskudne staruchy.

Wymacała w kieszeni wczoraj znalezione lusterko. Wyjęła je. Rzuciła zajączkiem ze słońca, które właśnie się pojawiło. Najpierw w twarz kobiety, potem mężczyzny. Oboje jęknęli. Skulili się w sobie. Spadli z ławki twarzami w śnieg przy ławce.

Aleksandra poczuła ulgę. Po raz pierwszy chciało się jej śmiać i skakać ze szczęścia. Wolna, lekka pobiegła do domu. Nawet nie pomyślała o ludziach, których poraziła światełkiem z lusterka.

Olga i Zdzisław wkrótce znaleźli się w szpitalu, w którym była już Eugenia i Stanisława. Oboje w stanie śpiączki.

Tymczasem zarówno Eugenia jak i Stanisława poczuły się lepiej. Jednej uspokoiło się serce, drugiej brzuch. Wkrótce wróciły do swojego domu nadal nie rozumiejąc, co się z nimi stało. Dlaczego tak nagle zachorowały, a potem wyzdrowiały.

Samopoczucie Florentyny i Radomiły też się poprawiło. Obie zanurzyły się w ramionach swoich ukochanych mężczyzn.


P. S. Jednak czy na pewno to już koniec? Co będzie, gdy Olga i Zdzisław się obudzą? Czy dalej będą rzucać swoimi radami w innych ludzi?


 

 




 









wtorek, 17 stycznia 2017

Dziecko Kaliny.

Pisałam o niej dawno temu. Jak jeszcze było lato, a ja się wybierałam nad morze. Teraz, gdy zimno i biało, aż trudno uwierzyć, że słońce piekło i chodziło się na pół nago po rozpalonej plaży.
Wracając do bohaterki, kim ona jest i kim jest jej dziecko?

Zdjęcie stąd.

Początek.

 Zaczęło się od uśmiechu, a może od słów: 
- Jak masz na imię? 
- Kalina.
- I mieszkasz tutaj?
- Tak. W tym domu za górką i figurą Matki Boskiej.
- Aha.

Nieznajomemu świeciły się oczy. Na zielono. Może dlatego pozwoliła, żeby ją zagadał. Zwykle nieznanym mężczyznom na to nie pozwalała. Cały czas od 20 lat była wierna swojemu mężowi. Urodziła mu sześcioro dzieci. Niespotykana liczba w dzisiejszych czasach. Nawet na wsi, bo i tutaj dotarła cywilizacja. Kobiety rodziły dwoje, czasem troje, a potem zwykle mówiły dość i stosowały różne rodzaje antykoncepcji.

Kalina nie. Jej wiara w Boga na to nie pozwalała. Poza tym kochała dzieci. Jej mąż też. Zawsze każde witali z radością.

Ona się nimi zajmowała. Dostawała na nie zasiłki i różne rzeczy od państwa np. jedzenie, ubrania, wreszcie 500 plus. Mąż Grzegorz zarabiał. I dobrze im było. Do czasu. Do tych oczu zielonych, płowych włosów, piegów na nosie, biało- czarnego ubrania. Do Ludwika, bo tak się w końcu przedstawił.

Zabrał ją do dziwnego miejsca w lesie. Stał tam duży okrągły statek kosmiczny. Wokół wibrowało powietrze jakby jakaś siła oddzielała tę część świata od całej reszty.

- Podoba ci się? - zapytał, a oczy znów mu zaczęły błyszczeć.
- Tak - przyznała. - Kręcisz tu jakiś film fantastyczny? 

Od początku nie wierzyła w realność statku i panującej wokół atmosfery. I w tym tkwił cały problem jak sobie to później uświadomiła. Niestety zbyt późno. Czasu nie można było cofnąć. Nie dało się wrócić do przeszłości. Naprawić błąd, jaki popełniła.

Wtedy się do niego uśmiechała.

- Wejdziesz ? - zaproponował.

Weszła. Wnętrze statku wyglądało jak jej ideał domu. Przytulne, ciche, kolorowe. Brak ciężkich mebli. Zasłon z grubego materiału. Okna małe, ale jakieś swojskie, przyjazne. Stolik okrągły niebieski, nieprzykryty serwetą, głębokie fotele czerwone, pomarańczowy grupy materac. Zamiast dywanu gołe drewniane klepki.

Czuła się tu tak dobrze i ani przez chwilę nie przyszło jej do głowy, że to może być tylko iluzja. Zaraz wsiąkła, zginęła w nowym świecie, świecie Ludwika.

- Podobasz mi się. Dlatego cię wybrałem. Nie mógłbym brzydkiej kobiety wpuścić na pokład mojego statku.

Całował ją w szyję. Pieścił wargami jej nagie piersi. Zatrzymał się na dłużej na jej udach. Dotarł językiem do ukrytego we włosach miejsca. ( Kalina należała do tych nielicznych kobiet, które się nie depilują. Zresztą i tak się nie opalała ).

Dotykał językiem. Robił coś, czego jej mąż nie robił. I ona odkrywała siebie na nowo. Jakże inną, szaloną, namiętną.

Wiła się pod nim jak wąż z przyjemności, jaką jej dawał. I, gdy tylko dotykał, i gdy wszedł w nią gwałtownie. Gdy się w niej, na niej poruszał. Gdy brał ją od tyłu, z boku, znów pod sobą.

Rozkosz zdawała się nie mieć końca. Poniosła Kalinę jak fala.
Nie istniało nic poza jego ciałem i jej ciałem. Nic poza ich doskonałą harmonią.

I niestety wszystko zbyt krótko trwało. Kalina nawet nie zauważyła, kiedy w niej skończył. Kiedy spadła z wyżyn ekstazy z powrotem na ziemię.

Stało się. 

- Spotkamy się jeszcze? - pytała, przytulając się do niego na materacu.
- Niestety, nie mogę ci powiedzieć. Może, a jeśli nie, pamiętaj kocham cię. Będziesz matką mojego dziecka. Nigdy o tobie nie zapomnę.
- Co takiego? 

Jej pytanie zginęło w przestrzeni, która nagle stała się dla Kaliny zbyt senna. Zamknęła oczy.

- Śpij. Zapomnij. Tak będzie lepiej. Nie poczujesz za mną tęsknoty.
Ja i tak nie mógłbym żyć z tobą tutaj, ani ty tam ze mną. 

Ludwik szeptał jej do ucha zaklęcie. I podziałało.

Gdy Kalina się obudziła, statku już nie było. Leżała w szarym, jesiennym płaszczu na polanie w lesie. Dziwiła się skąd i dlaczego się tu wzięła.

Zmiany.

Pojawiły się po jakimś czasie. Niechciane, koszmarne.
Najpierw tylko w formie dziwnych snów o dziecku. O dziewczynce ze złotymi lokami i uśmiechem. W jej obecności czuła się dziwnie lekko.

- Jestem twoją córką - przedstawiła się mała w pierwszym śnie.
- Jak masz na imię? - pytała Kalina.
- Zależy od ciebie. Teraz jestem bezimienna.
- Ale nie możesz być moją córką. Mam jedną i jest starsza.
- Wiem, ja jestem tą drugą. Tą, z której na początku nie będziesz zadowolona.
- Niezadowolona? Dlaczego? Kocham dzieci - dziwiła się Kalina.
- Do tej pory kochałaś. Mnie trudno ci będzie pokochać - dziewczynka się do niej uśmiechnęła.

Rozmawiały na polanie w lesie. Na tej samej, na której kiedyś Kalina leżała i dotąd nie wiedziała dlaczego. Dziewczynka wyglądała na 7 lat. Mogła być jednak starsza lub młodsza. Jej wiek jakby falował jak letnie unoszące się wokół powietrze.

- Pamiętaj ja i tak cię kocham. Nawet jeśli mnie odrzucisz, oddasz do domu dziecka albo rodzinie zastępczej - powiedziała dziewczynka.
- Żadnego swojego dziecka nie oddałam do domu dziecka i nie oddam - oburzyła się Kalina.
- Ja jestem inna. Mnie nie pokochasz na początku. Potem, jeśli mi dasz szansę, tak. A teraz chodź. Pobawimy się.

Złotowłosa mała zawsze na końcu każdego snu zapraszała Kalinę do zabawy. Biegały. Chowały się za drzewami. Huśtały na huśtawkach, które nagle się pojawiały, gdy dziewczynka wskazała na coś palcem. We wszystkich tych zabawach Kalina czuła się szczęśliwa. Nie miała ochoty się obudzić. Później nie miała ochoty wstać, wyprawić do szkoły swoje najmłodsze dziecko, Mateusza.

Chodził do drugiej klasy podstawówki. Zwykle siedział długo wieczorem przy komputerze. Potem nie mógł wstać rano bez jej pomocy.

Gdy tylko wyszedł, Kalina jak nigdy wcześniej znów zanurzała się w pościeli. Tak bardzo chciało jej się spać. Ochota pozostawała do późnego popołudnia. Czasem cały dzień. Jednak Kalina się tym nie przejmowała. Dalej robiła lub starała się robić to co zwykle: ugotować obiad, posprzątać mieszkanie, zmyć naczynia, pójść po zakupy, wrzucić rzeczy do prania.

Nawet gdy nie pojawił się kolejny okres, niczego nie podejrzewała. I wcale nie miała ochoty iść do lekarza. Może dlatego, że nie było go na miejscu. Trzeba było jechać do niego autobusem do miasteczka i wcześniej zamówić sobie przez telefon wizytę. Zbyt dużo trudu jak dla osoby zmęczonej, wiecznie spragnionej snu. Poza tym myślała, że to tylko przekwitanie, menopauza. Stąd te dziwne objawy i brak okresu.

Jednak po pewnym czasie doszły jeszcze zapachy i smaki. I tak coś, co wcześniej bardzo Kalinie smakowało, nagle stało się paskudne. W żaden sposób nie mogła tego zjeść. Na przykład kiszone ogórki bardzo zawsze lubiła, a teraz na sam ich widok czuła mdłości. Do mdłości prowadził również zapach w pobliskim sklepie z mydłem i powidłem. Jak to na wsi wszechstronnym. Chleb na półce obok wędliny i kiełbas, mleko, dżemy, sery, mydła i proste kosmetyki. Wszystko razem cuchnęło sfermentowaną kapustą, psującym się mięsem, starymi skarpetkami i kurzem.

Teraz już wie, że powinna iść do lekarza. Wtedy o tym nie myślała.
Zatykała sobie nos wyperfumowaną chusteczką. Szybko kupowała produkty z wcześniej przygotowanej listy. ( Dotychczas takiej listy nie robiła. Zawsze wiedziała, czego jej brakuje ). I szybko wybiegała ze sklepu.

Po jakimś czasie stojąc pod prysznicem, zauważyła, że brzuch ma bardziej zaokrąglony. Jednak nawet to jej nie zaniepokoiło.

Pewnie to od tej czekolady i ciastek - pomyślała, bo ostatnio jadła ich dość dużo. Siedziała przed telewizorem i zjadała całą czekoladę mleczną lub paczkę cukierków albo ciastko z kremem. Nigdy wcześniej jej się to nie zdarzało. Raczej nie czuła zbyt wielkiego pociągu do słodyczy. Zdecydowanie wolała rzeczy kwaśne, kiełbasę, szynkę, śledzie. Potrawy, na które obecnie nie mogła patrzeć. Z dnia na dzień musiała zrezygnować z mięsa i odżywiać się surówkami, owocami, sokami, bo herbata i kawa też jej nie przechodziły przez gardło.

Wydawało by się, że mimo wieczornego podjadania słodyczy, powinna schudnąć. Odrzuciła przecież mięso. Tymczasem tyła. Brzuch robił się coraz większy. Musiała kupić sobie nowe ubranie. W starym już się nie mieściła.

Mąż z początku nie zwrócił uwagi. Ostatnio rzadko bywał w domu, a jeśli już to u siebie w pokoju wiecznie czymś zajęty. Przywiązany do swojego telefonu. Często zamykał się z nim w łazience lub w pokoju. Przychodził do domu coraz później. Podobno miał dużo pracy. 

Kiedy wreszcie coś zauważył, atmosfera od razu się zepsuła.

- Jesteś w ciąży, ale nie ze mną - stwierdził. - Z kim się puściłaś? Zresztą, to bez znaczenia. Rozwodzimy się.
- Jak to? - krzyknęła Kalina - Poza tym nie jestem w ciąży. Mam tylko problemy z menopauzą.
- Wiesz, komu możesz wstawiać takie głupoty? - On też krzyknął. - Na pewno nie mnie.

Ze złości rzucił talerzem o stół. Wstał. Trzasnął drzwiami od pokoju i chociaż pukała i prosiła, żeby otworzył, nie otworzył.

Już nie chciał z nią rozmawiać. Następnego dnia kazał jej się wynieść z domu. Doskonale da sobie radę bez niej. Dom należał od początku do niego. O żadnym podziale majątku nie ma mowy po tym co zrobiła. Szmata jedna. Na pociechę dał jej tydzień czasu na spakowanie rzeczy, ale pakować musi przy nim. Nie wszystko należy do niej.

Słowa męża uderzyły w nią najbardziej. Łatwość, z jaką się od niej odwrócił, poraziła Kalinę jak piorun. Jak mogło się stać coś takiego. Przecież  się kochali. Do tej pory była pewnej ich miłości.

A wszytko z powodu brzucha, który wziął się nie wiadomo skąd i dlaczego. Kalina w żaden sposób nie mogła sobie przypomnieć jesiennego zdarzenia z kosmitą Ludwikiem. On doskonale wymazał jej ten incydent z pamięci.

Żadne inna przyczyna brzucha Kalinie nie przychodziła do głowy. Nagle zdała sobie sprawę, że od dawna nie łączy jej z mężem wspólne łóżko. Z powodu pracy wyniósł się do swojego pokoju. Nawet w nocy do niej nie przychodził.

Nic dziwnego, że był zły, gdy zobaczył wreszcie jej brzuch. Ale nie miał racji. Kalina nie była w ciąży. Bo niby z kim? Jeśli on nie wchodził do jej łóżka, a ona z nikim się nie kochała.

Znów mogła iść do lekarza. Ale pakowanie rzeczy i szukanie innego miejsca zajmowało jej zbyt dużo czasu. Również próby pogodzenia się z mężem. On zwyczajnie nie chciał jej słuchać. Groźnym wzrokiem patrzył jedynie na to, co pakowała do torby, żeby tylko przypadkiem nie wzięła niczego, co było jego własnością.

Prawda

W końcu Kalina wyprowadziła się do kuzynki Wiesi. Sądziła, że u niej odzyska spokój. Znajdzie rozwiązanie problemu swojego brzucha. Jej życie na nowo się poukłada.

Tak się jednak nie stało. Na początku Wiesia była nawet miła. Potem, z każdym dalszym dniem jej pobytu stawała się nieznośna, wręcz upierdliwa. Od rana do wieczora gadała jej o jednym, że jej mieszkanie jest zbyt małe dla trzech osób, że powinna pójść do lekarza, przestać się łudzić, że to nie ciąża. To nie może być nic innego. Dla własnego dobra Kalina powinna pomyśleć o swojej przyszłości. Przestać udawać sama przed sobą, że wszytko jest dobrze, bo nic dobrze nie jest.

I w końcu Wiesia nie może jej dłużej służyć pomocą. Źle się czuje. Lekarz skierował ją do szpitala.

To ostatnie stało się  gwoździem do trumny.

Jednak Kalina miała trochę szczęścia.Wcześniej spotkała w parku swoją dawną koleżankę z podstawówki, Gosię.

Gosia pracowała w Domu Samotnej Matki. Zaproponowała jej, by tam się przeniosła, jeśli mąż ją wyrzucił z domu.

W pierwszej chwili Kalina chciała się oburzyć. Nie jest w ciąży. Jej brzuch zgrubiał z nieznanego powodu. Słowa już się pojawiły na końcu języka, gdy wyraźnie poczuła w sobie ruch dziecka. I nagle zdała sobie sprawę, że może jednak czegoś nie pamięta. Może jest w ciąży.

Swoim odkryciem podzieliła się z Wiesią, która wówczas podjęła decyzję o pójściu do szpitala.

Kalina przeniosła się do Domu Samotnej Matki.

Wreszcie poszła do lekarza. A on potwierdził je obawy. 

Dziecko miało urodzić się w lipcu. 

Do porodu zostało jej kilka dni.

Jadwiga.

Kalina dała jej imię po nielubianej ciotce. Gdyby mogła wcale, by jej nie nazywała, zostawiając ten przywilej rodzinie, która ją sobie weźmie z Domu Dziecka. Niestety bez dziecka musiałaby szukać nowego lokum. Do Domu Samotnej Matki już by jej nie przyjęli.

Dlatego ją zostawiła. Na razie. Wierzyła, że szybko dojdzie do siebie. Znajdzie pracę i jakieś mieszkanie.

Wstrętne pomarszczone brzydactwo - myślała za każdym razem, gdy musiała ją nakarmić. W szpitalu kazali wszystkim korzystać z własnego pokarmu. Tylko w wyjątkowych sytuacjach pozwalali na butelkę ze sztucznym mlekiem.

Wcześniej Kalina nigdy nie miała z tym problemu. Pewnie dlatego, że kochała swoje dzieci. Tym razem jednak nie czuła miłości. Jedynie obrzydzenie i wielki ciężar. Żadna z leżących obok nie potrafiła jej zrozumieć. 

W dodatku oprócz Gosi nikt jej nie odwiedził.

- Jaka piękna? Jak ma na imię? - zachwycała się koleżanka, zupełnie nie zauważając grymasu na twarzy Kaliny.
- Jadwiga.
- Nie martw się. Pomogę ci. Inne kobiety na pewno też. Takie są zasady w naszym domu. Nie zostawia się samej żadnej matki, zwłaszcza na początku.
- Aha.

Kalinie gadać się nie chciało, ani patrzeć na to, co Gosia jej przyniosła. Same smakołyki: czekolada, kruche ciasteczka, ciasto kakaowe zrobione przez Gosię oraz banany, pomarańcze, szynka w plasterkach, serki o różnych smakach. Kiedyś z pewnością piała by z zachwytu. Teraz nie miała apetytu. 

- Przesadziłaś - stwierdziła.
- Wiem, że was tu marnie karmią. 

Gosia najwyraźniej czuła się dumna ze swojej pomocy. Szkoda, że Kalina nie doceniała jej wysiłku. 

- Jutro wychodzisz? - zapytała.
- Tak - potwierdziła Kalina. - Nie trzymają długo kobiet, które rodziły naturalnie.
- Dobrze. Wezmę sobie dzień wolny. Przyjdę po ciebie. Trochę ciuchów dla dziecka ci przyniosę.

Kalina powinna podziękować, ale jej się nie chciało. Słowa jakiekolwiek straciły znaczenie. Zresztą całe życie też.

Zamknęła oczy, żeby Gosia sobie już poszła.

Następne dni już w Domu Samotnej Matki były podobne do siebie. Jednocześnie dłużyły się i biegły bardzo szybko na przód.

Kalina mechanicznie wykonywała obowiązki związane z dzieckiem. Korzystała z pomocy innych matek i w zamian też im pomagała zgodnie z zasadami Domu. Poza tym szukała pracy. Łykała przepisane jej przez lekarza antydepresanty. Bez nich nic, by zrobić nie mogła. Jedynie leżałaby w łóżku. Patrzyła bezmyślnie w sufit albo w ścianę albo w to, co działo się za oknem.

Dzięki lekom jakoś funkcjonowała. Jakoś się czuła. Najlepiej z dala od Jadwigi, gdy udało się jej wyjść na zewnątrz. Pod jakimkolwiek pretekstem.

W końcu znalazła pracę jako kelnerka na pół etatu.

Zdarzenie.

Kalinie udało się wynająć mieszkanie w starej kamiennicy. Malutkie bez okna w kuchni. Z ciasną łazienką bardziej przypominającą wychodek niż łazienkę. Zimnym pokojem z wysokim sufitem i wielkim oknami. Do tego balkon jak wyjście dla ptaków. 

A jednak Kalina po raz pierwszy od dawna poczuła radość.

W najbliższym czasie miała zamiar rozstać się z niechcianym dzieckiem. Umówiła się już na spotkanie z panią z Domu Dziecka.

Jadwiga miała już pół roku. Siedziała,chociaż powinna jeszcze leżeć. Gaworzyła w sobie tylko znanym języku. Bawiła się rękami i gumową kaczuszką. Patrzyła uważnie na Kalinę, czego ta oczywiście nie widziała. Więcej się śmiała niż płakała jakby brak miłości matki wcale jej nie przeszkadzał.

Kalina zwykle zostawiała ją pod opieką sąsiadki, gdy wychodziła do pracy.

Tego dnia też tak było.

I jak zwykle po obiedzie obie: Jadwiga i sąsiadka spały.

Żadna nie zauważyła intruza.

Złodziej z łatwością sforsował zamek. Wkroczył do pokoju. Zaczął wyrzucać rzeczy z szafy i szuflad na dywan w poszukiwaniu cennych rzeczy. I już, już je miał. Ostatnie pieniądze Kaliny, które schowała w kopercie między prześcieradłami.

Zadowolony mężczyzna szedł do wyjścia, gdy nagle jego uszy poraził przenikliwy dźwięk. Złapał się za głowę, zanim stracił przytomność. Zanim upadł, zanim z jego uszu i nosa popłynęła krew, zobaczył dziecko. Patrzyło na niego w dziwny intensywny sposób. Jak demon pomyślałby, gdyby jeszcze mógł.

Z całą siłą uderzył głową i resztą ciała w podłogę. 

Sąsiadka pani Marianna od razu się obudziła. Krzyknęła z  przerażenia, widząc leżącego mężczyznę. I nie wiadomo, co by zrobiła, gdyby nie głos w jej głowie. Głos dziecka. 

- To złodziej zadzwoń na policję. Powiedz im, że usłyszałaś jak wszedł do mieszkania. Udawałaś, że śpisz, a potem walnęłaś go żelazkiem. Teraz się boisz, że go zabiłaś.

- Co? Jakim żelazkiem? Tu nie ma żadnego żelazka - pomyślała Marianna.  Zbyt zaskoczona, by zadawać jeszcze inne pytania.
- Jest w szafie. Wyjmij i połóż koło niego. A teraz już nie myśl. Tylko dzwoń  na policję - rozkazała Jadwiga.

Tak. Wszystko, co się stało było jej działaniem.

Jadwiga po raz pierwszy ujawniła swoją niezwykłość.

Później.

Eugenia i Stanisława znów się spotykały. Raz u jednej. Raz u drugiej.

Zawsze przy ciastkach i herbacie Eugenia przekazywała Stanisławie najnowsze plotki.

- Kalina się pokazała z dzieckiem.
- Coś takiego. Jednak urodziła - dziwiła się jak zwykle Stanisława.
- A co miała zrobić? W ostatnim miesiącu usunąć? Nawet w pierwszym, by jej nie pozwolili - chełpiła się swoją wiedzą Eugenia.
- Wzięła 500 plus? - ciekawiła się Stanisława, która też by chętnie coś wzięła.

- Nie wiem. Tylko ją widziałam z Wiesią i z wózkiem spacerowym.
- Czyli się pogodziły?
- Tak. Kalina przestała być niebezpieczna dla Wiesi. Wynajmuje mieszkanie. Poza tym mała się nawet Wiesi podoba. Często ją bierze do siebie.

- O, to dobrze. Też ją zobaczymy - ucieszyła się Stanisława.
- Ja już widziałam przez chwilę jak szły na ten spacer. Piękna i... - po raz pierwszy słów Eugenii zabrakło. Tak ją córka Kaliny zauroczyła. W jej obecności czuła spokój i zadowolenie, chociaż nie wiadomo z czego. Wiedziała już, że zrobi wszystko, by też od czasu do czasu popilnować małej. 

Kalina też to poczuła. Tego dnia, gdy wróciła z pracy, gdy Marianna jąkając się jak nigdy dotąd opowiedziała jej o złodzieju.
Spokój i zadowolenie. Im bliżej Jadwigi, tym bardziej wyraźny, silniejszy. 

Wkrótce mogła całkowicie odstawić antydepresanty. Tak bez powodu poczuła się szczęśliwa. I już nie chciała oddać nikomu swojego dziecka. 


P.S. I co dalej? Czy Kalina kiedyś jeszcze zmieni swoje zdanie? A może spotka na swojej drodze mężczyznę, który pokocha ją i Jadwigę? Zobaczymy w innej opowieści.