wtorek, 27 lutego 2018

Lisica Dorota

Dawno temu, kiedy Misiek był jeszcze Misiem, Filip jego współlokator zakochał się. Jęczał i biadolił, aż uszy puchły. Dlatego Miś wysłał go do wróżki i przez resztę dnia miał święty spokój. Teraz już nie Miś, ale Misiek sam poczuł motyle w brzuchu i całkiem zgłupiał. 

Zdjęcie zabrane z tej strony.

Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Misiek - dawniej Miś i zwyczajny pluszak, obecnie członek grupy terrorystycznej Kaczora Donalda; Lisica Dorota - także pluszak, aktywistka grupy Żywe istoty;Kaczor Donald - członek grupy terrorystycznej; Żmija Czarka - przywódca grupy terrorystycznej; Magiczne lustro. Wszyscy dawniej na Ziemi byli zabawkami, teraz są żywymi istotami.

Dialog 1.

Miejsce: Kawiarnia Nora Królika.

Ciemne wnętrze piwnicy oświetlają białe lampki ustawione na parapetach małych okien i w kątach pomieszczenia. Ściany zgodnie z gustem Królika męża właścicielki Alicji pomalowano na niebiesko, a okrągłe stoliki na brązowo. Resztę Alicja pokryła kolorem różowym i czarnym. I tak krzesła są czarne, fotele różowo-czarne, kanapy i poduszki różowe, dekoracje zrobione z różowych firanek i bawełny ( głównie kwiaty i lalki ) oraz półki z Dziełami wybranymi Psa Doświadczyńskiego ( Marks dla zabawek ).
Przy stoliku pod oknem siedzą członkowie grupy terrorystycznej Kaczora Donalda: Kaczor, żmija Czarka, Misiek oraz świeżo zwerbowana Lisica Dorota. Wszyscy piją czarną jak żmija kawę. Tylko Kaczor i Misiek rumianek. Kaczor z powodu dolegliwości żołądkowo-jelitowych, a Misiek dlatego, że lubi.

Czarka: Wiecie jaki jest powód naszego zebrania?
Misiek: Jasne.
Kaczor: Przejdźmy do rzeczy. 
Dorota ( robi minkę grzecznej dziewczynki a la Marilyn Monroe ): Chcecie mnie powitać. Miło mi.
Czarka ( mierzy Lisicę groźnym wzrokiem ): Mamy pogadać o banku.
Misiek: Oczywiście
Dorota ( rozczarowana ): Przywitać mnie nie chcecie?
Misiek: Ja chcę.
Czarka ( ostro ): Nie zbaczajmy z tematu.
Misiek ( potulnie ): Tak jest.

Kaczor: Macie pomysły?
Misiek: Eee..
Czarka ( wzdycha ): Teraz żałuję, że cię wybrałam.
Misiek: Chciałem tylko powiedzieć, że można zrobić podkop. Wiecie taki, przez który przejdziemy.
Czarka ( wzdycha ): Już przecież mówiłam, że się nie da. Teren zaminowany przez budowniczych. Oni przewidzieli, że ktoś może wejść tamtędy do banku.
Dorota: Ja odciągnę uwagę tańcem na rurze.
Czarka ( mruczy pod nosem ): Idiotka.
Kaczor ( ożywiony ): Ciekawe.
Misiek: Wspaniały pomysł.
Czarka ( uderza ogonem w stolik ): Głupi jesteście. Prosiłam, żebyście przygotowali plan napadu, a wy co? Pierdolicie bzdury.

Kaczor: A sama co wymyśliłaś?
Czarka ( zła ): Ja tu jestem od rządzenia, nie wymyślania.
Dorota: Podałam pomysł. Ja robię występ. Misiek w garniturze i krawacie wchodzi razem z Kaczorem.
Kaczor: Co, co, ja też w garniturze?!
Czarka ( nadal zła ): Do dupy z takim planem. To nie jest zwyczajny bank i w zwyczajny sposób forsy nie weźmiemy.
Kaczor: Nie wiem po co nam ten cały bank? Mówiłem, że wujek Pieprzyk da nam, ile trzeba. Tyle, żebyśmy ustalili, ile trzeba.
Czarka ( patrzy na niego złowrogo ): Każdy głupi potrafi wziąć od wujka. Co z was za terroryści, jeśli nie umiecie napaść na bank, tylko na salony fryzjerskie!
Kaczor (oburzony ): Przypominam, że sama te salony chciałaś. Poza tym mnie się podoba pomysł Lisicy.
Misiek: Mnie też.
Kaczor: Przegłosowany większością głosów.
Czarka: W takim razie nic tu po mnie. Radźcie sobie sami.

Obrażona żmija w miarę szybko, jednak powoli schodzi z fotela i pełznie w stronę drzwi. Kaczor również obrażony pozwala jej iść, raczej pełzać, gdzie chce. Misiek kręci się na krześle ze zdenerwowania, a Lisica też się podnosi ze swojego miejsca.

Kaczor: A ty gdzie?
Dorota: Uzgodniliśmy już wszystko, więc idę do domu przygotować się do występu.
Kaczor ( burczy gniewnie ): Idź sobie.
Dorota: Zdzwonimy się.
Misiek: Odprowadzę cię.
Lisica: Nie trzeba.
Misiek: Idę w tym samym kierunku.
Dorota: A skąd wiesz w jakim ja idę?
Kaczor: Jak macie iść, to już sobie idźcie!
Misiek: Dobrze szefie, znaczy się tak jest.

Misiek idzie za Dorotą, a ona udaje, że go nie widzi. Kaczor postanawia zniknąć w oparach jakiegoś mocniejszego od rumianku napoju. Nie pierwszy zresztą i nie ostatni raz.

Dialog 2.

Miejsce: Ulica Bażantowa. 

Nie wiadomo dlaczego tak nazwana, ponieważ żadne bażanty tutaj nie chodzą. Jedynie pluszowe i inne zabawki, bo cała ta okolica należy do Dzielnicy Zabawek. Ludzie się tu nie pojawiają z obawy oczywiście o swoje życie i zdrowie ( zapomnieli, że już dawno stracili jedno i drugie ).

Lisica Dorota pokonuje zimną przestrzeń wielkimi krokami. Misiek biegnie za nią.

Misiek: Zaczekaj. Ja naprawdę mieszkam w pobliżu. Możemy iść razem.
Dorota ( burczy pod nosem ): Kretyn.
Misiek: Proszę Cię. Jak zwolnisz, to ci coś powiem.
Dorota ( nadal burczy pod nosem ): Ciekawe, co ty ciekawego możesz mi powiedzieć.
Misiek ( krzyczy ): Mam bilety na koncert Rycerza Rolanda.
Dorota: Co takiego?

Zatrzymuje się tak nagle, że Misiek prawie na nią wpada.

Misiek: Zdobyłem dwa bilety na koncert Rycerza Rolanda. Tu i teraz ciebie zapraszam.

Misiek klęka na jedno kolano jakby nie o bilety chodziło, ale o rękę Doroty. Naprawdę jemu właśnie o to chodzi. Jednak Dorocie niekoniecznie.

Dorota: A nie mógłbyś zaprosić jeszcze wilka Toniego.
Misiek ( wzdycha ): Nie wiem czy uda mi się zdobyć trzeci bilet.
Dorota ( błagalnie ): Proszę, postaraj się.
Misiek: Nie rozumiem, co ty widzisz w tym palancie?
Dorota ( gniewnie ): Bez niego nigdzie nie idę.
Misiek ( znów wzdycha ): Dobrze.
Dorota ( całuje go z radości w policzek ): Wspaniały jesteś, a teraz wybacz. Spieszę się. Mam tajną sprawę, więc nie idź za mną. Pa, zdzwonimy się.

Lisica odwraca się i przechodzi na drugą stronę mrocznej o tej porze ulicy. Misiek patrzy jak się oddala i wzdycha.

Misiek ( do siebie ): Dlaczego akurat wilk Toni musi się jej podobać?! Pijak i narkoman. W dodatku handlarz lalkami.

Dialog 3.

Miejsce: Wspólne mieszkanie Miśka i Kaczora w jednym z wielu wieżowców Dzielnicy Zabawek. Od zwykłych ( czytaj: zbudowanych przez ludzi ) różni się kolorami. Każde piętro ma swój. Parter żółty, kolejne piętra: zielony, niebieski, czerwony, turkusowy, pomarańczowy, seledynowy, granatowy, gruszkowy, jabłkowy, czereśniowy. Misiek i Kaczor mieszkają na czereśniowym pod samym dachem. Nie raz i nie dwa słyszą uderzenia wiatru, śniegu, deszczu, piorunów. Poza tym prawie nic im nie przeszkadza. Może jedynie wrzask dzieci sąsiadów i sąsiadki regularnie bitej przez męża.

Teraz panuje cisza. Jakby sąsiedzi gdzieś wyszli. Cisza brzęczy w uszach Miśka nieprzyzwyczajonego do braku dźwięków. Dobrze, że chociaż szafa, w której Misiek i Kaczor chowają ubrania, głośno skrzypi. Na jednej z półek leży małe lusterko w niebieskiej ramce. Po barwie każdy może się domyślić, czyją jest własnością. Każdy kto wie jak wygląda sierść Miśka. Oczywiście podobnie jak ramka lustra błyszczy niebieską barwą. Misiek wyjmuje lusterko. Zawsze z niego korzysta, gdy nie ma z kim porozmawiać, a porozmawiać musi. Musi, bo naprawdę inaczej by się udusił. Misiek kładzie lusterko na stoliku obok łóżka. Sam siada na przykrywającym łóżko kocu w czarno-niebieskie paski. Zaczyna mówić do swojego odbicia w lustrze.

Misiek: Tak się starałeś, a ona cię wykołowała. I po co? Czy nie lepiej się powiesić albo otruć?

I tu następuje coś bardzo dziwnego i dotąd niespotykanego. W każdym razie Miśkowi nigdy się wcześniej nie przydarzyło. Lustro, nie, raczej odbicie Miśka w lustrze zaczyna mówić jakby było oddzielną prawdziwą istotą.

Lustro: Wiesz, że tutaj to nie działa. Powiesisz się i za chwilę znów otworzysz oczy, tyle, że nie wiadomo, gdzie i kiedy.
Misiek: Właśnie. Nawet samobójstwo mnie nie uratuje, ale zaraz, zaraz, ty coś powiedziałeś do mnie? A może mnie się coś wydawało?
Lustro: Ja. Nic ci się nie wydawało.
Misiek: Ale wcześniej nic nie mówiłeś.
Lustro: Nie było o czym i mi się nie chciało.
Misiek: A dzisiaj ci się zachciało?
Lustro: Poważniejsza sprawa. Nie chcę wylądować byle gdzie jak się zabijesz.
Misiek: Wtedy ty też się ze mną przeniesiesz w nieznane?
Lustro: Otóż to i wcale mi to nie pasuje.
Misiek: Więc powiedz, co mam zrobić?
Lustro: Pojęcia nie mam.
Misiek: Dziękuję. Bardzo jesteś pomocny.

Lustro: Może wyrzuć te bilety. Nigdzie z nią nie idź. Zerwij z grupą Kaczora, żeby jej więcej nie oglądać albo, lepiej, powiedz Kaczorowi, że ona jest szpiegiem ludzi.
Misiek: Nie uwierzy.
Lustro: Uwierzy jak pokażesz dowód.
Misiek: Jaki dowód?
Lustro: Pomyślę.
Misiek ( wzdycha ): Już widzę jak myślisz, a ja tymczasem umieram z miłości.
Lustro ( śmieje się ): Nie można umrzeć z miłości.
Misiek: W takim razie będę pierwszym, który umarł z miłości.
Lustro ( śmieje się ): Wiesz co, mam pomysł. Zamienimy się miejscami.
Misiek: Jak to?
Lustro: Zwyczajnie. Ty przyjdziesz tutaj, a ja tam.
Misiek: Jak przejdę?
Lustro: Nieważne. Zostaw mnie. Wystarczy, że powiesz: chcę być za lustrem i już.
Misiek: Tylko tyle?
Lustro: Tak.
Misiek: I już nie poczuję nic do Doroty? Odkocham się?
Lustro: Tak.
Misiek: Dobrze.
Lustro: Wspaniale, więc mów zaklęcie.
Misiek: Ale za tym lustrem jak jest?
Lustro: Trochę inaczej. Dorota tu nie istnieje. Reszta bez zmian.
Misiek: Na pewno?
Lustro: Tak. Mówisz zaklęcie czy nie?
Misiek: Mówię. Chcę być za lustrem.

Świat wokół zawirował. Misiek przeleciał przez szybę lustra do innej rzeczywistości, a Misiek, nazwijmy go numer dwa do mieszkania Kaczora i Miśka.


P. S. Jak korzystna dla Miśka to była zmiana? Zobaczymy w ciągu dalszym.


 


 




  

wtorek, 20 lutego 2018

Lodowate myśli.

Zimą, zwłaszcza w lutym moje myśli stają się soplami lodu. Marzną w oczekiwaniu na wiosnę. Trzęsą się ze strachu przed ostatnim powrotem śniegu, niekończącej się białej przestrzeni i oddechu srogiego wiatru. Poza tym uciekają albo się chowają w szafie.



Pod butami
trzeszczy
niekończący się
świat lodu.
Nikt nie widzi
błąkających
się pod nim myśli,
zamarzniętych westchnień
do wiosny,
krzyków policzki
palących.

Autor: Suliman Almawash

Anioł wampirów
przemyka
wśród bryłek śniegu
zmarznięty,
z czerwonym nosem,
w czarnym płaszczu
długim do ziemi.
Blady jak świat
wokół.
Odbiera ostatnie
tchnienie
krwiożerczych istot.
Zamyka im oczy.
Ich ciało ognistym
oddechem
zmienia w popiół.
Potem śpiewa,
by mogli kiedyś 
wrócić do domu.

Autor: Suliman Almawash.


Zostałam
sama w przestrzeni
z krzesłem.
Wspominam
jak na nim siedziałeś.
Patrzyłeś,
ale czy mnie
widziałeś
czy tylko
wyobrażenie
kobiety doskonałej?
I z nią,
nie ze mną
świat zapominałeś?
Realne było
to krzesło.
Ono mi teraz
zostało.
Nie,
jedynie mgła
iluzji.

Autor: Suliman Almawash.

Na polu
porzuconych
strojów służbowych
marynarki śnią
o lesie.
Każda pnie
się w górę
gałęziami
i w dół
schodzi
korzeniami.
Każda pamięta
czasy,
gdy chodziła
na spotkania
z szefem.
Ludzie wokół
bili jej brawo.
Czytali z jej
faktury,
wzoru
splecionych 
w nią nici.
Podziwiali
mądrość,
szyk nierdzewnej stali,
żołnierski sznyt.
Dlaczego później
wyrzucili?
Marynarka
jedna za drugą
płacze,
krzyczy
za swoim człowiekiem. 

Autor: Karel Tiege.

Jestem domem
na przystani,
wyspą,
do której
wracasz
za każdym razem
zmęczony
po swojej 
wiecznej podróży.
Podaję ci ciało
moje jak pieczeń.
Połykasz,
przeżuwasz,
trawisz.
Krew z pocałunków
wypijasz.
Ochodzisz.
Machasz ręką
na pożegnie.
Ja dom
zostaję,
czekam.



P.S. I tyle moich lodowatych myśli. A jakie są Wasze?







 


 





wtorek, 13 lutego 2018

Zamęt.

Nic nie trwa wiecznie. Przynajmniej tutaj na Ziemi. Mija zima, potem wiosna, lato itd. itp. Między ludźmi rodzi się miłość, przyjaźń. Potem nienawiść lub obojętność albo zwykły zamęt. Nic więcej. Nic mniej.

Autor: Alfred Lenica.

Eugenia i Stanisława.

Spotykają się przed blokiem. Prawie zderzają się siatkami. Zarówno Eugenia jak i Stanisława krzywią się jakby zamiast koleżanki zobaczyły wroga albo zwyczajną cytrynę.

- Już po zakupach? - pyta Stanisława, choć zakupy Eugenii wcale jej nie interesują.
- Prawie - burczy Eugenia.
- Widziałam dziś Radomiłę z tym jej amantem - chwali się Stanisława.
- A, z Kazimierzem. Też ich widziałam.

Spalona wiadomość nie wróży nic dobrego.

- I co ty na to? - Stanisława udaje, że nie zauważa znudzonej miny Eugenii.
- Na nich nic, ale tobie coś powiem.

Palec Eugenii dotyka miejsca, w którym prawdopodobnie znajduje się serce koleżanki.

- Co? - dziwi się i trochę przeraża Stanisława.
- Rozalia mi dziś mówiła, że zdaniem Todzi lepiej się trzymasz niż ja i ani trochę nie wyglądasz jak stara baba. Oczywiście w przeciwieństwie do mnie.
- Chyba była pijana jak to mówiła - śmieje się Stanisława. Chciałaby obrócić gadanie Todzi w żart, bo czy można brać poważnie pijaczkę?
- Na pewno nie była - Eugenia robi jedną ze swoich ponurych min. - Wybacz, spieszę się.
- Ale przyjedziesz potem do mnie na sernik? 
- Raczej nie. Brzuch mnie boli.
- No, tak - wzdycha Stanisława.

Radomiła.

Kiedyś często patrzyła przez okno na stojące lub siedzące pod blokiem dwie plotkarki: Eugenię i Stanisławę. Litowała się nad ich ograniczonym umysłem. Teraz, gdy o nich myśli, zazdrości im prostego, bezproblemowego życia. Bo jakież one mogą mieć problemy? Co zrobić na obiad? Kogo obgadać? O czym ponarzekać? Śmieszne. Co one biedne, by zrobiły, gdyby musiały tak jak ona walczyć z facetem-zjawą albo wybierać między jednym facetem, a drugim.

Radomiła po raz kolejny westchnęła.

- Stało się coś? - zapytał Kazimierz, który siedział obok na fotelu i przeglądał Przekrój.
- Nic. 
- Naprawdę?
- Tak.
- Ale wzdychasz jakby coś się stało? 
- Koleżanki mnie zaprosiły na taki babski wieczór przed ślubem.
- Koleżanki? Nie koleżanka? - zdziwił się Kazimierz 
- Jedna zaprosiła, a potem jeszcze pozostałe molestowały.
- Molestowały, mówisz - Kazimierz przyciągnął ją do siebie. - A może teraz ja cię pomolestuję.

Gazeta poleciała na podłogę. Zaraz za nią ich ubrania. Seks na jakiś czas zajął głowę i zmysły Radomiły. Dopiero później znów pomyślała - Jutro przyjeżdża Teo.

Eugenia i Stanisława.

Eugenia oczywiście nie przyszła ani w tę, ani w następną niedzielę. W kościele udawała, że nie widzi Stanisławy. Wciąż czuła złość, choć wiedziała, że Todzi wierzyć nie można. Zresztą Rozalii też. Ile razy powtarzała bzdury wymyślone przez siebie lub Todzię pijaczkę. Właśnie pijaczkę. Niby się leczyła, ale kto ją tam wie. Jednak gniew na Stanisławę tak po prostu nie chciał minąć. Eugenia widziała jej szczupłą sylwetkę jakby ktoś ustawił przed nią trójwymiarowy obraz koleżanki. Widziała każdy szczegół urody i wzdychała, bo sama nosiła przed sobą dobrze wypasiony brzuch. Jej ręce nie przypominały ani trochę dłoni pięknej księżniczki. Z daleka każdy mógł zobaczyć ich wiek. Reszta niestety też niczym pięknym się nie wyróżniała. Nie, na pewno Eugenia nie była Stanisławą ani tym bardziej jeszcze ładniejszą Florentyną. Może gdyby ...

Niedokończona myśl nagle się zmaterializowała. Puste mieszkanie na górze wynajął nowy sąsiad. Starszy pan i w dodatku wdowiec. Nie wiadomo dlaczego pierwsze kroki skierował do Eugenii i się zaczęło.

Radomiła.

Spotkali się następnego dnia w hotelu: Radomiła i Teo, drugi po Kazimierzu mężczyzna jej życia. 

Zaraz, zaraz, można mieć dwóch? Radomiła przez całe życie myślała, że nie. Dopóki nie poznała Teo w sanatorium nad morzem. Może i nie umiał się tak kochać jak Kazimierz, ale i tak potrafił ją pocieszyć po stracie ukochanego. Umówili się, że po nią przyjedzie, że razem zamieszkają w jego domu. Radomiła czekała i się nie doczekała. Za to w międzyczasie pojawił się znów Kazimierz. Zamieszkała z nim i skończyłoby się szczęśliwie, gdyby nie Teo, który nagle wszedł do życia Radomiły jakby nigdy się z niego nie ruszał. Radomiła nie potrafiła wybrać. I tak zostało. Jeden nad morzem, drugi na miejscu.

Patrzy na nią. Ona na niego. Między nimi wisi powietrze pełne erotyzmu. Całują się powoli. Rozbierają w podobnym tempie. Ani Teo ani Radomiła nie chcą, żeby chwila minęła zbyt szybko. Nagie ciała ocierają się o siebie. Chłoną siebie. Teo dotyka palcami waginy Radomiły, która otwiera się ciepła i wilgotna. Kobieta wzdycha, gdy język ukochanego wędruje po jej kobiecości.

- Pragnę cię od tak dawna - wyznaje Teo.
- I ja ciebie.

Radomiła unosi biodra. Wygina ciało w łuk. Przyciąga i głaszcze głowę Teo wciąż błądzącego po łechtaczce swojej ukochanej.

- Teraz, wejdź we mnie - jęczy Radomiła.

Teo spełnia jej prośbę. Wsuwa się w nią najpierw delikatnie, potem coraz mocniej.  Zwalnia, gdy czuje zbliżającą się rozkosz. Jeszcze nie, jeszcze chce poczuć pod sobą kobiece pośladki. Zmieniają pozycję. I znów wędrują w górę swojej przyjemności. Po raz pierwszy to nie Teo, ale Radomiła dociera do szczytu. Krzyczy z rozdzierającej ją od środka ekstazy. Zaraz za nią eksploduje jej kochanek.

- Wyjdziesz za mnie? - pyta znienacka Teo.
- Hmm, muszę pomyśleć o tym.
- O czym tu myśleć. Po prostu zróbmy to i zamieszkajmy razem.
- Załatwiłeś już wszystkie swoje sprawy?
- To nie jest odpowiedź!

Nastrój pryska. Niedawno kochankowie teraz obcy sobie ludzie. Radomiła wzdycha. Czy tak musiało się skończyć ich spotkanie?

Eugenia i Stanisława.

Znów siedzą razem u Stanisławy. Eugenia się uśmiecha jakby zapomniała o swojej wcześniejszej złości. Uroda Stanisławy już jej nie przeszkadza. Coś innego zaprząta jej głowę.

- Boję się drzwi otworzyć jak słyszę dzwonek, bo myślę, że to Karol - wyznaje Eugenia.
- Nie rozumiem po co w ogóle go zapraszałaś do mieszkania? - dziwi się Stanisława.
- Nie wiedziałam, że tak będzie, że spodobam mu się.
- I masz za swoje. On się tak szybko nie odczepi. Jak raz go wpuściłaś, sądzi, że zawsze może przychodzić. Gorzej na pewno myśli,że  on tobie też się podoba.
- Paskudny stary dziad - oburza się Eugenia.

Stanisława potakuje i podsuwa Eugenii kolejny kawałek sernika. Naprawdę cieszy się, bo Eugenia już nie wytyka palcem jej Stanisławy lepszego wyglądu.


P. S. Zamęt wokół. Co to będzie? Co to będzie?








 







 




wtorek, 6 lutego 2018

Okruch zła.

Pomyślałam sobie, że od czasu do czasu napiszę coś innego, niezwiązanego z żadnym kolejnym ciągiem dalszym ani z przyszłym ani z przeszłym. Co takiego? Krótką opowieść. Dlaczego? Bo chcę odpocząć od moich głównych bohaterów.

Obraz zabrany stąd.

Zosia niczym niezwykłym się nie wyróżniała. Niedawno skończyła 12 lat. Chodziła do pobliskiej szkoły podstawowej. Uczyła się jak inne dzieci raz lepiej, raz gorzej. Na przerwach i po lekcjach wymieniała z koleżankami uwagi o nauczycielach, pracach domowych, obejrzanych w telewizji lub w internecie programach lub filmach, zwykłych, codziennych sprawach. Po szkole wychodziła ze swoją sunią Tolą na spacer. Potem jadła obiad, coś czytała, oglądała, gadała z koleżanką, odrabiała lekcje, jadła kolację i wreszcie szła spać. Codziennie to samo. Jakby ciągle jeden wiecznie powtarzający się dzień. Jednak Zosia się nie skarżyła. Czuła się dobrze z tym co było, co miała. Jej jedyne marzenia krążyły wokół zwyczajnych spraw: pojechać nad morze albo w góry, dobrze napisać sprawdzian, zdać do następnej klasy itd. itp.

Pewnego dnia dotychczasowy świat Zosi odwrócił się na drugą stronę. Z dnia na dzień zwyczajność runęła. Zastąpiła ją dziwność i uczucie braku sensu. Nieodparte wrażenie, że coś dzieje się nie tak jak powinno. 

Zaczęło się zwyczajnie. Zosia szła do sklepu albo wyszła z Tolą na spacer. W każdym razie wiał wiatr. Uderzał w nią. Spychał z drogi. Jakby chciał, żeby natychmiast wróciła do domu. Nawet drzewo przewróciło się tuż przed nią. Mimo to Zosia zmierzała dalej.  Opierała się. Do tej pory jej upór zawsze zwyciężał. Teraz wiatr zawiał z większą siłą i coś wpadło jej do oka. Może piasek? 

Zosia już nie mogła i nie chciała iść. Oko szczypało, łzawiło. Nie pozwalało myśleć. Zosia wróciła do domu. Od razu przepłukała bolące miejsce w ciepłej wodzie i wpuściła krople, które na podobną okazję czyli gdy, coś ci wpadnie do oka, trzymała jej mama pielęgniarka.

Ból minął. Zosia znów dobrze widziała na jedno i drugie oko. Zdarzyło się jednak coś innego, o czym pojęcia nie miała.

Obudziła się ze złością. Nie taką małą, ale wielką, która już, zaraz pragnie się przerodzić w jakiś czyn. Dlatego Zosia poszła do kuchni i wyrzuciła przez okno wszystkie brudne talerze. 

- Nie będę zmywać ani sprzątać i wcale nie pójdę do szkoły - pomyślała, patrząc przez okno na koleżankę Izę, która właśnie szła na lekcje. - Urządzę sobie dzień wagarowicza.

Niestety złości nie zaspokoiła i pod koniec dnia czuła ją jeszcze bardziej, bo się nudziła, bo nikt nie zauważył wyrzuconych talerzy, bo w ogóle nikogo nie obchodziła.

Następnego dnia wymyśliła więc coś innego. Poszła do szkoły i tam zaczęła dokuczać koleżankom.

- Wyglądasz jak stróż w boże ciało - powiedziała Eli.
- Jak kto? - zdziwiła się Ela.
- Jak strach na wróble - wyjaśniła Zosia.
- Ty też nie lepiej - odwzajemniła się Ela. - A co robiłaś jak cię nie było? Rysowałaś sobie kręgi pod oczami.

Koleżanki się roześmiały, a Zosia poczuła jak jej złość nabiera kształtu kamienia i już wiedziała, co zrobi.

Kolejnego dnia podała Eli czekoladę w kubku. Gorący napój ze szkolnego automatu, do którego dodała parę tabletek nasennych swojej matki.

- Masz to na zgodę - uśmiechnęła się Zosia.
- O, dziękuję - ucieszyła się Ela.

Wkrótce potem straciła przytomność. Karetka odwiozła ją do szpitala. 

Przez kolejne dni Zosia starała się zaspokoić coraz bardziej niezdrowe popędy złości. Nie udawało się jej. Złość zamiast maleć, rosła.

- Co się z tobą dzieje? - zaczęła w końcu pytać jej mama.
- Nic - odburknęła Zosia.
- Ja widzę coś innego.
- Bo jesteś ślepa.
- Co takiego?
- Gówno.
- Jak ty się do mnie odzywasz?!
- Zwyczajnie!

Od dawna się tak nie kłóciły. Zosia zawsze grzecznie robiła, co mama kazała. Grzecznie odpowiadała i w ogóle była wzorem z laurki dla mam.

Teraz złość popchnęła ją w stronę nożyczek leżących na stole. Nie wiadomo kiedy znalazły się w jej ręku i nie wiadomo kiedy wsadziła je w brzuch matki.

Zosia zauważyła ilość krwi. Brudne plamy na rękach i jęk matki. Gdzieś w głowie zatrzasnęły się drzwi. Coś zakuło w oko. Jakby chciało, a nie mogło wyjść. Szarpnęło jej ręką i jednym szybkim ruchem przecięło nożem szyję Zosi na pół.

Potem coś popełzało szukać nowego właściciela.


 
P.S. I tyle bez ciągu dalszego. Podobało się?