wtorek, 24 kwietnia 2018

Różowy wytrych.

Leży przy drzwiach w pokoju-więzieniu Filipa. Czy to kolejna iluzja magicznego guzika? Filip patrzy i nie wie, wierzyć, nie wierzyć, spać dalej, a może podejść bliżej? Wziąć do ręki, poczuć ciężar metalu? Przekręcić w zamku? 


Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Filip - nie do końca wampir, Wiktor - na pewno wampir, Zenona - kobieta z piękną twarzą i brudną duszą, Bezimienny - bratosiostra Zenony lub siostrobrat zależy z jakiej patrzysz strony. 

Dialog 1.

Miejsce: Magiczny guzik i jego okolice.

Przez umysł Filipa przepływają myśli. Słyszymy je jak pogłos studni. Chociaż równie dobrze mogą docierać z innego pustego miejsca.

Filip: Nie wierzę. Już nie. Po domu Pana Losu mam prawo nie wierzyć. Nie chcę. Zobaczę tylko jaki jest w dotyku. Potrzymam przez chwilę. W końcu to do niczego nie zobowiązuje, a jeśli tak? Jeśli będę musiał zaraz potem coś zrobić? Coś konkretnego. Czy uda mi się uciec z powrotem do łóżka? Uciec w sen? Ech, ciągle śpię. I po co? Tracę tu jedynie czas. Nawet, jeśli dotyk tego czegoś zmusi mnie do działania, warto. Z samej ciekawości. Nawet dla kolejnej iluzji. Dzięki niej zadzieje się coś innego. A może? Może jednak się wyrwę? Może tym razem ktoś naprawdę podrzucił mi wytrych? Ktoś z bardzo dziwnym gustem. Kobieta? Chyba tak. Tylko one lubią różowy kolor. I jeszcze geje. Więc, kto, kobieta czy gej? 

Myśli Filipa przerywa dochodzący za drzwi szum. Jakby wiatr przesłał mu wiadomość przez szczelinę. Ciekawe, czy Guzik wie, że w jego domu istnieją szczeliny. W każdym razie obok różowego wytrychu pojawia się złożona na pół kartka. Wiadomość? Ciekawość popycha Filipa, by sprawdzić.

Kartka okazuje się listem-informacją od nieznanej Zenony. Filip czyta na głos: ,,Kochany, ty mnie nie znasz, ale ja ciebie doskonale. Obserwuję odkąd stałeś się więźniem tego paskudnego czarodzieja. Myślę o tobie. Szukam sposobów jak cię stamtąd wydostać. Wreszcie dzisiaj zrobiłam ten wytrych. Przekręć go w drzwiach. Wyjdź do mnie. Czekam z niecierpliwością, Zenona,,.

Filip ( znów myśli ): Coś takiego. Kim ona jest? Pewnie jakąś paskudną czarownicą. Kolejną, która zabierze mnie nie wiadomo, gdzie i po co. Zostać? Zignorować? Wyrzucić wytrych do kosza? Czy jednak zaryzykować i przejść?

Szybko wygrywa druga opcja. Filip pochyla się. Bierze wytrych, kawałek różowego drutu. Przekręca w drzwiach. Wychodzi na wolność. 

Pierwsze wrażenie: oślepiające światło. Drugie: pole zieleni i kwiaty. Forsycje uderzające swoją żółtą barwą równie mocno jak słońce. Tulipany czerwone, żółte i niebieskie. Wielkie zielone paprocie i jakieś inne nieznane błyszczące turkusem rośliny.

Dopiero po chwili, gdy oczy Filipa przyzwyczajają się do światła, dostrzega stojącą między paprociami młodą kobietę. Wygląda jak jeszcze jeden kwiat, chociaż jej włosy i sukienka wcale nie są kolorowe. Proste, zwyczajne, popielate i biała letnia suknia.

Filip ( mówi do siebie ): Piękna fatamorgana.
Zenona ( oburza się ): Nie jestem złudzeniem.
Filip ( znów do siebie ): Jeśli to ty Guziku, to ci się udało. 

Zenona uderza Filipa w twarz. 

Filip: Ałł, dlaczego? Wcale nie musisz być taka doskonała?
Zenona: Nadal nie wierzysz, że istnieję?
Filip ( osłania się przed kolejnym ewentualnym ciosem ): Wierzę. Naprawdę. Nie musisz mnie bić.
Zenona: Chodź ze mną.
Filip: Gdzie?
Zenona: Zobaczysz.

Zenona się odwraca i idzie. Filip chwilę się waha, zanim zaczyna iść za nią.

Dialog 2.

Miejsce: Nadal okolice guzikowego więzienia, ale z innej strony i o innej porze.

Noc. Na niebie świeci okrągły księżyc i gwiazdy. W powietrzu rozchodzi się woń kwitnących kwiatów: werbeny, kocimiętki, maciejki i jeszcze czegoś, co sprawia, że Wiktor zaczyna się oblizywać. Gdzieś w pobliżu polała się świeża, smaczna krew, której dawno już nie smakował. Krew-wspomnienie z dzieciństwa, czasów wspaniałych posiłków. Tutaj nigdy dotąd nie trafił na woń, smak, który przyprawiałby całe ciało o dreszcze.

Z krzaków naprzeciwko wyłania się człowiek w zielonym kapeluszu, wąskich zielonych spodniach, długiej koszuli w tym samym kolorze i butach martensach. Wiktor od razu zauważa, że nieznajomy nie pachnie. Trudno rozpoznać jego płeć. Równie dobrze może być kobietą jak i mężczyzną.


Gdy podchodzi bliżej, Wiktor widzi, że jedną stronę twarzy pokrywa męski zarost, a z drugiej patrzy na niego gładka kobieca skóra i pomalowane na czarno oko.

Bezimienny ( głos dobywa się z żeńskiej części twarzy ): Wiktor?
Wiktor ( zaskoczony ): Tak.
Bezimienny: Idziemy. 
Wiktor ( nie rusza się ): Zaraz, zaraz, gdzie?
Bezimienny: Za zapachem.
Wiktor ( nadal nie ufa obcemu ): Nie znam cię.
Bezimienny ( głos od strony męskiej ): A chcesz poznać?
Wiktor ( boi się po raz pierwszy od dawna ): Nie.
Bezimienny ( nadal męską stroną ): To się ruszaj.

Przechodzą przez fioletowe krzaki na długą, wąską ścieżkę. W tle słychać myśli Wiktora.

Wiktor: Kim on jest? On czy ona? Czego ode mnie chce? Ten zapach. Nie mogę się skupić. Już nie wiem, kim jestem? Po co żyję? Dlaczego chodzę z tą dziwną istotą po lesie? Kogoś szukam, ale kogo? 

Im ścieżka staje się szersza, im mniej drzew, a więcej trawy, słowa w głowie Wiktora rozkładają się na części. Tracą znaczenie i dla nas i dla niego.

Dialog 3.

Miejsce: Dom Zenony i Bezimiennego na Zielonej Pustyni.

Z zewnątrz wygląda jak nora kreta. Gdyby nie Zenona, Filip niczego by nie zauważył. Ot, jeszcze jedna dziura w ziemi. Dopiero z bliskiej odległości widać, że nie taka zwykła. Nie malutki otworek, przez który przechodzi małe stworzonko. Nie, to olbrzymi lej w ziemi. Kręta ścieżka prowadząca nie wiadomo jak głęboko. Powiększa się wraz z malejącym dystansem.

Filip się zatrzymuje. Nie chce iść dalej.

Zenona: Co z tobą? Boisz się?
Filip: Nie lubię studni.
Zenona: A czy to wygląda jak studnia?
Filip: Tak.
Zenona: W takim razie zamknij oczy.
Filip: Nie.
Zenona: Dobrze. Zrobimy inaczej.

Podchodzi do Filipa i dotyka palcem jego skroni jakby chciała go zabić niewidzialnym pistoletem. Przez ciało Filipa przechodzi prąd. Zabija w nim niezależność. Niszczy połączenie z mózgiem. 

Zenona ( zadowolona ): Teraz naprawdę jesteś mój.
Filip ( chciałby coś powiedzieć, ale żadne słowa nie wychodzą na powierzchnię bez pozwolenia Zenony, tylko myśli ): Zabiję cię.

Z innej strony i w innym czasie do leja zbliżają się Bezimienny i Wiktor. W przeciwieństwie do Filipa Wiktor się nie zatrzymuje. Nie potrafi oprzeć się ponętnej woni świeżej, smacznej krwi. Wydaje się, że tam na dole czeka na niego śnieżnobiała dziewica. Mityczne upragnione trofeum.

Podziemnym tunelem docierają wreszcie do wysokiej budowli podobnej do bloku mieszkalnego. 

Autor: Jacek Yerka.


Wiktor: Tutaj mieszkasz?

Bezimienny ( śmieje się i odzywa dwugłosem damsko-męskim ): I tysiące śnieżnobiałych dziewic.
Wiktor ( nic nie mówi, ale myśli ): Zabiję cię.

Przed wejściem do budynku wita ich żółto-czerwona papuga siedząca w powieszonej na lampie klatce.

Papuga ( patrzy na Bezimiennego ): Cześć Aldo, cześć Fina, cześć nieznajomy.
Wiktor ( do Bezimiennego ): Jesteś Aldo i Fina?
Bezimienny ( złym męskim głosem ): Nie.
Papuga: Ono nazywa siebie Bezimiennym.
Bezimienny ( uderza w klatkę ): Zamknij się.
Papuga: Bo co? Zrobisz ze mnie rosół zamiast z kury? I tak odżyję. Tu nic nie umiera.
Bezimienny ( znów uderz w klatkę ): Najpierw ci wszystkie pióra wyrwę.

Papuga chce jeszcze coś powiedzieć, ale Bezimienny nie czeka.  Wchodzi do budynku. Wiktora popycha do przodu unoszący się nadal w powietrzu zapach krwi.

Wnętrze przypomina zwyczajną klatkę schodową w wieżowcu. Bezimienny naciska guzik windy. Po chwili drzwi się otwierają. Wiktor i Beziminny wchodzą do środka. Gaśnie światło. Winda wznosi się do góry.

Dialog 4.

Miejsce: Przestrzeń łącząca umysły.

Widzimy jedynie ciemność.

Filip: Gdzie jestem?
Wiktor: Znajomy głos. Kim jesteś?
Filip: A kto pyta?
Wiktor: Wiktor.
Filip: Znałem kiedyś takiego jednego. Polizał mnie, gdy spałem i zostałem wampirem.
Wiktor: To ja.
Filip ( zdziwiony ): Ty?
Wiktor: Ja ciebie zrobiłem wampirem, ale jak, jeśli nie zdążyłem ugryźć?
Filip: Gdzie my jesteśmy? Dlaczego nic nie widzę?
Wiktor: Ja też nic nie widzę.
Filip: Szedłeś za mną? Po co?
Wiktor: Teraz nie za tobą. Tylko za zapachem.
Filip: Jakim zapachem?
Wiktor: Nie czujesz?
Filip: Nie.
Wiktor: I taki z ciebie wampir.
Filip: Jaki?
Wiktor: Niedorobiony.
Filip: Masz szczęście, że cię nie widzę.
Wiktor: Zabiłbyś mnie, ale to niemożliwe.
Filip: Wiem. Jednak warto by było spróbować.
Wiktor: Uważaj. Ja też mogę spróbować.
Filip: Spróbuj.

Wiktor chce podejść bliżej Filipa. Chce go złapać. Pokazać mu, gdzie raki zimują. Filip czuje jego pragnienie równie dobrze jak słyszy myśli. Wyczuwa jeszcze coś. Gdzieś zaczyna brzęczeć żarówka. Zaraz zapali się światło. Nastąpi koniec. Zniknie przestrzeń łącząca jego umysł z umysłem Wiktora. Pojawi się Zenona i winda, którą unoszą się do góry gdzieś do miejsca kaźni.

Wiktor: Ciebie zabiją, a ja się najem. Zaraz, przecież twoja krew jest niesmaczna.
Filip: Skąd wiesz? Nie próbowałeś.
Wiktor: Ja nie. Ktoś próbował i dlatego wiem.
Filip: Nie rozumiem.
Wiktor: Coś mi tu nie pasuje. Jak się zapali światło, zaatakuj.
Filip: Nie mogę. Zenona odebrała mi kontrolę nad ciałem.
Wiktor ( cicho ): No, tak. Mogłem się domyślić.
Filip: Co?
Wiktor: Sam zaatakuję.
Filip: Zapach ci nie przeszkodzi?
Wiktor: Nie.

Światło się zapala. Przestrzeń łącząca umysły ustępuje miejsca szarej windzie. Wiktor zaciska nos palcem, by nie czuć zapachu. Chwilę później zagłębia zęby w szyi Bezimiennego.


P.S. Krwi jest tak dużo, że mnie zaślepia. Krzyk Bezimiennego ogłusza. Dlatego pozwólcie, że na razie się oddalę, a wrócę w bardziej stosownej chwili.
Komentarze z wrażeniami po lekturze mile widziane.

Część poprzednia: Wejście-wyjście-wejście
Wcześniejsza: W dzielnicy ślepców nie sprzedaje się luster. 

























wtorek, 17 kwietnia 2018

Pustka.

Gdyby zapytać Weronikę, co zmieniło w jej życiu spotkanie Artura, powiedziałby pewnie, że nic. Dopiero po dłuższej chwili przyznała, że wprowadziło pustkę albo uświadomiło, że ona w niej istnieje. Każdego dnia pożera kawałek jej duszy, a przyczajona w Weronice Gniewna tylko czeka, aż zje blokadę. Wtedy Gniewna stanie się znów właścicielką ciała Weroniki.


Eugenia i Stanisława.

Zrobiło się ciepło, więc obie emerytki-plotkary usadowiły się na ławce przed blokiem jak zwykle po to, żeby pogadać i poobserwować sąsiadów. Kto, gdzie, kiedy i dlaczego się pojawia oraz oczywiście z kim.

- Weronika z Arturem - zauważa Stanisława.
- Widzę - potwierdza Eugenia. - Idą jakby się pieprzu najedli.
- Jak? - dziwi się Stanisława, która takiego porównania jeszcze nie słyszała.
- Skrzywieni - wyjaśnia Eugenia.
- Od dźwigania książek na pewno.
- Nie widać, żeby coś dźwigali.
- Teraz nie, ale do szkoły noszą.
- Gadasz jakbyś się zapisała na protest Precz z tornistrem - Eugenia się śmieje, ale jej radość szybko się kończy na widok sąsiada Karola, który właśnie wraca do domu i o zgrozo, skręca w ich kierunku.

- Dzień dobry - mówi, patrząc głównie na Eugenię. - Jak się panie czują? - pytanie też kieruje tylko do niej.
- Dobrze - odpowiada Stanisława.

Eugenia nic nie mówi. Zawsze wygadana teraz nie potrafi wydobyć z siebie ani jednego słowa. Przegryza wargi i czerwieni się jak nastolatka.

- Myślałam, że pan w szpitalu - odzywa się Stanisława. - Ktoś mi mówił, że miał pan zawał.
- Na szczęście to był fałszywy alarm. Jeden dzień mnie potrzymali. Badania zrobili i oto jestem zdrów jak ryba - cieszy się Karol albo udaje radość przed Eugenią.
- To dobrze. Pójdę już, bo późno się zrobiło - Stanisława podnosi się z miejsca. Czuje się nieswojo między milczącą Eugenią i Karolem.
- Na mnie też już czas - odzyskuje nagle głos Eugenia.
- A może mógłbym pomóc? 
Stanisława i Eugenia patrzą na niego zaskoczone.

Dzień jak co dzień.

Już, gdy wstawała rano Weronika zastanawiała się, czy ten dzień  przyniesie jej coś więcej poza znużeniem, nijakością w szkole i spotkaniem z Arturem, którego poznała wkrótce po wyjściu ze szpitala. Nie wiadomo po co poznała. Może, żeby zapomnieć swoją dawną miłość - Marka. Ale nie zapomniała. Budziła się zwykle z myślą, że się minęli, przeszli obok, nie zauważyli, jednak wcześniej czy później znów wpadną na siebie. Niby przypadkiem. On odnajdzie ją albo ona jego. 

Od razu nabierała ochoty do życia, bo może dziś właśnie go zobaczy. Wyskakiwała z łóżka. Uważnie szła do szkoły, żeby tylko go nie przegapić. Podobnie wracała do domu, a potem wychodziła i kręciła się wkoło, udając, że spaceruje. Naprawdę wypatrywała Marka i prawie zawsze trafiała na Artura. Jakby chodził za nią. Śledził. Obserwował i w dodatku posiadł umiejętność wyskakiwania spod ziemi w najmniej odpowiednich momentach. 

Zabierał ją do siebie jakby wiedział, że Weronika wynajęte mieszkanie dzieli z koleżanką. On niczego nie dzielił. Duży pokój i przedpokój miał do własnej dyspozycji. W tym równie duże łóżko. Przerobili w nim prawie wszystkie pozycje ani trochę nie ocierając się o własne dusze. Tak przynajmniej wydawało się Weronice, która próbowała, ale nie mogła zapomnieć o Marku.

Jak to możliwe, że każdy dzień zaczynała tak samo? Najpierw od uczucia zmęczenia sobą, a potem nadziei, że zdarzenia potoczą się inaczej niż oczekiwała. 

- Pustka wokół, pustka wszędzie, co to będzie? - myślała Bogumiła, poetycka część Weroniki, którą od razu zainteresowała się Gniewna.

Eugenia i Stanisława.

- Naprawdę chce pan pomóc - odezwały się jednocześnie Stanisława i Eugenia.
- Tak, bardzo chętnie - zapewnił Karol, patrząc na Eugenię.
- Nie tylko mnie, ale również Stasi? - zapytała Eugenia.
- Oczywiście - jeszcze raz potwierdził.

Na to tylko czekały. 
- U mnie okna nieumyte. Chciałam je umyć przed świętami, ale wie pan jak to z tą pogodą było, więc jakby pan mógł... - Stanisława zawiesiła głos, wpatrując się w sąsiada. Zauważyła, że skrzywił się nieco na tę propozycję.
- A mnie pralka wysiadła. Pranie trzeba zrobić, a nie ma w czym. Pan by mógł u siebie w swojej pralce, bo ma pan pralkę, prawda?
Eugenia się uśmiechnęła, a mina Karola wydłużyła się jeszcze bardziej.
- Mówicie panie okna i pranie? No, nie wiem, czy mi sił wystarczy, ale mógłby wam zakupy zrobić? Może dać adres do pani, która sprząta?
- Pewnie za duże pieniądze - oburzyła się Eugenia. - Zakupy to sobie same możemy zrobić. Do widzenia.
Eugenia i Stanisława zostawiły Karola z bardzo niewyraźną miną. 

Bogumiła.

Wyłoniła się z pustki. Szybko nabrała olbrzymich rozmiarów i zaczęła przejmować kontrolę nad ich wspólnym ciałem: jej, Weroniki i Gniewnej. 

Główne miejsce zajmowała zwłaszcza w czasie spotkań Weroniki z Arturem. Na pewno Artur przyczynił się do jej powstania i chęć Weroniki, żeby przenieść się w inne miejsce. Chęć, która pojawiała się zawsze, gdy ją dotykał. Już nie pragnienie, żeby wyrzucić z pamięci Marka, ale ochota na zniknięcie w niebycie. 

Widać ciało nie potrafiło pozostać puste i samo stworzyło sobie nową osobowość - Bogumiłę. A może Bogumiła już wcześniej istniała. 

Siedziała sobie spokojnie pod skórą i czekała na impuls do życia. W każdym razie była. To ją, nie Weronikę całował Artur w szyję przed lustrem. Jej odpinał powoli bluzkę, a potem zdejmował stanik. Odwracał do siebie. Zanurzał się w jej piersiach. Przyciągał na kolana. Zdejmował po kolei każdą część ubrania. Weronika znikała. Wreszcie wolna od swojego ciała i tego drugiego obcego. Nawet nie patrzyła na gimnastykujące się na łóżku sylwetki dwojga podobno bliskich osób. 

Bogumiła lubiła seks. Artur jej go dawał. Ona się z nim, na nim, pod nim zatracała. Czy go kochała? Nie zadawała sobie takich pytań. Żyła tu i teraz. Rytmicznie podnosiła się i opadała. 

Gniewna obserwowała jej ruchy ze swojego kąta za barykadą. Czekała, aż emocje całkowicie zawładną Bogumiłą. Nie ważne, że to Bogumiła, nie Weronika. Ona też może się przydać. Na pewno potrafi przeżyć wielki orgazm, nawet  jeśli nie kocha faceta. Gniewna się tylko podłączy. Wykorzysta energię, a potem będzie wolna. Na samą myśl drżała z radości. Przeżywała przedsmak ekstazy.

Bogumiła jakby czując na sobie wzrok Gniewnej, zatrzymała się w swoim pędzie do przyjemności. I choć Artur przyciągnął ją do siebie, a potem zmienił pozycję, podniecenie opadło. Rozkosz gdzieś uciekła. Ruchy stały się automatyczne. Po raz pierwszy Bogumiła odetchnęła z ulgą, gdy Artur skończył. Po raz pierwszy straciła ochotę na uprawianie seksu.

- Jeszcze cię załatwię ty idiotko - krzyczała Gniewna.


P. S. Oddalam się na bezpieczną odległość. Ciąg dalszy napiszę jak się atmosfera trochę uspokoi.
Podzielcie się proszę swoimi wrażeniami z tej opowieści.
Tych, którzy nie czytali, zapraszam do części poprzedniej: Wir czasu oraz wcześniejszych - Problemy, Dziurawa pamięć.






  


 

wtorek, 10 kwietnia 2018

Zagłada.

Moje ostatnie spotkanie z Lubisłową zaprowadziło mnie do miejsca Końce światów. Nazwa zgodna z przeznaczeniem. Na niebie już widać czarną chmurę, która za chwilę zakryje słońce. W powietrzu trzaskają elektryczne iskry. Chce zawrócić, ale wiatr pcha mnie i Lubisłowę do przodu.



Inaczej.

Nie tak to sobie wyobrażałam. Chmura nadchodzi. Zakrywa słońce. Krajobraz ciemnieje i ... Nic. Żadnych wybuchów, odgłosów trąb anielskich i tym podobnym efektów specjalnych jakie kojarzą się z zagładą. 

- Może koniec świata został odwołany - myślę. Lubisłowa się uśmiecha. Chwyta moją rękę i już wiem, że nie. Rozpad się dzieje. Na razie w skali mikroskopijnej. Za chwilę, dwie w nieco większej, coraz bardziej olbrzymiej. Chmura rozpoczęła proces.

- Spójrz - Lubisłowa wskazuję ręką białe domy przed nami.

Widzę jak biel się rozkłada na pojedyncze, wędrujące w powietrzu atomy jakby płatki z dmuchawca. Na miejscu bieli tworzy się czerń. Czarne betonowe płyty stają jedna na drugiej. Pną się jak chwasty wysoko do nieba. Powoli zastępują dawne piękne budynki, jednopiętrowe siedziby ludzi i ich zwierząt.

- Wieżowce - stwierdzam, patrząc jak płyty tworzą gmachy.
- Zgadłaś - chwali mnie Lubisłowa.
- Nie zagłada, ale przebudowa - zauważam. - Prawie jak na moim osiedlu.
- Zagłady są różne.
- Ta akurat mieszkalna.
- Nie tylko. Rozejrzyj się uważnie.

Rozglądam się. Ścieżkę pod nogami zastępuje asfalt. Podobnie dzieje się z trawą i kwiatami. 

- I co teraz? - pytam, choć znam odpowiedź.
- Oddzielimy jednych od drugich - potwierdza moje przypuszczenia Lubisłowa.

Selekcja.

Ludzi zauważam trochę dalej. Chodzą wokół pustego placu jakby dziury między wieżowcami. Jeden za drugim wędrują po zewnętrznej linii koła-zegara. Puste oczy, twarze i mechaniczne tułowia. Kobiety, dzieci, mężczyźni ukryci w czarnych fałdach ubrań długich do ziemi nieforemnych paskudnych.

- Wyglądają jak roboty przebrane w hidżaby - mówię do Lubisłowy.
- Oni już są przegrani.
- Czyli ich mamy z głowy - cieszę się, bo wcale nie mam ochoty podchodzić bliżej. Ci ludzie budzą niepokój i wstręt jak odpadki ze śmietnika.

- Tymi się zajmiemy - Lubisłowa pokazuje mi ręką wąskie przejście między blokami. Dopiero teraz zauważam, że ktoś tam stoi. Też ludzie, ale jacyś inni. Przede wszystkim pozbawieni dziwnych czarnych strojów, martwych oczu i twarzy.

- Jeszcze żywi - wyjaśnia Lubisłowa.
- I mamy ich dzielić? Jak? Na co? - krzyczę jakby mój krzyk mógł coś zmienić, powstrzymać selekcję.
- W głowie każdego zobaczysz wskazówkę - odpowiada Lubisłowa. Dziwię się, że nie traci panowania nad sobą. Znacznie lepiej niż ja odnajduje się w tej sytuacji.
- Pamiętam poprzednie selekcje, a ty nie - mówi mi, gdy zbliżamy się do pierwszych stojących przy wieżowcu ludzi.

Kobieta i mężczyzna. Oboje młodzi. Pewnie dopiero co skończyli szkołę średnią. Obejmują się. Całują. Wydaje się, że wcale nie zwracają na nas uwagi, dopóki nie stajemy tuż przed nimi. Wtedy mężczyzna odpycha od siebie kobietę. Odwraca się od niej. Udaje, że jej zna. Ona krzyczy, żeby jej nie zostawiał. Ciągnie go za rękaw. Bez skutku. W obliczu selekcji ich więź się nie liczy.

- Patrz uważnie na jego czoło - poucza mnie Lubisłowa. - Widzisz?
- Tak, białe porsche.
- A dalej jest jakiś człowiek albo zwierzę?
- Nikogo. Nie rozumiem czy to znaczy, że ...
- Nigdy nikogo nie kochał, więc niech idzie bawić się do piaskownicy.
- Co takiego? 

Zdziwiona patrzę jak Lubisłowa pokazuje mężczyźnie drogę, chodnik skręcający w stronę placu zabaw dla dzieci. 

- Nie dorósł - wyjaśnia mi Lubisłowa. - Musi tu jeszcze posiedzieć.

Wkrótce okazuje się, że towarzyszka mężczyzny też nie dorosła, a za nimi cała masa innych kobiet, mężczyzn, dzieci. Wszyscy idą w tym samym kierunku. Każdy w głowie trzyma jakiś przedmiot, jeden, dwa lub kilka. Zdarzają się też idee, pomysły, pasje, które jak rak rosną i wypełniają mózg.

Autor: Miguel Vallinas.


- Co by było, gdyby je usunąć? - pytam Lubisłowy.
- Nic, wewnętrzna pustka.
- I dlatego idą na plac zabaw?
- Tak. Muszą zacząć wszystko od nowa.
- Tutaj?
- Tak.

Rowy.

Nadchodzą, gdy już tracę nadzieję, że kogokolwiek skieruję w inną niż plac zabaw stronę. Niby zwyczajni. Z pozoru niczym się nie różnią. Jednak ich głów nie sposób prześwietlić. Bezskutecznie wpatruję się w czoła.

- Co teraz? - pytam Lubisłowy.
- Pójdą do rowów - odpowiada.
- Gdzie?
- Tam.

Jeszcze jeden wcześniej nie zauważony przeze mnie szczegół krajobrazu. Przed wieżowcami ciągną się jak głębokie rany koryta w ziemi. Od tych naturalnych, w których płynie woda, różnią je schody. Ludzie idą nimi jakby do samego wnętrza świata. Stąd, gdzie stoję, nie widać końca stopni.

- Dokąd one prowadzą? - jestem ciekawa.
- Do światów pod tym światem.
- Do piekła?
- Czy pod jest tylko piekło? - Lubisłowa się śmieje.
- Nie wiem, dlatego pytam.
- Nie do piekła.

Z twarzy ludzi próbuję odgadnąć co sprawia, że muszą iść do rowów, a nie na plac zabaw. Czym się różnią od swoich poprzedników? Czy chodzi o odbijające się w oczach światło? A może o kolor, który przez chwilę widzę wokół każdego? U jednych zielony, u innych niebieski, czerwony, pomarańczowy, żółty, fioletowy. 

- Zbliżamy się do końca - informuje mnie Lubisłowa. W jej słowach słychać ulgę i radość.
- Wracamy - ja też się cieszę. Ten świat mi się nie podoba. Obiecuję sobie, że już nigdy więcej nie pójdę z Lubisłową do miejsca zagłady. Nigdy więcej żadnej selekcji.

Buntownik.

Pojawia się za ostatnimi ludźmi rowów, jak ich w myślach nazywam. Ubrany w zasłaniający twarz czarny kapelusz i czarne długie kalosze. Do tego żółte getry i zielony dres z kapturem oraz zrobiony na drutach pomarańczowy szalik. Dziwny i rzucający się w oczy osobnik w przeciwsłonecznych turkusowych okularach. Nie muszę patrzeć na niego, by wiedzieć, że nigdzie nie pasuje i za chwilę wszystko zniszczy. Jakby dodatkowy wysłannik zagłady. Czuję jak włosy na skórze stają mi dęba, gdy podchodzi bliżej. Serce staje w gardle jak kamień.

- Teraz ja z wami skończę - odzywa się kobiecy głos.

Zanim zdążę się zdziwić, że on to ona, a może jedno i drugie, buntownik wyciąga z kieszeni pistolet. Mierzy nim w moje czoło. Naciska spust.




P. S. I co dalej? Co przetrwało, a co zostało zabite? Jesteście ciekawi?








wtorek, 3 kwietnia 2018

Drzwi.

Żyli zwyczajnie. Umierali podobnie jak każdy inny człowiek, pomijając szczegóły w tej chwili nieistotne. Myśleli, że to koniec albo że pójdą w lepsze miejsce. Nieważne, bo po śmierci i tak oboje trafili do miasta Sensbezsens. Potem już tylko próbowali uciec.

Autor: M.C. Escher



Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Gena - kobieta lat 30, Konrad - niespełniony pisarz lat 20 i trochę, Ślepiec - nikt o nim nic nie wie, Nadzieja - dziewczynka lat 10, Pan Kanciasty - matematyk, ciotka Dynia - nauczycielka nauczania początkowego.

Dialog 1.

Miejsce: Pokój wyjściowy lub przejściowy zależy, z której strony patrzysz.

Kształty i barwy pokoju rozmywają się przed oczami obserwatorów z zewnątrz. Siedzący w środku widzą tapczan, biurko i fotel. Wszystko czarno-białe. Na tapczanie siedzi Gena. Przy biurku na fotelu Konrad. Nie wiedzą kiedy i skąd się tu wzięli. Nie pamiętają swojej próby ucieczki do nicości. Najpierw pociągiem w towarzystwie tajemniczego ślepca, a potem nad miastem Sensbezsens z przewodnikiem Edwardem. W tym pokoju nie liczy się przeszłość, przyszłość, jedynie tu i teraz.

Gena ( przeciąga się ): Gdzie ja jestem?
Konrad: I kim jestem?
Gena ( patrzy na niego uważnie ): My się chyba znamy?
Konrad ( uśmiecha się ): Nie znamy, ale możemy się poznać.
Gena: Nie myśl, że cię podrywam.
Konrad: Szkoda.
Gena: Moja ciotka tak mówiła jak... Nie pamiętam.
Konrad: Po co ciotkę wspominać. Jak masz na imię?
Gena: Gena, a ty?
Konrad: Konrad. Wiesz dokąd prowadzą te drzwi?

Drzwi. Dopiero teraz je zauważamy. Jedyny stały element pokoju zarówno w środku jak i na zewnątrz. Pomalowane na niebiesko. Przyciągają dziwnym blaskiem, aromatem kawy i czekolady ulubionych przez Genę i Konrada. Przypominają im dzieciństwo. Oboje podchodzą bliżej, już prawie chwytają klamkę, gdy za ich plecami odzywa się dziewczynka ubrana w białą komunijną sukienkę sięgającą do kostek.

Nadzieja: Nie przechodźcie. To pułapka.
Gena ( odwraca się ): Kim jesteś?
Nadzieja: Mam na imię Nadzieja. Idę do pierwszej komunii, a Nadzieja, to imię, które sobie wybrałam.
Gena: Ale do komunii nie wybiera się imienia. Tylko do bierzmowania.
Nadzieja: Ja do bierzmowania nie pójdę, więc wybrałam do komunii.
Konrad: Skąd wiesz, że nie pójdziesz?
Nadzieja: Bo swoje zdanie mogę zmienić tylko raz. Potem już nie.
Konrad: A jakie jest to twoje zdanie?
Nadzieja: Lepiej chodźmy. Jak się zaraz nie ruszymy drzwi się otworzą.
Gena: Dokąd?
Konrad: Po co?
Nadzieja: Do nicości. Nie pamiętacie, ale się wybieraliście oboje, zanim was zgarnęli z Edwardem.
Gena: Z Edwardem?
Konrad: Jakim Edwardem?
Nadzieja: Potem wam wyjaśnię. Teraz szkoda czasu.

Nadzieja wskazuje drzwi, które pokazują się w ścianie. W przeciwieństwie do niebieskich, falują w przestrzeni. Jednak Konrad i Gena widzą jedynie ich słoneczny blask. Czują zapach morza i gorącego piasku. Nie wiedzą i nie mogą wiedzieć, że istnieją jakby nie istniały. Szczegóły zauważałyby ktoś spoza tej rzeczywistości. 

W każdym razie Nadzieja przechodzi na drugą stronę, a Konrad i Gena idą za nią, a my jeszcze przez chwilę patrzymy na opuszczony pokój. Niebieskie drzwi się otwierają. Słyszymy jak skrzypią. Przez nie do pokoju wchodzi ślepiec. Mężczyzna, którego Gena i Konrad spotkali na dworcu i z którym uciekali białym pociągiem do nicości. Uciekali, ponieważ nie wyobrażali sobie dalszego życia w Sensbezsensie z ciotką Dynią i Panem Kanciastym.

Dialog 2.

Miejsce: Szkoła imienia Kleofasa Bystrzaka. Ta sama, którą w Przestrzeni Obok zniszczyli terroryści.

Pnie się w górę jak chwast po deszczu. Ciągle przybywają nowe piętra. Obejmuje wszystkie stopnie nauczania od przedszkolnego do wyższego. Uczą się w niej i mieszkają uczniowie i nauczyciele. Nowe pokolenia niewolników gotowych do służenia swemu miastu. Niewolników, którzy nie wiedzą, że są niewolnikami.

Na teren szkoły wchodzą ciotka Dynia i Pan Kanciasty. Oboje z zachwytem wpatrują się w potężny sięgający chmur budynek. 

Ciotka Dynia: Wreszcie jesteśmy we właściwym miejscu.
Pan Kanciasty ( śmieje się ) : Widzę zegar i nie jeden.
Ciotka Dynia: I litery.

Zegary różnego kształtu i rozmiarów wiszą na drzewach otaczających szkołę. Każdy pokazuje inną godzinę, ale w oczach naszych bohaterów odbija się jedynie ósma, dzień pierwszy września. Litery jak czarne małe robaki kręcą się po trawie. Dla ciotki Dyni powiewają na wietrze jak strony najciekawszych na świecie książek. Na progu szkoły wita ich cień wysokiej kobiety. Z punktu widzenia Pana Kanciastego i ciotki Dyni wysoka, szczupła kobieta z długimi ciemnymi włosami, dość atrakcyjna. Ubrana jak wszyscy wokół na granatowo. Elegancka spódnica do kolan, marynarka, bluzka z kołnierzykiem i szpilki.

Kobieta: Witam was kochani moi serdecznie. Czekaliśmy na was.
Ciotka Dynia ( wzruszona ): Naprawdę?
Pan Kanciasty ( całuje kobietę w rękę ): Stefan Kanciasty.
Kobieta: Wiem. Już od dawna obserwuję poczynania pana w szkolnictwie. Cieszę się, że mogę poznać pana osobiście. Panią też oczywiście. Jestem dyrektorką szkoły. Ewa Bystrzak.
Ciotka Dynia: Ach, pani jest na pewno wnuczką Kleofasa.
Ewa: Tak. Kontynuuję zaszczytną tradycję rodzinną, ale chodźmy dopełnić formalności.

Wchodzą do środka. Czujny obserwator widzi jak znikają w paszczy wielkiego szarego potwora.

Dialog 3.

Miejsce: Tunel.

Na początku lśni złotym światłem. Gdzieś blisko słychać szum morza i mewy. Z każdym dalszym krokiem ciemnieje, cichnie, zaczyna rozsiewać wokół zapach stęchlizny, kiszonej kapusty i czegoś bliżej nieokreślonego, ale niezbyt przyjemnego. Z małych dziur w ścianach wychodzą karaluchy, a nad sufitem pojawiają się nietoperze.

Gena: Wracam. Nie podoba mi się tutaj.
Nadzieja ( której sukienka zmienia się w szarą ): Wytrzymaj jeszcze trochę.
Gena: Nie, mam dość.
Konrad: Ja też.
Nadzieja: Nie możecie. Nie wolno wam.

Gena i Konrad już jej nie słuchają. Oboje czują w sobie ciężar wszystkich mięśni. Wisi w nich jak wielki kamień. Pochyla do ziemi. Najchętniej położyli by się, zwinęli w kłębek, zasnęli. Mimo to idą. Wloką się w stronę, z której przyszli. Wokół nadal cisza przerywana łopotem skrzydeł nietoperzy i zgrzytającymi pod nogami robakami.

Gena: Po co my tu przyszliśmy?
Konrad: Mnie się pytasz? Jej się zapytaj.
Gena: Dlaczego jej posłuchaliśmy?
Konrad: Bo małe dziewczynki nie kłamią. Tamte drzwi były takie piękne.
Gena: Niebieskie. Pachniały świeżo zaparzoną kawą i śmietankową czekoladą.
Konrad ( wzdycha ): I ptasim mleczkiem.
Nadzieja: Idziecie w złą stronę.
Konrad: Znowu ty. Odczep się!
Gena: Wyprowadziłaś nas nie wiadomo gdzie i po co?!
Konrad: Idź sobie do tej swojej komunii, a nam daj spokój!
Nadzieja: Nie pójdę do komunii. Rozmyśliłam się. Wolę z wami zostać.
Gena: My wracamy, a ty idziesz dalej!
Nadzieja: Dalej, ale w waszą stronę.
Konrad: Idiotka. Nie rozmawiaj z nią.
Nadzieja: Możecie nie gadać, ale wtedy się nie dowiecie jak stąd wyjść.
Gena: Nie mam już sił. 
Konrad: I ja.

Siadają na ziemi i ziemia ich wciąga. Nadzieja płacze, a z falujących w ścianie drzwi wychodzi ślepiec.

Ślepiec: Gdzie oni są?
Nadzieja: Wciągnęła ich ziemia.
Ślepiec: Jak to?
Nadzieja: Zwyczajnie. Usiedli i ich wciągnęła.
Ślepiec: A ty co wtedy robiłaś?
Nadzieja: Stałam obok.
Ślepiec: Nie powiedziałaś im, żeby nie siadali.
Nadzieja: Skąd mogłam wiedzieć, że tak się stanie.
Ślepiec: Tyle lat żyjesz na tym świecie i jeszcze nic nie wiesz.
Nadzieja ( szlocha ): Nie wiem. Mam dopiero siedem lat.
Ślepiec: Ty naprawdę zgłupiałaś. Uwierzyłaś iluzji. Iluzji, rozumiesz!

Ostatnie słowa ślepca odbijają się echem od ścian. Tunel się rozpada. Zmienia w pokój, z którego wyszli Konrad, Gena i Nadzieja. Razem z pokojem zmienia się strój Nadziei i jej sylwetka. Dziewczynka staje się młodą kobietą w niebieskiej koszuli szpitalnej. Z kolei ślepiec starszym mężczyzną z siwą brodą w białym lekarskim fartuchu i w okularach z niebieską oprawką. Teraz już wiemy, że pokój znajduje się w szpitalu, a ślepiec jest jednym z wielu pracujących tutaj lekarzy.

Ślepiec-lekarz: Przypomniałaś sobie? Wiesz już, gdzie jesteś?
Nadzieja ( krzyczy ): To nieprawda. Tamto było prawdą. Szliśmy tunelem na wolność, ale nas zabrała konieczność do szpitala. Dostosują nas i wypuszczą z powrotem do miasta, którego nie ma, nie istnieje. Ten szpital też nie istnieje, ani pan ani ja jako kobieta. Ja jestem dziewczynką i mam siedem lat.
Ślepiec-lekarz: Dość.

Dzwoni po pielęgniarzy. Dają zastrzyk młodej krzyczącej kobiecie i wynoszą ją na oddział. Ślepiec po ich wyjściu zdejmuje fartuch i przechodzi przez niebieskie drzwi. Co się za nimi znajduje nadal nie wiemy. I co się stało z Geną i Konradem?



P. S. Znów mi się tajemnice wyrwały na wolność niestety. 

Poprzednie części:Sensbezsens czyli czy można stąd uciec?Nicość.