wtorek, 27 marca 2018

Drogi zimowe i drogi wiosenne

Tymi drogami chodzą moje myśli. Jedne w grubych, szarych paltach człapią przez śnieg o przybrudzonej barwie. Drugie z czerwonymi i żółtymi tulipanami we włosach skaczą po zielonej łące. Jeszcze inne zwyczajnie stoją i patrzą, którędy iść. Żadna ścieżka im nie pasuje. Dlaczego? Czy potrafię je zrozumieć? Czy uda mi się przełożyć je na języka słowa?


Poszłabym,

gdybyś przede mną drogę otworzył
szeroką, miętową.
Nie spojrzałabym za siebie ani razu.
Skakałbym jak motyl.
Przeszłość i przyszłość zostałyby w oddali
pokonane jak ścieżka zimowa.
Zaspy może by nawet zapłakały,
że już się po nich nie czołgam.
Czarno-białe drzewa westchnęły,
a kawa wystygła.

Autor: Józefina Litwin.

Drogi

w mojej głowie niejasne, rozmyte.
Nie wiem jaką iść.
Myśli wybierają raz zimową, raz wiosenną.
Czasem stają na rozstaju.
Grzęzną w szarym piachu.
Kruk nad nimi kracze.
Wzgórza dyszą.
Wreszcie widzę ją
wśród własnych poplątanych włosów
ścieżkę własną.
Stawiam pierwsze kroki.
Myśli krzyczą: nie twoja, niczyja.

Autor: Jacek Yerka.

Wielkanoc

i droga wielkanocna.
Trakt żółtych kurczaków,
talerzyków, imbryków, jajek na twardo.
Idąc, upijam się herbatą z traw zielonych.
Policzki rozpycham wędliną
z różowych świnek świeżo zatłuczonych
sprawnym brązowym kijem.
Za mną kroczy maska wesołych świąt.
Wiem, że za rogiem przyrośnie mi do twarzy.
Wdycham zapach wiosny.

Autor: Salvador Dali

Zegary

Znów złodzieje majstrowali.
Spłaszczyli, zabili czas.
Nie mogę wstać.
Zdycham razem z kotami.
Wokół unosi się zapach kawy.
Może jednak zbiorę, co mam z podłogi.
Nie, nie chcę.
Z perspektywy dywanu
widzę więcej.
Koty mruczą.
Wskazówki ciężko stukają.
Myśli niechciane przemierzają przestrzeń.
Pustka wymiotuje pełnię.
Nie ruszam się.
Wierzę, że minie zegarowy szok.

Autor: Gustaw Klimt.

Pocałunek.

Słodka droga najeżona kolcami:
moje, twoje, nasze, kocham, całuję.
Zawraca w głowie kwiatami, krajobrazami.
On, ona rzuca do ciebie patykiem,
a ty aportujesz.
Grzeczny pies samotnością nigdy nie wyje.
Nieposłuszny trafia na śmietnik.
Poisz jego, ją rozkoszą.
Wiążesz smyczą nektaru.
Czas zdziera z oczu zasłonę.
Dobry, kochany zostaje.
Podły zrywa sznury.
Odchodzi.



P.S. Co więcej dodać? Nic. Pozostają odpowiedzi nieznane.
A jakimi drogami chodzą Wasze myśli?

wtorek, 20 marca 2018

Trzynasta strona.

Czas płynie szybko. Zbyt szybko. Wydaje się, że dopiero wczoraj Zygmunt wrócił do Florentyny. Razem świętowali Boże Narodzenie. Na wszelkie możliwe sposoby cieszyli się sobą. Zaczęli nawet rozmawiać o zalegalizowaniu swojego związku, gdy nadszedł dzień, godzina i ich wspólne życie runęło jak zamek z piasku.

Autor: Rene Magritte.

Eugenia i Stanisława.

Marzec, a za oknem wirują w powietrzu płatki śniegu. Dwie główne plotkary w bloku patrzą i wzdychają. Siedzą przy stole. Małymi łykami smakują czarną earl grey z cukrem. Na talerzyku przed nimi Stanisława postawiła drożdżowe bułki z serem. Eugenia zerka na nie krzywym okiem.

- Dlaczego - myśli - ona znów kupiła drożdżówki. Czyżby nic innego nie było w sklepie? Ostatnio częstuje mnie tylko tym paskudnym ciastem podobnym do chleba.

Z kolei Stanisława zapycha usta słodką bułką, próbując jednocześnie uśmiechać się do Eugenii i patrzeć przez okno na kręcącego się nie wiadomo po co sąsiada Karola.

- Widziałaś jak on chodzi w koło? Ciekawe co mu odbiło? - przełyka duży kęs i pokazuje palcem okno.
- A, ten, natręt - Eugenia spogląda we wskazanym kierunku. - Pewnie czeka na mnie. Wie, że o tej porze robię zakupy.
- To aż do tego doszło!
- Niestety. Jakbym wiedziała, nie otworzyłabym mu drzwi.
- Pamiętasz co przeżyłam z moim Józkiem?
- Pamiętam, opowiadałaś - Eugenia nie może zliczyć ile razy musiała słuchać o dawnej miłości swojej koleżanki.
- Wtedy, gdy on mnie chciał, ja nie chciałam jego, a później, gdy znalazł inną, płakałam. Nie mogłam się pogodzić z tym, że tak po prostu odszedł - wspomina Stanisława mimo widocznego na twarzy Eugenii grymasu niezadowolenia. 

- Co ty mi sugerujesz, że zakocham się w natręcie?!
- Skądże. Ja tylko opowiadam.
- Lepiej powiedz, co z nim zrobić.
- Może podsuń mu Klementynę? - wpada na pomysł Stanisława. 
- Wiesz, nie pomyślałam. Powiem mu, że ona samotna, płacze. Nie ma z kim iść do kina albo do filharmonii.

Trzynasta strona.

Ani Eugenia ani Stanisława nie wiedzą, co robi Florentyna między snem i jawą. Obie myślą, że jeśli już coś robi, z pewnością jest to seks. W swojej nieczystej, jak uważa ksiądz, wyobraźni widzą nagą Florentynę na lub pod Zygmuntem, a może nawet od tyłu i, o boże, z ustami w jego rozporku.

Tymczasem Florentyna i Zygmunt nie spędzają całego dnia i nocy na fizycznej miłości. Częściej zwyczajnie siedzą razem. On czyta i ona też lub ona pisze, on ogląda telewizję.

Właśnie, pisze. Coś skrobie w zeszycie albo stuka na klawiaturze laptopa. Nawet Zygmunt nie wie co. Nieważne. Niech sobie pisze byle tylko zrobiła obiad, żeby nie musiał odgrzewać gotowych porcji ze słoików. Zresztą, kocha ją nawet bez obiadu. ( Oczywiście byle nie za często).

Zwykle o 22 Zygmunt kładzie się do łóżka. Chyba, że coś ciekawego dzieje się za szklanym ekranem, coś, co koniecznie musi zobaczyć lub zapragnie poczuć ciało Florentyny. Razem z nią powędrować na szczyt rozkoszy, a potem usnąć, przytulając się do jej pleców. 

Tej nocy jednak idzie spać. Drzwi drugiego pokoju skrzypią za nim. Florentyna patrzy jak wychodzi. Życzy mu miłych snów. Obiecuje, że wkrótce ona też się położy. Jeszcze tylko trochę popisze. Na pytanie co, nie odpowiada. W swoim czasie pokaże Zygmuntowi gotowy tekst, na razie przeżywa przyjemność tworzenia i układania w zdania własnej wyobraźni i związanych z nią uczuć.

Otwiera laptop. Zakłada okulary. Czyta ostatnią stronę. Powoli nabiera rozpędu i zaczyna wypełniać  biały ekran przed sobą czarnymi znaczkami. Opowieść się rozkręca. W nocnej ciszy słychać jedynie szybko przebiegające po klawiaturze palce jakby grały sobie znaną melodię. Zdarzenia następują jedno po drugim. 

Bohaterka Eryka odkrywa w swoim domu tajemnicze lustro. Prawdopodobnie tędy odeszła jej siostra Luiza. Rodzice myślą, że uciekła, bo nie pozwolili jej spotykać się z Robertem. Eryce od samego początku nie podoba się ta hipoteza. Już pierwszej nocy po zniknięciu Luizy śni jej się lustro. Widzi spowijającą zwierciadło niebieską mgłę i pająki chodzące na stoliku przed nim. Małe i duże czarne, niebieskie, zielone i żółte. Pochodzą ze świata zza lustrem. Należą do tajemniczego mężczyzny z długą białą brodą w starym niebieskim swetrze. Gnieżdżą się, roją w splotach włóczki. Florentyna opisując je, czuje cierpki smak w ustach. Ciarki przechodzą jej po plecach. Odżywa dawny strach przed robactwem. Jako dziecko nie potrafiła zasnąć bez światła nocnej lampki. W ciemności zawsze się kryły paskudne stwory. Teraz wszystkie przybierają postać pająków.

Tymczasem w drugim pokoju Zygmunt jęczy przez sen. Śni mu się mężczyzna z długą siwą brodą. Przechodzi do niego przez lustro. Wydłubuje ze swetra małe czarne pająki. Wpycha je do ust i połyka jak cukierki. Zygmuntowi zbiera się na wymioty. Chce się odwrócić, nie patrzeć na przybysza z lustra, ale coś mu nie pozwala, jakaś blokada w szyi, paraliż. Owo coś pcha Zygmunta w stronę nieznajomego.

- Zbieramy się Zygmunt. Dość się tu nasiedziałeś - mówi mężczyzna.

Zygmunt próbuje się opierać. Nie chce iść z siwobrodym, jak go w myślach nazywa. Powietrze wokół gęstnieje. Powierzchnia lustra faluje. Wciąga jak magnes Zygmunta i jego towarzysza.

Florentyna zamiera. Czuje jakby szóstym zmysłem, że coś się przed chwilą stało, coś strasznego. Odrywa palce od klawiatury. Przeciąga się. Spogląda na numer zapisywanej strony. Trzynaście. Liczba z pozoru niewinna, nic nieznacząca i jednocześnie złowieszcza jakby przed chwilą wypluta z tajemniczego lustra.

- Wariuje - myśli Florentyna. - Nie powinnam pisać w nocy. Przytulę się do Zygmunta i zaraz się uspokoję.

Florentyna zapisuje ostatnie słowa. Zamyka komputer. Wchodzi do drugiego pokoju, w którym śpi Zygmunt. Krzyczy na widok pustego łóżka.

Eugenia i Stanisława.

- Wiesz, co się stało?! - zagaduje Stanisława Eugenię w drodze po zakupy. 
( Możliwe, że po następne słodkie bułki ).
- Karola odwieźli do szpitala - odpowiada Eugenia.
- Tak? Ale ja nie o tym.
- A o czym?
- Zygmunt zniknął.
- O, boże.



P. S. Jak widać moje zszokowane bohaterki nie mają już nic do powiedzenia. Co się stało z Zygmuntem? Czy i kiedy wróci? Zobaczycie w dalszej części, która z pewnością nastąpi.

 
   

 






 

wtorek, 13 marca 2018

Marian.

Od 1 marca biorę udział w wyzwaniu Krzysi Bezubik ,,Piszę codziennie,,. 
Myślę i wytrwale stukam w klawisze laptopa. Co wychodzi spod moich palców lub nie wychodzi? Sami zobaczcie i oceńcie. Poniżej druga wersja jednego z moich tekstów.


8 Dzień mojego pisania.

Pocę się przed pustym, białym ekranem komputera. Żadna myśl nie przychodzi, oprócz tej, że mogłabym dać sobie spokój, bo już dziś niczego nie stworzę. Ona jedna wierci mi w głowie rów pełen pustki. Na próżno się opieram. Próbuję schwycić choćby małą nić, haczyk, cokolwiek, co posunęło by mnie dalej.

Wreszcie, gdy zamykam oczy, pojawia się on, Marian. Wyraźnie widzę ostre, niesymetryczne kanty jego twarzy, piegi na nosie i policzkach, włosy ciemno- blond obcięte na pazia, dwie poważne kreski ust i niebiesko-zielone oczy, w których głębi można się zanurzyć.

Mój pierwszy i ostatni przyjaciel, nie mąż i nie kochanek. Kumpel, kolega ze szkoły. Gadałam z nim o wszystkim i niczym. Zwierzałam się z miłości, snów, smutku, gniewu i tak dalej. Znaliśmy się od pierwszej klasy szkoły podstawowej i nawet poszliśmy do tego samego liceum. W trzeciej klasie przez naszą przyjaźń przeszedł huragan.

Twarz Mariana.

Najpierw zauważyłam, że Marian się rozgląda. Zanim usiądzie patrzy w lewo i w prawo, odwraca się do tyłu. Podobnie zachowuje się, gdy wracamy do domu, a przecież wcześniej nie zwracał uwagi na otoczenie.

- Coś się stało? Wszystko w porządku? - pytałam.
Nie odpowiadał. Jedynie wzruszał ramionami. Pewnie wtedy sam przed sobą udawał, że problem nie istnieje. W końcu jednak nie wytrzymał i mi powiedział, raczej wyszeptał, bo bał się, że ktoś może go usłyszeć.
- Oni tu są - powiedział. - Zabiorą mnie. Na moje miejsce wstawią kogoś innego, ale ty nie daj się oszukać. Pamiętaj o twarzy.
- Nie rozumiem - przyznałam się.
- Zrozumiesz w swoim czasie, a teraz idź po aparat i zrób mi zdjęcie.

Pobiegłam. Jednak, gdy wróciłam Mariana już nie było. Tak cicho wyszedł z domu, że nawet go nie zauważyłam.

Następnego dnia nie przyszedł do szkoły, więc poszłam do niego. Ciekawiło mnie, co się stało. Zachorował czy zrobił sobie dzień wolny? Długo dzwoniłam i pukałam. Nikt nie otworzył, a przez następne dni wciąż próbowałam czegoś się dowiedzieć. Poza lakoniczną informacją sąsiadki, że się wyprowadził, niczego nie uzyskałam.

Wiele dni minęło. Wiele zsumowało się w miesiące, potem lata. Skończyłam liceum. Poszłam do pracy. Poznałam innych ludzi w tym mężczyzn. Żaden nie pozostawił po sobie tak wielkiego śladu jak Marian.

Właśnie wracałam z jakieś pustej i głupiej imprezy, gdy usłyszałam kroki za sobą. Przyspieszyłam, chcąc sprawdzić, czy kroki zrobią to samo. Zrobiły. Zaczęłam biec. Pobiegły za mną. Niestety biec długo nie potrafię. Nigdy biegania nie ćwiczyłam. Szybko się męczę. Coś mi strzyka w boku. Zaczyna brakować oddechu. Serce chce wyskoczyć przez gardło. Nogi nie mogą unieść ciężaru. I tym razem działo się to samo. Zanim dobiegłam do drzwi na klatkę schodową swojego bloku, dorwały mnie obce, męskie ręce.

- Nie uciekaj. To ja - odezwał się na szczęście nie obcy lecz znajomy głos.
- Jaki ja? -myślałam, bo z braku tchu nie udało mi się nic powiedzieć.
- Marian - odpowiedział i odsłonił twarz dotąd przykrytą kołnierzem czarnego płaszcza.

Zdębiałam. Czas nie odcisnął na niej żadnego śladu. Nadal była twarzą nastolatka.
- Niemożliwe - wydusiłam z siebie niedowierzanie i przerażenie.
- Pamiętasz? Powiedziałem ci, żebyś pamiętała o twarzy. Sądziłem, że oni ją zmienią, ale zostawili, oddzielając mnie w ten sposób od moich bliskich. Przez to musiałem być z nimi, z obcymi, choć nie chciałem i broniłem się do ostatniej chwili.
- Jacy oni? 
- Powiem ci, ale nie tutaj.
- Dobrze, wejdź do środka.

Gracze.

- Pamiętasz ten dzień, kiedy poprosiłem, żebyś zrobiła mi zdjęcie? - zaczął rozmowę Marian, gdy już usiedliśmy przy stole z filiżankami herbaty.
- Tak - kiwnęłam głową.
- Ty wyszłaś, a oni weszli.
- Jak to?
- Najlepiej zacznę od początku.

- Pojawili się w moim życiu, gdy skończyłem 16 lat. Potrącali mnie na ulicy, popychali w kolejkach przy kasach w markecie, zagadywali w najmniej odpowiednich momentach. Starsi panowie z jakimś dziwnym szczegółem na twarzy, w ubraniu lub na rękach. Dziwnym dla mnie, bo jakoś nikt inny nie zwracał na nich uwagi. Wręcz przeciwnie. Ludzie przechodzili obok jakby oni nie istnieli, jakbym tylko ja ich widział. Nawet ty kiedyś, gdy wracaliśmy ze szkoły przeszłaś obok nich obojętnie. Chciałem zapytać, czy ich widzisz, ale ty zaczęłaś mówić o czymś, już nie pamiętam o czym.

W każdym razie odechciało mi się. O snach z nimi też nie wspomniałem, choć bardzo mnie dręczyły. Zawsze pokazywały to samo zanurzone w dymie miejsce i mężczyzn siedzących za stolikami przy planszach do gry w warcaby albo szachy. Zwykle jeden z nich odwracał się do mnie i mówił: życie jest grą, zagraj w nią. Nie wiem dlaczego słowa budziły we mnie lęk. Uciekałem, a oni mnie gonili. Budziłem się zlany potem i z sercem podchodzącym do gardła. Zegar przy łóżku pokazywał 3:33. Do świtu pozostało tyle czasu, a ja nie mogłem już zasnąć. W ciągu dnia czułem zmęczenie i przekonanie, że oni czekają na mnie w każdym miejscu. Chcą, żebym stał się jednym z nich. 

Tylko po co? Czemu akurat do mnie się przyczepili? W jaki sposób mam się ich pozbyć? Czy to w ogóle możliwe? Myślałem póki miałem siłę myśleć. 

W jednym ze snów pojawiła się kobieta z twarzą do połowy męską. Równie dobrze mogłem nazwać ją mężczyzną, jednak coś we mnie mówiło mi, że jest kobietą. Powiedziała mi, że zna moich prześladowców. Oni też ją nękali. Zabili jej bliskich, żeby należała wyłącznie do nich, żeby z nimi pracowała. Poddała się w końcu, bo inaczej nie mogła. Wstydzi się, że nie potrafiła i pomaga innym, których gracze wybrali. Dodała jeszcze, że muszę zrobić sobie zdjęcie, żeby nie zapomnieć siebie sprzed przemiany, wiedzieć, że kiedyś byłem kimś innym. Potem odeszła. Zostawiła mnie z wieloma pytaniami w głowie. Następnej nocy już się nie pojawiła. 

Gracze, jak ich nazwałem w myślach z powodu plansz do gry, nad którymi siedzieli, przyszli po mnie tego dnia, gdy poprosiłem cię o zrobienie zdjęcia. Wyprowadzili do stojącego na zewnątrz granatowego mercedesa. Po drodze mijali nas sąsiedzi, ale żaden z nich na nas nie patrzył.

Marian przerwał nagle swoją opowieść. Przyłożył palec do ust, żebym siedziała cicho. Czy coś usłyszał? Coś zobaczył? Nie wiem. Bez słowa wstał. Ubrał się szybko i wyszedł.


 
P. S. Ciąg dalszy nastąpi.
  
 
  
 



wtorek, 6 marca 2018

Windy i końce światów.

Spotykamy się od czasu do czasu. Siedzimy w jej pokoju, rozmawiamy, pijemy herbatę. Odkrywamy kolejne sekrety jej i moje, bo przecież ona jest częścią mnie, a ja należę do niej.
Ciekawe, czy już się domyślacie, czy jeszcze nie, o kim, o czym dziś opowiem. 



Po kilkugodzinnym pisaniu czuję jak moje oczy zmieniają się w dwie małe ołowiane kulki, a kręgosłup w deskę. Palce drżą od stukania w klawiaturę laptopa. Muszę odpocząć. Zapomnieć o wszystkich zapisanych, niezapisanych słowach. Zanurzyć się w niebycie. Nieważne, że jest dopiero 19 i jeszcze nie jadłam kolacji. Ciągnę swoje drętwe nogi do łóżka. Kładę się pod brązowym kocem w kratkę. Zamykam oczy.

Windy.

Na początku pojawia się ciemność. Gęsta, tajemnicza, w jakiś sposób pociągająca. Gubię się w niej całkowicie. Tracę poczucie czasu, odległości, przestrzeni i ciała. Ciemność powoli mnie wchłania. Nie wiem jak długo tak trwam w nicości. W końcu nadchodzi wybawienie. Snop światła przecina mrok i na chwilę mnie oślepia.

- Cześć - głos za światłem należy do Lubisłowy.
- Ty tutaj? - dziwię się.
- A czemu nie? Bo zawsze spotykałyśmy się w pokoju?
- Lubiłam twój pokój.
- Też go lubię, ale czasem mam dość.
- Czego? 

Próbuję się uśmiechnąć, lecz niezbyt mi to wychodzi. 

- Pomieszczenia - tłumaczy Lubisłowa.
- Takie okropne?
- Nie, tylko czasem nudne.
- A to tutaj? Lepsze?

Zaczynam się rozglądać. Ciemność odeszła zastąpiona przez światło słoneczne, które płynie z wysokich okien.  Na dole miesza się z blaskiem lampek. Wydaje się, że jasność dociera do wszystkich zakątków olbrzymiego wnętrza jakby pałacu albo...

- Centrum - podopowiada Lubisłowa. - Środek wszystkich światów.
- Jak Mroczna Wieża? - pytam
- Co ty ciągle z tym Kingiem - oburza się Lubisłowa. - To z wymyśloną przez niego wieżą nie ma nic wspólnego.
- Brzmi podobnie - stwierdzam.
- Ale jest inne!
- Dobrze - zgadzam się. Nie chcę się kłócić z moją wewnętrzną pisarką. Ona tworzy moich, naszych bohaterów, szczegóły miejsc i akcji, więc ona, nie ja, ma rację.

Lubisłowa się uśmiecha. Podoba się jej tor, w jakim podążają moje myśli. Chyba nie muszę wyjaśniać, że zna je wszystkie i nawet gdybym chciała, nie mogę żadnej schować, zostawić tylko dla siebie.

- Widzisz? - Lubisłowa pokazuje mi ściany wokół i szerokie schody prowadzące na piętra. Nagle wszystkie jakby na niewidzialny rozkaz  rozsuwają się i już wiem, że nie ma schodów, nie ma ścian. Są ogromne windy. Z nich wychodzą tłumy ludzi zebranych z różnych epok, czasów i miejsc. Powoli wielka sala się napełnia, ale o dziwo wcale nie robi się tłoczno. Miejsce się poszerza, rośnie z każdym nowym przybyszem. Wreszcie windy się zamykają. Na ich miejsce wracają schody i ściany. Nie do wiary, ludzie wchodzą po schodach.

- Ooo! - Jedyny dźwięk jaki wychodzi z moich ust, jaki jestem w stanie z siebie wydobyć pod wpływem tego, co widzę.
- Prawdziwa magia - zachwyca się Lubisłowa. - Właśnie dlatego cię tu przyprowadziłam.
- Przyprowadziłaś mnie? Mnie się wydawało, że sama przyszłam.
- Akurat, sama nigdy byś tu nie trafiła - stwierdza Lubisłowa i pewnie znów ma rację. - Naprawdę przyciągnęło cię coś, co ci zostawili kosmici. Pamiętasz jak się skończyła nasza ostatnia rozmowa?
- Pamiętam.

Kosmici nazwani przeze mnie iksami porwali małą Anię czyli mnie. Po kontakcie z nimi powstała niechęć Ani do matematyki i coś jeszcze, o czym Lubisłowa obiecała opowiedzieć następnym razem i jak to ona słowa dotrzymała.

- Możliwość świadomego przekraczania granic niemożliwego. Niemożliwego dla większości ludzi. Tobie to dano, żebyś spełniła swoje pisarskie powołanie - wyjaśnia Lubisłowa.

- Przekraczanie niemożliwego - zastanawiam się nad słowami Lubisłowy. - A ty jesteś jego częścią?

Pytanie zagłusza ostry świszczący dźwięk. Ludzie, którzy wchodzili na schody i ci już na górze przy drzwiach do nieznanych mi pomieszczeń, stają. Zawracają, schodzą na dół. Schody ponownie znikają, gdy ostania osoba je opuszcza. Rozsuwają się razem ze ścianami. Pokazują się windy. 

- Chodźmy - Lubisłowa łapie mnie za rękę. Razem z innymi wsiadamy do windy. Zjeżdżamy na dół. 

 Końce światów.

Docieramy do czegoś, co nazywa się Końce światów. Taki napis pojawia się, gdy winda się zatrzymuje. Co oznacza? Jeszcze nie wiem, ale czuję, że nie jest to nic miłego.

- Nie martw się. Nam nic się nie stanie - pociesza mnie Lubisłowa.
Raczej próbuje pocieszyć, bo zarówno ja jak i ona czujemy wiszące w powietrzu napięcie. Igiełki niewidzialnego prądu pstrykają między dotykającymi się ludźmi. Oni też się boją i też chcieliby uciec, ale nie uciekają. Coś sprawia, że wychodzą z windy, a my za nimi.

Przed nami rozciąga się czarno-brązowe pole bez końca. Nad nami granatowo-szare niebo. Wszyscy się pochylają, kucają i zbierają. Co? I dlaczego Lubisłowa również się pochyla? Po chwili widzę w jej ręku odpowiedź, zieloną nitkę, która zaraz zmienia się w migającą strzałkę wyrysowaną na polu. Idziemy za nią do swojego przeznaczenia. Nie wiem skąd to wiem, po prostu informacja sama się we mnie pojawia. 

Po jakimś czasie pole się kończy. Zastępuje je zielona przestrzeń. Pełno tu drzew i nieznanych kwiatów: turkusowych, fioletowych, czerwonych, błękitnych, niezwykłych, niespotykanych na Ziemi.

- Piękne - odzywa się Lubisłowa - szkoda, że zginie.
- Jak to? - oburzam się.
- Zwyczajnie, nadszedł kres tego świata. Zobaczysz zresztą.

Nie chcę zobaczyć. Próbuję zawrócić, ale jakaś siła trzyma mnie w miejscu. Na horyzoncie widzę zbliżającą się chmurę. Za chwilę zasłoni słońce. Zapanuje ciemność. Wszystko wokół wybuchnie.

- Uciekajmy - krzyczę przerażona.
- Wyluzuj, nas to nie dotknie. Nie należymy do rzeczywistości. Musimy jedynie zrobić selekcję ludzi, którzy tu żyją.
- Nie chcę - protestuję.
- Nikt cię nie pyta o zdanie. Jesteśmy selektorami czy ci się to podoba czy nie.
- Nie, ja jestem obserwatorem.
- Na tym etapie już nie.

Zatrzymuję się. Nie chce iść dalej. Jednak nie na długo. Silny wiatr przesuwa mnie w stronę białych małych budynków. Lubisłowa idzie przy mnie pewnym krokiem. 



P. S. I co dalej? Zobaczymy, jeśli chcecie zobaczyć. Chcecie?