wtorek, 28 lutego 2017

Wiatr zmiany.

Czasem przychodzą takie dni, gdy nam się wydaje, że już nic się nie da zrobić. Wszystko się łamie, rozpada, a my nie mamy dość siły, by to ratować. 
I co wtedy? Pora odejść? A może na horyzoncie pojawia się coś nowego? 

Zdjęcie Edwarda Westona.

Zygmunt

Tego dnia obudził się wcześniej niż zwykle. Jeszcze nie rozwiał się mrok nocy. Mogła być piąta albo szósta. Nie chciało mu się sprawdzić, a przecież wystarczyło sięgnąć po komórkę leżącą na półce obok. 

Patrzył na odwróconą do niego tyłem nagą Florentynę, jedną z jego dwóch kobiet życia. Ta druga mieszkała piętro wyżej i to z nią na początku chciał sobie ułożyć codzienność, dopóki nie poznał bliżej uroków ciała Florentyny. Dotyku jej palców pełnego magii, okrągłych pośladków, które tak chętnie się wypinały, gdy brał ją od tyłu, piersi jak kule z wisienkami, które szybko stawały się twarde i spragnione jego pieszczot. Raz po raz się w nich zatracał. Dzięki nim budził się odnowiony, pełen energii. 

Ale teraz coś wisiało w powietrzu. Może to ten wiatr uderzający o okno jakby chciał wedrzeć się do środka i wszystko zmieść z powierzchni ziemi. A może to coś w nim, niedostosowane do życie z drugą osobą niezależnie od tego czy to kobieta czy mężczyzna. Owo coś ujawniało się zawsze w nieodpowiednich momentach i już wtedy, gdy żyła jego żona. Zmiana zmuszająca do odejścia do innego życia bez kobiet i przyjaciół.

Westchnął. Przyciągnął do siebie ciepłe ciepłe pośladki Florentyny. Zaczął gładzić je jak futro kota. Palcami sięgnął do jej otwierającej się choć nadal śpiącej cipki. Zaczął się w nią zagłębiać jednym palcem, wreszcie następnym. Florentyna westchnęła przez sen.

Jednak się nie odwróciła. Jakby nic się nie działo. Nawet wtedy gdy jego palce zastąpił rozbudzony członek. 

Teraz wzdychali razem. Poruszali się jak jedna fala. Głębiej i mocniej, dopóki nie zapragnął jej dotąd niedostępnego odbytu.

Odwrócił ją  na brzuch. Podciągnął w górę, aż przed nim uklękła. Najpierw zbadał otwór palcem, jednocześnie drugim głaszcząc jej kobiecość, najbardziej wrażliwe miejsce. 

Pod jego palcami stawała się wilgotna. Tym łatwiej było mu wejść do tej drugiej szpary. Krzyknęła, gdy się w niej zagłębił. Krzyczała, gdy poruszał się między jej pośladkami. Prawdziwa rozkosz. Wylewał ją w nią strumieniami. Zaspokojony, zmęczony. Wreszcie, w końcu mógł zapomnieć o nadchodzącej zmianie. Zasnął. Nie przejmował się reakcją Florentyny. Czy jej było dobrze? Czy sprawił jej przyjemność? Nieważne.

Florentyna.

Lubiła, gdy ją budził. Jeszcze spała, a już czuła jego palce w sobie. Pieścił jej łechtaczkę i wsuwał się do waginy. Wsuwał i rozsuwał ją do granic możliwości. Dopiero, gdy stawała się morzem wilgoci i pragnienia, wchodził w nią swoim członkiem. Szybciej i wolniej wpychał go jej do środka przyjemności. Kołysała się z nim na granicy snu i jawy, aż stało się to. Zapragnął jej od tyłu. Nie chciała, ale się poddała. Za bardzo go kochała. Bolało. Można jednak znieść, gdyby nie jego nagły brak zainteresowania pieszczeniem jej. Zostawił ją w połowie drogi. Po raz pierwszy poczuła ich odrębność i swoją samotność. Doszedł i padł. Zasnął.

Po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuła lodowaty podmuch intuicji jak ten wiatr za oknem. Przez chwilę widziała jak Zygmunt odchodzi. Ona zostaje sama z pustym mieszkaniem i swoim pustym ciałem. Nie wie co robić. Jej życie się rozsypuje. Znów chce się zabić.

Eugenia i Stanisława.

Spotkały się w drodze po pączki. Wiadomo tłusty czwartek i żadnej się nie chce piec własnoręcznie, gdy sklep pod nosem.

- Zygmunt znikł - oznajmiła Eugenia, ta zawsze lepiej poinformowana.
- A Florentyna co na to?
- Nic. Nie widziałam jej jeszcze. Pewnie siedzi w domu i płacze.
- To teraz mogą się pocieszać z Klementyną.

Stanisława uśmiechnęła się. Obraz dwóch płaczących kobiet w dziwny sposób poprawił jej nastrój. Chociaż nie będzie dziś jedyną samotną osobą jedzącą pączki.

- Przyjdziesz do mnie po obiedzie na pączki?
Zdaje się, że Eugenia pomyślała o tym samym. Po co mają jeść same jak mogą razem.
- Przyjdę. A ty wpadnij do mnie jutro.

Znów pogodzone i zadowolone jakby pocieszyły się plotkami i cudzym nieszczęściem.

Zmiana.

Florentyna leżała na łóżku skulona jak ślimak w swej skorupie, którą dla niej stała się kołdra. Tutaj mogła udawać, że jej nie ma. Nie istnieje ani ona ani jej problem: samotność. 

Jej wizja znów się spełniła. Chciała odejść z tego świata na zawsze, bo po co żyć bez niego. Jeśli sobie poszedł, w dodatku bez pożegnania, ona też pójdzie z tą różnicą, że już nie wróci. 

Myśli przerwał dźwięk dzwonka przy drzwiach.

Wrócił. Ożywiła się nagle. Pragnienie śmierci od razu zginęło, a chwilę później uderzyło w nią z większą siłą. Na progu zamiast niego stała nastolatka, ta sama, która kiedyś poradziła sobie z dziwnym małżeństwem. 

- Klementyna mi powiedziała o pani. Mogę wejść? 
Po co pytała i tak weszła do środka.
- Klementyna? - zdziwiła się Florentyna.
- Tak. Najpierw jej pomogłam, a teraz pomogę pani.
- Pomożesz?

Florentyna nie rozumiała. Dlaczego ta dziewczyna tu przyszła. Po co? I dlaczego Klementyna ją wysłała. Martwiła się o nią? O swoją rywalkę? Czy nie lepiej, gdyby pozwoliła jej umrzeć. Wtedy miałaby Zygmunta dla siebie.

- Jestem Aleksandra - przedstawiła się dziewczyna. - Wiem jak pani pomóc.

Położyła na głowie Florentyny ręce. Nawet nie zapytała czy może.

- Piękne ma pani włosy - zauważyła.

Florentynie nie chciało się odpowiadać. Nagle poczuła senność. Dziewczyna odprowadziła ją do łóżka. Potem znów nałożyła ręce na jej głowę.

Pojawiły się światła. Czarny, biały i wszystkie kolory tęczy. Florentyna zobaczyła Zygmunta. Siedział na kupie śmieci ze zwieszoną głową. Podeszła do niego.

- Co się stało? Dlaczego odszedłeś? 
- Wybacz. Wrócę, ale teraz muszę właśnie tak.
- Nie rozumiem. Dlaczego?
- Nie myśl o tym. Zapomnij.

Czy to były jego słowa czy słowa Aleksandry. Nieważne. Ciężar spadł z serca. Już wiedziała, nie skończy życia z jego powodu i bez niego może być szczęśliwa.

Florentyna otworzyła oczy. Jakby się obudziła z długiego zimowego dnia. Chciała podziękować dziewczynie, ale ona już poszła. Nie czekała na rezultat swoich zabiegów.

Eugenia i Stanisława.

Eugenia z talerzykiem w ręku patrzyła przez okno.

- Popatrz - pokazała Stanisławie.
- A ta co tutaj robi? 

Obie zdziwił widok Aleksandry.

- U kogo była? - chciała wiedzieć Stanisława.
- Leć na dół i zapytaj. Może jeszcze zdążysz.

Cały urok pączków gdzieś się ulotnił. Aleksandra go popsuła swoim pojawieniem się.

  
P. S. Starałam się, żeby było krótko i tajemniczo. Na ile mi się to udało? Podzielcie się wrażeniami. 
Oczywiście ciąg dalszy kiedyś nastąpi.
 
  



 

 

wtorek, 21 lutego 2017

Przejście.

Dotarliśmy już w jednym z poprzednich dialogów do miasta Sensbezsens. 
Podróżni wysiadają i idą w stronę wyjścia. Wtedy okazuje się, że nie tak łatwo opuścić dworzec. Dlaczego? Jak na to reagują przybysze?

Zdjęcie ze strony.

Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Jowita i Karol - strażnicy, Dalebor i Dolebor - bliźniacy, Stefan - mężczyzna w ciele kobiety, Włodek - kolega Stefana, Henryk - istota z innego świata, babcia Lusia - zmiennokształtna, Rebeka - jej wnuczka.

Dialog 1.

Miejsce: Dworzec miasta Sensbezsens, budka strażników.

W pomalowanej do połowy na czarno, a od połowy na biało prostokątnej małej budce siedzą strażnicy dworca Jowita i Karol. Oboje w czarno-białych mundurach. Ściany, sufit i podłoga również czarno-białe. Podobnie stół i krzesła.

Karol liczy coś na kartce w kratkę też czarno-białej. Liczby pojawiają się w rządkach jedna pod drugą. Karol mruczy pod nosem i pochyla się nad nimi jakby właśnie odkrywał istotę wszechświata. Jowita patrzy na niego i próbuje zrozumieć jego gryzmoły, lecz im bardziej stara się dotrzeć do ich sensu, tym bardziej sens się wymyka. Liczby nigdy nie były jej mocną stroną. Ona zna się jedynie na kolorach, głównie na czarnym i białym. Na swojej kartce kreśli wzory: kółka, kwadraty, fale i oczy. Dzięki temu nie czuje napięcia związanego z liczbami Karola.

Karol ( wreszcie podnosi głowę znad kartki i patrzy na Jowitę ): Pociąg przyjechał. Czas na selekcję.
Jowita ( przerażona ): Już?
Karol: Nie martw się. Dasz radę.
Jowita: Nie wiem jak ich rozpoznam.
Karol: Intuicją. Nie zapominaj, że dzięki niej zostałaś strażnikiem.
Jowita ( czerwieni się ): A nie dzięki ojcu?
Karol ( surowo ): Tutaj nie ma znajomości. Nie jesteśmy na Ziemi. Zresztą znasz procedurę pytań.
Jowita ( prostuje się i jak dobry uczeń recytuje ): Zapytać podejrzanego ile to jest dwa razy dwa. Jak powie cztery, puścić. Jak stwierdzi, nie wiem lub poda inną liczbę i inne słowo, zatrzymać. W ostateczności użyć testu kolorów. Jak przejdzie, puścić. Jak nie, zatrzymać.
Karol ( klepie Jowitę po plecach ): Bardzo dobrze koleżanko. 

Oboje wstają i wychodzą na zewnątrz, na przeciwko tłumowi przybyszów idących w stronę wyjścia. Jedyna droga prowadzi koło strażników. Wszyscy muszą obok nich przejść. Nie istnieje inne przejście, a raczej nikt go jeszcze nie odkrył.

Pierwsza zbliża się babcia Lusia z wnuczką Rebeką.Babcia nosi rudobrązowy długi płaszcz. Włosy rude spięte na czubku głowy. Na bladą twarz z piegami zsuwa się kapelusz z wielkim rondem w tym samym, co płaszcz kolorze.

Babcia trzyma za rękę wnuczkę, której uroda bardzo przypomina babcię. Każdy zauważa ich rodzinne podobieństwo.

Jowita ( do siebie ): Czy ich dary też są takie same? Zaraz się przekonamy.

Babcia Jowita już ją mija. Już chce iść dalej. W głąb tunelu prowadzącego do wyjścia.

Jowita: Dzień dobry. Proszę tu do mnie.
Babcia Lusia ( dziwi się ): O co chodzi?
Jowita: Drobiazg. Zanim pójdą panie dalej, muszę zadać pytanie?
Babcia ( obrusza się ): A po co?
Jowita: Żeby skierować panie do właściwego lokum.
Babcia: A mogłybyśmy trafić do niewłaściwego?

Pytanie babci Lusi budzi w Jowicie przeczucie: z tą łatwo nie pójdzie, a jak nie pójdzie, to znaczy, że jest odmieńcem.

Jowita: Powie mi pani, ile to jest dwa razy dwa.
Babcia Lusia ( do siebie ): Nie dość, że nie wiem, gdzie jestem i po co, to ta jeszcze będzie mnie męczyć liczeniem.

Babcia Lusia: Nie rozumiem, po co pani ta wiedza?
Rebeka ( ciągnie babcię za rękę ): Babciu powiedz i sobie pójdziemy. Jak nie powiesz ta pani nas zatrzyma.
Babcia ( nie ustępuje ): A to z jakiej racji? Maturę zdałam. Teraz nie mam ochoty po raz drugi odpowiadać na głupie pytania.
Jowita ( stara się zachować spokój ): Po raz ostatni pytam: ile to jest dwa razy dwa. Powie pani, czy nie?
Rebeka ( jeszcze raz prosi babcię ): Babciu powiedz.
Babcia Lusia ( oburzona ): Ani mi się śni.
Jowita: W takim razie pójdzie pani za tymi robotami do czarno - białego autobusu.
Babcia Lusia ( krzyczy ): Nie pójdę.

Z bocznych drzwi budynku strażników wyłaniają się androidy. Chcą chwycić babcię za ręce. Wtedy ona zmienia się w rudego pekińczyka. Szczeka. Próbuje uciec. Na próżno. Androidy chwytają ją w siatko-łapkę. Paralizatorem paraliżują. Nieprzytomną zanoszą do autobusu. 

Oniemiała z przerażenia Rebeka stoi jak słup soli. Tylko usta zamyka i otwiera jakby coś chciała powiedzieć, ale w ostatniej chwili z tego rezygnuje. Zaciska pięści. Już wie, że musi pojechać tym samym autobusem. Nie zostawi przecież babci na pastwę obcych ludzi.

Jowita: Ty możesz iść.
Rebeka: Wcale nie. Ja też nie znam wyniku.
Jowita: Ale sobie idziesz.
Rebeka ( buntowniczo ): Nie chce.
Jowita: To sobie tu stój. Do autobusu i tak nie wsiądziesz.
Rebeka: Wsiądę.

Idzie w kierunku, w którym poszli z babcią. Jednak drogę tarasują jej inne androidy. Nie może przejść, więc stoi i czeka na okazję. Niemożliwe, żeby androidy cały czas tarasowały drogę. Zbliżają się przecież inni. Rebeka wie, że za chwilę pojawi się tu tłum. Jowita nie da sobie rady. Nie wie, że z drugiej strony stoi Karol. Ten nigdy nie przegrywa. Nikt mu jeszcze nie uciekł. Nikomu nie udało się przejść obok bez jego pozwolenia.

Dialog 2.

Miejsce: Studzienka na dworcu.

Otwór doskonale zamaskowany. Wtapia się w tło szarej powierzchni dworca, lśniących płytek. Przechodzący nie patrzą na nie. Są zbyt męczące dla wzroku. Jedynie zawsze ciekawski Dalebor przygląda się wszystkiemu dokładnie. Bardzo szybko odkrywa duży okrągły otwór studzienki. Zatrzymuje się, chociaż jego brat chciałby iść dalej.

Dalebor: Zaczekaj.

Dolebor nie mówi nic. Tylko pokazuje na innych, którzy idą bez zastanowienia w stronę budki strażników. W jego mowie ten gest znaczy: wszyscy idą tam. I Dalebor jego brat bliźniak dobrze go rozumie. Przez tyle lat zdążył się już przyzwyczaić do autyzmu Dolebora, jego różnych fobii, dziwnych znaków, ruchów, którymi się porozumiewa prawie jak głuchoniemy. Odzywa się bardzo rzadko i nigdy w obecności obcych ludzi.

Dalebor: Wiem. Ale to tłum. Tłum zawsze idzie jak barany bezmyślnie. My pójdziemy inaczej, bo obaj jesteśmy kimś więcej niż tłumem. Pomożesz mi i podniesiemy właz.

O, dziwo Dolebor nie protestuje tak jak zwykle w pobliżu czegoś nowego, nieznanego. To dlatego, że tym razem czuje w powietrzu dziwny swąd, a ten zapach pojawia się zawsze, gdy zbliża się coś niedobrego.

Razem z bratem Dolebor podnosi właz. Przed nimi otwiera się zejście na dół. Schody wiodące daleko w dół.

Dalebor: Widzisz bracie. Niby studzienka, ale naprawdę jakieś tajne zejście. Nielegalne wyjście z dworca.

Dalebor schodzi, a za nim Dolebor. Dalebor zawsze idzie pierwszy i nie tylko z powodu swojego nadmuchanego do granic możliwości ego, ale również dlatego, że wtedy Dolebor czuje się bezpiecznie.

Obaj zatrzymują się na pierwszych schodach, żeby dokładnie zamknąć wejście. Nie ma potrzeby, żeby inni też tędy uciekali.

Po zasunięciu włazu pojawia się światło bardzo podobne do naturalnego. Światło z nieznanego źródła.

Schody szybko się kończą. Dalej ciągnie się długi korytarz z windami w kolorze czarnym, białym oraz wszystkich kolorach tęczy. 

Dalebor, który cały od stóp do głów jest biały chce wsiąść do białej, ale Dolebor go odciąga.

Dalebor ( z rozdrażnieniem ): Co znowu?
Dolebor ( szeptem ): Nadal ten zapach. To złe miejsce.
Dalebor (wzdycha ): A widzisz tu inne wyjście?
Dolebor ( rozgląda się ): O tam.

Pokazuje na ścianę z mało widocznym wybrzuszeniem po środku. Ściana błyszczy szarością jak płytki pokrywające powierzchnię dworca. Dolebor odważnie jakby nigdy nie męczyły go żadne strachy, naciska wybrzuszenie. Ściana się rozsuwa. Za nią pojawia się nowe przejście.

Dialog 3.

Miejsce: Dzielnica Odmieńcowo.

W oczy rzucają się wysokie budynki. Przypominają trochę wielkie kopce mrówek. Blado niebieskie. Wokół wszystkie kolory są niewyraźne. Domy znajdują się w pewnej odległości. Choć na początku bliskie jednak z każdym krokiem stają się dalsze prawie jak księżyc widziany z Ziemi.

Babcia Lusia już przytomna idzie razem z gromadą innych ludzi i istot. Łączy ich odmienność i dary. Każdy coś potrafi, czego nie umie zwykły człowiek lub istota. Z tego właśnie powodu znaleźli się tutaj. Muszą iść do swoich mieszkań w wielkich budynkach bez względu na to, czy im się to podoba czy nie. Większości raczej się nie podoba. Słychać płacz i żale tych słabych. Mocni zaciskają pięści. Wypatrują dróg ucieczki. Niestety takie tu nie istnieją. Jeśli zboczą z wytartego szlaku ścieżka, którą wybrali i tak zaprowadzi ich z powrotem do głównej drogi. Ci, co się odważyli, zmęczeni wracają.

Za babcią Lusią idzie Stefan, mężczyzna w ciele kobiety. Zwykle nie zagaduje nieznanych osób, tym bardziej w starszym wieku, bo tych szczególnie nie lubi. Tym razem jednak coś go ciągnie do babci Lusi. Chyba przeczucie, ze babcia wcale nie jest taka stara jak się wydaje. W dodatku mądra.

Stefan ( skarży się niby sam do siebie, naprawdę do babci ): Zabrali mi kolegę Włodka.
Babcia Lusia: A mnie wnuczkę Rebekę.
Stefan ( drapie się po ostrzyżonej na jeżyka głowie ): Zaraz. Coś mi przyszło do głowy.
Babcia Lusia ( ciekawa ): Co?
Stefan: Widzi pani tę trawę obok?
Babcia Lusia: Widzę. I co?
Stefan: Nic. Usiądziemy i odpoczniemy.

Babcia Lusia nie kryje zdziwienia. Dlaczego wcześniej nie wpadła na ten pomysł? Tylko szła razem z innymi mimo coraz większego zmęczenia. Dlaczego nikt oprócz tej tutaj dziwnej kobiety pachnącej jak mężczyzna o tym nie pomyślał?

Siada we wskazanym przez Stefana miejscu. Od razu czuje zmianę. Lekki wiatr muska jej włosy. Szumią drzewa. Śpiewają ptaki. Piaszczysta droga i idące nią istoty oraz ludzie oddalają się. Parę metrów dalej wyrastają domy-mrowiska. Czy to możliwe, by były tak blisko, gdy jeszcze przed chwilą zajmowały odległą przestrzeń?

Stefan: Dobry miałem pomysł?
Babcia Lusia ( kiwa głową ): Bardzo dobry.
Stefan: Czyli po raz kolejny nie zawiodła mnie intuicja.
Babcia Lusia: Tak. I jak tu pięknie.

Im dłużej siedzą tym budynki stają się coraz bliższe. Wkrótce okazuje się, że znajdują się na dużym podwórku przed jednym z domów. Z okrągłego wejścia wychodzi wysoka postać ubrana w złotą szatę. Zbliża się do nich.

Postać ( płeć trudna do zidentyfikowania ): Witam w dzielnicy Odmieńcowo. Jestem Złotyzłota. Zaprowadzę Was do waszych mieszkań i oprowadzę po okolicy.

Postać podaje im rękę. Jedną babci Lusi, drugą Stefanowi. Oboje przyjmują pomoc, chociaż dotąd nie lubili podnosić się przy udziale obcych rąk. Zwłaszcza Stefan. Zwykle nieufny wobec obcych. 

Złotyzłota prowadzi ich do otwartego wejścia. Wchodzą do chłodnego szerokiego pomieszczenia z różnego rodzaju schodami i windami.

Złotyzłota: Mieszkacie obok siebie na poziomie 1. Chcecie wejść schodami czy pojechać windą?
Stefan: Schodami. Nie przepadam za windami.
Babcia Lusia: To ja też. Poćwiczę kondycję.
Złotyzłota ( uśmiecha się ): Jeszcze będziesz miała na to dużo  czasu.

Dialog 4.

Miejsce: Dworzec przy budce strażników.

Włodek po stracie Stefana ujawnia swoje buntownicze zdolności. Krzyczy do zbliżających się ludzi.

Włodek: Ludzie nie zbliżajcie się. Ci tutaj zabiorą wam bliskich. Mojego przyjaciela już zabrali. Co z nim zrobią? Gdzie wywiozą? Pewnie do jakiegoś getta. Jak nie wiecie, co to jest getto, to wam powiem. Nie chcieli byście tam mieszkać. To najgorsze miejsce na świecie. To piekło.

Włodek nie mówi nic szczególnego, lecz intonacja i siła jego głosu sprawiają, że zarówno ludzie jak i inne istoty zatrzymują się parę metrów przed budką.

Jowita przerażona patrzy na Karola. Ten jakimś cudem zachowuje spokój. Wzrusza ramionami. Pakuje swoje rzeczy do torby.

Karol: Spadamy.
Jowita: Jak to?
Karol: Nasz czas pracy się skończył.
Jowita: Już? Teraz?
Karol: Jak się pojawiają buntownicy, zajmują się nimi androidy. One mogą tu siedzieć bez końca. Nie potrzebują jedzenia, odpoczynku. Nie mają emocji. Są nie do zdarcia.
Jowita: Aha.

Z jednej strony trochę jej szkoda, że nie zobaczy finału całej tej historii. Z drugiej bardzo chce odpocząć. Wbrew pozorom to niełatwa praca. Kilka minut tutaj mocno ją wyczerpuje. Chętnie wróci do swojego mieszkanka w dzielnicy Cudów. Zabiera swoją torbę z kanapkami, których nie zdążyła zjeść i ciuchami na zmianę, gdyby musiała tu przenocować. 

Jowita i Karol wychodzą tylnym wyjściem. 

Innym wejściem do budki wchodzą androidy. Dwa zostają w budce. Pozostałe dwa siadają przed budką.

Jeden z androidów: Opór nic wam nie da. Wyjście za budką jest jedynym wyjściem z dworca. Tylko przechodząc tędy, dostaniecie się do swoich mieszkań.
Włodek: Nie potrzebujemy mieszkań. Zamieszkamy na dworcu.
Inny android: Po 24 godzinach służby dworcowe was stąd wyrzucą siłą. Chcecie tego? Czy wolicie wyjść spokojnie z własnej woli, bez przemocy?

Tłum patrzy na Włodka, swojego przywódcę. Czeka na jego decyzję. Włodek nie chce ustępować. 

Włodek: Zobaczymy czy dadzą sobie z nami radę. W końcu to my nie oni posiadamy dary. Niech zgłoszą się do mnie natychmiast ci, którzy potrafią tworzyć.

Słowa Włodka emanują siłą. Zaraz pojawiają się przed nim kreatorzy. I już po chwili szklana kopuła oddziela przybyszów od androidów. Zaraz potem przestrzeń wewnątrz kopuły się poszerza. Powstają w niej domy, domki, drzewa, chodniki, ulice, sklepy, całe samodzielne, doskonałe miasto.

Androidy patrzą bez emocji. Wiedzą, że dar kreatorów wyczerpie się wraz z ich mocą. Ta do dłuższego istnienia potrzebuje energii, a energię większość istot tutaj czerpie z jedzenia, a to wkrótce się skończy. Wystarczy poczekać.

Żaden z androidów nie podejrzewa, że w tłumie kryją się istoty, które żywią się czymś innym. Tylko czy zechcą podzielić się swoją wiedzą ze zwykłymi ludźmi i kosmitami? 

Dialog 5.

Miejsce: Szeroki korytarz pod dworcem.

Dalebor idzie za Doleborem. Nie wiadomo kiedy prowadzenie przejął strachliwy brat. Wącha przestrzeń i powoli posuwa się dalej. Nawet nie zauważył, że przybyło mu odwagi, że teraz to on jest przywódcą. On decyduje, gdzie skręcić, a możliwości mnożą się coraz bardziej. Coraz więcej odnóg korytarza w różnych kolorach. Jedne mniej,inne bardziej przyciągają Dalebora. Dolebor jedynie pozostaje nieczuły na ich wdzięki.

Dalebor: Chodźmy tędy. Zobacz tam się świeci światło.
Dolebor ( wzrusza ramionami ): Lepiej usiądźmy. Zaczekajmy.

Głos Dolebora o dziwo brzmi jak dzwon kościelny. Taki mocny i pewny siebie. Dalebor nie potrafi się przeciwstawić. Siada z bratem na wyrastających z podłogi wybrzuszeniach. Pojawiają się nagle jak grzyby po deszczu. Wkrótce okazują się wygodnymi fotelami w kolorach czarnym i białym. Czarny dla Dolebora, który cały jest w tym kolorze. Biały dla białego Dalebora.

Dalebor: Nie poznaję cię bracie.
Dolebor ( nadal pewnym głosem ): Czy to źle?
Dalebor: Nie, dobrze. Zobacz, co się dzieje.

Przestrzeń się zmienia. Korytarz jakby się poruszał, a może to ich fotele. Jak samochody pokonują odległość. Ściany się poruszają. Mkną dalej korytarzem do okrągłego wyjścia i dalej wprost na powierzchnię. Wkrótce otaczają ich wysokie podobne do mrowisk budowle. Zieleń, śpiew ptaków, łagodny wiatr. Fotele się zatrzymują.

Do Dalebora i Dolebora zbliża się fioletowa postać o trudnej do określenia płci. 

Postać: Witam was serdecznie w dzielnicy Odmieńcowo. Jestem Fioletfioleta, wasz przewodnik. Zaprowadzę was do waszych mieszkań i wszystko po drodze pokażę.

Po raz pierwszy Dalebor nie wie, co powiedzieć. Odzywa się jego brat, jeszcze nie tak dawno milczący i wystraszony.

Dolebor: Witaj. Mnie się tu podoba. Piękny zapach.
Postać: Cieszę się, bo to miejsce wybrano dla was.

Wchodzą do czarno-białego budynku. Obaj, niemogący wydusić z siebie żadnego słowa Dalebor i dziwnie rozmowny Dolebor czują się szczęśliwi.

Dialog 6.

Miejsce: Dworzec w okolicy budki strażników.

Kreatorzy działają nadal. Włodek motywuje ich swoim słowami o prawdziwie wielkiej mocy. Pozostali organizują sobie życie pod kopułą.

Rebeka poznaje Henryka do połowy człowieka, od połowy istotę z innej planety. Stoi przy niej na długich chudych jak patyki nogach w kolorze fioletowym. Nóg nie zasłania ubranie. Wyrastają z trójkątnej miednicy podobnej do tej, jaką mają kościotrupy. Wielgachne stopy z małymi paluszkami dopełniają całości tej dziwnej połowy. Tułów, ramiona, twarz zwyczajne. Henryk ubrany jest w dżinsową kurtkę.W swojej ludzkiej części przypomina szkolnego kolegę Rebeki.

Rebeka: Zabrali mi babcię.
Henryk: Nie martw się. Wiem jak do niej dotrzeć.
Rebeka: Naprawdę.
Henryk: Tak. Mam dar przestrzeni.
Rebeka: Co to znaczy?
Henryk: Że dotrę wszędzie, gdzie chcę.
Rebeka ( klaszcze w ręce ): Super. Możemy razem z babcią ucieć.
Henryk ( dumnie ): Tak. Daj mi rękę.

Rebeka podaje rękę Henrykowi. 

Henryk: Zamknij oczy.
Rebeka: Dlaczego?
Henryk: Żeby ci się nie zakręciło w głowie.

Rebeka zamyka oczy. Henryk przez chwilę się koncentruje. Z jego oczu i głowy zaczyna wydobywać się mgła, która ogarnia ich oboje. Znikają w niej i nikt tego nie dostrzega. Ludzie i istoty są zbyt zajęte sobą.

Dialog 7.

Miejsce: Wnętrze rudo-czarnego budynku-mrówkowca. Dzielnica Odmieńcowo.
Henryk: Możesz już otworzyć oczy. Jesteśmy na miejscu.

Rebeka ostrożnie otwiera oczy. Przygląda się z ciekawością ścianom, schodom i windom.

Rebeka: Ładnie tu.
Henryk: No.
Rebeka: A babcia gdzie?
Henryk: Gdzieś tu. Bliżej nie mogę określić. Jakby coś mnie blokowało.

Przed nimi nagle pojawia się złota postać ta sama, która zaprowadziła babcię Lusię i Stefana do ich mieszkań.

Postać: Witajcie. Jestem Złotyzłota. Zaprowadzę was do waszych mieszkań na poziomie 1.
Rebeka: Ja szukam babci.
Złotyzłota: Wiem. Czeka na ciebie tutaj.

Złotyzłota wskazuje okrągłe drzwi z numerem 8. Rebeka dotyka ich ręką w poszukiwaniu klamki. Nie znajduje jej, ale drzwi i tak się przed nią otwierają. Przy drzwiach czeka już na nią babcia Lusia.

Ściskają się na powitanie.

Złotyzłota odsuwa się razem z Henrykiem. Drzwi mieszkania babci i Rebeki zamykają się.

Złotyzłota: Musisz wrócić.
Henryk ( smutny ): Wiem.
Złotyzłota: Uratuj ich.
Henryk: Nie potrafię.
Złotyzłota: Zrób, co w twojej mocy.
Henryk: Postaram się.
Złotyzłota: Powodzenia.

Henryk wraca tam, skąd przybył.

Dialog 8.

Miejsce: Dworzec pod kopułą wśród zbuntowanych.

Henryk podchodzi do rozmawiającego z kreatorami Włodka. Ciągnie Włodka za rękaw, by ten wreszcie zwrócił na niego uwagę.

Włodek: Czego chcesz?
Henryk: Muszę z panem porozmawiać. To ważne.
Włodek: Mów.
Henryk: Nie przy nich.

Henryk pokazuje na kreatorów.

Włodek: To moi najbliżsi współpracownicy.
Henryk: Nalegam. Proszę.

Ostatnie słowa Henryka budzą w ciele Włodka dreszcze. Już wie, że szykuje się coś niedobrego.

Henryk: Przed chwilą rozmawiałem z mieszkańcem Odmieńcowo, który mi zdradził, że zginiecie. Wszystko zginie. Gdzie potem traficie, nie wiem.
Włodek ( przerażony ): Kiedy?
Henryk: Nie wiem.
Włodek: Co robić.
Henryk: Nie wiem.
Włodek ( zły ): Przynosisz informacje, a naprawdę nic nie wiesz.
Henryk: Nie powiedział mi.
Włodek: Jak nie, to idź sobie. Nie przeszkadzaj.

Włodek wraca do rozmowy z kreatorami. Henryk czuje całą swoją bezradność.

Henryk ( do siebie ): Co robić?

Dialog 9.

Miejsce: Poza tym światem. W nieokreślonej przestrzeni.
Dwóch graczy pochyla się nad stołem, dużym prostokątnym. Patrzą z uwagą na swoje pionki: ludzi i istoty zgromadzone na dworcu i te w dzielnicy Odmieńcowo.

Gracz 1: Co dalej?
Gracz 2: Ech, znudziła mi się ta zabawa. Skończmy z tym światem. Niech się wysadzą w powietrze.
Gracz 1: Zbyt szybko się nudzisz. Stworzysz następny świat, a za chwilę będzie to samo.
Gracz 2: Pionki są takie powtarzalne. Wciąż robią to samo.
Gracz 1: Wprowadź jakąś zmianę.
Gracz 2: Tyle ich już było. Koniec z tym.

Gracz 2 już się pochyla nad stołem. Już sięga do guzika, który ma zakończyć tę grę, gdy pojawia się Ona.  Kobieta- Życie, Początek i Koniec, Tao, Tajemnica, Nieskończoność, Twórca.

Ona: Mam pomysł.

Gracze pokornie jej słuchają. Gra toczy się dalej.


P. S. W jakim kierunku to się okaże wcześniej lub później czyli czekajcie cierpliwie na ciąg dalszy.


 



 
 




 





 










  


   


 

 



  



wtorek, 14 lutego 2017

Święto Różowego Potwora.

Wybaczcie, że tak nazwałam Wasze z pewnością ulubione święto.
Dlaczego moje nie? Bo kojarzy mi się z komercją i obcymi ludkami z Anglii. Nie to, żebym ich nie lubiła. Ja zwyczajnie nie znoszę bezmyślnego naśladownictwa. W końcu mamy swoje słowiańskie święto: Noc Kupały.

Ale, ale mimo wszystko, z tej różowej okazji, życzę Wam prawdziwej, nie różowej miłości i w prezencie daję Wam swoje erotyki.

Zdjęcie stąd.

Na krawędzi naszych warg
jest zupełnie inny świat.
On i ona objęci,
swoich ciał spragnieni
zlizują rozkosz językami.
Za chwilę znikną
w kosmicznej czerni.
I co się tam będzie działo.
Jedno ciało posmakuje
drugiego ciała.
Połączą się uda,
pośladki,
wagina z penisem
bardzo twardym.
Zanim to nastąpi
on ją poliże
nieco niżej.
Ona odkryje
jego męskość 
i zacznie ssać,
wciągać w usta
gorące jakby 
pożerała smacznego lizaka.
On będzie ją badał
palcami w środku
i na zewnątrz
aż się otworzy cała.
Pozwoli mu wejść
do mrocznej, wilgotnej
joni.
On poczuje się jak
w domu.
Przyjemne ciasne wnętrze.
Wilgoć rozkoszy.
Nie jedno z nich westchnie.
Na górze,
z tyłu,
z boku,
jak się da
on w niej się poruszy.
Do szczytu doprowadzi
ją i siebie.
I słowa znikną.
Tylko ich wargi
wyszepczą:
kocham cię.

Zdjęcie stąd.

Za siedmioma górami,
rzekami, lasami
żyła sobie księżniczka Dorota.
Imię zwyczajne,
lecz jej natura niezwyczajna.
Lubiła najbardziej
sztukę miłosną uprawiać.
Cały dzień by się pieściła
sama 
z braku kochanków.
Gdy czasem jakiś się znalazł,
szybko przy niej wymiękał
z powodu nieskończonych
jej pragnień.
I tak jeden za drugim
bywał przy niej królem.
Kładła go na koniu
białym, swoim ulubionym
i na nim siadała.
Ujeżdżała ile wlezie.
Ciągle mokra
jej cipka
krzyczała:
więcej, głębiej,
dalej, bardziej,
mocniej.
Kochanek jednak wiotczał
prędzej
czy później.
A następnego dnia
głowę tracił.
Księżniczka szukała
następnego chętnego
na jej szparkę. 

Zdjęcie ze strony.

Kiedyś Amor
poprosił świnkę Tusię,
żeby go zastąpiła.
On sobie choć jeden dzień
odpocznie.
I co to było?
Świnka latała 
z wielkim sercem
do każdego domu
z otwartym oknem.
Serce rzucała
byle gdzie,
bo się spieszyła
do następnego okna.
Tak bardzo chciała
się pochwalić
ilością zakochanych istot
przed pięknym Amorem.
I tak serce zostawiła
na sedesie.
Sedes się zakochał
w pulchnej pupie Aldony.
Ach jak ona cudnie
z siebie wydzielała
niestrawione resztki
jedzenia.
Co za wspaniałe brązowe
grudki.
Nie wchodźmy jednak
w szczegóły.
Aldona przez Sedes
w tyłek gryziona,
klepana jego klapą
w pośladek
w końcu Sedes
na śmietnik wyrzuciła
i tam dokonał on żywota.
Coś ty zrobiła,
krzyczał Amor na Tusię.
Kto widział,
żeby martwy przedmiot
kochał człowieka.
Ja widziałam,
odparła świnka
i mnie się podobało.
Przecież twoi zakochani
też kończą ze sobą,
gdy miłość ich opuści.

Zdjęcie ze strony.

Razu pewnego
koziołek Matołek
panny zapragnął,
co nigdy jeszcze
przez mężczyznę
nie była dotykana
w miejscach intymnych.
Czasem jedynie
ojciec dał jej klapsa.
Od tej pory
czuła niechęć
do płci odmiennej.
Udało się Matołkowi
zachęcić ją do rozbierania.
Zdjęła z siebie
wszystkie ubrania.
Naga się położyła.
Matołkowi od razu
podniosła się pała.
Położył się na niej.
Ona żałosną minę
odwróciła.
Jak deska bez czucia
leżała, 
gdy on próbował
wepchnąć w nią
swą dzidę.
Na próżno.
Była zbyt wąska,
zbyt mała.
Szybko się zamykała,
nawet gdy siłą
próbował się w nią
wedrzeć.
I w końcu
opadł jego korzeń.
Zniechęcony
na niej spoczął.
Ona nie zauważyła,
ani jego pchnięć,
ani żaru ciała,
ani bezsilności,
z jaką się poddał.
Patrzyła w sufit.
Gdzieś tam 
za nim
kryła się Marzena,
jej ukochana.

Obraz Mike,a Dubischa.


Groźna,
nieosiągalna,
piękna.
Jak bardzo Superman
o niej marzył.
Jak kochał,
pragnął,
nienawidził.
Choć chciał
ją ze swego umysłu
wymazać
nie potrafił.
Wciąż ją
widział.
Pamiętał
noc spędzoną
z wiedźmą.
Gorącym językiem
jeździła po jego penisie.
Wargami napięła
i ożywiła
każdą jego żyłę.
Nabrzmiał.
Ona pupę wypięła.
Pozwoliła mu wejść
do wilgotnej szpary
z przodu
i tej z tyłu ukrytej
między krągłymi pośladkami.
Jak wilk wyła
z rozkoszy.
Jak wąż go sobą
owinęła.
Już nie puściła.
Choć mu się wydawało,
gdy dotarli do szczytu,
wyszedł z niej.
Nawet gdy po przerwie
znów się zanurzył,
to przecież potem
leżał obok
na zewnątrz.
Naprawdę go nie puściła.
Na serce założyła
kajdany
i teraz gdy kocha 
się z inną,
ją czuje.
Słyszy jej szept:
na wieki mój,
i tylko mój,
bez względu na inne kobiety. 


Obraz Vaghauka.

Różowy Potwór
dla niepoznaki
zmienia kolor
i twarz.
Ale można go
wyczuć i tak.
Gdy wokół reklamy,
wielkie markety,
zapach czekolady,
panienki w spódnicach
kusych
z gołymi pupami
liżą lizaki, trzymają misie,
pluszowe serca, 
bombonierki,
wiadomo Potwór 
jest blisko.
Uśmiecha się.
Długim językiem
jak wąż cię oplata.
Rzuca na twój 
umysł głupotę.
Już jesteś pewny,
że musisz,
bo się udusisz.
Ustawiasz się w kolejce.
Kupujesz serca.
Sprzedajesz duszę.
Następnego dnia
masz kaca.
Różowy Potwór
się cieszy,
że przez chwilę
smakował
słodycz twojego penisa,
twojej waginy.
Teraz z zapasem
energii
odlatuje
na inne planety,
gdzie Walenty
jego brat
urzęduje.



P. S.  I to tyle. Podzielcie się wrażeniami.



 

wtorek, 7 lutego 2017

Filip i kobiety.

Już go poznaliście, a jeśli nie, zapraszam tutaj.
Możecie też tak jak poprzednie dialogi czytać jako oddzielną całość czyli wiedza z poprzedniego odcinka nie będzie Wam szczególnie potrzebna.

Zdjęcie z Tumblr.


Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Niekreślony

Bohaterowie: Filip - niespełniony artysta lat czterdzieści, Joasia - koleżanka z pracy  w podobnym wieku, Natalia - sąsiadka lat dwadzieścia, Łucja - bezdomna wiek nieznany, Krowa - istota magiczna,

Dialog 1.

Miejsce: Sypialnia Natalii. Duże szerokie łóżko pościelone różowym prześcieradłem z różową poduszką. Wokół pełno przedmiotów koloru różowego z wyjątkiem brązowego ubrania Filipa. 

Oboje z Filipem leżą w łóżku pod różową kołdrą i przytulają się do siebie. Głównie Natalia, która chciałby jeszcze pokochać się z Filipem, zanim wstanie z łóżka. Wtula się w niego swoim nagim ciałem. Ociera jak kot. Wreszcie całuje, liże jego nagiego penisa.

I nic. Filip nie reaguje albo nie chce reagować albo podniecenie minęło i stał się na nowo impotentem, bo niestety Filip dobry jest tylko w gadaniu o miłości romantycznej, wzdychaniu. Do seksu tak średnio się nadaje. Po jednym razie długo musi dochodzić do siebie. Odpoczywa i swoim zwyczajem wzdycha.

Natalia: Wzdychasz za wampirzycą Angeliną?
Filip ( z oburzeniem ): Co ty gadasz?
Natalia ( zła na niego ): O twojej poprzedniej miłości.
Filip: Jakiej miłości?
Natalia: Nie musisz przy mnie udawać niewiniątko. W końcu ja też niewiniątkiem nie jestem.
Filip: Zdążyłem zauważyć.

Filip ( do siebie ): Naprawdę dziwką jesteś, a ja głupi myślałem, że skromną dziewczynką, co jeszcze nigdy z facetem nie była.

Natalia przeszywa go wzrokiem. Nastrój do seksu już jej minął. Czuje się rozczarowana i oszukana przez Filipa. Zanim tu przyszedł tyle jej mówił o miłości, a jak przyszło co do czego okazał się flakiem zwisającym obojętnie. Jedynie wczoraj trochę się ruszał. Jednak zdecydowanie zbyt krótko.

Natalia: Idziesz do pracy?
Filip: Dzisiaj mam dzień wolny. Zapomniałaś?
Natalia ( do siebie ): Dzień wolny. Dlatego się nie rusza. A mógłby już iść. Zadzwoniłabym do Krzysia.

Krzyś to inny kochanek Natalii. Też czasem dobry, czasem wspaniały, czasem do kitu. Trzeba przyznać wymagania seksualne Natalii i jej pragnienia wychodzą poza zwyczajową normę. Zwyczajnie Natalia na Ziemi była, a tutaj jest nimofanką.

Natalia niechętnie wstaje z łóżka. Przeciąga się. Wyjmuje z szafy różowy szlafrok. Zarzuca go na nagie ciało. Nogi wsuwa do dużych różowych kapci z kotami. Szurając nogami idzie do kuchni coś zjeść. Po dobrym czy złym seksie zjeść coś trzeba.

Filip ( krzyczy do niej z łóżka ): Zrób mi herbatę kochanie. 

Natalia ( do siebie ): Kochanie, też sobie wymyślił. Trochę mnie pogniótł ciałem i już mówi do mnie kochanie. W dodatku każe sobie robić herbatę.

Natalia raczej chętnie wylałby na niego herbatę, żeby się wreszcie obudził, zamiast bujać w chmurach. I po co ona się z nim zadawała? Natalia wzdycha jak wcześniej Filip. Sprawa zadawania się z Filipem pozostaje równie mroczna jak ufo.

Zagląda do lodówki. Oczywiście nic nie ma w środku. Zdaje się, że wczoraj chciała coś kupić, ale spotkała w sklepie Filipa i z głowy jej wyleciało. Natalii często się to zdarza. Na widok faceta, którego ciała jeszcze nie próbowała, traci głowę. Seks staje się ważniejszy od głodu, obowiązków, zakupów, wszystkiego.

Ciekawe czy dla dobrego pieprzenia mogłabym zabić matkę? - myśli Natalia. 

Na razie jednak nie seks przed nią, a gorąca herbata malinowa. Jak się okazuje jedyny w tej chwili napój i pokarm.

Natalia trzyma w dłoniach dwie szklanki. Jedną podaje Filipowi z wyrazem niechęci na twarzy. Ten wydaje się tego nie zauważać. Bierze szklankę. Syczy, bo szkło parzy mu rękę.

Filip: Dziękuję. Idziesz dziś do pracy?
Natalia: A nie mówiłam? Wypijam i się zbieram.

Tylko w ten sposób się go pozbędzie. Musi wyjść gdziekolwiek na godzinę.

Filip: Wydawało mi się, że wczoraj wspomniałaś coś o wolnym dniu.
Natalia ( do siebie ): Tak, wczoraj. Jak jeszcze nie wiedziałam jaki z ciebie nieciekawy muł.
Natalia ( głośno ): Wydawało ci się.

Filip ( całuje ją w policzek ): Było ci chociaż dobrze.
Natalia ( prawie się krztusi herbatą ): Uważaj, bo się poparzę.
Filip: To jak?

Natalia ( do siebie ): Ciekawe, że wszystkie fajtłapy pytają zawsze o to samo. A może mu powiedzieć? Szybciej, by sobie poszedł. Nie, lepiej nie. Może jeszcze do czegoś się przyda.
Natalia ( też całuje Filipa w policzek ): Bardzo dobrze.
Filip ( wciąż ciekawy ): A co ci się najbardziej podobało?
Natalia: Nie bądź taki ciekawy.
Filip: Powiedz, proszę.

Odkłada szklankę. Przytula się do Natalii. Jakby już odżył. Jakby już mógł coś więcej niż tylko gadać. Natalia najpierw niechętnie, a potem coraz bardziej chętnie poddaje się jego ciału.

I znów jest na niej i w niej. Jego ulubiona klasyczna pozycja. Rusza się w niej jakby zdobywał wierzchołek góry. Zbyt szybko. Bez żadnych przerw. Chyba chce przede wszystkim sobie dogodzić. Na pewno nie jej Natalii, która bezskutecznie próbuje go spowolnić. Chociaż zmienić pozycję na inną. Chociaż przez chwilę go spróbować, polizać i żeby on z nią zrobił to samo. Nic. Chwila się kończy. On dochodzi do swoich przyjemności, zostawiając ją daleko w tyle.

Po wszystkim Natalia idzie naga do łazienki. Puszcza prysznic. Pieści się pod strumieniem wody. Tyle pożytku z Filipa: samoobsługowy orgazm.

Gdy wreszcie Natalia wraca do sypialni, Filip śpi. Natalia szarpie go gwałtownie, ale nic nie jest w stanie go obudzić. Jak się go teraz pozbędzie?

Sen Filipa.

Zostawiamy Natalię i jej problem. Idziemy w głąb Filipa, w głąb jego snu. Najpierw widzimy z coraz bliższej odległości jego twarz, a potem...

Z mgły powoli wyłania się osiedle domków jednorodzinnych. W jednym z nich przy komputerze siedzi Filip. Rozmawia przez skype,a z Maliną swoją ukochaną wirtualną.

Filip: Kiedy do mnie przyjedziesz?
Malina: Mam wolny poniedziałek. Będę u ciebie rano.

Malina wyróżnia się długimi jasnymi włosami. Nosi sukienkę w kwiatki jak zwykle latem. Przez cienki materiał przebijają jej krągłe, duże piersi. Malina nie nosi stanika, więc piersi widać dość wyraźnie.

Filip chce jej powiedzieć, że ją kocha, że będzie czekał, że już tęskni, gdy nagle obraz zaczyna falować jak w psującym się telewizorze. 

Malina znika. Pojawia się Krowa.

Krowa: Pamiętasz mnie?
Filip: Nie.
Krowa: Zaraz sobie przypomnisz.

Kręci ogonem i głową. Jej obraz powoli się zbliża, aż w końcu zajmuje cały ekran. Ekran różowego koloru, bo Krowa jest różowa.
Z różowego wyłaniają się wspomnienia Filipa.

Filip jeszcze raz je przeżywa: wielką miłość do wampirzycy Angeliny, pobyt u wróżki Leony, jej radę, wreszcie spotkanie z Krową.

Krowa: I co przypomniałeś sobie?
Filip: Tak.
Krowa: Co powiedziałam jak odchodziłeś?
Filip: Że mnie zapraszasz ponownie.
Krowa: I teraz ponawiam zaproszenie czyli weź dupę w troki i przyjdź do mnie. 
Filip ( chciałby powiedzieć coś innego, ale nie może ): Dobrze.
Krowa: Szybko. Obudź się. Czekam na ciebie.

Filip się budzi. Natalia siedzi na przeciwko w różowym fotelu. Dlaczego nie leży obok niego? Filip chciałby to wiedzieć, ale jednocześnie czuje brak czasu. Przypomina sobie sen z Krową. Musi do niej pójść.

Jakiś czas temu różowa Krowa z Placu Cudów pomagała mu zdobyć serce wampirzycy Angeliny i co z tego, że nieskutecznie. Jej zaproszenie związało go z nią. Musi ją odwiedzić i dokończyć swoją poprzednią opowieść. Najgorsze, że już jej nie pamięta, ale może Krowa zgodzi się na inną albo na jakiś wiersz.

To wszystko jak błyskawica przemyka przez głowę Filipa.

Filip: Przepraszam kochanie. Muszę iść.
Natalia ( z trudem kryje zadowolenie ): Ja też niedługo do pracy.
Filip: Kiedy się zobaczymy?

Nigdy ma ochotę powiedzieć Natalia, zamiast tego rzuca od niechcenia.

Natalia: Zadzwonię do ciebie.

Dialog 2.

Miejsce: Plac Cudów.

Na zielonej łące wśród innych krów zwyczajnych i magicznych kolorowych pasie się ta jedna, różowa, którą Filip poznał jakiś czas temu. Zgodziła się wtedy mu pomóc. Oddać swój bobek, ale nie darmo lecz za ciekawą historię. Filip przypomniał sobie, że na Ziemi tworzył różne opowieści. Jego talent okazał się aktywny również tu, więc opowiedział Krowie pewną historię. Tak bardzo się jej spodobała, że go zaprosiła do siebie. Bardzo chciała poznać ciąg dalszy opowieści. A zaproszenie magicznej krowy prędzej czy później sprowadzi każdego do niej. Nie możesz w żaden sposób uniknąć ponownej wizyty.

I tak Filip stoi znów przed Krową.

Krowa: Jesteś wreszcie. Cały czas czekałam na ciebie.
Filip ( spuszcza głowę ): Ale ja już nie pamiętam tamtej historii.
Krowa: Nie szkodzi. Opowiesz innym razem. Teraz chcę czegoś innego.

Filip ( sam do siebie ): Czego jeszcze ona może chcieć ode mnie?

Krowa: Prosta sprawa. Zajmiesz się moją nową przyjaciółką.

Filipa ogarnia przerażenie. Następna krowa - myśli.

Krowa ( z łatwością odczytuje myśli i śmieje się ): To kobieta. Nie krowa. Zupełnie zwyczajna. Jednocześnie wielka, wyjątkowa. Pomogła mi w walce ze złym duchem, który chciał mnie opętać.

Filip ( do siebie ): Szkoda, że pomogła. Nie byłoby teraz problemu.

Krowa ( krzywi się ): Ma na imię Łucja. Potrzebuje dachu nad głową.
Filip ( dziwi się ): Myślałem, że tu wszystko można przyciągnąć myślami.
Krowa: Teoretycznie tak, ale ci którzy w to nie wierzą, niczego nie przyciągają.

Filip ( do siebie ): Ciekawe. I do jakiej zaliczyć się kategorii: wierzących czy niewierzących? Czasem dzieje się tak jak chcę. Czasem odwrotnie.

Krowa: W każdym razie Łucji musisz pomóc, bo jak nie, spotka cię coś niemiłego.
Filip: Co na przykład?
Krowa: Nie chciałbyś wiedzieć. 
Filip ( z rezygnacją ): Co mam zrobić?
Krowa: To chyba jasne. Znaleźć Łucji mieszkanie.
Filip: Ale gdzie?
Krowa: Dowiesz się jak się dobrze nastawisz myślami. I Łucja na pewno ci pomoże. Ma magiczne zdolności. Jedynie wiary jej brakuje.

Filip ( do siebie ): Wpadłem po uszy. Będę musiał Łucję nauczyć wiary w siebie. Tylko jak? Czy ja to potrafię? Pewnie skończy się na wspólnym mieszkaniu w trójkę: ja, Miś, Łucja.

Krowa trąca go łbem.

Krowa: Czas na nas. Zaprowadzę cię do Łucji.

Dialog 3.

Miejsce: Zaułek Biedy.
W tej części miasta panuje szarość. Różne jej odcienie. Ciemne i jasne. Ciekawe, czy tak wyglądałby świat pozbawiony kolorów?

Ludzie tutaj też są szarzy. Przypominają trochę duże szczury, które chodzą po ulicy i chodnikach. Jedzą z ludźmi z tych samych misek. Silniejsze i większe okazy zabierają jedzenie ludziom.

Łucja podobnie jak inni siedzi w swoim kartonowym pudle. Do środka wsadziła znaleziony gdzieś koc, trochę gazet, podartych szmat i folii. Obok pudła na chodniku stoi jej torba na kółkach. Cały jej dobytek. To, co udało się jej upolować: jedzenie, trochę picia i puszki na wymianę.

Krowa podchodzi do niej razem z Filipem.

Krowa: Cześć. Przyprowadziłam ci kogoś, kto ci pomoże.
Łucja ( mierzy niechętnym wzrokiem Filipa ): On? Nie pomoże. To tchórz, fajtłapa, impotent.

Filip zły od razu się odwraca. Odchodzi. Nie będzie nikomu pomagał, zwłaszcza tej aroganckiej babie. Niech sobie Krowa robi z nim, co chce.

Krowa biegnie za nim. Dogania go.

Krowa: Przepraszam cię za nią. Zapomniałam ci powiedzieć, że Łucję trochę źle wychowano.
Filip: I co ja mam ją wychować?
Krowa: Dasz radę. Jakbyś nie mógł tego zrobić, nie wybrałabym ciebie.

Filip ( do siebie ): Co mnie podkusiło, żeby słuchać wróżki? Przez to teraz mam przesrane.

Krowa: Zobaczysz, nie będziesz żałował. Łucja wiele potrafi. Skorzystasz z jej umiejętności.
Filip ( wzdycha ): Nie umiem. 
Krowa ( też wzdycha ): Chodź tu. Podejdź do mnie bliżej.

Filip podchodzi.

Filip: O ci chodzi?

Krowa dotyka go jednym ze swoich różowych rogów. Filip czuje przyjemne ciepło rozchodzące się po całym ciele. Rośnie w nim siła i wiara w swoje możliwości. Nieważne, że krótkotrwała, że następnego dnia rozwieje się razem z wiatrem.

Krowa: I jak? Pomożesz? Czy chcesz, żeby coś złego cię spotkało?
Filip ( pewnym głosem ): Pomogę.

Oboje wracają do Łucji, która nadal siedzi na chodniku.

Krowa: Zostajesz tu ze szczurami czy idziesz z nim do domu? Pamiętaj drugiej szansy nie dostaniesz.

Coś w spojrzeniu Krowy sprawia, że Łucja podnosi się. Idzie z Filipem do jego domu.

Dialog 4.

Miejsce: Wspólne mieszkanie Misia i Filipa.
Tutaj oprócz Misia wszystko jest brązowe podobnie jak ubranie Filipa. Miś odznacza się wyjątkowym niebieskim kolorem. 

Miś ( ciekawy ): Mamy gościa?
Łucja ( podchodzi bliżej ): Jakiś ty piękny? Jak masz na imię ?

Łucja pochyla się nad Misiem i głaszcze go po głowie. Mówi do niego słodkim głosem jak do małego dziecka. Misiowi się to nie podoba i od razu się odsuwa.

Miś: Co to za jedna?
Filip: Nasza nowa współlokatorka, dopóki jej mieszkania nie znajdę.
Łucja ( zachwycona ): Ależ mogę mieszkać z wami.

Gdy szła tutaj, nie chciała mieszkać z Filipem. Szła, bo Krowa jej kazała. Zmusiła ją tym swoim wwiercającym się w mózg wzrokiem. Teraz z powodu Misia, wnętrze wydaje jej się miłe i przestronne. I uwaga, mieszkanie Filipa staje się przestronne. Dwa razy większe niż wcześniej. Filip i Miś zauważą to za chwilę.

Filip ( opuszcza wzrok zawsze, gdy ma powiedzieć coś niezbyt miłego): Obawiam się, że nie możesz z nami mieszkać. Nie mamy tyle miejsca.
Miś ( wciąż ucieka przed rękami Łucji ): Właśnie.
Łucja ( uśmiecha się ): Jesteście skromni. Takie piękne mieszkanie, a wy tego nie widzicie. Zamieszkam w tej niebieskiej części z osobnym wejściem, żeby was nie krępować.

Miś i Filip obaj bardzo zdziwieni rozglądają się po pomieszczeniu. Ze zdumieniem odkrywają część, której tu wcześniej nie było. Piękna niebieska z łazienką, toaletą, sypialnią, kuchnią i pokojem do pracy.

Filip ( do siebie ): Kurcze, niemożliwe. Krowa przecież mówiła, że ona nie umie przyciągać niczego, bo w nic nie wierzy, a tu proszę. 

Miś: Czy to moje urojenie?
Filip: Co ty?
Miś: Dziś widziałem w telewizji chorych na halucynację. Podobno szybko się rozprzestrzenia jak grypa na Ziemi. 
Filip: Coś ty. Ja widzę to samo.
Miś: Obaj jesteśmy chorzy?
Filip: A ona niby też?
Miś: Nie wiem skąd i po co ją wytrzasnąłeś?
Filip: Przez Krowę. Pamiętasz tę, u której byłem po wizycie u wróżki?

Łucja: Pogadajcie sobie. Ja tymczasem się rozpakuję w swojej części. Jakbyście chcieli coś ode mnie wystarczy zadzwonić.

Łucja pokazuje im drzwi oddzielające jej część od części Filipa i Misia. Przy nich znajduje się niebieski elektryczny przycisk-dzwonek. Po chwili już jej nie ma. Znika za drzwiami.

Filip i Miś patrzą na drzwi wciąż zdziwieni.

Miś: Poszła sobie. Teraz mów, co z tą Krową.
Filip: Pamiętasz ten dzień jak wróciłem od wróżki.
Miś: I co z tego?
Filip: Augusto zabrał mi eliksir miłości. Płakałem i jeszcze raz chciałem się zabić. Na szczęście udało ci się odwieść mnie od tego.

Miś ( niecierpliwi się ): Streszczaj się, dobrze?
Filip: Krowa mi pomogła zdobyć eliksir, ale podstępnie rzuciła na mnie swoją klątwę czyli zaproszenie. Teraz je ponowiła. Musiałem iść. Myślałem, ze każe mi dokończyć opowieść. Jednak nie. Kazała mi zająć się Łucją. To jej przyjaciółka dotąd bezdomna. Podobno potrafi wiele. Tylko brak wiary jej przeszkadza.

Miś ( z przerażeniem ): O matko, następna czarownica.
Filip ( wzrusza ramionami ): Nawet jeśli, to co? Na pewno skorzystamy z jej magii.

Miś ( nadal przerażony ): Akurat. Już ja wiem jak się korzysta z magii czarownicy. Dopóki jest dobrze, nic się nie dzieje. Jak jej podpadniesz, wtedy koniec. Zamieni cię w żabę, posąg, zabierze ci urodę. Nie, nie chcę. Wyprowadzam się.
Filip ( teraz dopiero przerażony, że zostanie sam ): Gdzie?

Miś: Nie mówiłem ci. Mam tu w okolicy stryja i jego rodzinę. Zamieszkam z nimi.
Filip: Dlaczego dotąd u nich nie mieszkałeś? Tylko ze mną. 
Miś: Pokłóciliśmy się trochę. 
Filip: Pokłóciliście się i chcesz do nich wrócić?
Miś: Wybacz, nie mam wyjścia.

Filip ( widząc, że to nie żart, bo Miś się pakuje ): A niech cię.
Miś: Wiem. Wrócę jak się sytuacja uspokoi.
Filip ( krzyczy ): Sądziłem, że jesteś moim przyjacielem, a ty zwyczajnie uciekasz. Tchórz z ciebie.
Miś ( podchodzi do niego i mruczy groźnie ): Co ty myślałeś, że w imię wspólnego mieszkania będę narażać swoje życie? Jeszcze nie wiesz jakie są czarownice, ale wkrótce się dowiesz.

Miś wybiega z mieszkania, trzaskając drzwiami.

Dialog 5.

Miejsce: Market Aniołek.
Wielka przestrzeń oświetlona światłem jarzeniówek. Dużo zapełnionych różnymi rzeczami półek, głównie jedzeniem. Są też zeszyty, trochę książek, ciuchy, kosmetyki, radia, telewizory, telefony. Wszystko co przebywającym w okolicy ludziom wydaje się niezbędne do życia.

Tutaj pracuje Filip. Zajmuje się rozładunkiem przywiezionego towaru oraz rozmieszczeniem na półkach. Prawie wcale nie ma czasu na drugie śniadanie, obecnie przez większość pracowników i szefa nazywane lunchem. 

Przy kasie siedzi Joasia. Korzysta z każdej chwili, by spojrzeć na Filipa jak tylko ten pojawi się w pobliżu.

Jaki on przystojny - myśli Joasia. Jaki umięśniony, wysoki, z krągłymi pośladkami. 

I tak dalej. I tak dalej. Myśli Joasi od dawna rażą monotonnością każdego, kto je słyszy. Na szczęście takich istot jest tu mało. Telepaci zazwyczaj nie pracują w marketach, chociaż zdarzają się wyjątki. Wtedy oczywiście trzeba im płacić więcej niż zwykłym ludziom.

Rozbrzmiewa dzwonek. Koniec zmiany dla Filipa i Joasi.

Po raz pierwszy i ku wielkiej radości Joasi Filip do niej podchodzi.

Filip: Idziesz do szatni?
Joasia: Tak.

Szatnia to miejsce marketowych kochanków. Tutaj się ze sobą spotykają. Nikt im nie przeszkadza. Między pracownikami trwa cicha umowa, żeby im pozwolić. Wiadomo, że nie wszyscy mieszkają sami. Nie każdego stać na pokój w hotelu. Szatni nikt nie sprawdza. Czasem jak szef się zdenerwuje. Jednak rzadko się to zdarza. On zresztą ich rozumie, bo sam ma kochankę, z którą kryje się po różnych kątach.

Teraz w szatni są oni: Joasia i Filip. Oboje jeszcze w sklepowych uniformach. Oboje wchodzą pod prysznic. Filip bardzo brudny. Joasia średnio brudna.

Gorąca woda podnieca jedno i drugie. Filip obejmuje ją. Całuje namiętnie. Najpierw wargi, jej język, szyję, uszy, piersi, brzuch, uda i niżej. Dociera do jej wnętrza językiem. Zlizuje wilgoć z jej łechtaczki. Ona wygina się się z rozkoszy. 

Filip zanurza palce w jej waginie. Potem wchodzi w nią swoim penisem. Kilka ruchów. I nagły koniec wbrew wszelkim chęciom Filipa. Mięknie i maleje w niej natychmiast. Nawet nie doszedł do orgazmu. Joasia tylko jęczy z przymkniętymi oczami. Z trudem wraca do rzeczywistości, gdy w końcu dociera do niej, że dalszego ciągu nie będzie.

Wycierają się w milczeniu. Filip jeszcze się stara. Całuje ją po plecach. Potem wraca do jej ud. Próbuje ratować jakoś sytuację. Dlatego pochyla się i znów próbuje pieścić jej łechtaczkę.

Joasia wzdycha. Jego to  jednak nie podnieca lecz denerwuje. Nieświadomie zahacza ją zębami. Joasia krzyczy z bólu.

Joasia ( odpycha go ): Przestań.
Filip ( chce ją przytulić ): Przepraszam.
Joasia ( odsuwa się, zbiera swoje rzeczy ): Muszę iść.

Na jej twarzy widać niezadowolenie. 

Filip: Spróbujemy innym razem, ok?
Joasia: Zobaczymy.

Nie, ona już nie chce. Wciąż czuje jego ugryzienie. Zniknął gdzieś czar, urok Filipa. W jednej chwili skutecznie się odkochała.

Filip w żaden sposób nie potrafi naprawić sytuacji. Poza tym wstyd miesza się u niego ze smutkiem, że znów nie dał rady. W dodatku tym razem było gorzej niż z Natalią.

Dialog 6.

Miejsce: Mieszkanie Łucji.

Gdy Filip po raz kolejny wraca do domu załamany i z wielkim pragnieniem skończenia ze sobą, Łucja zaprasza go do swojej niebieskiej części mieszkania.

W centralnym miejscu kuchni stoi drewniany stół przykryty niebieską serwetą. Na nim na dużym niebieskim talerzu lazania z warzywami. Obok wino czerwone w ozdobnej pękatej butelce, dwa kieliszki, dwa małe talerzyki, niebieskie sztućce.

Filip ( zdziwiony ): Jakieś święto? 
Łucja ( z dumą ): Tak. Minął miesiąc odkąd tu jestem. Odkąd mnie uratowałeś.
Filip ( zmieszany, bo przecież przez cały ten czas tęsknił za Misiem i chciał się pozbyć Łucji ): Nic takiego nie zrobiłem. Każdy zrobiłby to  samo na moim miejscu.
Łucja ( śmieje się ): Nie każdy by zrobił. Tylko ty zrobiłeś. Częstuj się proszę. Sama upiekłam.
Filip ( spuszcza wzrok ): Nie mogę.

Filip zaczyna płakać. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mu się coś takiego w towarzystwie kobiety. Nagle tama smutku puściła. Kryje twarz w swojej brązowej chustce. Bardzo mu głupio z powodu swoich łez. 

Zepsułem jej święto - myśli.

Łucja podchodzi. Obejmuje go. Mocno ściska jakby wylewała na niego całą swoją miłość.

Łucja: Wiem, co cię dręczy. 
Filip ( połykając łzy ): Skąd?
Łucja: Nieważne skąd i jak. Najważniejsze, że potrafię ci pomóc.
Filip ( szlocha ): Mnie już nikt nie pomoże.
Łucja: Nie musisz wierzyć. Tylko siedź spokojnie. Coś zrobię?
Filip ( ze zdziwienia przestaje płakać ): Co?
Łucja: Poczekaj. 

Kładzie mu ręce na głowie. Filipowi robi się ciepło. Przyjemne uczucie spokoju przepływa przez jego ciało. To energia, którą daje mu Łucja. Dar, który odkryła niedawno. Potrafi uzdrowić siebie i innych. Odzyskała swoją wiarę. Odzyskała swoją wiedzę. Łucja już nie jest szara. Jest tęczą. Nieskończoną ilością kolorów i może się tym dzielić z każdym.

Filip zasypia. Łucja przykrywa go niebieskim kocem, swoim ulubionym i na nowo odkrytym kolorem. Wkłada lazanię do piecyka. Zjedzą później, gdy Filip się obudzi.

Łucja wychodzi z kuchni. Nic nie szkodzi, że Filip śpi na krześle. Czar i tak podziała. Filip odzyska straconą energię. Już nie będzie impotentem i nie będzie skakał od kobiety do kobiety. Znajdzie sobie jedną, jedyną. Tak działa energia Łucji.

Łucja zamyka drzwi za sobą. Nie wie, że przez okno do kuchni wleciał nietoperz. Nie zwyczajny. Wampir. Nowy kolega Augusto i Angeliny.


P. S. I co dalej? Czy wampir pozbawi Filipa energii, którą dała mu Łucja i czy ona nie stanie się jego drugim łupem. Okaże się w następnym odcinku z tej serii.