wtorek, 30 stycznia 2018

Wejście-wyjście-wejście.

Filip. Trudno uwierzyć, że kiedyś, gdy żył na Ziemi, był zwyczajnym urzędnikiem. Cichym i spokojnym. Po śmierci stał się prawie wampirem. Prawie, bo wampir Wiktor nie zdążył go ugryźć. Jedynie dotknął. A jednak zmienił wszystko. Teraz tylko Pan Losu może Filipowi pomóc odzyskać dawną osobowość. Niestety na drodze do niego Filip napotyka przeszkody. Trafia do magicznego guzika i nie może się z niego wydostać.

Autor: Rene Magritte.


Miejsce: Świat po śmierci.

Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Filip - kiedyś zwykły facet koło 40, teraz trochę wampir, trochę człowiek; Wiktor - wampir; Piernik - przewodnik po Zielonej Pustyni; Czesia - małpka pluszowa.


Dialog 1.

Miejsce: Wnętrze magicznego guzika. Dalej Zielona Pustynia. 

Filip zauważa okno w ścianie naprzeciwko. Wcześniej go tutaj nie widział. Podchodzi bliżej. Odkrywa, że można tędy wyjść na zewnątrz.

Filip ( myśli ): Niemożliwe. To jakiś podstęp albo sen. 

Szczypie się w rękę. Czuje ból, więc zakłada, że otwarte okno istnieje na jawie, a nie we śnie. Można przez nie spokojnie wyjść na trawę, część Zielonej Pustyni. Filip nie zastanawia się ani chwili dłużej. Wychodzi. Wita go śpiew ptaków, zapach trawy i kwiatów i jeszcze Piernik. Mężczyzna z twarzą pełną zmarszczek i kapeluszem w kształcie czekoladowego piernika-serduszka.


Piernik: Cześć. Piernik jestem.

Filip ( patrzy na niego zdziwiony ): Filip.
Piernik: Miło mi. Pewnie się zastanawiasz co tutaj robię?
Filip: A co robisz?
Piernik: Czekam na turystów. Jestem przewodnikiem po Zielonej Pustyni.
Filip ( uśmiecha się ): I co? Dużo ich tutaj, tych turystów?
Piernik ( z dumą ): Jesteś pierwszy, więc należy ci się moja usługa gratis.
Filip: Nie jestem turystą.
Piernik ( wzdycha ): A może jednak? Może chciałbyś, żebym ci coś pokazał lub gdzieś zaprowadził?
Filip: Tak. Zaprowadź mnie do Pana Losu.
Piernik: Tylko tyle?
Filip: Aż tyle.
Piernik ( znów wzdycha ): Wszyscy chcą do Pana Losu. Nikt na Zieloną Pustynię, a przecież ona jest ciekawsza niż Pan Losu.
Filip: Jacy wszyscy, przecież mówiłeś, że jestem pierwszy?
Piernik: Niby tak. Poprzedni ani z mojego ani z twojego punktu widzenia się nie liczą. Poszli sobie do Pana Losu.
Filip: Znaczy się, zaprowadziłeś ich.
Piernik: Pokazałem drogę. Widzisz to ta po lewej. 

Filip patrzy we wskazanym kierunku. Ścieżka wije się w blasku słońca między trawą, kwiatami i dalej drzewami.

Filip: Ta słoneczna? 
Piernik: Tak. 

Filip odwraca się. Odchodzi, a Piernik woła za nim. 

Piernik: Pan Losu ci nie pomoże. On jest iluzją. Tutaj prawda nie istnieje. 

Filipowi przez chwilę się wydaje jakby powietrze wokół zafalowało, a ktoś szeptał: wejście.



Dialog 2.

Miejsce: Inna część Zielonej Pustyni. Inny czas. 

Wampir Wiktor przedziera się przez krzaki i gałęzie lasu i wreszcie wychodzi na lśniącą w blasku księżyca trawę. Już chce iść dalej, gdy w miejscu zatrzymuje go nieznany głos. 

Piernik: Cześć. Piernik jestem. 

Z cienia wyłania się mężczyzna z twarzą pełną zmarszczek i w kapeluszu jakby z czekoladowego piernika-serduszka. Wiktor zdziwiony patrzy na niego. Co robi tutaj ten facet o tej porze? Dlaczego go zaczepia? Nie boi się, że Wiktor może go zabić?

Piernik ( odzywa się jakby czytał w myślach Wiktora ): Nie boję się. Wiem, że mi nic nie zrobisz, nawet jeśli zabijesz.

Wiktor ( jeszcze bardziej zdumiony ): Nie boisz się śmierci?
Piernik: Nie.
Wiktor: Dlaczego?
Piernik: Śmierci tu nie ma i życia też. Jedynie iluzja.
Wiktor: Pierniczysz.
Piernik ( śmieje się ): Bo jestem Piernik.
Wiktor: Błazen.
Piernik: Nie, przewodnik po Zielonej Pustyni? Zaprowadzić cię gdzieś?
Wiktor: Jak już chcesz, to pewnie. Do Pana Losu.
Piernik ( wzdycha ): Jeszcze jeden.
Wiktor: Jak to?
Piernik: Każdy pyta o niego. Nikogo nie obchodzi Zielona Pustynia, a zapewniam cię, że jest o wiele ciekawsza od tego starego pierdziela.
Wiktor: Dobra, dobra. Pokaż drogę, a może cię nie zjem.
Piernik: A zjadaj sobie, ale uprzedzam nie łatwo strawić moją krew. Poza tym niesmaczna. Co do ścieżki to ta z lewej. Widzisz? 

Wiktor patrzy na wskazaną mu przez Piernika drogę. Cała w blasku prawie okrągłego księżyca. Kwiaty rosnące przy niej wydają się zimno-fioletowe. 

Wiktor: Widzę. 

Choć na początku chciał skosztować krwi Piernika, teraz całą uwagę zajmuje mu droga. Odchodzi, a Piernik krzyczy za nim.


Piernik: Nie warto iść do niego. Stary pierdziel i iluzja. Wszystko jest iluzją. 

Jakby w odpowiedzi na ostatnie słowa Piernika, Wiktor widzi jak kwiaty, trawa, księżyc zamazują się niczym pustynna fatamorgana.

Mimo to wampir idzie dalej.


Dialog 3.

Miejsce: Dom Pana Losu. Jajo mądrości.

Filip się cieszy. Upaja go od tak dawna oczekiwany widok. Przepełnia go pewność, że właśnie widzi dom Pana Losu. Niedługo odzyska swoją dawną osobowość. Nigdy więcej już nikogo nie zabije. Nigdy nie poczuje głodu krwi. Znów stanie się zwykłym człowiekiem. Podchodzi do połyskujących bielą drzwi jaja. Puka, ale nikt nie odpowiada. Naciska klamkę. Drzwi się otwierają. Wchodzi do długiego białego przedpokoju. Na końcu następne drzwi. Tym razem wahadłowe z napisem: wejście-wyjście-wejście. Prawie jak na poczcie, w banku, w ważnym urzędzie. 

Filip czuje jak skóra na ciele mu cierpnie, włosy stają dęba. Iskry przelatują z jego palców na drzwi, które popycha. Przechodzi do pierwszego pomieszczenia, dużego pokoju, którego ściany, sufit, meble pomalowane są na czerwono. Na kanapie siedzi czerwona pluszowa małpka. 

Czesia: Cześć, jestem Czesia. Oprowadzę cię po domu Pana Losu.

Filip ( zdziwiony ): Nie musisz. Chcę tylko zobaczyć się z Panem Losu.
Czesia: Właśnie do niego cię zaprowadzę. 
Filip: Dziękuję, ale nie potrzebuję pomocy.
Czesia: Każdy tak mówi i każdy się gubi. Idź za mną albo idź sam i zobaczymy, gdzie dojdziesz. 

Czesia wstaje i kieruje się w stronę czerwonych schodów na górę. Filip po chwili wahania idzie za nią. 

Następny pokój na piętrze jest pomarańczowy. Na okrągłym stoliku czeka na nich napój w tym samym kolorze.

Czesia: Usiądź. Napij się.
Filip ( zły ): Nie traćmy czasu na głupoty.
Czesia ( uśmiecha się nieszczerze ): Chodźmy więc.

Pokonują piętro za piętrem, kolor za kolorem, żółty, zielony, niebieski, fioletowy, purpurowy. Filip na końcu traci siły, choć pokonał zaledwie siedem pięter. Pot spływa mu z czoła na oczy. Nogi się trzęsą. Mięśnie robią się ciężkie. Czesia tymczasem skacze radośnie.

Czesia: Widzisz, nie chciałeś się zatrzymać i masz za swoje.
Filip: Zamknij się.
Czesia ( klaszcze ): Bo co? Co mi zrobisz?
Filip: Gdzie jest Pan Losu?
Czesia ( śmieje się ): Nie ma go. Wyszedł na spacer. 

Rozzłoszczony Filip próbuje ją złapać i zniszczyć. Bez skutku. W biegu traci ostatnie siły. Pada na purpurową podłogę. Jego świadomość zapada się w nicości.


Dialog 4.

Miejsce: Dom Pana Losu.

W całkiem innym czasie, bo nie w dzień, a w nocy do Jaja Mądrości, domu Pana Losu zbliża się wampir Wiktor. Przepełnia go duma. Wreszcie osiągnął swój cel. Teraz wystarczy, że wejdzie do środka. Przyciśnie Pana Losu i ten na pewno powie mu wszystko. Póki co ciągnie za klamkę. Przechodzi przez próg, długi przedpokój. W czerwonym pokoju czeka już na niego małpka Czesia. 

Czesia: Cześć. Jestem Czesia. Oprowadzę cię po domu Pana Losu.

Wiktor: Spadaj. Sam się oprowadzę.

Wiktor idzie w stronę schodów na górę. Czesia za nim.

Czesia: Beze mnie nie dasz rady.
Wiktor ( groźnie ): I dlatego za mną leziesz? A wiesz kim jestem?
Czesia: Dużym komarem.
Wiktor: I co nie boisz się?
Czesia: Czego? Tu i tak nic nie jest prawdziwe.
Wiktor: Ważne, żeby Pan Losu był, reszta nie musi.

Na stoliku w pokoju pomarańczowym stoi szklanka z pomarańczowym napojem. Wiktorowi kojarzy się ze smaczną orenżadą z dzieciństwa. Podchodzi i wypija wszystko jednym haustem. Czesia się śmieje.

Wiktor: Z czego się cieszysz?
Czesia ( robi poważną minę ): Jakbym ci teraz powiedziała, że Pan Losu naprawdę nie istnieje, uwierzyłbyś?

Wiktor macha niecierpliwie ręką i idzie dalej. Wspina się po kolejnych schodach do żółtego pokoju.

Wiktor: Głupoty gadasz.
Czesia: Sam zobaczysz.

Wampir już jej nie słucha. Idzie dalej. Wdrapuje się po schodach. Przechodzi przez pokoje i ich kolory. Na samej górze traci siłę.

Wiktor: Gdzie jest ten cholerny Pan Losu?
Czesia: A widzisz, nie mówiłam?
Wiktor: Co?!
Czesia: Iluzja. Nie ma go.
Wiktor ( zły ): Ja ci pokażę iluzję.
Czesia ( cieszy się ): Pokaż, pokaż.

Małpka zwinnie skacze między próbującymi ją złapać rękami. W końcu wamipr pada na podłogę ostatniego purpurowego pokoju. Obraz przed jego oczami faluje. Znika. Razem z nim świadomość Wiktora. 

Epilog

Znacznie później Filip budzi się we wnętrzu guzika, a Wiktor w lesie. W domu Pana Losu wciąż trwa gra.


P. S. W innych miejscach też. Jak się naprawdę skończy? Jeszcze nie wiem.






















wtorek, 23 stycznia 2018

Miłość w styczniu.

Czemu nie w lutym? Przecież luty jest miesiącem zakochanych, przynajmniej jednego dnia. Ja tymczasem przekornie w styczniu. Dlaczego? Może to coś wyjaśni:

Myślę pod wiatr.
Nie tak,
jakby chciały szare 
twarze.
Inaczej niż ich
kalendarze.
Omijam z daleka
zwyczaje
narzucone 
nie moje.
Celebruję 
co chcę
i o jakiejkolwiek porze.

Autor: Izabella Krzyszkowska.

Pogrążam się
w czerwonej rozkoszy
naszych
ciał nagich
splecionych.
Żar unosi w górę
zapomnienia,
zmysłów odrodzenia.
Bez chwili
wytchnienia
wznoszę się
razem z tobą.
Ty ze mną.
Oboje,
a jednak 
rozpalone jedno.

Autor: Karel Teige.

Ostatnio,
gdy twój język
dotknął
mojej nagiej piersi,
wyrosło
mi drzewo
marzeń.
Codziennie
je podlewam
myślami
o miłości
wśród śniegu.
Pod głęboką
niebiesko-białą
przestrzenią
wędruję wargami
przez twoje ciało.
Odkrywam
nowe kraje,
słodkie tajemnice,
tysiące łakoci
na granicy
ekstazy.

Autor: Jarosław Kukowski.

W innych światach
my nie ludzie,
lecz ślimaki.
Wiążemy się
śluzem,
szyjami.
W sobie się
zatapiamy.
Bez początku
i końca
przeżywamy
radość
bycia sobą
w sobie.

Autor Catherine Welz.

Z nieba spadło
serduszko.
Zostawiło
ślad na pośladku.
Dziewczyna
naznaczona
wolność swą
straciła.
Już nie odleci
daleko.
Nie ucieknie
od ukochanego.
Wszystkie drogi
zamknięte.
Jedynie drzwi
do miłości
otwarte.

Autor: Zenon Gleń.


Koniec
czy początek?
Ruch wstrzymany
na chwilę.
Ona wylatuje
poza ramy
miłosnej blokady.
Może odwrotnie.
Przylatuje.
Wchodzi
w pętlę
pragnienia.
Namiętność
ją więzi.
Nie pozostawia
wyboru.
Musi
nawet,
jeśli nie chce.
Sam, sama
wybierz wersję,
która ci pasuje.



P. S. I tyle moich swobodnych myśli o miłości.
Czym dla Was jest miłość? Zakochaniem? Związkiem z drugą osobą? Więzieniem? Czymś innym?




wtorek, 16 stycznia 2018

Wieża z tajemnic.

Już z nią rozmawiałam, choć tylko przez chwilę. Opowiedziała mi o jednym epizodzie ze swojego dzieciństwa. Obiecała drugi. Zaczęła nawet mówić, gdy nasze spotkanie dobiegło końca. Zobaczyłam jedynie zbliżające się do śpiącej istoty. Ich sylwetki ginęły w cieniu. Nie wiem kim byli? A ona? 

Autor Igor Morski.

Wieża.

Znów siedzimy z moją wewnętrzną pisarką Lubisłową u niej w pokoju. Tym razem jednak nie pamiętam jak się tu pojawiłam. Czy tak jak poprzednio szłam przez tunel? Wchodziłam po schodach na górę? Wołałam ją, a mój głos odbijał się jakby od dna studni? A może schodziłam dalej w głąb? Gdzie dokładnie znajduje się pokój, w którym sobie siedzimy?

- W wieży - wyjaśnia Lubisłowa.
- Jakiej wieży? 

Myślami krążę wokół czytanej przeze mnie ,,Mrocznej wieży,, S.Kinga.

- Nie - śmieje się Lubisłowa. - Nie z książki. W wieży z mojej wyobraźni, ale nie tylko. Składają się na nią również albo przede wszystkim cegły tajemnic.
- Twoich? - pytam, choć czuję, że jest ich więcej. 
- Zgadza się, więcej - Lubisłowa jak zwykle czyta w moich myślach. Nic dziwnego, przecież należy do mnie, a ja do niej. W zwykłym życiu tworzymy nierozerwalne cząstki. Tutaj jedynie dwie z pozoru inne osoby. 
- Nie znam ilości tajemnic - ciągnie dalej Lubisłowa. - Ale na pewno cementują wieżę. Dzięki nim istnieje. Oddycha. Przyciąga kolejne tajemnice. Chcesz ją zobaczyć?
- Tak - kiwam głową.
- Wyjrzyj przez okno.

Wyglądam. Nie do wiary, a jednak widzę ją. Jakby odbijała się w niewidzialnym lustrze. Ogromna. Przypomina wieżę Babel, którą znam z obrazów. 

- Piękna. Czy wcześniej też tutaj była?
- Tak. Nie pokazywałam ci jej, bo bardziej chciałaś poznać sekrety z mojego życia.
- A teraz powiesz coś o niej?
- Tak, ale nie o wszystkim od razu.
- Dobrze - zgadzam się, bo co mogę zrobić innego. Z Lubisłową się nie dyskutuje, gdy zaczyna swoją opowieść.

Tajemnica.

- Pamiętasz jak się skończyła nasza poprzednia rozmowa? - pyta Lubisłowa, choć dobrze wie, że nic nie zapomniałam.
- Tak. Jakieś istoty zbliżały się w mroku nocy do śpiącej nastolatki Ani.

W jednej chwili przenosimy się z Lubisłową do miejsca akcji. Patrzymy jak istoty, ludzie albo nie ludzie oświetlają twarz śpiącej. Wiem, że śni głęboko o wieży tajemnic, tej samej, którą zobaczyłam jak mi się wydawało po raz pierwszy. Mogłabym, gdybym chciała i gdyby Lubisłowa tego chciała, obejrzeć sen jak film. Jednak moja uwaga kieruje mnie na istoty. Kim są? I czego chcą od Ani? Nie pierwsza i nie ostatnia z tajemnic wieży.

Pozostający wciąż w mroku nieznani przenoszą Anię na niewidzialnych noszach przez ściany do innej, własnej rzeczywistości. Idziemy za nimi. Bez trudu pokonujemy materialną stałość blokowego betonu. Dziwię się lecz o nic nie pytam. Staram się dotrzymać kroku Lubisłowie i nie zgubić śladu obcych.

Czas się zapętla. Zawiązuje w supeł. Nie potrafię już powiedzieć ile, jak długo. Minęły sekundy, minuty, godziny, a może lata? Podobnie odczuwam odległość. Określenia blisko, daleko przestają istnieć. Miejsce, do którego trafiamy, rządzi się własnymi prawami.

Dociera do nas nienaturalnie żółte światło. Okrągłe pomieszczenie zalewają strumienie jasności ze wszystkich stron, jeśli istnieją tu strony. Obcy mimo to pozostają nadal niewidoczni. Jakby zakrywała ich przed nami chmura zamazanych kształtów.

- Blokada wzrokowa - szepcze Lubisłowa jakby się bała, że istoty mogą ją usłyszeć.
- Wiem. Widziałam coś takiego na filmie - chwalę się całkiem niepotrzebnie, bo Lubisłowa zaraz zamyka mi usta ręką.

Przed nami Ania położona w powietrzu jak na niewidzialnym łóżku. Iksy, tak zaczynam nazywać istoty, kręcą się wokół niej.

Wąchają? Badają? Oglądają? Co oni w ogóle robią? Gdy chodzą koło niej, przed nami zaczynają wirować figury geometryczne: koło, trójkąt, kwadrat, prostokąt, liczby, jakieś wzory, stożek, graniastosłup. Nie, dość. Zamykam oczy.

Lubisłowa szarpie rękaw mojej bluzki.

- Obudź się. Otwórz oczy. Patrz - krzyczy Lubisłowa i dopiero wtedy dociera do mnie hałas jakieś maszyny. Czy ktoś obok rozwala ścianę? 

Przed nami widzę iksy. Całe tłumy obcych odgradzają nas od Ani i od tego, co z nią robią. Poza tym w powietrzu nadal unoszą się figury.

- Nic nie widzę - skarżę się Lubisłowie.
- Wyczuli nas albo zobaczyli i dlatego - stwierdza Lubisłowa. - Nic tu po nas.
- A ona? Trzeba ją uratować.
- Nie martw się. Nic jej nie będzie.
- Jak to?

Przenosimy się z powrotem do pokoju Lubisłowy.

- Nie rozumiem wyjaśni mi - proszę moją wewnętrzną pisarkę.
- Zaraz zrozumiesz. Zobacz.

Ciemny ekran laptopa rozjaśnia obraz miotły.

Miotła.

- A co to znów takiego? - prawie krzyczę ze zdziwienia.
- Nie widać. Miotła - śmieje się Lubisłowa.
- Ale po co? Do czego? - wciąż się dziwię.
- Proste. Pomyśl tylko.
- Żeby posprzątać bałagan w głowie Ani?
- Właśnie.

Nadal nie rozumiem. Skąd ta miotła? Kto ją dał Ani? Jak ona z niej skorzystała? Pytania jedno za drugim tłoczą się w mojej głowie. Żadna odpowiedz w laptopie się nie pojawia. Wciąż w centrum ekranu tkwi zwyczajna, niezwyczajna miotła. Zmienia kolory. Staje się czarna, biała, czerwona, pomarańczowa, żółta... Zaraz, zaraz. Zaczynam tworzyć możliwy scenariusz działania miotły.

- Wiedziałam, że sama na to wpadniesz - chwali mnie Lubisłowa. - W końcu to ty przecież byłaś tamtą nastolatką.
- Tak - przyznaję, choć Ania z przeszłości wydaje mi się całkiem nieznaną osobą. - Wyobraźnia podsunęła Ani sposób na niechcianych w głowie intruzów. Wymyśliła miotłę i nią wyczyściła swój umysł. Pozbyła się wszelkich wtyczek iksów. Jednak nie obyło się bez skutków ubocznych. Odtąd...
- Odtąd - przerywa mi Lubisłowa, bo koniec należy oczywiście do niej, nie do mnie - nie lubiła matematyki.
- Ale, ale - sprzeciwiam się - ona od początku jej nie lubiła.
- Tak. Tyle, że potem jeszcze bardziej. I jeszcze coś. Z kontaktu z iksami zostawiła sobie ...
- Co? - chciałabym wiedzieć.
- Nie pamiętasz - cieszy się Lubisłowa. - Dobrze. Opowiem ci następnym razem.
- Jak to?!
- Spotkanie nasze się skończyło. Słyszysz?

Jakby narastający szum wiatru, morza, głosów mówiących jednocześnie, zwierząt, czegoś innego? Cokolwiek się odzywa, nie pozostawia wyboru. Zabiera mnie z powrotem do mojej rzeczywistości.

 

P. S. Ciekawi co dalej?






wtorek, 9 stycznia 2018

Nicość.

Istnieje światło, ciemność i coś pomiędzy. Bez nazwy. Niewidzialna materia, stan świadomości, a może upragniona przez niektórych nicość. Ale czy na pewno? Może to kolejna bajka?

Autor M.C. Escher


Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony
Bohaterowie: Gena - kobieta lat 30, Konrad - niespełniony pisarz lat 20 i trochę; Edward - mężczyzna, którego nikt nie zna; Ciotka Dynia - ciotka Geny dawna nauczycielka klas początkowych; Pan Kanciasty - dawny nauczyciel matematyki.

Dialog 1.

Miejsce: Dworzec miasta Sensbezsens.

Duży, lśniący bielą pociąg, inny niż pozostałe wjeżdża na peron. W środku w przedziale pasażerowie zbierają się do wyjścia. Konrad zerka przez okno. Nieznajomy ślepiec czyści swoje ciemne okulary, błyskając bielą swoich oczodołów. Gena patrzy na niego z przerażeniem. 

Gena: Gdzie jesteśmy?
Konrad: Nie wiem. Miejsce wydaje się znajome.
Nieznajomy: Bo jest znajome. To samo, z którego wyjechaliśmy.
Konrad: Co?
Nieznajomy: Sensbezens. Stąd wyjechaliśmy i tu wróciliśmy.
Gena: Niemożliwe. Przecież mieliśmy przejechać przez most i zniknąć w nicości.
Nieznajomy: Dobrze powiedziane: mieliśmy.

Konrad: Więc, kurde co się stało?
Gena ( krzyczy ): Gówno się stało.
Nieznajomy ( nadal spokojnie ): Nikt by tego lepiej nie ujął.
Gena ( patrzy z nienawiścią na ślepca ): Ty jesteś wszystkiemu winien.
Nieznajomy: Ja? Poza tym, nie przypominam sobie, żebyśmy mówili sobie po imieniu. 

Gena podchodzi bliżej. Chce uderzyć mężczyznę, lecz Konrad staje między nimi.
Konrad: On nie jest winny.
Gena ( ze złością ): To kto?
Konrad: Nie wiem.

Do przedziału wchodzi konduktor.

Konduktor: Wysiadać!
Konrad: Ja zostaję.
Gena: Ja też.
Nieznajomy: Idę.

On jeden słucha konduktora i wysiada. 

Konduktor: Dla was widzę, muszę zastosować środki specjalne.

Konduktor wyjmuje żółty gwizdek z kieszeni niebieskiego uniformu. Niby zwyczajny, a jednak, gdy dotyka go ustami, wszyscy już wiedzą, zwłaszcza niegrzeczni pasażerowie, że taki nie jest. Jego ostry dźwięk wnika głęboko w uszy. Niszczy je razem z mózgiem. Dlatego Konrad i Gena wyskakują z pociągu. Oboje rękami próbują zasłonić głowę przed dalszymi uderzeniami nieznośnego gwizdu. Dopiero w pewnej odległości od pociągu nastaje cisza.

Na dworcu stoi jeden były lub przyszły podróżnik. Wysoki mężczyzna ubrany na szaro z hakiem zamiast ręki i jednym zasłoniętym okiem. Wygląda jak pirat zabrany wprost z czarno-białego filmu. Nie wiadomo dlaczego uśmiecha się do Konrada i Geny.

Edward: Witajcie.
Gena: Znamy się?
Edward: Jeszcze nie, ale zaraz się poznamy. Jestem Edward. Wyprowadzę was z dworca tak, że nie spotkacie swoich oczekujących.
Konrad: Kogo?
Edward ( pokazuje drzwi poczekalni ): A tych tam. Wiem, że ona jest gruba, a on raczej chudy i świetnie się ze sobą dogadują. 
Konrad ( myśli ): Pan Kanciasty?
Gena ( myśli ): Ciotka Dynia?
Konrad i Gena: Skąd wiesz, że na nas czekają?
Edward: Ciszej. Jeszcze nas usłyszą. Gadają o was i stąd wiem.
Gena: O nas? Na pewno?
Edward: Tak. Dobrze was opisali i dlatego wiedziałem, że to wy jak wysiedliście.
Gena: Czemu chcesz nam pomagać?
Edward ( wzdycha ): Sam kiedyś próbowałem uciec i ktoś mi pomógł. Teraz oddaję dług wdzięczności.
Konrad: Nam? Nie jemu?
Edward: Jemu. On chciał, żeby innych też kierować na tę drogę, ale szkoda czasu. Chodźcie.

Dialog 2.

Miejsce: Dworcowa poczekalnia.

Pan Kanciasty i ciotka Dynia siedzą przy jednym z wielu stolików pod ścianą. Ciotka Dynia na czerwonym fotelu, a pan Kanciasty na niebieskim.

Poczekalnia przypomina istniejącą na Ziemi w Mikołowie. Te same ściany, ławki, stoły, tapczany i fotele. Nawet bufet. Tylko oświetlenie bardziej mroczne i migający przed wejściem napis Sensbezsens.


Ciotka Dynia: Ale tu paskudnie.
Pan Kanciasty: I nie ma zegara.
Ciotka Dynia: Żadnych napisów.
Pan Kanciasty: Lepiej stąd chodźmy.
Ciotka Dynia: Tylko dokąd? A jak oni wrócą?
Pan Kanciasty: Nie wrócą. Nie po to uciekli, żeby wracać.

Ciotka Dynia ( wyciera łzy chusteczką ): Bardzo mnie Gienia rozczarowała. Tyle czasu jej poświęciłam, a ona tak mi odpłaciła.
Pan Kanciasty ( nie słucha, rozgląda się ): Jak oni tu mogą żyć bez zegara? A inne liczby? Nigdzie ich nie widzę. Świat bez porządku? Chaos. I co to za głupi napis Sensbezsens? Gdzie my jesteśmy?

Ciotka Dynia ( mówi jakby sama do siebie ): Jej matka pracowała. Ojciec się nie interesował. Żadna babcia nie czuła obowiązku ani chęci, żeby się nią zająć. Wszystko spadło na mnie, a przecież ja tylko mieszkałam obok, ale się odezwałam. Współczułam i proszę matka zaraz to wykorzystała. Zrobiła ze mnie opiekunkę i ciocię. Co z tego mam teraz? Jakąś wdzięczność? Nic. Gienia ucieka, zamiast się o mnie zatroszczyć. Za te wszystkie stracone lata należy mi się coś, prawda?
Pan Kanciasty: Nie podoba mi się tutaj. Jeszcze chwila a się uduszę albo dostanę zawału. Czy ty rozumiesz, że ja nie chcę żyć w chaosie, a jak zegara nie ma, a powinien tu wisieć jak w każdej poczekalni, to chaos! Chodźmy stąd natychmiast!

Pan Kanciasty już się podnosi ze swojego miejsca, gdy do stolika podchodzi nieznajomy. Bez jednej ręki i oka w szarym ubraniu. 

Edward: Wiem, gdzie oni są. Przyprowadzę ich do was.
Pan Kanciasty ( zły, że ktoś staje mu na drodze do wyjścia z miejsca, które mu się nie podoba ): Kim pan jest? Czego pan chce?
Edward: Mam na imię Edward. Pomagam takim jak wy połączyć się z rodziną.
Ciotka Dynia ( z entuzjazmem ): Naprawdę? Przyprowadzi pan Gienię?
Edward: Tak. Za chwilę. Zaraz z nią wrócę i z Konradem.
Pan Kanciasty: Daruj sobie pan. My już stąd idziemy. Nie będziemy czekać.
Ciotka Dynia ( szarpie rękaw Kanciastego ): Uspokój się. Poczekamy.
Pan Kanciasty: Beze mnie.

Idzie jak burza do drzwi. Otwiera je. Wychodzi. Dynia waha się tylko chwilę i pędzi za nim. Edward wzrusza ramionami. 

Edward ( mówi do siebie ): Nie, to nie. Pogadam z tamtymi. Zawsze komuś pomogę albo uratuję.

Dialog 3.

Miejsce: Dach dworca i jeszcze dalej.

Powoli wspinają się po schodach. Pierwszy Edward. Za nim Gena i na końcu Konrad.

Gena: Skąd te schody w tym miejscu.
Edward: Pojawiły się jak wszystko tutaj nie wiadomo kiedy.
Konrad: I już wiesz dokąd prowadzą.
Edward: Zajmuję się pomaganiem. Muszę wiedzieć.
Gena: Więc, gdzie?
Edward: Do Mostu Nicości.
Konrad: E, on nie istnieje. Jechaliśmy tam pociągiem, a wróciliśmy do Sensbezsensu.
Edward: Pociągiem nie próbowałem uciec, bo słyszałem, że się nie da, ale schodami na pewno.
Gena: I co, byłeś w Nicości. Jak tam jest?
Edward: Nie wiem. Ja tylko prowadzę do mostu, a potem wracam. Muszę innym pomagać.
Gena: Czym jest to kłębowisko po lewej.

Zatrzymują się na półpiętrze blisko dachu dworca. Widać stąd kawałek Sensbezsensu w dole i coś jeszcze. Koliste, prostokątne, kwadratowe budowle jedne obok drugich, proste, krzywe ulice na dole i górze w pstrokatych kolorach, mdłych, czarno-białych. Między nimi drzewa duże i małe. Ludzie i nieznane istoty z innych światów. Gena i Konrad patrzą zaciekawieni. Edward spogląda na dalsze schody. Niecierpliwi się.

Edward: Szkoda czasu. Chodźmy. Przejście może zniknąć.
Gena: Jak to?
Edward: Nie wiem jak, ale się zdarza.
Konrad ( z trudem odrywa wzrok od dziwnych budynków ): Nigdy nie widziałem czegoś takiego. 
Edward: Chaos. Powstał niedawno.
Gena: Ciekawe. Opowiesz nam o nim.
Edward: Za długa historia. Może innym razem jak się do Nicości nie dostaniecie.

Ostatnie słowa Edwarda sprawiają, że Gena i Konrad się spieszą. Oboje wolą Nicość niż opowieści o Chaosie. Schody prowadzą wyżej ponad dach dworca i dachy innych budynków. Z daleka widać jak oparte o rusztowanie skręcają w stronę wielkiego mostu. Nad mostem i pod unosi się mgła. Drugiego brzegu nie widać. Jakby świat tu właśnie się kończył albo dalsza część ukrywała się gdzieś za mrokiem, który oddziela znaną część Sensbezsensu i Chaosu od nieznanej.

Gena: Daleko jeszcze.
Edward: Kawałek.
Konrad: Ile? Kilometr? Dwa?
Edward: Nie wiem. Tutaj zwykłe miary nie działają. Raz jest bliżej, raz dalej. Raz wcześniej, raz później. Zauważyliście, że nie ma zegarów ani kalendarzy.
Gena: Właśnie. Dlaczego?
Edward: Nie wiem.
Konrad: Coś leci.
Edward: Rety strażnicy. Kryć się!

Edward kładzie się na kolejnym piętrze. Gena i Konrad również. Jednak czarny punkt się zbliża. Razem z nim mrok, hałas silników odrzutowca, silny podmuch wiatru. Zaraz za tym coś jak wielka czarna dziura. Obniża się. Zakrywa Edwarda, Genę i Konrada. Unosi wysoko na pokład okrągłego samolotu. Po sobie pozostawia pustkę, jakby niekończącą się ciszę i znikające kawałek po kawałku schody. Przejście do mostu zostaje zamknięte. 


P. S. Tym razem sama jestem ciekawa co dalej.
Link do części poprzedniej. 




 







 













wtorek, 2 stycznia 2018

Morze krwi.

Zanim je zobaczyła, poczuła zapach. Ostry, wbijający się w nozdrza odór gnijącego ciała. Nie jednego, wielu jakby przed chwilą wyjętych z trumny. 

Zaraz potem dźwięk równie miły jak zapach. Stanęła w miejscu. Nie mogła i nie chciała iść dalej. Jednak moc wiatru pokonała jej opór. W końcu musiała stanąć na brzegu. Przyszły po nią fale. Zabrały. Morze ją pochłonęło.




Eugenia i Stanisława.

Spotykają się przed blokiem. Eugenia wraca z torbą pełną zakupów, a Stanisława idzie po następne. Jedna i druga myśli o swoich ewentualnych gościach. Trzeba dla nich zapełnić lodówki. Pewnie jednak ani do Eugenii ani do Stanisławy nikt nie przyjdzie. Jak zawsze.

- Upiekłam sernik - chwali się Stanisława.
- A ja kupiłam, bo kręgosłup mnie boli i serce - odpowiada Eugenia.
- Mnie też, ale ciasto samo się nie zrobi. Poza tym to ze sklepu już nie takie. Może wejdziesz spróbować - Stanisława rzuca propozycję jakby od niechcenia. Naprawdę wolałaby, żeby Eugenia nie wchodziła i nie próbowała.
- E, nie. Mam dużo roboty jeszcze. Jak chcesz po świętach się spotkamy. 
A widziałaś chłopaka naszej Oli? 
- Widziałam jakiegoś. To jej chłopak? W dziurawych dżinsach i z gołymi łydkami, że też się nie przeziębi.
- Taka teraz głupia moda. Albo brzuchy gołe albo łydki, a niedługo pewnie całe tyłki. Nic idę. Robota czeka.
- Ja też. Tyle mi zostało.

Aleksandra

Tymoteusz zwany przez wszystkich po prostu Tymkiem pojawił się w szkole na początku grudnia. Dziewczyny od razu zaczęły wzdychać na widok jego włosów z grzywką spadającą na podobno zielone oczy. Podobno, bo przecież grzywka dość skutecznie je zakrywała. Jakim cudem dziewczyny coś widziały, tego Aleksandra nie wiedziała. Za to dostrzegała w nim coś, czego one nie zauważały. Jakiś mrok wokół. Nie wiadomo skąd i dlaczego. Na wszelki wypadek unikała chłopaka. Niestety on akurat jej nie unikał. Wręcz przeciwnie. Ciągle kręcił się gdzieś blisko.

Razem z nim pojawiły się wizje. Koszmary na jawie o morzu krwi. Zawsze z tym samym początkiem i końcem. Morze zabierało, ale kogo? Ją Aleksandrę czy Gabrysię, która chodziła za chłopakiem i z konieczności również za Aleksandrą. Wizja nie dawała się jasno wytłumaczyć. Niby Aleksandra czuła, widziała, dotykała wstrętną wodę, ale jednocześnie tkwiła gdzieś obok. Co się naprawdę działo? A może co się dziać będzie?

- O co ci chodzi? - zapytała go po raz kolejny.
- Pójdziesz ze mną. Wtedy dam ci spokój.
- Gdzie pójdę?
- Wiesz dobrze.
- Aha.

Aleksandra machnęła ręką. Musiała zrobić zakupy na święta. Matce jak zwykle brakowało na to czasu. Ojciec od dawna nie istniał. Zamiast niego upierdliwa babcia i ciotka z wujkiem. Wszyscy oczywiście przyjdą. Będą jeść, śpiewać i marudzić. Może już wizja morza jest lepsza. W każdym razie Tymek na nic jej nie namówi. Nie, w żadnym wypadku.

Wizyta.

Dzień przed wigilią. Godzina siódma rano. Eugenię budzi ostry dźwięk domofonu.

- Co jest? Pali się? Idę, idę.

Na wpół przytomna Eugenia człapie do drzwi. Podnosi słuchawkę.

- Kto tam?
- Przepraszam Genia, ale my z ważną sprawą - odzywa się znajomy głos.
- My czyli kto? 

Eugenia wzdycha. Tylko tych tu jeszcze brakowało. Gaduły-kłamczuchy i jej koleżanki pijaczki. Czego one mogą chcieć od niej o tak wczesnej porze.

- Przyjdźcie później - złości się Eugenia.
- Nie chodzi o nas, ale o Olę.
- Co? Jaką Olę? 
- Naszą przecież.
- Co się stało?
- Wpuść nas. Przez domofon się nie da.

Przekonują Eugenię, a raczej ciekawość ją przekonuje. 

- Bo widzisz - wyjaśnia parę minut później plotkara Rozalia - miałyśmy sen.
- I ona prawie utonęła - dodaje od siebie pijaczka Todzia.
- Nasza Ola i ... - krzyczą obie. - Musimy ją uratować.

Futro.

Aleksandra patrzyła ze wstrętem na przyniesione przez Eugenię i jej dwie koleżanki stare futro. Długie do kolan w trupio-szarym kolorze.

- Nie rozumiem, co ja mam z tym zrobić? - jeszcze raz zapytała.

Na szczęście matka już wyszła. Babka na razie nie przyjechała. Nikt nie widział Aleksandry stojącej w ciasnym przedpokoju z sąsiadkami. Chociaż jakby na granicy rozsądku coś się w dziewczynie kołatało. Dziwne uczucie, że jest obserwowana.

- Załóż na siebie i powiedz... - zaczęła Todzia. - No, jak to brzmiało, bo ja już nie pamiętam.
- Kocham cię Tymoteuszu - westchnęła Eugenia, która w przeciwieństwie do Todzi cieszyła się nadal świetną pamięcią. Pewnie dlatego, że nie darzyła sympatią wysokoprocentowych napojów odurzających.
- Co takiego? - po raz kolejny zdziwiła się Aleksandra.
- Po prostu załóż i powiedz i zobaczymy - prosiła Rozalia.
- Co zobaczymy? - Aleksandra czuła, że za chwilę straci do kobiet cierpliwość. Wyrzuci je za drzwi. Z drugiej strony coś jej mówiło, zrób to, choćby dla świętego spokoju.

Futro cuchnęło naftaliną. Nie wiadomo jak długo przeleżało w szafie Rozalii, zanim wpadła na pomysł, żeby ubrać w nie Aleksandrę. A to tylko z powodu snu, który jakimś cudem przyśnił się również Todzi albo jej się wydawało, że coś śniła. Czy można ufać alkoholiczce?

- Zaufaj - szepnęło coś w głowie Aleksandry. Jednocześnie w drzwiach pokoju pojawił się Tymek. Rzucił na futro skrzywione spojrzenie. Zatkał nos palcami. Potem jakby nic rozwiał się w powietrzu, a razem z nim uczucie, że coś na nią patrzy.

- Niemożliwe - pomyślała Aleksandra. 

Jeszcze raz spojrzała na futro. Wzięła je z rąk Rozalii.

- Co mi tam? Spróbuję - powiedziała, a Eugenia i reszta westchnęły z ulgą.

Aleksandra założyła futro. Uśmiechając się do lustra, powtórzyła słowa: kocham cię Tymoteuszu.

Morze krwi.

Aleksandra stała nad jego brzegiem. Tyle, że już nie była Aleksandrą albo jeszcze się nią nie stała. Tu i teraz nazywała się Wiktoria. 

Fale przybliżały się i oddalały. Razem z nimi hałas wielu głosów, fetor gnijących wiecznie ciał. Piekło, które chciało ją pochłonąć. Już prawie mu się udało, ale znów coś nie wyszło.

- Innym razem - zaszeptał wiatr.


P. S. Tym razem szczęśliwy koniec z okazji nowego roku. Pamiętajcie jednak nic nie trwa wiecznie.