wtorek, 18 września 2018

Nikodem.

Nikodem nie znał swojego ojca. Pamiętał jedynie fragmenty życia z nim związane. Mgliste kawałki, niektóre dziwne jakby wyrwane z pogranicza snu 
i jawy lub innego świata, w którym dominował kolor niebieski. Dlaczego? Kim był ojciec Nikodema? I gdzie zniknął?

Autor: Hector Toro.

Lotnisko.

Nikodem najczęściej wspominał lotnisko, chociaż podobno nigdy tam nie był. Tak twierdziła jego matka. Cokolwiek by powiedział na ten temat, ona zawsze się krzywiła, a potem przeganiała go ścierką do zmywania naczyń.

- Odrobiłeś już lekcje? 
- Tak.
Przynieś, sprawdzę.
- Dlaczego ty mi nigdy nie wierzysz?
- Nie pyskuj, przynieś zeszyt.

I już koniec rozmowy o lotnisku wielkim jak ocean z niebieskimi rzeźbami kojarzącymi się z surrealizmem, mozaikami na ścianach i na podłodze. Jedna z nich przedstawiała ręce otwarte na nagą kobietę w ukłonie. Jakby niewolnicę niewidzialnego wodza, który czasem pokazywał pojedyncze części swojego ciała, głównie dłonie lub twarze. Wielki Nikt lub Ktoś, Coś, istota z nieznanego świata. Nieznanego dla ludzi jako ogółu, tłumu, ale nie dla wybranych jednostek.

Po odkrytej powierzchni lotniska przejeżdżały wielkie auta-rakiety. Pasażerowie, jeśli byli, musieli siedzieć za zamkniętymi oknami i drzwiami, nieprzeniknioną z zewnątrz zasłoną. Samochody zatrzymywały się na przystankach, pustych samotnych wysepkach pomalowanych na brązowo. Nikt nie wsiadał. 

Nikodem próbował zobaczyć samoloty, ale w pobliżu żadnego nie widział. Tylko jakiś warczący granatowy obłok nad głową albo raczej zbiór obłoków. Ryczący smok? Nowoczesny samolot? Pytania pojawiały się w głowie Nikodema jedno za drugim.

W kasie kupił bilet. Ale po co? Dlaczego? Gdzie chciał lecieć? Gdy patrzył na obłoki-smoki i auta-olbrzymy, przez ciało przechodził mu dreszcz niepokoju.

- Nie bój się - odezwał znajomy, a jednocześnie obcy męski głos. Twarz i sylwetka zamazana jakby facet założył na siebie maskującą zasłonę. 
- Nie mogę się ujawnić - wyjaśnił Nikodemowi. - Ale jeśli ze mną polecisz ...

Słowa zawisły w powietrzu. Nikodem już wiedział po co kupił bilet. Jasne, chciał polecieć z ojcem, bo tym kimś obok niego nie mógłby być nikt inny.

- Pojedziemy tym wielkim autem?
- Nie, pójdziemy. To niedaleko.
- A samochody po co jak to blisko?
- Później wszystko ci wytłumaczę.

Nie wytłumaczył, bo nagle zza ogromnego niebieskiego drzewa wyszli policjanci. Podeszli do ojca. Złapali go za ramiona i zawlekli do auta. Nikodem jeszcze przez chwilę stał, patrzył bezradnie, gniótł w ręku bilet. Nigdzie nie poleci, nie teraz, a kiedy, nie wiedział.

Autor: Viola Sado.

 W szkole.

Poszedł do szkoły z myślą, że dowie się wreszcie czegoś o lotnisku, policjantach i ojcu. Szybko jednak przekonał się, że nauczycielka, miła pani Zosia nic nie wie, nie chce wiedzieć, bo za każdym razem, gdy ją zagadywał, odganiała go jak muchę. Raz nawet posłała do pani psycholog, a ta z kolei do psychiatry. Ledwo z tego wyszedł, wyrzekając się swoich opowieści o lotnisku. 

- Ja tylko tak sobie żartowałem.
- Więc więcej sobie nie żartuj.

Lata mijały. Nikodem powoli przyzwyczaił się, że mieszka z matką bez ojca, ojca nie zna i pewnie nie pozna. Prawie o nim zapomniał, gdy nagle pojawiły się w nim dziwne umiejętności. Potrafił na przykład zamknąć oczy, powiedzieć znikam i zniknąć. Stać się na pięć minut, godzinę, jak długo chciał, niewidzialny. Widział jak inni prześlizgują się po nim wzrokiem, nie zauważając. Pani próbuje wezwać go do tablicy lecz jej oczy nie potrafią go znaleźć.

- Czy Nikodem gdzieś wyszedł? - pyta klasę.
Uczniowie się rozglądają, nie znajdują, póki Nikodem nie każe sobie, ujawnić się przed nimi.

Emocje też się zmieniły. Czasem chciał płakać lecz nie potrafił. Podobnie ze śmiechem. Kawały przestały śmieszyć albo nie umiał wydobyć z siebie radości. Twarz pozostawała obojętna, co skutecznie zniechęcało kolegów i koleżanki.

W kolejnym liceum,( szkoły często zmieniał z powodu matki, która nie potrafiła wysiedzieć długo na jednym miejscu) doprowadził Kornelię do choroby psychicznej. Czuł jak jej strach narasta po każdym jego spojrzeniu. Próbował na nią nie patrzeć, ale chęć rzucenia choć na chwilę spojrzeniem na dziewczyną przerosła jego możliwości. Kornelia była zbyt piękna. W dodatku nie zdawała sobie z tego sprawy. Uciekała w cień przed ludźmi. Aż dziwne, że na początku roku zgodziła się pójść z nim, Magdą - Stefanią i Tonim na akcję. Brała udział w wysadzeniu w powietrze magazynu. Od tego zaczęła się jej choroba. Szkoda, że została w szkole. Szkoda, że razem nie zostali. Kornelia w jednym miejscu, a on w drugim odległym, żeby tylko nie dotykać jej wzrokiem. Nic, stało się. Nie można płakać nad rozlanym mlekiem, jeśli w ogóle można płakać. Nikodem zaciskał pięści w kieszeni. 
- Muszę jej pomóc - pomyślał. - Ale jak.
Jeszcze nie wiedział.

Tej nocy zanim zasnął, wyraził życzenie, że chce wyrwać Kornelię z choroby. Zamknął oczy, więc nie zobaczył falującej w oknie firanki jakby przesuwała ją jakaś ręka, niebieska ręka.



 
P. S. Tym tekstem nawiązuje do wcześniej publikowanych przeze mnie na facebookowej stronie Lubisłowa opowieści o Kornelii, Tonim i Magdzie-Stefanii. Nie wiem, czy chcecie, żebym tutaj również opublikowała te opowiadania, czy raczej wolicie poznać ciąg dalszy albo jedno i drugie. Czekam na Wasze opinie i oczywiście uwagi dotyczące Nikodema.


  


wtorek, 11 września 2018

Włóczkowy kot.

Ostatnio nachodzą mnie myśli o moich pierwszych wampirach: Augusto 
i Angelinie. Co u nich? Jak żyją po ucieczce Filipa i odejściu Wiktora?

Niestety pojęcia nie mam, kto jest autorem.

Miejsce: Świat po śmierci
Czas: Nieokreślony
Bohaterowie: Angelina - wampirzyca około 30 lat, Augusto - wampir, wiek podobny, Regina - fanka wampirów lat 40, Aleks - nieznany facet, z którym rozmawia Angelina; Toni i Tuni - bracia, spikerzy telewizyjni i nie tylko, kot.

Dialog 1.

Miejsce: Kamienica przy ulicy Wampira Draculi numer 6. Piwnica.
Wnętrze oświetla jedna słaba żarówka zwisająca na czarnym kablu z sufitu. Angelina patrząc na nią, często myśli o śmierci. Chciałaby skończyć swój głupi żywot. Głupi od czasu, gdy Augusto znalazł sobie nową przyjaciółkę i opuścił dzielone z Angeliną lokum.

Angelina pochyla się nad otwartym laptopem. Pisze z Aleksem na popularnym portalu Gadka-Szmatka. Rozmowy ze znajomym i jednocześnie obcym odciągają ją od realizacji pomysłu z samobójstwem. Poza tym sprawiają, że Angelina nie czuje panującej wokół dusznej atmosfery bałaganu i ciasnoty. Mieszkanie się zmniejszyło odkąd Augusto je opuścił, jakby było żywym, myślącym stworem i doskonale wiedziało, że wielka przestrzeń dla jednej osoby staje się zbędna. Może wywoływać niepokój. Niestety w przypadku Angeliny i tak rozmiar mieszkania nie ma znaczenia.

W każdym razie w pomieszczeniu znajduje się jedno łóżko-trumna, jedno krzesło, stolik, mała szafa i biurko z paroma książkami i laptopem. Całość utrzymana w ulubionych przez wampiry kolorach: czarnym i czerwonym. Czarny ponieważ kojarzy się ze śmiercią, czerwony, wiadomo, z krwią.

Zaglądamy Angelinie przez ramię. Widzimy pojawiające się czarne litery na białym tle. Rozmowa między Angeliną i Aleksem trwa.

Angelina: Mówiłeś, że gdzie pracujesz.
Aleks: Mówiłem, ale teraz chcę ci powiedzieć o moim śnie.
Angelina ( myśli ): Jak zwykle, gdy go o coś pytam, odwraca kota ogonem.
Angelina: Dobra, opowiedz.
Aleks: Budzę się w nocy. Znaczy, we śnie się budzę. Widzę i słyszę włączony telewizor. Dziwię się, bo wcześniej go nie było, a teraz stoi na stoliku przy łóżku. Kto go tu postawił, myślę sobie. 
Angelina: Ciekawe.
Angelina ( myśli ): Jak wszystko co mówi. Nieprawdopodobne, ale ciekawe.
Aleks: W telewizorze dwóch facetów w pogrzebowych garniturach nawija o moim życiu.
Angelina: Ooo.
Aleks: Mówią, że nadszedł czas, żeby mi powiedzieć, że jestem w świecie po śmierci. Kiedyś żyłem na Ziemi, a teraz w Sensbezsensie. I co ty na to?

Angelinę zatyka, bo jakiś czas temu śnił jej się podobny sen. W zasadzie taki sam. Telewizor na stoliku obudził ją w środku słonecznego dnia, kiedy zwykle śpi, bo jako wampir egzystuje w nocy. Dwóch mężczyzn gadało o jej życiu, kim była i kim jest. Żyła na Ziemi jak Aleks, a teraz w Sensbezsensie. Ale czy podzielić się tą informacją z Aleksem. Niby ma do niego zaufanie. Jednak nie do końca. Czuje, że Aleks coś kręci. Coś przed nią ukrywa.

Angelina: Zatkało mnie.
Aleks: Wiedziałem, że cię zatka. Najśmieszniejsze jest to, że wszystko, co mówili to prawda.
Angelina: Niemożliwe. Chyba byśmy pamiętali swoją śmierć i poprzednie życie.
Aleks: Niekoniecznie. Sądzę, że świat jest tak urządzony, żebyśmy nic nie pamiętali. Ktoś się nami zwyczajnie bawi.
Angelina: Myślisz?
Aleks: Wiem.
Angelina: Skąd.
Aleks: Nie zrozumiesz.
Angelina: Zrozumiem. Powiedz.
Aleks: W tym problem, że sama musisz dojść do prawdy.
Angelina: Jakiej prawdy?
Aleks: Dowiesz się w swoim czasie.

Dialog 2

Miejsce: Dwupiętrowy dom Reginy w dzielnicy przeznaczonej dla ludzi przy ulicy Konieczność 2.
Wnętrze pomalowane na żółto z czarnymi dodatkami. Na piętrze, gdzie w obszernym łóżku śpi Augusto, okna zasłonięte czarnymi grubymi kotarami. Augusto śni. Zbliżamy się i wchodzimy do jego snu. Panuje w nim noc, pora zwykłego życia wampirów. Augusto razem z Reginą wybierają się na nocny seans do kina.

Regina ( z uśmiechem przytula się do pleców Augusto, który próbuje zawiązać krawat na szyi ): Pamiętasz jak się poznaliśmy w kinie.
Augusto ( odsuwa się od niej ) Taa... Ale teraz mi nie przeszkadzaj, dobrze?
Regina ( całuje go w kark ): Nie przeszkadzam kochanie. Idę do kuchni napić się czegoś. Ty też chcesz?
Augusto ( zdezorientowany ): Co?
Regina: Napić się?
Augusto: Wiesz, że nie piję ludzkich napojów.
Regina: Dobra, jak sobie chcesz.

Regina chodzi po kuchni i nuci, gdy nagle jej wzrok zatrzymuje się na lodówce. Niemożliwe. Wytrzeszcza oczy. Krzyczy.

Regina: Augusto chodź tu szybko.
Augusto ( zły, bo wciąż nie zawiązał krawatu ) Co do cholery?
Regina ( pokazuje mu palcem ): Widzisz to samo, co ja?
Augusto ( zdezorientowany ): Znaczy co?
Regina ( wściekła ): Telewizor, kretynie!
Augusto ( osuwa się na taboret ): Przecież my nie mamy...
Regina: Cicho. Oni coś mówią.

Dwóch facetów ubranych w czarne garnitury uśmiecha się do Reginy i Augusto na białym pustym tle. Zarówno Regina jak i Augusto nie wiedzą co ich bardziej przeraża: mężczyźni czy panująca wokół nich biel.

Toni ( różni się piegami na nosie i trochę wyższym wzrostem od swojego brata ): Zacznijmy od ciebie Regino.
Tuni: Nie, od Augusto.
Toni: Kobiety mają pierwszeństwo.
Tuni: Nie tutaj.
Toni: Dlaczego nie?
Tuni: Bo nie. Do rzeczy, chcę ci powiedzieć Augusto.
Toni ( odpycha Tuniego w głąb ekranu ): Regino jesteś w Sensbezsensie, świecie po śmierci.
Tuni ( zasłania sobą Toniego ): Augusto kiedyś żyłeś na Ziemi, a teraz tu w świecie po śmierci. W dodatku stałeś się wampirem.
Toni ( uderza Tuniego i znów staje z przodu ): Regino wiem, że to dla ciebie trudne do uwierzenia.
Augusto: Jak to!
Regina: Niemożliwe.
Toni: Innym razem ci opowiem jak to się stało. Najważniejsze, żebyś zapamiętała, że istniejesz przez chwilę w Sensbezsensie, a potem odejdziesz.
Regina: Gdzie?
Augusto: A co ze mną?
Toni: Oboje odejdziecie do swojej ziemi obiecanej. Musicie tylko wytrwać i nie popełnić samobójstwa.

Tymczasem Tuni dochodzi do siebie. Wali pięścią Toniego. Zaczynają się bić. Obraz faluje. Ciemnieje. Znika. Augusto się budzi. Jeszcze przez chwilę pamięta swój sen. Potem wszystko się rozmazuje.

Dialog 3.

Miejsce: Piwnica, w której mieszka Angelina.

Angelina nadal pochyla się nad laptopem. Komputer traci łączność z internetem. Angelina próbuje ją odzyskać. Jej rozmowa nie może przecież skończyć się na niczym. Odwrócona tyłem do drzwi nie widzi, że do piwnicy wchodzi zrobiony na szydełku włóczkowy kot. 

Kot ze strony.

 Kot: słońce świeci dziś
         czas wreszcie wyjść na łąkę 
         nie czekaj, już chodź
Angelina ( ze strachu podskakuje i na wszelki wypadek zakłada czarne okulary ): Spadaj. 
Kot (obrażony ): No, co nie wyjdziesz z kotem na spacer?
Angelina: Na spacer to się chodzi z psem. Wynocha.
Kot ( nadal się krzywi ): Augusto powiedział, że lubisz koty.
Angelina: To się pomylił. Zaraz Augusto, widziałeś go?
Kot ( uśmiecha się z wyższością ): Nie powiem, jeśli ze mną nie wyjdziesz.
Angelina: Chyba nie wiesz kim jestem i co mogę ci zrobić jak się zaraz nie wyniesiesz!
Kot ( potulnie ): Dobra, dobra już idę.
Kot ( do siebie ): Cholera z tym się nie udało. To przez te okulary. Inaczej by wyszedł wampir paskudny.

Dialog 4.

Miejsce: Za białym ekranem telewizora.

Tuni: Widziałeś kota?
Toni: Jak miałem widzieć jak mnie w oko rąbnąłeś?
Tuni: Oj tam, oj tam.
Toni: Dla ciebie oj tam, oj tam, a mnie oko boli.
Tuni: Przyłóż sobie zimny okład ten, co go od dentysty dostałem jak mi zęba wyrywał. Kocie, kocie, gdzie jesteś?
Toni: Śpi gdzieś w kącie.

Obaj siedzą na białej kanapie. Na ekranie przed nimi pokazują się wiadomości. Gruba czarnowłosa kobieta z czarnym mikrofonem monotonnym głosem informuje, że w mieście Sensbezsens giną wampiry. Nie wiadomo dlaczego wszystkie popełniają samobójstwa, wychodząc na słońce. 

Kamera pokazuje nam spalone zwłoki. 

Tuni: Cholera, to nasz kot. 
Toni ( lekceważąco ): Co ty gadasz?
Tuni: Znam go w przeciwieństwie do ciebie. 
Toni ( śmieje się ): Dlaczego miałby zabijać wampiry i niby jak? Przecież one same wychodzą.
Tuni: On ich nie lubi.
Toni: On mało kogo lubi.
Tuni: Ale wampirów szczególnie.
Toni ( rechocze ): Nie uwierzę, że taki mały kot nakłoniłby wampira do wyjścia na słońce. 
Tuni: Ty zawsze w nic nie wierzysz. W śmierć nie wierzysz. W boga też nie, a ja ci mówię, że on jest niezwykły i wiele potrafi.
Toni: Włóczkowy kot akurat?
Tuni: Z magicznej włóczki.
Toni: Bo tak ci kto powiedział. Wróżka Dusia? Ta idiotka.
Tuni: Zaraz cię zdzielę w drugie oko!

Tak. Za chwilę znów będą się bili, a ponieważ ja nie lubię patrzeć na bijatykę, oddalam się szybko.

P. S. Ciąg dalszy może nastąpi.


 









 

wtorek, 4 września 2018

Lato na brzegu morza

Dawno, dawno temu był sobie czas wolny od obowiązków szkolnych i nie tylko. Ów czas wolny zaprosił mnie nad morze na przełomie wiosny i lata. Dokładnie kalendarzowej późnej wiosny i panującego wokół gorąca lata. Z zaproszenia skorzystałam, a teraz podzielę się z Wami wierszowaną refleksją i zdjęciami z Grzybowa i Kołobrzegu.

Morze w Grzybowie.

Jadę

z głową pełną morskich myśli,
przestrzeni nieznanej.
Jeszcze nie wiem
jak czas się na piasku ułoży?
Gdzie i na czym będzie spać?
Czy wtulę się w sny o tobie?
Czy raczej w nowe?
Już niedługo spotkam odpowiedzi.
Teraz patrzę na krajobraz za oknem pociągu.

Zdjęcie ze strony
 
 Ginę

między jednym kęsem, a drugim,
kolorem sera, pasztetu i masła istnieję.
Słońce na niebie już nieważne,
tylko talerz pełen.
O jak dobrze w głębi smaków.
Całkiem zapominam o koszmarach nocnych.
Nie myślę.
Jestem ustami, językiem, zębami, przewodem pokarmowym.
Gdybym tak mogła zostać na dnie zapachów,
trawiennych soków.
Ale czas biegnie dalej.
Nie pozwala żyć wiecznie w krainie głodu.

W Kołobrzegu.

Zielony

człowiek złapany na rowerze,
przywiązany smyczą do ziemi.
W nocy płacze
straconą ludzką świadomością.
W dzień udaje roślinę bezwolną.
Chciałby myśleć w sposób jedynie uznany
i słuszny.
Żałuje, że jechał zbyt wolno.
Obiecuje, że z uwięzi się wyrwie.
I tak żyje z nocy na noc,
z dnia na dzień. 

Droga w parku leśnym z Grzybowa do Kołobrzegu.
 
Droga

Codziennie przemierzam drogę
między myślami
z nieznanej przyszłości,
znajomej przeszłości,
rzadko tu i teraz.
Wiem, że gdy stąd wyjadę
znajdę obecną chwilę
otoczoną złotym papierem.
Pożuję ją powoli.
Uwierzę, że właśnie, dokładnie 
taką jaka była.

Staw w parku kołobrzeskim.

 
Przy stawie.

Dotykam rzeczywistości

przy stawie w parku nad morzem.

Dlaczego nie na plaży?

Bo w tłumię się gubię.

Potem szukam długo.

Nie wiem, gdzie mój początek, a gdzie koniec.

Tutaj przy stawie

widzę siebie w odbiciu nieporuszonej wody.

Nie dowierzam,

ja to ta kobieta?

Nieznajoma w okularach przeciwsłonecznych

i kapeluszu lekko wytartym pomidorowym?

Poważna mina,

śmiejące się oczy.

Czy ja naprawdę istnieję?

Może jedynie w umyśle Twórcy świata?


W parku w Kołobrzegu.

 
Fontanna.


Jak panna rozkapryszona

rozbija wokół kawałki wodne nastroju.

Myślę o tobie

jak siadasz obok mnie na ławce.

Milczeniem swoim mnie obejmujesz.

Szyję całujesz.

Palcami do piersi wędrujesz.

Zasłaniasz nas przed światem kurtyną pożądania.

I tylko fontanna się nie zgadza.

Krzyczy wielkim strumieniem.

- Nie jestem twoja,

nie chcę, nie pozwolę.

Magia chwili się rozkłada





P. S. Mogłabym tak wspominać i wspominać, a najlepiej wsiąść do 

maszyny czasu i jeszcze raz przeżyć lato na brzegu morza. 

Podzielcie się swoim latem. Jakie ono było? Tęsknicie za 

następnymi wakacjami?



 

wtorek, 5 czerwca 2018

Trzeci.

Ach te moje bohaterki. Często wymykają się spod mojej kontroli. Panoszą się. Wywołują konfuzję. Czym i dlaczego? 


Eugenia i Stanisława.

Gdy żar leje się z nieba, obie uciekają z domu do swojego ulubionego miejsca. Na ławkę pod blokiem w cieniu rosnącego obok drzewa. Łapią oddechy świeżego powietrza, no powiedzmy w miarę świeżego, bo wiadomo jak jest w dużym mieście. Obserwują sąsiadów. I plotkują bez końca.

- Gorąc straszny - narzeka Stanisława.
- A widziałaś Karola? - uśmiecha się Eugenia.
- Nie, co  z nim? - ciekawi się Stanisława.
- Nic. Tylko chodzi w kurtce zapiętej pod samą szyję i z postawionym kołnierzem.
- W ten upał?!
- Tak. Zapytałam grzecznie, czy ma problemy z krążeniem, a on do mnie, żebym się odczepiła.
- Coś ty! Cham jeden!
- Chyba już mnie nie lubi - Eugenia wzdycha jakby zapomniała, że nie tak dawno Karol i jego lubienie bardzo jej przeszkadzało.
- E, tam. Widzę jak zerka na ciebie - protestuje Stanisława. - I z Klementyną nie chciał się umówić.
- Słyszałam. No, ale ona do kościoła go ciągnęła zamiast z nim iść...

Eugenia się waha, bo niby gdzie jeszcze można pójść z Karolem lub z Klementyną. Ona w  czarno-brązowym kostiumie wyglądającym i pachnącym jak szata pokutna. On w spranej dżinsowej kurtce jak robot bez czucia. Nawet do kościoła za bardzo się nie nadają.
- Masz rację - potakuje Stanisława, domyślając się, o co chodzi Eugenii. - Po tym jak Zygmunt naszą Klemcię zostawił,  strasznie się zaniedbała.
- Ciekawe, co z tym Zygmuntem.

Eugenia nie doczekuje się odpowiedzi, bo na horyzoncie pojawia się Radomiła, która wysiada z obcego samochodu. Czyjego samochodu? I kto jest za kierownicą? Facet nie wygląda jak Kazimierz ani jak Teo. Czy to nowy kochanek? Pytania piętrzą się w głowach obu kobiet, podczas gdy usta same im się otwierają z ciekawości.

Radomiła

Po wyjeździe Teo Radomiła czuła się jak rozbita szklanka. Próbowała skleić się w ramionach Kazimierza, ale jakoś bez skutku. Myśli o Teo wracały. Dlaczego tak się zdenerwował, gdy mu powiedziała, że musi się zastanowić nad jego propozycją ślubu? W końcu przecież nie wspomniała nic o Kazimierzu, z którym dzieliła mieszkanie i łóżko. Chciała jedynie ... Właśnie czego chciała? Odwlec w czasie rozmowę na poważny temat? Pokochać się z nim i potem odesłać do domu jak zabawkę? 

Radomiła wzdychała. - Nie tak, nie tak - myślała. - A jak? Żebym ja to wiedziała. Nikt mnie nie nauczył, co zrobić, gdy kocha się dwóch facetów na raz. Nawet nie pomyślałam, że zwyczajna przygoda z Teo nad morzem  zakończy się miłością. 

Na początku Teo nie był kimś szczególnym. Dopiero później nabrał znaczenia. Stanął jak kołek między nią a Kazimierzem. Może gdyby nie przyjechał, życie Radomiły potoczyłoby się innym torem. Równym bez dziur wahania z kim zostać. Kogo wybrać
gdy chciałoby się spędzać czas z jednym i drugim. Miesiąc z tym. Miesiąc z tamtym.

- Niemożliwe, niemożliwe - Radomiła mówiła sama do siebie.
- Co niemożliwe kochanie? - zapytał Kazimierz.
- E, nic takiego. Tylko moja koleżanka rozstała się z narzeczonym.
- I co nie możesz uwierzyć, że się rozstała?
- Jeszcze nie. Może jak pogadamy, uwierzę.

Trzeci.

Dwa dni później Radomiła wylądowała w łóżku trzeciego. Tak go nazwała w swoich myślach, żeby nie daj boże i on nie stał się kimś ważnym, żeby się nie przyzwyczaiła, żeby seks nie urósł i nie stał się miłością, jedynie chwilą przyjemności niczym więcej. Ekstazy, która wymaże wszelkie myśli o Teo i pozwoli wrócić do Kazimierza. Dlaczego z obcym, nie z Kazimierzem? Bo z Kazimierzem już się starała i nic z tego nie wyszło.

Trzeciego poznała w barze hotelu, w którym spotykała się z Teo. Poszła sobie posiedzieć. Jednak już gdy wchodziła, czuła, że na siedzeniu się nie skończy. Jakimś szóstym zmysłem dotykała bliskiej przyszłości najeżonej seksem. I jak zwykle się nie myliła.

Do jej stolika podszedł młody mężczyzna z czupryną jasnych kręconych włosów i piegami na zadartym do góry nosem. Postać jak z komiksu dla szybko zakochujących się nastolatek. W dodatku kolejny ładny facet, którego spotyka Radomiła.

- Mam na imię Patryk. Podobasz mi się - powiedział tonem zdobywcy.
- Ty mnie też - równie pewnie odparła Radomiła.
- To chodź. Szkoda czasu.

Zaprowadził ją na górę do jednego z wielu anonimowych pokoi. Wcześniej całował ją w windzie. Palcami badał wnętrze jej waginy, aż stała się całkiem mokra. Może dlatego, że nigdy dotąd nie uprawiała seksu z nieznajomym.

Uczucia jak ruchy ciała zalewały ją falami. Ciemność, jasność, ciemność. Dotyk śliskiego prześcieradła. Trochę później szorstkiej ściany, do której przyciskały ją uda Patryka. Żar jakby wokół paliły się atomy. Nigdy czegoś takiego nie czuła. Pulsowanie obejmujące całe ciało. Ból i rozkosz. Przerwa. Patryk wpycha się w jej odbyt jednocześnie masując łechtaczkę. Radomiła krzyczy z ekstazy. On dalej się w nią wpycha. 

Android, młody bóg czy bohater Marvela? Jak inaczej wytłumaczyć siłę, z którą prze wciąż do przodu? Całkiem nie czuje zmęczenia. Gdy w końcu eksploduje, Radomile wydaje się, że pęka niebo. Nadchodzi upragniona pustka. Wreszcie żadna myśl o Teo się nie przebija.

Uprawiają seks jeszcze i jeszcze. Radomiła traci poczucie czasu. Za każdym razem pustka się powiększa. Ciało odżywa. Serce pozbywa się ciężaru.

Radomiła wraca do domu szczęśliwa. Tyle, że... Szczegół. Trzeci zapisał się na jej komórce, a ona na jego.

- Jakbyś jeszcze chciała - powiedział - trochę seksu bez zobowiązań.


P.S. Niestety albo stety, wybór do Was należy, to mój ostatni tekst przed wakacjami. Pojawię we wrześniu. Wcześniej będę pisać na fb. na stronie Lubisłowa oraz w grupie U Lubisłowy.
Poczekacie? Nie zapomnicie o mnie?


 

 

wtorek, 29 maja 2018

Letnia wiosna.

Panuje już od kwietnia. Słońce mocno grzeje i wydaje się, że tuż za rogiem czają się wakacje. Współczuję wszystkim, którzy muszą siedzieć w murach szkolnych i uczyć się wszystkiego bez względu na to, czy naprawdę się przyda, czy nie. Poza tym zanurzam umysł w zieleni i patrzę na myśli letnio-wiosenne.


Twarze

Niewidoczne, ale obecne.
Patrzą surowym wzrokiem
na obcych.
Nocą z drzew wychodzą.
Śpiewają pieśń o świecie nie jedynym
i jego korzeniach licznych,
gałęziach sięgających nieba.
Mroczne jego podziemie.
Kręcone piwniczne schody.
Studnie-źródła olbrzymie.
Każdej coś strzeże.
I smok, który świat chce zniszczyć.
Nadstawiam ucha,
a wtedy twarze milkną.
Rano mgła je rozwiewa. 




 Pan Rower

Na progu jawy
Pan Rower pali fajkę,
a w sercu budzik czas odmierza.
Powieki zbyt ciężkie,
bym mogła zobaczyć coś jeszcze.
Młynek do kawy rzeczywistość nakręca.
Sen zmięty jak sukienka.
Pan Rower jej pilnuje.
Biurko pod nim stęka
z nadmiaru słów z podręcznika wyjętych.
Oddycham.
Skupiam się, żeby wyjść z sennego majaczenia.
Rzecz, co powinna być martwa 
morduje mnie swoim dymem.


Na dłoni

Dla ciebie trzymam całe osiedle.
Może to docenisz.
Kilka razy powiesz mi kocham.
Potem rozbierzesz.
Przytulisz nagie ciało.
Ogrzejesz.
Do głowy mi wsuniesz pełne żaru wspomnienie.
Serce nakręcisz na miłość.
Odjedziesz z osiedlem w kieszeni.


Zielony i czerwony.

Na granicy łąki i lasu
między ciałem, a duszą
poznali się,
pokochali,
pokłócili,
rozstali.
Dwa kolory rozpaczy
zazieleniły się,
poczerwieniały,
stworzyły jedno ciało tęsknoty, bólu.


Klucz

Odkryłeś klucz do wszystkich stanów 
mojej świadomości.
Chodzisz dumny,
radosny.
Co chwila kręcisz w zamku.
Zamykasz, otwierasz.
Wprowadzasz zamęt,
własne chaotyczne myśli.
Szukam obrońcy,
kogoś, kto przerobi tę dziurę w mojej głowie.
Zajrzysz i zobaczysz pustkę.
Przeze mnie zwariujesz.



 Kiedyś w przyszłości.

Gdy wyczerpie się nadmiar mądrości,
Gdy nauka zastąpi wiedzę,
już się nie pocałujemy.
Nie usiądziemy w parku przy drzewie.
Nie pójdziemy do lasu.
Zapomnimy o wszystkim w śnie
wirtualnym z przeszłości.




P. S. I tak wyrzuciłam z worka umysłu wszystkie swoje myśli. Teraz czekam na Wasze myśli i wrażenia.




 


 








 

wtorek, 22 maja 2018

Ścieżki pająków.

Śledziła wzrokiem kroczącego po lustrze pająka. Skąd on się tam wziął? Wleciał przez okno naprzeciwko? Niezauważony pokonał cały pokój aż do lustra? Jakimi ścieżkami szedł i gdzie sobie poszedł, gdy nagle zniknął?


Eugenia i Stanisława.

Pogoda nagle się zepsuła i obie panie z ławki przed blokiem musiały się przenieść do domu. Tutaj jak zwykle jedna drugą częstowała herbatą, ciastem lub wyciągniętymi z szuflady ciastkami. Może nie pierwszej świeżości, ale przy gorących tematach nabierały niepowtarzalnego smaku.

Dziś Eugenia żaliła się na swój nieprzemyślany zakup.

- Mówię ci tak mi w głowie zakręcili na tym pokazie, że sama nie wiem kiedy i jak te garnki kupiłam.
- Solidne są. Przydadzą ci się.
- Tyle garnków na co?
- No, w jednym ugotujesz zupę, w drugim kapustę, w trzecim ziemniaki, w czwartym...
- I zastawię sobie całą kuchnię?!
- Ale będziesz miała obiad.
- Na cały tydzień?!

Rozmowa zmierzała donikąd. Stanisława wzdychała. Eugenia rzucała na nią pełne złości spojrzenia. Ciastka jednej i drugiej z trudem przechodziły przez gardło. Atmosfera stawała się coraz bardziej gęsta.

- Nie możesz ich oddać? -  przerwała ciężką ciszę Stanisława.
- Mogę - mruknęła Eugenia. - Tyle, że muszę je zawieźć z powrotem do sklepu.
- Pojadę z tobą.
- Byłabyś taka dobra? - ucieszyła się Eugenia, a Stanisławie kamień spadł z serca.

Florentyna.

Od czasu kolejnego zniknięcia Zygmunta walczyła z mnożącymi się w głowie pytaniami. Jak i gdzie się podział? Dlaczego? Co się stało? A może Zygmunta nigdy tu nie było? Może jej się przyśnił? Może siedzi u siebie albo u Klementyny? Może, może bez końca.

Floretyna próbowała czytać, spać, jeść, chodzić po osiedlu, oglądać książki w księgarni, ale żadne z zajęć nie pochłonęło pytań. Myśli o Zygmuncie wciąż się czaiły w zakamarkach głowy. Wyskakiwały znienacka. Nie pozwalały na niczym się skupić, nawet na ukochanych książkach.

Zdarzało się, że wzrok nagle zaczynał wędrować w dziwne miejsca, przeważnie do lustra. Jakby tu właśnie zaginął Zygmunt jak bohaterka powieści, którą pisała Florentyna. Pisała, czas przeszły, bo teraz nic już nie potrafi napisać. Nawet nie może spojrzeć w stronę laptopa, żeby sobie nie przypomnieć jak wystukiwała swoją opowieść, gdy tymczasem... Właśnie, co tymczasem? Co się stało z Zygmuntem?

Oczy Florentyny zatrzymały się na maszerującym po lustrze pająku. Ogarnęło ją dziwne przeczucie, że śledząc ruch pająka dotrze do odpowiedzi na wszystkie pytania. Dlatego patrzyła uważnie, raczej starała się. Jednak w pewnym momencie, coś musiało ją oderwać od obserwacji, bo jak wytłumaczyć, że pająk znikł jakby rozwiał się w powietrzu. A może ( znów może ) był jedynie złudzeniem jak Zygmunt.

-  Dość, dość - Florentyna chwyciła stojącą na stole szklankę i pewnie by ją rzuciła w lustro, gdyby nie napis, który pojawił się znikąd.

Szukaj Pawuka - przeczytała Florentyna. - Ale kim on jest? I gdzie?

Ścieżki pająków.

Zwyczajni ludzie ich nie znają. Nie wiedzą, że wśród pająków istnieją takie, które przechodzą przez różne światy i w dodatku przenoszą ludzi w inne miejsca i w inne ciała.  

Jeden z nich właśnie przeszedł przez lustro na oczach Florentyny. Gdyby wzięła go w rękę, przeprowadziłby ją. Zobaczyłaby pokój podobny do tego, w którym stała i patrzyła na pająka.

Trzydziestoletni mężczyzna siedzi przy stole i pije piwo. Ręce mu się trzęsą jakby często spędzał czas z piwem w ręku. Naprawdę rzadko mu się to zdarza. Przeważnie goni dzień i noc, pracując w firmie z meblami. Rzadkie wolne chwile spędza na siłowni, przed telewizorem lub z narzeczoną Alicją.

- Alicja - myśli mężczyzna - dlaczego jej imię zgrzyta mi w zębach, zwłaszcza od ostatnich kilku dni? Czyżbym poznał kogoś w czasie podróży służbowej? Dlaczego tego nie pamiętam? Nic nie pamiętam. Wyjechałem. Wróciłem, ale skąd, dokąd? Kogo spotkałem? Kobietę, która chętnie rozchyla nogi w przeciwieństwie do na wskroś katolickiej i tradycyjnej Alicji? I dlaczego sam sobie wydaje się obcy?

Z głębi lustra odzywa się głos:

- Efekt przejścia Mariuszu-Zygmuncie.

Do pogrążonego w smutku Mariusza nic nie dociera.

Eugenia i Stanisława.

Minęło kilka dni od ich ostatniego spotkania i wspólnej podróży do sklepu z garnkami. 

- Wydaje mi się, że widziałam syna Zygmunta - oznajmia Eugenia Stanisławie. 
- Syn Zygmunta? Ciekawe, pewnie zniknął z jego powodu. A mówiłaś Florentynie?
- Nawet mi o niej nie wspominaj. Uważa, że jestem moherową wariatką.
- Powiedziała ci tak?
- Nie. Wystarczyło mi jej spojrzenie, żeby się domyślić, co chce powiedzieć.
- Ona teraz na wszystkich patrzy spode łba. Jakbyś jej go pokazała...
- Jeszcze czego. Nic jej nie będę pokazywać. Sama kiedyś zobaczy. W ogóle nie będę się do niej odzywać ani na nią patrzeć.

Eugenia omal nie wylała herbaty ze złości na Florentynę. Widząc to Stanisława skurczyła się w sobie. Bardzo chciała wiedzieć gdzie Eugenia spotkała syna Zygmunta i jak ten syn wygląda, ale bała się odezwać. 

Florentyna.

Po co jej to powiedziała. Paskudne babsko. Wścibska, stara plotkara. Zaczepiła Florentynę, gdy ta wracała ze swojego zwykłego spaceru po osiedlu.

- Czy pani wie, że widziałam syna Zygmunta?
- ...
- Od razu go poznałam. Bardzo podobny do ojca. Chciałam podejść, ale on się odwrócił i uciekł jakby też mnie rozpoznał i nie chciał ze mną rozmawiać. Chociaż, nie rozumiem, przecież nigdy wcześniej mnie nie widział, ani ja jego...
- Właśnie, pomyliła się pani. Nie pierwszy raz zresztą.

Florentyna odwróciła się szybko, zbyt szybko, bo jednak powinna jeszcze zapytać, gdzie się ów syn objawił. Gdzie ujrzała go Eugenia? Jak wyglądał? Co robił? Tyle zmarnowanych pytań. Pytań, których pewnie nigdy już nie zada, bo sąsiadka odeszła obrażona. Mogłaby oczywiście z powrotem wkupić się w jej łaski. Upiec ciasto zaprosić Eugenię razem z koleżanką, ale...

Florentyna czuła, że nie ma na to wszystko siły. Bezwolnie opadła na łóżko. Odpocznie chwilę. Poukłada myśli. Później zabierze się za obiad. Poczyta. Zapomni.

Zakryła głowę kołdrą. Nie widziała patrzącego na nią przez lustro mężczyzny z siwą brodą.



P.S. Co to za facet? Kim jest Pawuk? Czy Zygmunt wróci do Florentyny? Na razie pytania bez odpowiedzi. 



     







 

wtorek, 15 maja 2018

Cień dziadka.

W ostatniej opowieści o mnie i Lubisłowie pojawił się buntownik. On lub ona albo jedno i drugie przeciwny zagładzie świata, w którym się znalazłyśmy. Zagładzie, w której brałyśmy udział. Wyciągnął z kieszeni pistolet i mierząc w moje czoło nacisnął spust. Co się potem stało?

Wcześniej.

Dawno, dawno temu, zanim ja i Lubisłowa pojawiłyśmy się na świecie, żyli sobie babcia i dziadek. Rodzice mojej mamy i cioci. Bardzo się kochali. Nigdy nie narzekali. W ogóle cud, miód i puder. Szkoda tylko, że ich szczęście nie trwało wiecznie. Dzień się skończył. Nastała pięcioletnia noc. Czas panowania złego czarodzieja, który swą zachłannością objął cały świat. Ludzi zamienił w wilko-roboty. Bezduszne istoty znacznie gorsze od prawdziwych wilków i późniejszych robotów.

Dziadek jak wszyscy inni młodzi mężczyźni wyruszył na wojnę z czarodziejem. Jednak zanim dotarł na miejsce czyli tam gdzie czekali na niego koledzy żołnierze, ktoś coś pomieszał i dziadek się zawieruszył. 

Najpierw nikt nic nie wiedział albo myślał, jeśli nie ma go tu, jest gdzie indziej, wyjaśni się po walce z wrogiem, gdy wygramy i nastanie pokój.

Tyle, że nic nigdy się nie wyjaśniło. Dziadek zaginął razem ze swoim ciałem oraz cieniem. 

Nigdy go nie poznałyśmy ani ja ani Lubisłowa. Patrzyłyśmy tylko czasem na jego stare zdjęcie. Wzdychałyśmy jak za każdą bliską osobą, w dodatku nieznaną, tajemniczą, pewnie lepszą niż znajoma, zwyczajna babcia. Gdzie on się podział? I dlaczego? I jak? I po co?

Cień.

Wreszcie doczekałyśmy się odpowiedzi. Wreszcie się pojawił, ale zacznijmy od początku, od wystrzału.

Zamknęłam oczy. Chwyciłam rękę Lubisłowy jak koło ratunkowe. Czekałam. Pistolet chyba nie wypalił, bo nic się nie działo. Żadnego huku, bólu rozrywanego ciała i... Sama nie wiem czego jeszcze, co towarzyszy umierającym. 

Porażająca uszy cisza. Powoli otwieram oczy, oczekując pośmiertnych efektów specjalnych. Bez skutku. Jedynie cień między mną, Lubisłową i dziwakiem z pistoletem. W zasadzie już bez pistoletu. Pistolet leży parę metrów dalej. On go rzucił? Wiatr mu zabrał czy coś innego? Chyba coś innego, coś w co wpatruje się nasz niedoszły zabójca, coś wyłaniające się z cienia.

Młody wysoki mężczyzna w garniturze jak od ślubu, który odbył się dwadzieścia lat temu. Pachnie naftaliną. Poza tym wokół przybysza znikąd unosi się ciężka jak kamień woń wody toaletowej.

- Uciekajmy - szepcze Lubisłowa. - On jest niebezpieczny.
- Dlaczego? - chcę zapytać, ale nagle facet wyciąga broń i zabija buntownika.

Stoję jak zamurowana. Lubisłowa podobnie, a morderca jak gdyby nigdy nic z uśmiechem odwraca się w naszą stronę. Widok jego twarzy jeszcze bardziej mnie paraliżuje. 

- Niemożliwe - mówię do Lubisłowy - taki sam jak na zdjęciu, więc ..
- Dziadek - krzyczy radośnie Lubisłowa i biegnie do nieznajomego.

On jednak nie podziela jej entuzjazmu, wręcz przeciwnie. Marszczy czoło. Patrzy na nas jak na idiotki. 

- Czy ja wyglądam na dziadka, co? - pyta lodowatym głosem.
- Teraz nie, ale kiedyś... - próbuje tłumaczyć Lubisłowa.
- A może teraz odstrzelę ci głowę?

Kimkolwiek jest, był, będzie, nie żartuje. Przykłada broń do oka. Ja i Lubisłowa znów zamykamy oczy. Chwila ciągnie się w nieskończoność, dopóki on jej nie przerywa wybuchem śmiechu.

- Dobra, najpierw pójdziemy na wzgórze, potem sie zobaczy. No, baby ruszać się żywo.

Idziemy więc: ja, Lubisłowa i dziadek-niedziadek na majaczące w oddali wzgórze. Jeszcze zielone, ale wiem, że jak dojdziemy stanie się brązowe. Rozpadną się ostatnie elementy tego świata. Ponury cień dziadka kroczy tuż za nami.



P. S. Wybaczcie, jakoś krótko mi wyszło i nic się nie wyjaśniło, a jeszcze bardziej zagmatwało. Czyżby dziadek nie chciał, żebym o nim pisała? A może to wcale nie jest dziadek?

Część poprzednia - Zagłada.














wtorek, 8 maja 2018

Całość i połowa.

Dziś wracam do opowieści o Marianie.
Nagle się pojawił i nagle zniknął, a z nim mój spokój. Całość, w której istniałam. Pozostała połowa albo jeszcze mniejsza część. Życie straciło smak. Sama siebie próbuję przekonać, że nie warto myśleć o Marianie. Jednak nie potrafię. Pytania wciąż wracają. Co z nim? Czy kiedyś dokończy swoją opowieść?

 
Wąż.

Polana w lesie. Leżę i prażę się w słońcu. Tonę w błogości chwili. Przepełnia mnie pewność, że stanowię ważną część całości. Wszystko wokół razem ze mną znajduje się we właściwym czasie i miejscu. Zło nie istnieje. Cienie nigdzie się nie tworzą. Raj, najlepsza z najlepszych krain. Jeszcze trochę, a zobaczę Adama i Ewę i... Nie chcę kończyć myśli, ale ona kończy się sama.

Słyszę szmer. Szelest gniecionej trawy. Coś powoli się zbliża. Pełznie w trawie. Wiem, że gdy się pojawi, całość się rozpadnie. Zginie wraz z uczuciem pełni. Nic już nie będzie takie samo. Kurtyna ciemności zasłoni szczęście.

Chcę uciec, ale nie mogę. Patrzę więc na wyłaniającego się z zieleni tęczowego węża. Próbuje krzyknąć lecz głos tak jak ruch utknął gdzieś w moim ciele. Wąż pełznie dalej. Wspina się  po nogach, biodrach, piersiach do szyi. Wokół niej się zakręca. Dusi mnie swoim splotem.

Budzę się zlana potem. Z trudem łapię powietrze. Zegar pokazuje czwartą rano. Mimo to wstaję, bo wiem, że już nie zasnę.

Spotkanie.

Zobaczyłam ją w autobusie, gdy wracałam z pracy do domu. Jedno spojrzenie mi wystarczyło, żeby się domyślić kim jest. Kobietą, która się przyśniła Marianowi, która próbowała mu pomóc.

Stoi kilka kroków dalej. Patrzy na mnie kamienną twarzą. Tylko oczy się jej poruszają. Szare ze światłem nie wiadomo skąd i dlaczego. Gapiąc się w nie, gubię rzeczywistość. Przejeżdżam swój przystanek. Chcę do niej podejść, zagadać. Powiedzieć cokolwiek. Gdy się zbliżam ona się oddala. Wysiada, a ja za nią. Idzie szybko przed siebie. Bezskutecznie próbuję ją dogonić.

W pewnym momencie skręca w bramę kamienicy. Też skręcam, chociaż nie lubię kamienic, starych rozpadających się domów, zwłaszcza wieczorem. Robią się wówczas mroczne i głębokie jak studnie, do których wejdziesz, ale czy wyjdziesz?

Podwórko oświetla blask płynący z pomalowanego na pomarańczowo pubu. Ona do niego wchodzi, ja za nią.

- Czemu mnie śledzisz? - mówi, gdy siadam obok niej przy barze.
- Znasz Mariana? - pytam.
- Jakiego Mariana?
- Nie udawaj wiesz jakiego.
- A kim ty jesteś, żeby pytać o niego?
- A ty kim?
- Lepiej, żebyś sobie poszła, bo jak nie...

Odwraca się. Palcem pokazuje mi obraz wiszący na ścianie naprzeciwko. Niemożliwe, przedstawia polanę z mojego snu, mnie i węża, który mnie dusił.

- Jak to? -dziwię się.
- Oni cię załatwią - nieznajoma wskazuje palcem siedzących przy stolikach. 
Ubrani na czarno starsi mężczyźni grają. Przed sobą mają jakieś kolorowe plansze i pionki.

- Ty mnie obronisz - stwierdzam.
- Nie łudź się. Jeszcze teraz możesz wyjść, ale za chwilę będzie już za późno. Dobrze ci radzę.
- Nie ruszę się póki mi nie powiesz, gdzie jest Marian?

Brak odpowiedzi. Nagle zapada cisza. Kroki zbliżającego się mężczyzny brzmią w niej jak głuche uderzenia. 


 

P. S. I co dalej? Nie wiem. Nieznajomy zatkał mi usta i zakrył oczy. Kiedy je odzyskam, napiszę na pewno. Póki co nadal jestem połową, nie całością.