wtorek, 3 kwietnia 2018

Drzwi.

Żyli zwyczajnie. Umierali podobnie jak każdy inny człowiek, pomijając szczegóły w tej chwili nieistotne. Myśleli, że to koniec albo że pójdą w lepsze miejsce. Nieważne, bo po śmierci i tak oboje trafili do miasta Sensbezsens. Potem już tylko próbowali uciec.

Autor: M.C. Escher



Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Gena - kobieta lat 30, Konrad - niespełniony pisarz lat 20 i trochę, Ślepiec - nikt o nim nic nie wie, Nadzieja - dziewczynka lat 10, Pan Kanciasty - matematyk, ciotka Dynia - nauczycielka nauczania początkowego.

Dialog 1.

Miejsce: Pokój wyjściowy lub przejściowy zależy, z której strony patrzysz.

Kształty i barwy pokoju rozmywają się przed oczami obserwatorów z zewnątrz. Siedzący w środku widzą tapczan, biurko i fotel. Wszystko czarno-białe. Na tapczanie siedzi Gena. Przy biurku na fotelu Konrad. Nie wiedzą kiedy i skąd się tu wzięli. Nie pamiętają swojej próby ucieczki do nicości. Najpierw pociągiem w towarzystwie tajemniczego ślepca, a potem nad miastem Sensbezsens z przewodnikiem Edwardem. W tym pokoju nie liczy się przeszłość, przyszłość, jedynie tu i teraz.

Gena ( przeciąga się ): Gdzie ja jestem?
Konrad: I kim jestem?
Gena ( patrzy na niego uważnie ): My się chyba znamy?
Konrad ( uśmiecha się ): Nie znamy, ale możemy się poznać.
Gena: Nie myśl, że cię podrywam.
Konrad: Szkoda.
Gena: Moja ciotka tak mówiła jak... Nie pamiętam.
Konrad: Po co ciotkę wspominać. Jak masz na imię?
Gena: Gena, a ty?
Konrad: Konrad. Wiesz dokąd prowadzą te drzwi?

Drzwi. Dopiero teraz je zauważamy. Jedyny stały element pokoju zarówno w środku jak i na zewnątrz. Pomalowane na niebiesko. Przyciągają dziwnym blaskiem, aromatem kawy i czekolady ulubionych przez Genę i Konrada. Przypominają im dzieciństwo. Oboje podchodzą bliżej, już prawie chwytają klamkę, gdy za ich plecami odzywa się dziewczynka ubrana w białą komunijną sukienkę sięgającą do kostek.

Nadzieja: Nie przechodźcie. To pułapka.
Gena ( odwraca się ): Kim jesteś?
Nadzieja: Mam na imię Nadzieja. Idę do pierwszej komunii, a Nadzieja, to imię, które sobie wybrałam.
Gena: Ale do komunii nie wybiera się imienia. Tylko do bierzmowania.
Nadzieja: Ja do bierzmowania nie pójdę, więc wybrałam do komunii.
Konrad: Skąd wiesz, że nie pójdziesz?
Nadzieja: Bo swoje zdanie mogę zmienić tylko raz. Potem już nie.
Konrad: A jakie jest to twoje zdanie?
Nadzieja: Lepiej chodźmy. Jak się zaraz nie ruszymy drzwi się otworzą.
Gena: Dokąd?
Konrad: Po co?
Nadzieja: Do nicości. Nie pamiętacie, ale się wybieraliście oboje, zanim was zgarnęli z Edwardem.
Gena: Z Edwardem?
Konrad: Jakim Edwardem?
Nadzieja: Potem wam wyjaśnię. Teraz szkoda czasu.

Nadzieja wskazuje drzwi, które pokazują się w ścianie. W przeciwieństwie do niebieskich, falują w przestrzeni. Jednak Konrad i Gena widzą jedynie ich słoneczny blask. Czują zapach morza i gorącego piasku. Nie wiedzą i nie mogą wiedzieć, że istnieją jakby nie istniały. Szczegóły zauważałyby ktoś spoza tej rzeczywistości. 

W każdym razie Nadzieja przechodzi na drugą stronę, a Konrad i Gena idą za nią, a my jeszcze przez chwilę patrzymy na opuszczony pokój. Niebieskie drzwi się otwierają. Słyszymy jak skrzypią. Przez nie do pokoju wchodzi ślepiec. Mężczyzna, którego Gena i Konrad spotkali na dworcu i z którym uciekali białym pociągiem do nicości. Uciekali, ponieważ nie wyobrażali sobie dalszego życia w Sensbezsensie z ciotką Dynią i Panem Kanciastym.

Dialog 2.

Miejsce: Szkoła imienia Kleofasa Bystrzaka. Ta sama, którą w Przestrzeni Obok zniszczyli terroryści.

Pnie się w górę jak chwast po deszczu. Ciągle przybywają nowe piętra. Obejmuje wszystkie stopnie nauczania od przedszkolnego do wyższego. Uczą się w niej i mieszkają uczniowie i nauczyciele. Nowe pokolenia niewolników gotowych do służenia swemu miastu. Niewolników, którzy nie wiedzą, że są niewolnikami.

Na teren szkoły wchodzą ciotka Dynia i Pan Kanciasty. Oboje z zachwytem wpatrują się w potężny sięgający chmur budynek. 

Ciotka Dynia: Wreszcie jesteśmy we właściwym miejscu.
Pan Kanciasty ( śmieje się ) : Widzę zegar i nie jeden.
Ciotka Dynia: I litery.

Zegary różnego kształtu i rozmiarów wiszą na drzewach otaczających szkołę. Każdy pokazuje inną godzinę, ale w oczach naszych bohaterów odbija się jedynie ósma, dzień pierwszy września. Litery jak czarne małe robaki kręcą się po trawie. Dla ciotki Dyni powiewają na wietrze jak strony najciekawszych na świecie książek. Na progu szkoły wita ich cień wysokiej kobiety. Z punktu widzenia Pana Kanciastego i ciotki Dyni wysoka, szczupła kobieta z długimi ciemnymi włosami, dość atrakcyjna. Ubrana jak wszyscy wokół na granatowo. Elegancka spódnica do kolan, marynarka, bluzka z kołnierzykiem i szpilki.

Kobieta: Witam was kochani moi serdecznie. Czekaliśmy na was.
Ciotka Dynia ( wzruszona ): Naprawdę?
Pan Kanciasty ( całuje kobietę w rękę ): Stefan Kanciasty.
Kobieta: Wiem. Już od dawna obserwuję poczynania pana w szkolnictwie. Cieszę się, że mogę poznać pana osobiście. Panią też oczywiście. Jestem dyrektorką szkoły. Ewa Bystrzak.
Ciotka Dynia: Ach, pani jest na pewno wnuczką Kleofasa.
Ewa: Tak. Kontynuuję zaszczytną tradycję rodzinną, ale chodźmy dopełnić formalności.

Wchodzą do środka. Czujny obserwator widzi jak znikają w paszczy wielkiego szarego potwora.

Dialog 3.

Miejsce: Tunel.

Na początku lśni złotym światłem. Gdzieś blisko słychać szum morza i mewy. Z każdym dalszym krokiem ciemnieje, cichnie, zaczyna rozsiewać wokół zapach stęchlizny, kiszonej kapusty i czegoś bliżej nieokreślonego, ale niezbyt przyjemnego. Z małych dziur w ścianach wychodzą karaluchy, a nad sufitem pojawiają się nietoperze.

Gena: Wracam. Nie podoba mi się tutaj.
Nadzieja ( której sukienka zmienia się w szarą ): Wytrzymaj jeszcze trochę.
Gena: Nie, mam dość.
Konrad: Ja też.
Nadzieja: Nie możecie. Nie wolno wam.

Gena i Konrad już jej nie słuchają. Oboje czują w sobie ciężar wszystkich mięśni. Wisi w nich jak wielki kamień. Pochyla do ziemi. Najchętniej położyli by się, zwinęli w kłębek, zasnęli. Mimo to idą. Wloką się w stronę, z której przyszli. Wokół nadal cisza przerywana łopotem skrzydeł nietoperzy i zgrzytającymi pod nogami robakami.

Gena: Po co my tu przyszliśmy?
Konrad: Mnie się pytasz? Jej się zapytaj.
Gena: Dlaczego jej posłuchaliśmy?
Konrad: Bo małe dziewczynki nie kłamią. Tamte drzwi były takie piękne.
Gena: Niebieskie. Pachniały świeżo zaparzoną kawą i śmietankową czekoladą.
Konrad ( wzdycha ): I ptasim mleczkiem.
Nadzieja: Idziecie w złą stronę.
Konrad: Znowu ty. Odczep się!
Gena: Wyprowadziłaś nas nie wiadomo gdzie i po co?!
Konrad: Idź sobie do tej swojej komunii, a nam daj spokój!
Nadzieja: Nie pójdę do komunii. Rozmyśliłam się. Wolę z wami zostać.
Gena: My wracamy, a ty idziesz dalej!
Nadzieja: Dalej, ale w waszą stronę.
Konrad: Idiotka. Nie rozmawiaj z nią.
Nadzieja: Możecie nie gadać, ale wtedy się nie dowiecie jak stąd wyjść.
Gena: Nie mam już sił. 
Konrad: I ja.

Siadają na ziemi i ziemia ich wciąga. Nadzieja płacze, a z falujących w ścianie drzwi wychodzi ślepiec.

Ślepiec: Gdzie oni są?
Nadzieja: Wciągnęła ich ziemia.
Ślepiec: Jak to?
Nadzieja: Zwyczajnie. Usiedli i ich wciągnęła.
Ślepiec: A ty co wtedy robiłaś?
Nadzieja: Stałam obok.
Ślepiec: Nie powiedziałaś im, żeby nie siadali.
Nadzieja: Skąd mogłam wiedzieć, że tak się stanie.
Ślepiec: Tyle lat żyjesz na tym świecie i jeszcze nic nie wiesz.
Nadzieja ( szlocha ): Nie wiem. Mam dopiero siedem lat.
Ślepiec: Ty naprawdę zgłupiałaś. Uwierzyłaś iluzji. Iluzji, rozumiesz!

Ostatnie słowa ślepca odbijają się echem od ścian. Tunel się rozpada. Zmienia w pokój, z którego wyszli Konrad, Gena i Nadzieja. Razem z pokojem zmienia się strój Nadziei i jej sylwetka. Dziewczynka staje się młodą kobietą w niebieskiej koszuli szpitalnej. Z kolei ślepiec starszym mężczyzną z siwą brodą w białym lekarskim fartuchu i w okularach z niebieską oprawką. Teraz już wiemy, że pokój znajduje się w szpitalu, a ślepiec jest jednym z wielu pracujących tutaj lekarzy.

Ślepiec-lekarz: Przypomniałaś sobie? Wiesz już, gdzie jesteś?
Nadzieja ( krzyczy ): To nieprawda. Tamto było prawdą. Szliśmy tunelem na wolność, ale nas zabrała konieczność do szpitala. Dostosują nas i wypuszczą z powrotem do miasta, którego nie ma, nie istnieje. Ten szpital też nie istnieje, ani pan ani ja jako kobieta. Ja jestem dziewczynką i mam siedem lat.
Ślepiec-lekarz: Dość.

Dzwoni po pielęgniarzy. Dają zastrzyk młodej krzyczącej kobiecie i wynoszą ją na oddział. Ślepiec po ich wyjściu zdejmuje fartuch i przechodzi przez niebieskie drzwi. Co się za nimi znajduje nadal nie wiemy. I co się stało z Geną i Konradem?



P. S. Znów mi się tajemnice wyrwały na wolność niestety. 

Poprzednie części:Sensbezsens czyli czy można stąd uciec?Nicość.










 





   
 










2 komentarze:

  1. Świetny tekst! Nadzieja rozłożyła mnie na łopatki i rzeczywiście czasem lepiej się z nią nie zadawać chociaż podobno umiera ostatnia... Pozdrawiam Aniu ciepło i wiosennie !

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, z nadzieją różnie bywa. A moja Nadzieja całkiem zwariowana:)

    OdpowiedzUsuń