wtorek, 6 lutego 2018

Okruch zła.

Pomyślałam sobie, że od czasu do czasu napiszę coś innego, niezwiązanego z żadnym kolejnym ciągiem dalszym ani z przyszłym ani z przeszłym. Co takiego? Krótką opowieść. Dlaczego? Bo chcę odpocząć od moich głównych bohaterów.

Obraz zabrany stąd.

Zosia niczym niezwykłym się nie wyróżniała. Niedawno skończyła 12 lat. Chodziła do pobliskiej szkoły podstawowej. Uczyła się jak inne dzieci raz lepiej, raz gorzej. Na przerwach i po lekcjach wymieniała z koleżankami uwagi o nauczycielach, pracach domowych, obejrzanych w telewizji lub w internecie programach lub filmach, zwykłych, codziennych sprawach. Po szkole wychodziła ze swoją sunią Tolą na spacer. Potem jadła obiad, coś czytała, oglądała, gadała z koleżanką, odrabiała lekcje, jadła kolację i wreszcie szła spać. Codziennie to samo. Jakby ciągle jeden wiecznie powtarzający się dzień. Jednak Zosia się nie skarżyła. Czuła się dobrze z tym co było, co miała. Jej jedyne marzenia krążyły wokół zwyczajnych spraw: pojechać nad morze albo w góry, dobrze napisać sprawdzian, zdać do następnej klasy itd. itp.

Pewnego dnia dotychczasowy świat Zosi odwrócił się na drugą stronę. Z dnia na dzień zwyczajność runęła. Zastąpiła ją dziwność i uczucie braku sensu. Nieodparte wrażenie, że coś dzieje się nie tak jak powinno. 

Zaczęło się zwyczajnie. Zosia szła do sklepu albo wyszła z Tolą na spacer. W każdym razie wiał wiatr. Uderzał w nią. Spychał z drogi. Jakby chciał, żeby natychmiast wróciła do domu. Nawet drzewo przewróciło się tuż przed nią. Mimo to Zosia zmierzała dalej.  Opierała się. Do tej pory jej upór zawsze zwyciężał. Teraz wiatr zawiał z większą siłą i coś wpadło jej do oka. Może piasek? 

Zosia już nie mogła i nie chciała iść. Oko szczypało, łzawiło. Nie pozwalało myśleć. Zosia wróciła do domu. Od razu przepłukała bolące miejsce w ciepłej wodzie i wpuściła krople, które na podobną okazję czyli gdy, coś ci wpadnie do oka, trzymała jej mama pielęgniarka.

Ból minął. Zosia znów dobrze widziała na jedno i drugie oko. Zdarzyło się jednak coś innego, o czym pojęcia nie miała.

Obudziła się ze złością. Nie taką małą, ale wielką, która już, zaraz pragnie się przerodzić w jakiś czyn. Dlatego Zosia poszła do kuchni i wyrzuciła przez okno wszystkie brudne talerze. 

- Nie będę zmywać ani sprzątać i wcale nie pójdę do szkoły - pomyślała, patrząc przez okno na koleżankę Izę, która właśnie szła na lekcje. - Urządzę sobie dzień wagarowicza.

Niestety złości nie zaspokoiła i pod koniec dnia czuła ją jeszcze bardziej, bo się nudziła, bo nikt nie zauważył wyrzuconych talerzy, bo w ogóle nikogo nie obchodziła.

Następnego dnia wymyśliła więc coś innego. Poszła do szkoły i tam zaczęła dokuczać koleżankom.

- Wyglądasz jak stróż w boże ciało - powiedziała Eli.
- Jak kto? - zdziwiła się Ela.
- Jak strach na wróble - wyjaśniła Zosia.
- Ty też nie lepiej - odwzajemniła się Ela. - A co robiłaś jak cię nie było? Rysowałaś sobie kręgi pod oczami.

Koleżanki się roześmiały, a Zosia poczuła jak jej złość nabiera kształtu kamienia i już wiedziała, co zrobi.

Kolejnego dnia podała Eli czekoladę w kubku. Gorący napój ze szkolnego automatu, do którego dodała parę tabletek nasennych swojej matki.

- Masz to na zgodę - uśmiechnęła się Zosia.
- O, dziękuję - ucieszyła się Ela.

Wkrótce potem straciła przytomność. Karetka odwiozła ją do szpitala. 

Przez kolejne dni Zosia starała się zaspokoić coraz bardziej niezdrowe popędy złości. Nie udawało się jej. Złość zamiast maleć, rosła.

- Co się z tobą dzieje? - zaczęła w końcu pytać jej mama.
- Nic - odburknęła Zosia.
- Ja widzę coś innego.
- Bo jesteś ślepa.
- Co takiego?
- Gówno.
- Jak ty się do mnie odzywasz?!
- Zwyczajnie!

Od dawna się tak nie kłóciły. Zosia zawsze grzecznie robiła, co mama kazała. Grzecznie odpowiadała i w ogóle była wzorem z laurki dla mam.

Teraz złość popchnęła ją w stronę nożyczek leżących na stole. Nie wiadomo kiedy znalazły się w jej ręku i nie wiadomo kiedy wsadziła je w brzuch matki.

Zosia zauważyła ilość krwi. Brudne plamy na rękach i jęk matki. Gdzieś w głowie zatrzasnęły się drzwi. Coś zakuło w oko. Jakby chciało, a nie mogło wyjść. Szarpnęło jej ręką i jednym szybkim ruchem przecięło nożem szyję Zosi na pół.

Potem coś popełzało szukać nowego właściciela.


 
P.S. I tyle bez ciągu dalszego. Podobało się?


 




10 komentarzy:

  1. Trochę jak w bajce o królowej śniegu, tylko nieco bardziej drastycznie. Pozdrawiam i chyba muszę nadrobić "ciągi dalsze". :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadłaś. O tej bajce myślałam i jakby to było, gdyby zamienić
      ją w koszmar.
      Zapraszam więc do ciągów dalszych.

      Usuń
  2. Moja pierwsza wizyta u Ciebie i od razu taki mały horrorek. Czemu nie ;)
    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję nie ostatnia.
      Horrory czasem lubię.
      Również pozdrawiam.

      Usuń
  3. Co tu się dzieje... Taka przemiana. No, szkoda, że nie będzie ciągu dalszego.
    Dziękuję za odwiedziny u mnie.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Są inne ciągi dalsze do których zapraszam.
      Również dziękuję za odwiedziny u mnie.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  4. No to grubo Zosia pojechała trzeba przyznać... Ale obawiam się, że w sposób skrajny przedstawiłaś to, co dzieje się kiedy nie wyrażamy swojej złości i żyjemy nie do końca swoim życiem. Udajemy, przymilamy się kiedy mielibyśmy ochotę komuś przyłożyć. Dlatego trzeba dawać upust swoim emocjom. Tekst zmuszający do myślenie, jestem na TAK. Pozdrawiam ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację. Bardzo skrajny sposób. Większość ludzi tak nie robi,
      ale większości nie wpada do oka okruch zła. Wyjątkiem bohater z Królowej śniegu.
      Cieszę się, że mimo wszystko jesteś na tak.

      Usuń