poniedziałek, 31 grudnia 2018

Toni.

Zburzenie magazynu tylko na chwilę poprawiło mu nastrój. Gdy szczątki budynku wirowały w powietrzu, czuł pierwszą od dłuższego czasu radość. Potem Kornelia zgłupiała, a Stefania-Magda wpadła na pomysł, że odwiedzą ją w szpitalu. Ale po co? Czy nie lepiej dać sobie spokój z wariatką? Przecież nie wiadomo, czy obłęd na pewno nie jest zaraźliwy?



Matka.

Czy kiedykolwiek ją kochał? Czy chociaż lubił? Może wtedy, gdy był małym, zależnym od niej dzieckiem? Wtedy pewnie pragnął jej miłości. Może również wtedy, gdy ojciec mieszkał z nimi? Dużo pytań i ani jednej odpowiedzi. Tylko atmosfera gęsta od złości. 

Och, gdyby już z nią niczego nie dzielił, ani mieszkania, ani jedzenia, ani spojrzeń i słów niepotrzebnych: dzień dobry, do widzenia. Głupie, nic nie znaczące, a jak wkurzające, i te jej miny i zdania rzucane niby od niechcenia:
- Jak w szkole?
- Co robisz?
- Pójdziesz z nami do kina?

Właśnie, do kina z nimi, bo pojawił się drugi facet i brat-niebrat. Toni nie czuł z nim żadnego pokrewieństwa. Podobnie jak z matką.

Wysadzenie magazynu przyniosło krótką ulgę.  Jak wszystko, co robił wcześniej, żeby poczuć się inaczej, żeby zrzucić z siebie bagaż gniewu. Na próżno, bo on zawsze wracał i teraz też wrócił. Kornelia, po jakie licho ją zabrał, dostała fioła. Odwieźli ją na sygnale do wariatkowa. Z kolei Stefania-Magda wpadła na pomysł, że ją odwiedzi. W dodatku nie sama, z Tonim i Nikodemem. Nikodem się skrzywił, a Toni wrzasnął:

- Nigdzie nie pójdę. Nie muszę. Nie pamiętasz już co stało się z moim ojcem?
- Wyluzuj, co to ma do twojego ojca?
- Nie rozumiesz?! Wydrukować ci wielkimi literami, żeby do ciebie dotarło?
- Nie rozumiem. Jak długo możesz rozpamiętywać ojca? Jakby był jakimś świętym, a naprawdę był alkoholikiem, nikim więcej?

Zapadła cisza. Groźna i natrętna. I chaos niepotrzebnych myśli: 
- Jak ona mogła?
- Baby są głupie. Wszystkie bez wyjątku.

Przypadek?

Do domu wpadł jak bomba. Rzucił się na szufladę ze słodyczami jak tonący na łódkę, jak kiedyś jego ojciec na butelkę z wódką. Tak, pił. Toni temu nie zaprzecza, ale przez kogo i dlaczego? Jasne, że przez matkę. Ona go doprowadziła do takiego stanu.

Szuflada się opiera. Zamknięta. Stara suka ją zamknęła. Myśli, że będzie go wychowywać, że zmieni jego cielsko w ciałko modela. Nie z nim takie numery. Rozwali szufladę. Pokaże jej kto tutaj rządzi.

Toni chwycił największy i najbardziej ostry nóż, którym matka zwykle kroiła mięso. Zaczął nim tłuc oporny kawałek metalu.

- Co ty robisz?! - w drzwiach kuchni stanął Robert, ojczym Toniego.
- Bawię się. Nie widać?
- Natychmiast oddaj ten nóż.
- A jak nie oddam?
- To zobaczysz moją rękę na swojej dupie.

Nie zobaczył. W szamotaninie dwóch pełnych złości ciał nóż wbił się w plecy Roberta. Przypadek? Przeznaczenie? 

Kiedyś.

Kiedyś ojciec Toniego wrócił do domu jak zwykle zły i pijany. Matka kroiła mięso. Przygotowywała obiad na następny dzień. Zawsze tak robiła. Szykowała jedzenie z dnia na dzień. 

Pochylona nad mięsem nie zwracała uwagi na swojego męża albo doskonale udawała, że na niego nie patrzy. Z jakiegoś powodu podsyciło to jego gniew.

- Mogłabyś chociaż powiedzieć dzień dobry - zatoczył się w jej stronę z rękami zaciśniętymi w pięści.
- Chyba dobry wieczór - zauważyła nadal spokojnym tonem.
- Żaden dobry, rozumiesz!

Rozumiała. Jego skrzywiona twarz i te pięści nie wróżyły niczego dobrego. Wiedziała już, co za chwilę się zdarzy i zdarzyło się.

Walnął pięścią w stół. Chwycił nóż i zaczął nim szturchać  żonę. 

- Przestań - poprosiła. 
- Bo co, boisz  się - wbił nóż w kuchenny blat tuż przy jej palcu.
I nagle coś w niej wybuchło. Wyciągnęła ostrze i wsadziła mu w brzuch. 

Potem potoczyło się wszystko zbyt szybko, by mogła, by chciała pamiętać. Krzyk, kapiąca na podłogę krew, karetka pogotowia, wreszcie cisza po burzy, cisza wystraszonych myśli i płacz Toniego, siedmioletniego chłopca.

Ojca udało się uratować. Jednak już do nich nie wrócił. Siedział w psychiatryku z przerwami do końca życia. Tonim też zajął się psychiatra i psycholog. Matka uważała, że mógł odziedziczyć najgorsze cechy ojca. Przy okazji wzbudziła w nim strach przed chorobą psychiczną.

Teraz.

Przed oczami Toniego stają obrazy z przeszłości. Złość na matkę, zamkniętą szufladę, Roberta, Stefanię-Magdę odpływa. Przerażony pochyla się nad ojczymem. Próbuje zatamować krew. Wzywa pogotowie. Jedzie z ojczymem do szpitala i wciąż powtarza jak mantrę:
- Przepraszam. Nie chciałem. Co teraz będzie?



P. S. Jeśli Was to nie znudziło, to na pewno się dowiecie, co będzie.
Poprzednie części: Nastoletni zawrót głowy, Nikodem.


  
 



  








 

wtorek, 25 grudnia 2018

Ostatni raz?

Dawno u niej nie byłam. Nie odwiedzałam, bo dla mnie zrobiła się trochę nudna. Ileż można pisać o seksie, myślałam z dużym wykrzyknikiem i znakiem zapytania na końcu. Dlatego do niej nie zaglądałam. Wiecie już o kogo chodzi? Która z moich bohaterek wydaje się najbardziej rozwiązła?
Autor: Apollonia Saintclair.

Eugenia i Stanisława.

Obie stoją w kolejce do kasy osiedlowego marketu, a przy nich wyładowane jedzeniem wózki.

- Nie robisz w tym roku sernika? - Eugenia wpatruje się w kawałek ciasta na wózku Stanisławy.
- A ty szarlotki? - Stanisława wbija wzrok w zakupy Eugenii.
- Mój piekarnik nawalił - tłumaczy się Stanisława.
- I mój niezbyt sprawny - wyjaśnia Eugenia.
- Ja wszystko robię sama - chwali się stojąca za nimi kobieta w brązowej kurtce z dużym kapturem obszytym czymś w rodzaju futra lisa. - Te ze sklepu wiadomo z czego? Co do nich powsadzali?
- Pewnie to samo, co do cukierków - wtrąca inna z małym koszykiem z chlebem i jabłkami.
- I do psiej karmy - dodaje jeszcze inna.

Zapowiada się na dyskusję o produktach spożywczych i ich składzie chemicznym, gdy Eugenia zauważa kręcącą się między półkami Radomiłę.

- Widzisz - szturcha Stanisławę.
- Co? 
- Nasza Miłka robi zakupy swojemu gachowi.
- A nie matce? - dziwi się Stanisława.
- Matce nigdy nie robiła, bo matka ją oszczędzała, a teraz proszę, dobre czasy się skończyły.

Ostatnie słowa Eugenia wypowiada z drwiną pełną satysfakcji. Stanisława przytakuje jej uśmiechem. Obie zapominają, że mimo braku facetów jeszcze bardziej się starają, bo przecież nie wypada nic nie robić przed świętami.

Radomiła.

Chodzi po sklepie jak w transie. Wybiera na chybił trafił kolorowe torebki z gotowymi ciastami, by po chwili odłożyć je z powrotem na półkę. Jeśli myślała, że market pełen ludzi ją otrzeźwi i sprowadzi na ziemię, to bardzo się myliła. W głowie nadal się kotłuje pytanie, iść czy nie iść do Patryka, podać się namiętności bez zobowiązań, czy zostać w domu i udawać radość z nadchodzących świąt po raz pierwszy spędzonych z Kazimierzem i jego bliskimi. 

Po co w ogóle z nim zamieszkała, zastanawia się Radomiła, patrząc na chleb i bułki. Gdy się tylko ze sobą spotykali, było jakoś inaczej. Lepiej. Owszem nudziła się w święta z matką, babką i ciotką, ale nie musiała znosić obcych spojrzeń pełnych oczekiwań i oceny. Teraz czuje się jak kura, którą za chwilę zabiją i zjedzą. I gdyby nie Patryk cała by się w tym uczuciu pogrążyła. 

- Hej, pamiętasz jak nam było miło? - wysłał jej sms-a - Możemy to powtórzyć jutro. Jestem cały czas w hotelu Bajka. Daj znać, jak się zdecydujesz.

Eugenia i Stanisława.

Już wyszły. Pchają swoje wypchane torby na kółkach. Zadowolone, że wreszcie wracają do domu, choć niezupełnie, bo przecież...

- Okna muszę umyć - wzdycha Stanisława.
- A ja podłogę - również wzdycha Eugenia.
- Ech, po co nam te święta? My i tak zawsze wolne mamy - Stanisława aż przystaje zdziwiona swoimi słowami. Wydaje się, że nigdy w ten sposób nie myślała. No, może czasem, ale żeby od razu mówić na głos i w dodatku Eugenii.
- Żebyś wiedziała - potwierdza Eugenia. - Poza tym nikt na pewno nie będzie miał czasu, żeby przyjść do mnie.
- I do mnie.

Patrzą na siebie szeroko otwartymi ze strachu oczami. Po raz pierwszy szczerość wylała się z nich niekontrolowanym strumieniem.

Radomiła.

W innym czasie i w innym miejscu szczerość wylewa się z Radomiły. Zapełnia przestrzeń małego, hotelowego pokoju jękami rozkoszy. Uwalnia i zabija komórki stresu. Wszystkie giną w wilgotnych połączeniach penisa z waginą, języka z językiem, w kroplach potu i zadrapaniach na plecach.

Ciała pożerają siebie jak głodne wilki upolowaną zwierzynę. Głód i zaspokojenie. Bez początku i końca. 

Radomiła widzi odbicie swojego nagiego ciała. Rozchylone nogi. Wypięte pośladki. Wczepione w nie męskie uda. Sylwetka obcego mężczyzny pochylonego nad jej, Radomiły plecami. I ona sama dla siebie obca. Krzykiem wyrzuca resztki niepotrzebnych uczuć. Czy można umrzeć i urodzić się na nowo w jednej sekundzie? 

Znacznie później lekka jak piórko Radomiła wraca do domu. Święta z bliskimi Kazimierza straciły mroczną barwę. Świat znów stał się dobry i kochany.

- Ostatni raz - obiecuje sobie Radomiła.










 

wtorek, 18 grudnia 2018

Czerwone i białe.

Te dwa kolory: czerwony i biały wydają się być motywem przewodnim mojego grudniowego postrzegania świata. Dlaczego? Czemu tak bardzo rzucają się w oczy, przecież wokół pełno smutnych ogołoconych z liści czarnych drzew, nijakiej zielni trawnika i burej barwy nieba? Domy giną w szarości późno jesiennej, a jednak przed moim umysłem jarzy się biel i czerwień.


Czerwone i białe.

Słowa jak odbicia świata wokół
posępne, złe, dobre, radosne.
Myśli przychodzą i odchodzą.
Tylko czerwień trwa na płaszczu Mikołaja.
Biały śnieg, który nie spada,
w chmurach zbiera się żałośnie.
Jeszcze zdążysz nogę złamać na srebrzystym lodzie.
Prezenty niechciane z półki marketu.
Marzenia zapodziane w czarnej czeluści.
Tyle barw sztucznych, min pozytywnie nadmuchanych.
Za chwilę pierwsza gwiazdka.
Napięcie minie.
Kolejne święta na śmieci wyrzucisz. 

Autor: Michael Hunter.
Pod prąd.

Popłyńmy pod prąd.
Zróbmy sobie przerwę zamiast świąt.
Ty i ja - nasz stały ląd.
Całujesz mnie bez pośpiechu.
Splatamy się i rozplatamy.
Blisko i daleko.
Szmer oddechu.
Zabierasz mnie na górę.
Świat pulsuje.
Życie i śmierć bez granic.
Idź precz Mikołaju.

Nie znam autora.
 Nie bawię się.

Nie bawię się z hałasem.
Tańczę z ciszą.
Na próżno hałas w oczy świeci kolorami.
Uciekam.
Nie chcę patrzeć, słyszeć ani oddychać.
Zamykam się w szafie.
Udaję, że mnie nie ma.
Wreszcie dzień i noc mija.
Hałas odchodzi.
Tylko bałagan zostaje.


Karp.

Raz, dwa, trzy, martwy karp z talerza patrzy.
Obok sernik, pierogi, zupa grzybowa.
Życzysz wszystkim miłości i zdrowia.
Tylko karp jest gdzieś poza.
I ten pies na łańcuchu za domem.
Istoty bez duszy i dobrego słowa.

Autor: Zdzisław Beksiński.
 Pod powierzchnią.

Pod wodą, pod ziemią, pod skórą, pod jawą
gdzieś tam zabita prawda.
Kłamstwo się bawi.
Tradycja tańczy.
Święta się święcą.
Szukam zejścia na dół.
Szukam i nie znajduję.
W lustrze odbija się sztuczny uśmiech bez twarzy.



Milczenie.

Milczenie złotem,
mężczyźni mawiali,
gdy usta pocałunkami zaszywali.
I teraz do lustra się uśmiecham bez uśmiechu,
bez twarzy, bez żalu.
Wolna od jedzenia oddycham.

Nie znam autora.










P. S. Takie moje grudniowe spojrzenia i nastroje, a jak Wasze?
      Ostatni tydzień przed świętami, więc życzę Wam radośnie spędzonego    czasu.







 

 

wtorek, 11 grudnia 2018

Supełki.

Gdyby porównać moje opowieści do robionego na drutach swetra, stałyby się widoczne supełki lub puste miejsca, nierozwiązane historie. Jakby zarysowane kontury bez środka. Obiecuję sobie, że wypełnię braki treścią, to i owo dopowiem, a w praktyce tworzę nowe. Jednak tym razem wrócę do jednego z supełków związanych z Sensbezsensem, miastem poza czasem w krainie po śmierci.






Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Teresa - dwunastoletnia uczennica szkoły uniwersalnej w Sensbezsensie, Rafał - również uczeń tej samej szkoły i w tym samym wieku, Rosława - elf, wiek nieznany; Andrzej Violet - wzorowy uczeń 12 lat; Ilona - dawniej szefowa sekty Pozytywni, obecnie nikt ważny; Marysia - myślicielka, chora, znaczy się zdiagnozowana.

Dialog 1.

Miejsce: Szkoła uniwersalna w Sensbezsensie. Długi korytarz częściowo oświetlony światłem jarzeniówek, częściowo tonący w mroku. Nigdzie nie widać okien. W powietrzu wisi atmosfera smutku, nudy, złości czyli przeciętnego dnia szkolnego.

Rafał ( zły ): Przez ciebie tu trafiłem. Chciałem pójść z Rosławą, ale ty się musiałaś wtrącić i powiedzieć, że jesteśmy z tej samej drużyny. I po co? Tak ci brakowało towarzystwa?
Teresa ( również zła ): A kto cię uratował przed dzieciakami w pociągu? Już nie pamiętasz jak biegły za nami i chciały cię zabić?
Rafał: Pamiętam, że ciebie też i to ty popchnęłaś mnie przez drzwi do innego wagonu.
Teresa: I teraz żałuję. Trzeba cię było zostawić. Niech by cię zabili zwolennicy Ilony. Nie musiałabym teraz słuchać twojego marudzenia.

Do kłócących podchodzi wzorowy uczeń Andrzej Violet.

Andrzej: O co się tak kłócicie? Jeśli o ostatnie zadanie, to mnie wyszło...
Teresa: Mnie guzik obchodzi, co ci wyszło.
Andrzej ( krzywi się ): No wiesz. Mogłabyś okazać więcej szacunku.
Rafał: Ciekawe do czego, do ciebie czy zadania?
Andrzej: Powiem panu Baryłce, że się ze mnie nabijacie.
Rafał: Idź mów. Droga wolna.

Jednak Andrzej nie odchodzi. Prawda jest taka, że coś ciągnie go jak magnes do dwóch dziwaków szkolnych, łobuzów, ostatnich, najgorszych uczniów. Ciągle pyta sam siebie, dlaczego właśnie oni tak bardzo go interesują, dlaczego zamiast siedzieć przy podręczniku, kręci się koło nich, takich, jak ich określił pan Baryłka pasożytów miasta, w zasadzie całego kraju.

Tak więc Andrzej Violet nadal trwa na swoim przymusowym posterunku niedaleko Rafała i Teresy. Ubrany w granatowy, czysty mundurek szkolny w przeciwieństwie do Rafała i Teresy, którzy nadal noszą pomarańczowe stroje ze swojej dawnej sekty Pozytywni. Dawnej, bo sekta już nie istnieje. Ilona jej szefowa żyje w innej rzeczywistości, a jej podopieczni w jeszcze innej. Tylko Rafał i Teresa trafili do szkoły. 

Teresa: Chodźmy dalej. Lizus nas podsłuchuje.
Rafał: Tu nie ma gdzie iść.
Teresa ( pokazuje ręką mroczną część korytarza ): Może tam
Rafał ( boi się ): Nie wiemy co tam się kryje.
Teresa ( już idzie we wskazanym kierunku ): To się dowiemy.

Andrzej waha się, iść za nimi, czy nie iść. Zaraz przecież zadzwoni dzwonek i zacznie się lekcja geometrii kolorów. Nie można jej opuścić. Poza tym nie wolno zwiedzać mrocznej części korytarza. Tyle, że poznanie nieznanego smakuje jak dobra czekolada. Dlatego w końcu Andrzej idzie za Teresą i Rafałem.

Dialog 2.

Miejsce: Szpital psychiatryczny imienia Zenona Mądrego w Przestrzeni Obok. Sala pomalowana na biało-zielono. Czteroosobowa. Na łóżku przy oknie leży Ilona, dawna szefowa sekty Pozytywni. Z szefostwa pozostał jej jedynie pomarańczowy kolor szlafroka i piżamy. Powinien działać na nią pozytywnie, ale nie działa. Na łóżkach obok inne pacjentki. Mimo nocnej pory wszystkie objadają się słodyczami. Tylko Marysia siedzi i zagaduje Ilonę.

Marysia: Dlaczego tu jesteś? Bo ja z powodu próby samobójczej. Moja lekarka Dagmara mówi, że mam depresję maniakalną i schizofrenię. Moim zdaniem inaczej widzę rzeczywistość i przez to nie pasuję ludziom. Chcę dużo powiedzieć, ale nikt nie chce słuchać. Rozumiesz?
Ilona ( nie rozumie ): Aha. Śpijmy już.
Marysia: Ten świat należy do wieloświata. Można go porównać do plastra miodu. Ludzie myślą, że poza nim już nic ich nie czeka, a to nie prawda. Piszę o tym w swoim dzienniku: O sensie świata. Chcesz, dam ci przeczytać?
Ilona (ziewa ): Nie, dziękuję.

Marysia ( mówi dalej jakby nie słyszała ): Śniło mi się kiedyś miasto Sensbezsens. Wiedziałam, że istnieje po drugiej stronie życia. Do miasta zbliżał się pociąg, a w nim dzieci.
Ilona ( w jednej chwili oprzytomniała ): Coś mi się przypomina.
Marysia: Mnie też się coś przypomniało jak się obudziłam. Dziwne wspomnienie, że należałam do drużyny Pozytywni. Naprawdę nigdy nigdzie do niczego nie należałam, bo moim zdaniem trzeba płynąć środkiem rzeki życia, nie przy lewym lub prawym brzegu.
Ilona: Należałam do tej grupy. 
Marysia: Skąd wiesz?
Ilona: Nie wiem. Muszę się stąd wydostać.
Marysia: Wszyscy muszą. Tyle, że siedzimy w zakładzie zamkniętym. Nie da się stąd uciec.
Ilona: Próbowałaś?
Marysia: Po co? Prędzej czy później mnie wypuszczą. Wystarczy, że zacznę gadać to, co chcą słyszeć. Naprawdę dobra taktyka.
Ilona: Pamiętam, jechałam do Sensbezsensu. Nie dotarłam, bo konduktor mnie wyrzucił, a potem.... Nie wiem. Jakaś mgła mi zasłania.
Marysia: Cicho, słyszę kroki naszego stróża.

Do sali wchodzi dyżurująca pielęgniarka.

Pielęgniarka: Co wy tu wyprawiacie po nocy? Spać, bo jak nie, wszystkim dam po zastrzyku.

Pacjentki chowają się pod kołdrami. Nastaje wymuszona, niecierpliwa cisza. Chore lub raczej uznane za chore czekają na wyjście pielęgniarki, by wrócić do rozmów i słodyczy.

Dialog 3.

Miejsce: Mroczna część korytarza w szkole uniwersalnej w Sensbezsensie.

Powoli Rafał i Teresa pogrążają się w coraz bardziej gęstej ciemności, a Andrzej razem z nimi. Brak światła sprawia, że Andrzej podobnie jak wszystko wokół staje się niewidzialny. W dodatku czuje, że traci kształt. Już nie wie, gdzie kończy się jego ciało, a gdzie zaczyna się reszta. Rafał i Teresa też to odczuwają.

Rafał: Nie powinniśmy wchodzić tutaj.
Teresa ( nadal odważna ): Dlaczego?
Rafał: Bo nie mamy latarek.
Teresa: I co z tego?
Rafał: Jak co? Nie widzimy drogi? Nie wiemy gdzie idziemy?
Teresa: Nawet widząc drogę, nie wiemy gdzie idziemy.
Rafał ( myśli ): Zachciało się jej mądrości.
Andrzej ( myśli ): Po co ja za nimi idę. Powinienem wrócić, ale jak w tej ciemności.

Słychać kroki. Ktoś się zbliża. Z tyłu? Z przodu? Z boku? A może wielkie coś? Smok? Wampir? Zombie? Serca brzmią równie głośno jak kroki.

Rosława: Hej, jest tu kto?
Rafał: Kto pyta?
Rosława: Ja, elf Rosława.

Rafał oddycha z ulgą. Teresa zaciska pięści. Andrzej stoi jak słup soli.

Rafał: Rosławo to my: Rafał i Teresa. Pamiętasz nas? Jechaliśmy razem pociągiem.
Rosława: Pamiętam. Co tu robicie?
Teresa: A ty co?
Rosława: Badam korytarz szkolny.
Rafał ( zdziwiony ): Też się uczysz?
Rosława: Raczej oduczam. Już nie potrafię świecić oczami w ciemności, latać i przenikać ściany.
Teresa ( myśli ): No i dobrze.
Andrzej ( myśli ): Kim ona jest?
Rafał: Więc nas nie znajdziesz po węchu?
Rosława ( śmieje się ): Znajdę po intuicji.

Rosława dociera do Rafała. Obejmuje go. Przytula. Teresa zgrzyta zębami, czując bardziej niż widząc, co się dzieje. Andrzej podchodzi bliżej i też się przytula do Rosławy.

Rosława ( cieszy się ): Dwóch was. Miło mi, miło.
Teresa ( ze złością ): Troje.
Rosława ( z niechęcią ): Znów ty.
Teresa: Uciekamy. Przeszkadzasz nam.
Rosława: Uciekacie? Ja też, ale ze szkoły nie da się uciec. Ona jest wszędzie jak wasz bóg.
Teresa: Uważaj, obrażasz moje uczucia religijne.
Rafał: Naprawdę? Niemożliwe. Razem znajdziemy wyjście.
Andrzej: Ale po co? Mnie się szkoła podoba.

Dialog 4.

Miejsce:  Nadal ten sam szpital w Przestrzeni Obok.
Środek nocy. Pacjentki dawno już śpią z wyjątkiem Marysi, która szarpie rękaw pomarańczowej piżamy Ilony.

Marysia: Obudź się. Uciekamy.
Ilona ( budzi się ): Co? Jak? Gdzie?
Marysia ( kładzie jej palec na ustach ) Cicho. Mam klucz. Wychodzimy.
Ilona: Jak to? Skąd?
Marysia: Później ci powiem. Idziemy zanim nasz stróż się obudzi.




P. S. I tak rozwiązałam jeden supełek lecz zawiązałam następny. Co dalej z ucieczką moich bohaterów? Zobaczymy, jeśli chcecie zobaczyć.
Poprzednie części:  
 




  

wtorek, 4 grudnia 2018

Sztucznoręki.

Bohaterowie przychodzą do mnie o różnych porach dnia i nocy. Wśród starych pojawiają się nowi. Nie wiem, czy zostaną przez chwilę czy może zatrzymają się na dłużej. Czy stworzą wokół cienką i krótką pajęczynę czy długą i grubą?

Nie znam autora.

 Po drodze do pracy.

Zazwyczaj Witek tak bardzo spieszył się do pracy, że niczego wokół nie widział i nie słyszał, niczego z wyjątkiem tramwaju lub autobusu, który odwoził go na miejsce, prawie pod same drzwi antykwariatu, w którym kupował i sprzedawał bardziej lub mniej poszukiwane książki. Tego dnia coś się zmieniło. Może z powodu dziwnej letniej aury mimo drugiej połowy października, a może białych smug na niebieskim niebie? W pewnym momencie, dokładnie po środku parku między pomarańczowo-żółtymi dębami, oczy Witka zatrzymały się na siedzącym na ławce mężczyźnie. Niby zwyczajny koleś w niebieskim dresie i okręconym wokół szyi czerwonym szalu z długimi związanymi w kitkę czarnymi włosami.
Jednocześnie jakiś inny niż cała reszta kręcących się po ulicy ludzi. Dlaczego? Witek zatrzymał się na chwilę i to wystarczyło, by wzbudził zaciekawienie nieznajomego. 

- Porozmawiasz? - mężczyzna kiwnął do niego bladą, sztuczną ręką. 
- Chciałbym, ale nie mam czasu.
- Daj spokój. Usiądź.

Witek czuł jak maleje jego opór. Jak przebity balon wznosi się i znika. Pozostała ciekawość. Czemu ten facet wydaje się taki niezwykły? Z powodu sztucznej ręki?

- Ona cię tu przyciągnęła - potwierdził mężczyzna, odsłaniając nienaturalnie białą dłoń. - Mów mi Błażej.
- Witek.
- Lubisz zagadki?
- Zależy jakie.
- Na przykład moja ręka, chcesz wiedzieć skąd się wzięła?

Błażej pogładził sztuczną powierzchnię. Potem spojrzał na Witka z zielonym błyskiem w oku.

- Wypadek?
- Coś w tym rodzaju. Powiem ci, bo jakoś czuję, że ci się przyda. Rękę sobie odciąłem kosą na wsi. Musiałem, inaczej oni, by mnie zabili prędzej czy później.
- Jacy oni? 
- Przekonasz się. No, idź już, bo się spóźnisz. 

- Co? - oburzył się Witek. Właśnie teraz, gdy praca stała się nieważna, nieznajomy odwracał się od niego. Jakby nagle przypomniał sobie, że zostawił zupę na gazie. Wstał. Poprawił swój dres i bez słowa się oddalił, ani razu nie patrząc za siebie na Witka, który nadal stał ze swoim co na ustach. Minęła długa chwila zanim Witek się otrząsnął, wrócił do siebie i czasu sprzed paru minut, gdy jeszcze się spieszył. Tyle, że czas był inny. Podobnie jak Witek. Stare komórki ciała umarły. Pojawiły się nowe. Coś się skończyło i coś się zaczęło.

Drugie spotkanie.

Po raz drugi Witek spotkał Błażeja przy przejściu dla pieszych. Oparty o stary niebieski rower z torbami wszelkiego rodzaju złomu kojarzył się z bezdomnym alkoholikiem. Jedynie aura wokół niego nie pasowała do wyobrażeń. 

Gdy zmieniło się światło, przeszli na drugą stronę. Błażej się nie odzywał jakby Witek był dla niego kimś obcym. Pewnie skręciłby w swoją stronę, gdyby ten nie pociągnął go za rękę, tą zwykłą, cielesną.

- Pamiętasz mnie?
- I co z tego?
- Nic. Może ci pomogę - Witek wskazał złom.
- Nie trzeba. Dam radę.
- Powiedz chociaż dlaczego mnie wtedy zaczepiłeś?.
- Ech, sam już nie pamiętam. Chyba mi odbiło albo byłem pijany.

Błażej odganiał się od Witka jak od obrzydłej muchy. Dziś nawet przez chwilę nie chciał się dzielić słowami. 

- Spieszę się - pociągnął rower w drugą stronę.
- Zdążysz. Najpierw mi powiedz - nalegał Witek. - Zresztą, kupię od ciebie ten złom.
- I co z nim zrobisz? Pokażesz go swojej dziewczynie? A może choinkę przystroisz? 

Dziwne, ale Błażej nie okazywał zainteresowania pieniędzmi, a przecież szedł sprzedać złom.

- Dobra, pójdę z tobą - zdecydował Witek.
- Uparty jesteś - uśmiechnął się Błażej. - Okey, wygrałeś. Wtedy na ławce wydałeś mi się inny, jakiś wyjątkowy, ale to była iluzja. Rozumiesz? Jeszcze jedno życiowe złudzenie, bezsens. Dlatego powiedziałem, żebyś sobie poszedł.
- Ale wcześniej powiedziałeś mi o ręce.
- Pomyliłem się. Wybacz. A teraz naprawdę sobie idź, bo sprowadzisz na siebie nieszczęście - Błażej odepchnął Witka sztuczną ręką. Jednak Witek szedł dalej. 
- Jak się nie odczepisz, to cię walnę.

Błażej podniósł kamień z chodnika. Duży, okrągły, świecący dziwnym brązowym światłem. Witek się przeraził. Nagle zdał sobie sprawę, że nie zna Błażeja. Może to niebezpieczny wariat, bo kto normalny grozi kamieniem drugiemu człowiekowi, który chce tylko porozmawiać.

Coś się zmieniło jeszcze bardziej. Nowe komórki zastąpiły stare. Tajemnica na dobre zagościła w Witku i drążyła w nim coraz większą dziurę.


P. S. Przy okazji we mnie również. Może jednak to cienka nić pajęcza, którą można zerwać? Ciekawi, czy nie?




  


 


  

wtorek, 27 listopada 2018

W Cichym Dołku.

To tutaj wysiadł z pociągu Edward, a Lubisłowa została w przedziale, uciekając przede mną nad morze. Trochę później zmieniła zdanie. Chciała wrócić i pewnie by wróciła, gdyby do przedziału nie wszedł konduktor i nie kazał jej pokazać biletu, którego nie miała. Co później się wydarzyło? Jak i dlaczego?

Autor:Fotoklimat.
Anna.

Obudził mnie dźwięk przesuwającego się po papierze długopisu, może pióra. Jakby myszy skrobały w kącie, próbując znaleźć kawałek sera. Gdy otworzyłam oczy, nastała cisza. Nic i nikt się nie poruszał, jedynie wiatr za oknem. Na palcach podeszłam do biurka. Pewność, że coś się zmieniło, sprawiła, że stałam się czujna. Budzik pokazywał szóstą rano. Mogłabym jeszcze spać, bo sobota, dzień wolny od pracy. Mogłabym, gdyby nie dziwny odgłos, który gdzieś tu się krył niczym pająk czekający na muchy.

Na biurku jak zwykle panował bałagan. Pogniecione kartki kłębiły się wokół laptopa i kubka z resztką zielonej herbaty. Między tym wszystkim stał notes-książka, pamiętnik Lubisłowy. Nie leżał, ale stał jakby chciał być lepiej widoczny niczym odważny żołnierz na polu walki.

Chwyciłam zeszyt i zaczęłam czytać.

Lubisłowa.

Tego się nie spodziewałam. Wszystkiego, ale nie tego. Konduktor nie tyle wysadził mnie z pociągu, ile przesadził, zrzucił z pędzącego wagonu wprost w ramiona faceta na drezynie. Tak po prostu jakbym była zbędnym bagażem, na pewno nie człowiekiem, a może jako kobieta nie mieściłam się w kolejowej definicji człowieka? 

W każdym razie mężczyzna dowiózł mnie do stacji Cichy Dołek, na której wcześniej zniknął Edward. Od razu się domyśliłam, że powinnam zakończyć rozmowę z Edwardem, nawet jeśli mi się wydaje, że już ją skończyłam. Bo czy inaczej znalazłabym się w tym samym, co on miejscu.

Nieco skołowana nieoczekiwaną przejażdżką po torach, usiadłam na dworcowej ławce, której kolor wahał się między szarym, a startym niebieskim. Próbowałam zebrać myśli, zanim pójdę gdzieś dalej. Przede wszystkim chciałam wiedzieć, dokąd się udać, co zrobić, by móc wreszcie wrócić do domu.

- Wyrzucili cię, czy mnie śledzisz? - zza rogu wyłonił się Edward.
- Może jedno i drugie - ucieszyłam się na jego widok. - Sam mi wytłumacz.
- Jesteśmy zabawkami w rękach Boga. Tylko on wie o co chodzi. Idziesz do hotelu, czy śpisz tutaj?
- A ty?
- Nie uzależniaj się ode mnie, dobra?

Edward przysuwał się bliżej i odsuwał jakby krążyło w nim niezdecydowanie, zostać ze mną czy wybrać samotność. Pewnie jedno i drugie przyciągało i odpychało z taką samą siłą. 

- Chodźmy - zdecydował w końcu.

Poszliśmy. 

Przeznaczenie poprowadziło nas do hotelu Pod Jemiołą. 

Anna.

W najciekawszym momencie zadzwonił telefon.
- Co robisz? - ciekawiła się mama.
- Nic takiego.
- To może byś ze mną pojechała na cmentarz. Sama nie dam rady z wiązankami.
- Dobrze.

Musiałam, choć nie chciałam. Nie lubię odwiedzać zmarłych, bo nie wierzę, że są pod płytami w trumnach. Myślę, że istnieją w innym świecie i nic sobie nie robią z naszego stania przy ich nagrobkach. Jednak pewnych spraw nie da się wytłumaczyć mojej mamie. O wiele łatwiej zachować milczenie.

Do lektury wróciłam wieczorem z kubkiem herbaty w ręku.

Lubisłowa.

Wzięliśmy klucze do dwóch sąsiadujących ze sobą pokojów. Edward zamknął się w jednym, ja w drugim, a do rozmowy wróciliśmy następnego dnia przed południem. Dlaczego tak późno? Czemu nie od razu? Nie wiem. Może z powodu senności, jaka nas ogarnęła wraz z przejściem przez próg hotelu? Braku słów jakby przez wiatr zabranych? Nieważne. 

- Mówisz, że nie możesz wrócić, tak? - ciekawił się Edward przy stoliku w hotelowej restauracji.
- Tak i wydaje mi się, że jak z tobą we właściwy sposób porozmawiam, odejdę i już nie będę zawracać ci głowy.
- Ale co znaczy właściwy sposób? Czy to samo, co normalny i nienormalny?
- Właściwy czyli odpowiedni temat. O życiu na przykład. Po co jest? Myślałeś o tym?

Edward spojrzał na mnie zaciekawiony. 

- Wiele razy i nic z tego myślenia nie mam, a ty?
- Ja od niedawna zastanawiam się, z jakiego powodu życie powstało? Czy istnieje jakaś odpowiedź?

Do stolika podeszła kelnerka. Zamówiliśmy, ja zieloną herbatę i kanapkę z dżemem truskawkowym, Edward piwo i słone paluszki.

- I tak musimy żyć niezależnie od odpowiedzi.
- Nie mamy nic do gadania.
- Właśnie. Dusza nami kieruje, a nie my duszą. Myślisz, że ci wystarczy, bo ja już się zmęczyłem naszym gadaniem.
- Zobaczę. Poczekaj. Odchodzę teraz i jak nie wrócę, znaczy, że wystarczy.

Wstałam, choć nie zjadłam do końca kanapki i nie wypiłam herbaty. Edward pomachał mi ręką na pożegnanie:

- Obyś tu już nie wróciła.

Wyszłam z hotelu. Spojrzałam w słońce. Zamknęłam oczy i ... 
Nic się nie wydarzyło.

Anna.

Kolejny telefon.
- Co robisz? - chciałaby wiedzieć mama.
- Nic takiego.
- Czyli nic, a dla mnie oczywiście nie masz czasu - oburza się moja rodzicielka. - Na wszystko masz, tylko dla mnie nie.
- Mam. Jak chcesz przyjadę i posiedzę z tobą - próbuję się tłumaczyć. Czuję, że bezskutecznie. Po drugiej stronie słuchawki nadal trwa cicha, mroczna złość.
- Łaski nie potrzebuję. Nie musisz ze mną siedzieć. Zakupów też nie musisz robić. Ubiorę się i wyjdę, choć ledwie chodzę ....
Dalszych wyrzutów już nie słucham. Odkładam telefon. Ubieram się. Jadę zrobić mamie zakupy i posiedzieć z nią. Może i lepiej. Później zacznę myśleć o Lubisłowie. Później zacznę się o nią martwić i czekać na ciąg dalszy jej pamiętnika.



P. S. Wszystkie postacie, mama również, zostały zmyślone. Tylko Lubisłowa pozostaje jak najbardziej prawdziwa. Chcecie jeszcze o niej poczytać?
Część poprzednia: Tajne życie Lubisłowy.



 


 



   
 

wtorek, 20 listopada 2018

Efekt Mandeli?

Myślałam, że już do tego nie wrócę. Sprawa dawno się skończyła. Moje bohaterki nie poszły więcej na działkę znajomego sąsiadki. Pamięć zdarzenia zniknęła razem z zielonym domkiem. Jednak niezupełnie, ślad został i wyszedł na wierzch w najmniej odpowiednim momencie, oczywiście przyjmując założenie, że w ogóle istniały właściwe momenty.

Autor:Bruce Rolff.

 Eugenia i Stanisława 

Niepokój dotknął Eugenię, gdy nalewała wodę do dzbanka z herbatą, zezując jednocześnie przez okno na sąsiada Karola. Mężczyzna akurat wyszedł z bloku w zielonej, jesiennej kurtce i czapce z daszkiem. W ręku trzymał wielką niebieską reklamówkę z wiązanką na cmentarz. Nic nadzwyczajnego, a jednak serce Eugenii zabiło mocniej. Coś w jej pamięci wypływało na wierzch. Coś groźnego, czego nie powinna pamiętać. 

- Idziesz jutro na cmentarz? - głos Stanisławy przywrócił znajomą rzeczywistość. Kuchnia, pokój, stolik, talerzyk w fiołki z kruchymi ciastkami. 
- Idę.
Eugenia postawiła imbryk z malinową herbatą. Może to niestrawność wywołała dziwne myśli.

- Żeby tylko była pogoda - zaczynała martwić się Stanisława.
- Jak nie będzie, pójdziemy innym razem - Eugenia obojętnie machnęła ręką. Po raz pierwszy od wielu lat było jej wszystko jedno. Pójdą, nie pójdą, jakie to ma znaczenie, przecież oni i tak już nie żyją. Nie czekają na nie z ciastkami jak ona, Eugenia na Stanisławę.
- Co się ze mną dziś dzieje - zaraz przywołała się do porządku. - Najpierw jakiś lęk, a teraz niechęć do grobów ?!

- Pewnie, zawsze możemy iść pojutrze, żebyśmy tylko Karola nie spotkały.
- Nie spotkamy. Widziałam go przez okno jak szedł z wiązanką.
- Ale czy na pewno na ten nasz cmentarz?

Eugenia nic nie powiedziała, bo nagle jej się przypomniało jak razem ze Stanisławą i Rozalią poszły na działkę w poszukiwaniu domu z zielonej cegły. Tyle, że Rozalia nie miała działki. Jej koleżanka Todzia również nie, więc jak się mogło cokolwiek Eugenii przypomnieć.

- Oszaleję - mruknęła pod nosem.
- Co? - nadstawiła uszu Stanisława. - Nie słyszałam, co mówiłaś?
- Nic, tak tylko myślałam o Rozalii.
- Ach, Rozalia ma problem. Jakaś baba na rynku oskarżyła ją o kradzież.

Eugenia powinna, ale nie zareagowała. Jej myśli biegły w inną stronę.
- One zostały z tyłu. Ja weszłam do środka. Pojechałam windą na górę i ... Nie pamiętam. Co się tam wydarzyło?

- Co ty na to? - chciała wiedzieć Stanisława.
- O czym? 
- No, przecież o Rozalii.
- Poszłyśmy z nią na działkę popatrzeć na zielony dom.
- Jaki dom? - skrzywiona mina Stanisławy nie wróżyła nic dobrego. - Rozalia mieszka jak my w blokach. Nie ma żadnego domu, ani działki. Jakby miała, to by nie kradła.
- A kradnie?
- Oj, nie słuchasz mnie Gieniu. Przed chwilą mówiłam, że ją baba na kradzieży złapała.
- Wybacz Stasiu, źle się jakoś czuję.
Eugenia pozieleniała, zbladła, poczerwieniała. To nierealne wspomnienie przebijało się głębiej do serca, umysłu, może nawet duszy.

Weronika.

Podobnie jak Eugenia przypomniała sobie coś, czego nie mogła pamiętać. Spotkała Marka na skrzyżowaniu blisko bloku ciotki Florentyny. Chciała za nim pobiec, gdy Artur chwycił ją za rękę. Skąd wzięło się to dziwne wspomnienie? I po co? Żeby czuła w sobie jeszcze większy dół niczym nie wypełniony, pustkę rozmiarów pustyni?

Budzik nie zdążył zadzwonić, a Weronika już nie spała. Nie mogła. Wstać też nie miała siły. Przygniatał ją ciężar zbyt wielki, by sama dała radę się z niego wyczołgać. Wiedziała, że za godzinę po ich wspólnym pokoju zacznie się kręcić Jagoda, koleżanka ze szkoły. I z pewnością od razu zauważy, że Weronika się nie rusza. Spróbuje ściągnąć z niej kołdrę, połaskotać, w jakikolwiek sposób wyciągnąć z łóżka. Co wtedy? Czy Weronice uda się wyjść z przytłaczającej ją dziury? Czy pójdzie do szkoły, udając, że wszystko jest w porządku. Nie spotkała Marka. Przyśniło jej się. Nigdy więcej go nie zobaczy. Tu i teraz szkoła pozostaje najbardziej ważna. W końcu w tym roku matura. Trzeba wreszcie przysiąść przy podręcznikach. Postarać się odrzucić zbędne rzeczy, przede wszystkim zadających ból facetów.

Weronika spróbowała się poruszyć i wtedy zaatakowało inne wspomnienie. Najlepsze i najgorsze jednocześnie. Najgorsze, bo razem z nim wraca zarówno tęsknota jak i przerażenie.

- Nie, przecież to się nie wydarzyło - Weronika kuli się pod kołdrą, ale w żaden sposób nie potrafi wymazać obrazu z przeszłości.

Weronika kocha się z Markiem w jego domu na jego łóżku. Najpierw powoli, delikatnie, potem coraz szybciej gwałtowniej. Prawdziwy dziki seks. Pot płynący po zmieniających się splotach ciał. Raz on na górze, raz ona. Ujeżdżają siebie na wzajem jak konie, dotąd zamknięte, teraz wypuszczone na wolność.

Weronika czuje pulsowanie każdej komórki ciała. Ekstaza zbliża się wielkimi krokami. Jeszcze jeden ruch, skurcz podniecenia i nagle miejsce Weroniki zajmuje Gniewna. To ona kończy. Zbiera rozkosz. Zatraca się w uniesieniu. Weronika stoi z boku bezskutecznie starając się odepchnąć intruza. Na nic zdaje się krzyk, przestań, zostaw, nie, błagam. Gniewna spełnia swoje okrutne pragnienia. Tnie kuchennym nożem ciało Marka.

Eugenia i Stanisława.

Wyszła jak tylko pozbyła się Stanisławy. Kroki skierowała w stronę pobliskich ogródków działkowych. Po drodze wracały do niej szczegóły tamtego spaceru ze Stanisławą i Rozalią. Szczegóły, które przecież nie istniały, a jednak kuły wyraźnym kształtem. Każde wypowiedziane słowo, ruch ręki, spojrzenie. Wreszcie teren działek. Na szczęście ktoś zostawił otwartą furtkę.

Eugenia idzie jak ktoś pogrążony w hipnotycznym transie. Ogląda domy oczami pamięci. Tu się potknęła i została w tyle. Stanisława i Rozalia nawet nie zauważyły, że już z nimi nie idzie. Dlatego nie zobaczyły domu z dziwnej, zielonej cegły.

Eugenia stanęła w tym samym, co wtedy miejscu. Zielonego domu nigdzie nie było. Wiatr zawodził w nagich gałęziach brzozy.

Weronika.

Poszła do niego. Wdrapała się na dziesiąte piętro, bo winda się zepsuła. Przycisnęła dzwonek. Czekała długo. Jeszcze raz zadzwoniła i jeszcze i gdy się już poddała, drzwi się otworzyły. Stanęła w nich kobieta w niebieskim szlafroku i włosach zawiniętych w brązowy ręcznik.

- Słucham.
- Czy jest Marek?
- W pracy. A o co chodzi?
- Nic, tylko chciałam się upewnić, że on żyje, bo...
- Głupie żarty.

Kobieta trzasnęła drzwiami. Ciężar spadł z serca Weroniki.



P. S. Nie wiem skąd się wzięły dziwne wspomnienia Eugenii i Weroniki. Czy przyniosła je mgła i ochłodzenie? Czy może zaczęła się nowa gra tajemniczych graczy? I co się jeszcze wydarzy?
Poprzednie: PustkaWir czasuEuforia, ProblemyDziurawa pamięćTajemniczy domek.
Co to jest efekt Mandeli? Ci co nie wiedzą, mogą przeczytać tutaj.
   











 







             

wtorek, 13 listopada 2018

Listopadowe myśli.

Jakie są? Czy gładkie czy ostre? Czym pachną? W co ubrane? Jakim błyszczą kolorem? Czy potrafię je opisać?

Autor: Tran Nguyen.



Ona i niebo. 

Oboje w niebieskim nastroju 
marzą o zieleni, co odeszła 
nie wiadomo gdzie i kiedy. 
Czekają, wstrzymując oddech. 
Codzienność śpi.
Ciężar kobiety i nieba 
nie daje się unieść.


Autor: Tran Nguyen.
 Czerwona.

Równo na pół przecięta
wiedzą niepotrzebną
dama z filiżanką
smaczna i świeża.
Pachnie grzecznym smutkiem.

Autor: Tran Nguyen.

 Wędrowiec.

Dom nosi ze sobą.
Tylko czasem zdejmuje z pleców.
Kładzie na kolanach aktualnej żony.
Zasypia i budzi się, gdy księżyc wschodzi.
I tak bez końca.

Autor: Tran Nguyen.
Dwa pączki

zwiędniętej róży
smakują gorzkim lukrem.
Ktoś im powiedział,
że nie mogą żyć bez siebie.
Uwierzyli.
Resztę klei uczynił pocałunkiem. 

Autor: Tran Nguyen.

Wspomnienie lata.

Blaskiem zaślepia oczy.
W oddali cienie.
Szarość nie istnieje.
Zima nie nadchodzi.
Zło starte gumką umiera.

Autor: Tran Nguyen.

 Czekam.

Wciśnięta w blokowe ściany
czekam na wiosnę, lato, wakacje,
lepsze sny, właściwe słowa, 
właściwe miejsce.
Życie mija niewidocznie.

Autor: Tran Nguyen.

 W listopadzie.

Po głowie mi pływają robaki.
Herbata parzy.
Niebieska szarość zamyka umysłu szuflady.




P. S. Takie te moje myśli, trochę smutne, trochę leniwe, a jakie Wasze? Podzielicie się?