wtorek, 29 maja 2018

Letnia wiosna.

Panuje już od kwietnia. Słońce mocno grzeje i wydaje się, że tuż za rogiem czają się wakacje. Współczuję wszystkim, którzy muszą siedzieć w murach szkolnych i uczyć się wszystkiego bez względu na to, czy naprawdę się przyda, czy nie. Poza tym zanurzam umysł w zieleni i patrzę na myśli letnio-wiosenne.


Twarze

Niewidoczne, ale obecne.
Patrzą surowym wzrokiem
na obcych.
Nocą z drzew wychodzą.
Śpiewają pieśń o świecie nie jedynym
i jego korzeniach licznych,
gałęziach sięgających nieba.
Mroczne jego podziemie.
Kręcone piwniczne schody.
Studnie-źródła olbrzymie.
Każdej coś strzeże.
I smok, który świat chce zniszczyć.
Nadstawiam ucha,
a wtedy twarze milkną.
Rano mgła je rozwiewa. 




 Pan Rower

Na progu jawy
Pan Rower pali fajkę,
a w sercu budzik czas odmierza.
Powieki zbyt ciężkie,
bym mogła zobaczyć coś jeszcze.
Młynek do kawy rzeczywistość nakręca.
Sen zmięty jak sukienka.
Pan Rower jej pilnuje.
Biurko pod nim stęka
z nadmiaru słów z podręcznika wyjętych.
Oddycham.
Skupiam się, żeby wyjść z sennego majaczenia.
Rzecz, co powinna być martwa 
morduje mnie swoim dymem.


Na dłoni

Dla ciebie trzymam całe osiedle.
Może to docenisz.
Kilka razy powiesz mi kocham.
Potem rozbierzesz.
Przytulisz nagie ciało.
Ogrzejesz.
Do głowy mi wsuniesz pełne żaru wspomnienie.
Serce nakręcisz na miłość.
Odjedziesz z osiedlem w kieszeni.


Zielony i czerwony.

Na granicy łąki i lasu
między ciałem, a duszą
poznali się,
pokochali,
pokłócili,
rozstali.
Dwa kolory rozpaczy
zazieleniły się,
poczerwieniały,
stworzyły jedno ciało tęsknoty, bólu.


Klucz

Odkryłeś klucz do wszystkich stanów 
mojej świadomości.
Chodzisz dumny,
radosny.
Co chwila kręcisz w zamku.
Zamykasz, otwierasz.
Wprowadzasz zamęt,
własne chaotyczne myśli.
Szukam obrońcy,
kogoś, kto przerobi tę dziurę w mojej głowie.
Zajrzysz i zobaczysz pustkę.
Przeze mnie zwariujesz.



 Kiedyś w przyszłości.

Gdy wyczerpie się nadmiar mądrości,
Gdy nauka zastąpi wiedzę,
już się nie pocałujemy.
Nie usiądziemy w parku przy drzewie.
Nie pójdziemy do lasu.
Zapomnimy o wszystkim w śnie
wirtualnym z przeszłości.




P. S. I tak wyrzuciłam z worka umysłu wszystkie swoje myśli. Teraz czekam na Wasze myśli i wrażenia.




 


 








 

wtorek, 22 maja 2018

Ścieżki pająków.

Śledziła wzrokiem kroczącego po lustrze pająka. Skąd on się tam wziął? Wleciał przez okno naprzeciwko? Niezauważony pokonał cały pokój aż do lustra? Jakimi ścieżkami szedł i gdzie sobie poszedł, gdy nagle zniknął?


Eugenia i Stanisława.

Pogoda nagle się zepsuła i obie panie z ławki przed blokiem musiały się przenieść do domu. Tutaj jak zwykle jedna drugą częstowała herbatą, ciastem lub wyciągniętymi z szuflady ciastkami. Może nie pierwszej świeżości, ale przy gorących tematach nabierały niepowtarzalnego smaku.

Dziś Eugenia żaliła się na swój nieprzemyślany zakup.

- Mówię ci tak mi w głowie zakręcili na tym pokazie, że sama nie wiem kiedy i jak te garnki kupiłam.
- Solidne są. Przydadzą ci się.
- Tyle garnków na co?
- No, w jednym ugotujesz zupę, w drugim kapustę, w trzecim ziemniaki, w czwartym...
- I zastawię sobie całą kuchnię?!
- Ale będziesz miała obiad.
- Na cały tydzień?!

Rozmowa zmierzała donikąd. Stanisława wzdychała. Eugenia rzucała na nią pełne złości spojrzenia. Ciastka jednej i drugiej z trudem przechodziły przez gardło. Atmosfera stawała się coraz bardziej gęsta.

- Nie możesz ich oddać? -  przerwała ciężką ciszę Stanisława.
- Mogę - mruknęła Eugenia. - Tyle, że muszę je zawieźć z powrotem do sklepu.
- Pojadę z tobą.
- Byłabyś taka dobra? - ucieszyła się Eugenia, a Stanisławie kamień spadł z serca.

Florentyna.

Od czasu kolejnego zniknięcia Zygmunta walczyła z mnożącymi się w głowie pytaniami. Jak i gdzie się podział? Dlaczego? Co się stało? A może Zygmunta nigdy tu nie było? Może jej się przyśnił? Może siedzi u siebie albo u Klementyny? Może, może bez końca.

Floretyna próbowała czytać, spać, jeść, chodzić po osiedlu, oglądać książki w księgarni, ale żadne z zajęć nie pochłonęło pytań. Myśli o Zygmuncie wciąż się czaiły w zakamarkach głowy. Wyskakiwały znienacka. Nie pozwalały na niczym się skupić, nawet na ukochanych książkach.

Zdarzało się, że wzrok nagle zaczynał wędrować w dziwne miejsca, przeważnie do lustra. Jakby tu właśnie zaginął Zygmunt jak bohaterka powieści, którą pisała Florentyna. Pisała, czas przeszły, bo teraz nic już nie potrafi napisać. Nawet nie może spojrzeć w stronę laptopa, żeby sobie nie przypomnieć jak wystukiwała swoją opowieść, gdy tymczasem... Właśnie, co tymczasem? Co się stało z Zygmuntem?

Oczy Florentyny zatrzymały się na maszerującym po lustrze pająku. Ogarnęło ją dziwne przeczucie, że śledząc ruch pająka dotrze do odpowiedzi na wszystkie pytania. Dlatego patrzyła uważnie, raczej starała się. Jednak w pewnym momencie, coś musiało ją oderwać od obserwacji, bo jak wytłumaczyć, że pająk znikł jakby rozwiał się w powietrzu. A może ( znów może ) był jedynie złudzeniem jak Zygmunt.

-  Dość, dość - Florentyna chwyciła stojącą na stole szklankę i pewnie by ją rzuciła w lustro, gdyby nie napis, który pojawił się znikąd.

Szukaj Pawuka - przeczytała Florentyna. - Ale kim on jest? I gdzie?

Ścieżki pająków.

Zwyczajni ludzie ich nie znają. Nie wiedzą, że wśród pająków istnieją takie, które przechodzą przez różne światy i w dodatku przenoszą ludzi w inne miejsca i w inne ciała.  

Jeden z nich właśnie przeszedł przez lustro na oczach Florentyny. Gdyby wzięła go w rękę, przeprowadziłby ją. Zobaczyłaby pokój podobny do tego, w którym stała i patrzyła na pająka.

Trzydziestoletni mężczyzna siedzi przy stole i pije piwo. Ręce mu się trzęsą jakby często spędzał czas z piwem w ręku. Naprawdę rzadko mu się to zdarza. Przeważnie goni dzień i noc, pracując w firmie z meblami. Rzadkie wolne chwile spędza na siłowni, przed telewizorem lub z narzeczoną Alicją.

- Alicja - myśli mężczyzna - dlaczego jej imię zgrzyta mi w zębach, zwłaszcza od ostatnich kilku dni? Czyżbym poznał kogoś w czasie podróży służbowej? Dlaczego tego nie pamiętam? Nic nie pamiętam. Wyjechałem. Wróciłem, ale skąd, dokąd? Kogo spotkałem? Kobietę, która chętnie rozchyla nogi w przeciwieństwie do na wskroś katolickiej i tradycyjnej Alicji? I dlaczego sam sobie wydaje się obcy?

Z głębi lustra odzywa się głos:

- Efekt przejścia Mariuszu-Zygmuncie.

Do pogrążonego w smutku Mariusza nic nie dociera.

Eugenia i Stanisława.

Minęło kilka dni od ich ostatniego spotkania i wspólnej podróży do sklepu z garnkami. 

- Wydaje mi się, że widziałam syna Zygmunta - oznajmia Eugenia Stanisławie. 
- Syn Zygmunta? Ciekawe, pewnie zniknął z jego powodu. A mówiłaś Florentynie?
- Nawet mi o niej nie wspominaj. Uważa, że jestem moherową wariatką.
- Powiedziała ci tak?
- Nie. Wystarczyło mi jej spojrzenie, żeby się domyślić, co chce powiedzieć.
- Ona teraz na wszystkich patrzy spode łba. Jakbyś jej go pokazała...
- Jeszcze czego. Nic jej nie będę pokazywać. Sama kiedyś zobaczy. W ogóle nie będę się do niej odzywać ani na nią patrzeć.

Eugenia omal nie wylała herbaty ze złości na Florentynę. Widząc to Stanisława skurczyła się w sobie. Bardzo chciała wiedzieć gdzie Eugenia spotkała syna Zygmunta i jak ten syn wygląda, ale bała się odezwać. 

Florentyna.

Po co jej to powiedziała. Paskudne babsko. Wścibska, stara plotkara. Zaczepiła Florentynę, gdy ta wracała ze swojego zwykłego spaceru po osiedlu.

- Czy pani wie, że widziałam syna Zygmunta?
- ...
- Od razu go poznałam. Bardzo podobny do ojca. Chciałam podejść, ale on się odwrócił i uciekł jakby też mnie rozpoznał i nie chciał ze mną rozmawiać. Chociaż, nie rozumiem, przecież nigdy wcześniej mnie nie widział, ani ja jego...
- Właśnie, pomyliła się pani. Nie pierwszy raz zresztą.

Florentyna odwróciła się szybko, zbyt szybko, bo jednak powinna jeszcze zapytać, gdzie się ów syn objawił. Gdzie ujrzała go Eugenia? Jak wyglądał? Co robił? Tyle zmarnowanych pytań. Pytań, których pewnie nigdy już nie zada, bo sąsiadka odeszła obrażona. Mogłaby oczywiście z powrotem wkupić się w jej łaski. Upiec ciasto zaprosić Eugenię razem z koleżanką, ale...

Florentyna czuła, że nie ma na to wszystko siły. Bezwolnie opadła na łóżko. Odpocznie chwilę. Poukłada myśli. Później zabierze się za obiad. Poczyta. Zapomni.

Zakryła głowę kołdrą. Nie widziała patrzącego na nią przez lustro mężczyzny z siwą brodą.



P.S. Co to za facet? Kim jest Pawuk? Czy Zygmunt wróci do Florentyny? Na razie pytania bez odpowiedzi. 



     







 

wtorek, 15 maja 2018

Cień dziadka.

W ostatniej opowieści o mnie i Lubisłowie pojawił się buntownik. On lub ona albo jedno i drugie przeciwny zagładzie świata, w którym się znalazłyśmy. Zagładzie, w której brałyśmy udział. Wyciągnął z kieszeni pistolet i mierząc w moje czoło nacisnął spust. Co się potem stało?

Wcześniej.

Dawno, dawno temu, zanim ja i Lubisłowa pojawiłyśmy się na świecie, żyli sobie babcia i dziadek. Rodzice mojej mamy i cioci. Bardzo się kochali. Nigdy nie narzekali. W ogóle cud, miód i puder. Szkoda tylko, że ich szczęście nie trwało wiecznie. Dzień się skończył. Nastała pięcioletnia noc. Czas panowania złego czarodzieja, który swą zachłannością objął cały świat. Ludzi zamienił w wilko-roboty. Bezduszne istoty znacznie gorsze od prawdziwych wilków i późniejszych robotów.

Dziadek jak wszyscy inni młodzi mężczyźni wyruszył na wojnę z czarodziejem. Jednak zanim dotarł na miejsce czyli tam gdzie czekali na niego koledzy żołnierze, ktoś coś pomieszał i dziadek się zawieruszył. 

Najpierw nikt nic nie wiedział albo myślał, jeśli nie ma go tu, jest gdzie indziej, wyjaśni się po walce z wrogiem, gdy wygramy i nastanie pokój.

Tyle, że nic nigdy się nie wyjaśniło. Dziadek zaginął razem ze swoim ciałem oraz cieniem. 

Nigdy go nie poznałyśmy ani ja ani Lubisłowa. Patrzyłyśmy tylko czasem na jego stare zdjęcie. Wzdychałyśmy jak za każdą bliską osobą, w dodatku nieznaną, tajemniczą, pewnie lepszą niż znajoma, zwyczajna babcia. Gdzie on się podział? I dlaczego? I jak? I po co?

Cień.

Wreszcie doczekałyśmy się odpowiedzi. Wreszcie się pojawił, ale zacznijmy od początku, od wystrzału.

Zamknęłam oczy. Chwyciłam rękę Lubisłowy jak koło ratunkowe. Czekałam. Pistolet chyba nie wypalił, bo nic się nie działo. Żadnego huku, bólu rozrywanego ciała i... Sama nie wiem czego jeszcze, co towarzyszy umierającym. 

Porażająca uszy cisza. Powoli otwieram oczy, oczekując pośmiertnych efektów specjalnych. Bez skutku. Jedynie cień między mną, Lubisłową i dziwakiem z pistoletem. W zasadzie już bez pistoletu. Pistolet leży parę metrów dalej. On go rzucił? Wiatr mu zabrał czy coś innego? Chyba coś innego, coś w co wpatruje się nasz niedoszły zabójca, coś wyłaniające się z cienia.

Młody wysoki mężczyzna w garniturze jak od ślubu, który odbył się dwadzieścia lat temu. Pachnie naftaliną. Poza tym wokół przybysza znikąd unosi się ciężka jak kamień woń wody toaletowej.

- Uciekajmy - szepcze Lubisłowa. - On jest niebezpieczny.
- Dlaczego? - chcę zapytać, ale nagle facet wyciąga broń i zabija buntownika.

Stoję jak zamurowana. Lubisłowa podobnie, a morderca jak gdyby nigdy nic z uśmiechem odwraca się w naszą stronę. Widok jego twarzy jeszcze bardziej mnie paraliżuje. 

- Niemożliwe - mówię do Lubisłowy - taki sam jak na zdjęciu, więc ..
- Dziadek - krzyczy radośnie Lubisłowa i biegnie do nieznajomego.

On jednak nie podziela jej entuzjazmu, wręcz przeciwnie. Marszczy czoło. Patrzy na nas jak na idiotki. 

- Czy ja wyglądam na dziadka, co? - pyta lodowatym głosem.
- Teraz nie, ale kiedyś... - próbuje tłumaczyć Lubisłowa.
- A może teraz odstrzelę ci głowę?

Kimkolwiek jest, był, będzie, nie żartuje. Przykłada broń do oka. Ja i Lubisłowa znów zamykamy oczy. Chwila ciągnie się w nieskończoność, dopóki on jej nie przerywa wybuchem śmiechu.

- Dobra, najpierw pójdziemy na wzgórze, potem sie zobaczy. No, baby ruszać się żywo.

Idziemy więc: ja, Lubisłowa i dziadek-niedziadek na majaczące w oddali wzgórze. Jeszcze zielone, ale wiem, że jak dojdziemy stanie się brązowe. Rozpadną się ostatnie elementy tego świata. Ponury cień dziadka kroczy tuż za nami.



P. S. Wybaczcie, jakoś krótko mi wyszło i nic się nie wyjaśniło, a jeszcze bardziej zagmatwało. Czyżby dziadek nie chciał, żebym o nim pisała? A może to wcale nie jest dziadek?

Część poprzednia - Zagłada.














wtorek, 8 maja 2018

Całość i połowa.

Dziś wracam do opowieści o Marianie.
Nagle się pojawił i nagle zniknął, a z nim mój spokój. Całość, w której istniałam. Pozostała połowa albo jeszcze mniejsza część. Życie straciło smak. Sama siebie próbuję przekonać, że nie warto myśleć o Marianie. Jednak nie potrafię. Pytania wciąż wracają. Co z nim? Czy kiedyś dokończy swoją opowieść?

 
Wąż.

Polana w lesie. Leżę i prażę się w słońcu. Tonę w błogości chwili. Przepełnia mnie pewność, że stanowię ważną część całości. Wszystko wokół razem ze mną znajduje się we właściwym czasie i miejscu. Zło nie istnieje. Cienie nigdzie się nie tworzą. Raj, najlepsza z najlepszych krain. Jeszcze trochę, a zobaczę Adama i Ewę i... Nie chcę kończyć myśli, ale ona kończy się sama.

Słyszę szmer. Szelest gniecionej trawy. Coś powoli się zbliża. Pełznie w trawie. Wiem, że gdy się pojawi, całość się rozpadnie. Zginie wraz z uczuciem pełni. Nic już nie będzie takie samo. Kurtyna ciemności zasłoni szczęście.

Chcę uciec, ale nie mogę. Patrzę więc na wyłaniającego się z zieleni tęczowego węża. Próbuje krzyknąć lecz głos tak jak ruch utknął gdzieś w moim ciele. Wąż pełznie dalej. Wspina się  po nogach, biodrach, piersiach do szyi. Wokół niej się zakręca. Dusi mnie swoim splotem.

Budzę się zlana potem. Z trudem łapię powietrze. Zegar pokazuje czwartą rano. Mimo to wstaję, bo wiem, że już nie zasnę.

Spotkanie.

Zobaczyłam ją w autobusie, gdy wracałam z pracy do domu. Jedno spojrzenie mi wystarczyło, żeby się domyślić kim jest. Kobietą, która się przyśniła Marianowi, która próbowała mu pomóc.

Stoi kilka kroków dalej. Patrzy na mnie kamienną twarzą. Tylko oczy się jej poruszają. Szare ze światłem nie wiadomo skąd i dlaczego. Gapiąc się w nie, gubię rzeczywistość. Przejeżdżam swój przystanek. Chcę do niej podejść, zagadać. Powiedzieć cokolwiek. Gdy się zbliżam ona się oddala. Wysiada, a ja za nią. Idzie szybko przed siebie. Bezskutecznie próbuję ją dogonić.

W pewnym momencie skręca w bramę kamienicy. Też skręcam, chociaż nie lubię kamienic, starych rozpadających się domów, zwłaszcza wieczorem. Robią się wówczas mroczne i głębokie jak studnie, do których wejdziesz, ale czy wyjdziesz?

Podwórko oświetla blask płynący z pomalowanego na pomarańczowo pubu. Ona do niego wchodzi, ja za nią.

- Czemu mnie śledzisz? - mówi, gdy siadam obok niej przy barze.
- Znasz Mariana? - pytam.
- Jakiego Mariana?
- Nie udawaj wiesz jakiego.
- A kim ty jesteś, żeby pytać o niego?
- A ty kim?
- Lepiej, żebyś sobie poszła, bo jak nie...

Odwraca się. Palcem pokazuje mi obraz wiszący na ścianie naprzeciwko. Niemożliwe, przedstawia polanę z mojego snu, mnie i węża, który mnie dusił.

- Jak to? -dziwię się.
- Oni cię załatwią - nieznajoma wskazuje palcem siedzących przy stolikach. 
Ubrani na czarno starsi mężczyźni grają. Przed sobą mają jakieś kolorowe plansze i pionki.

- Ty mnie obronisz - stwierdzam.
- Nie łudź się. Jeszcze teraz możesz wyjść, ale za chwilę będzie już za późno. Dobrze ci radzę.
- Nie ruszę się póki mi nie powiesz, gdzie jest Marian?

Brak odpowiedzi. Nagle zapada cisza. Kroki zbliżającego się mężczyzny brzmią w niej jak głuche uderzenia. 


 

P. S. I co dalej? Nie wiem. Nieznajomy zatkał mi usta i zakrył oczy. Kiedy je odzyskam, napiszę na pewno. Póki co nadal jestem połową, nie całością.




 




wtorek, 1 maja 2018

Pani Majowa Kupa.

Nie jedna z Was i nie jeden zdziwi się tym tytułem. Co takiego? O co chodzi? Dobrze przeczytałam/em? 
Dobrze. A chodzi o... Inaczej. Tytuł wymyśliłam, patrząc na stertę swoich książek. Kiedy ja tę kupę przeczytam? I co potem z tym zrobię? Rozdam ludziom podobnie jak rozdaję myśli, które ciągle zbierają się w mojej głowie. Tych myśli jest naprawdę wielka kupa. A jaka, piękna czy brzydka albo nijaka lub w sam raz? Sami oceńcie


W maju
myśli we mnie rozkwitają
roztrzepane,
dzikie,
oswojone,
uczesane.
Jedna drugą popycha kolorem.
Krzyczy, że ona niepowtarzalna,
ważna, godna zapisania.
Zatykam uszy.
Oczy zamykam.
Żadna nie ustępuje.
Wreszcie je upycham
stertą do szafy.
Dogorywają 
w mozaikowej kupie.

Autor: Yung Cheng Lin.

Podarowaną przez ciebie
różą przecięłam szyję.
Gdy mnie odwiedzisz
krwią cię poczęstuję.
Będziesz mógł wtedy powiedzieć,
jesteś moja.
Ja tymczasem schowam się w szafie.
Zabierzesz krew, różę, szyję.
Iluzję posiadania.

Autor: Yung Cheng Lin.

Pochłonięta
przez zieleń
rękami badam przestrzeń.
- Spójrz.
- Tutaj jestem.
- Chwyć mnie za ręce.
- Wyciągnij - krzyczę.
Nie słyszysz.
Odchodzisz.
W samotności staję się kupą chwastów.

Autor: Yung Cheng Lin.

Ramy
narysowałam sobie na plecach.
Wiem już, co mogę, a czego nie mogę
otworzyć.
Jak mówić, żeby nic nie powiedzieć.
Jak patrzeć, żeby usłyszeć.
Jak słyszeć, żeby zobaczyć.
Wyglądam przez ramy
jak przez okno.
Inaczej czuję.
Tylko chmury na niebie płyną tak samo.
One nie znają ograniczeń.

Zdjęcie z filmu Fraglesy.
Pani Majowa Kupa
budzi się w maju o świcie
w stroju zrobionym z grillowanych śmieci.
Przez różowe okulary
krzywi się,
patrząc na ludzi
jak pchają do brzuchów wciąż nowe
i większe kawały tłustych świńskich zadów.
Wokół roznosi się aromat czadu.

Autor Yung Cheng Lin.

 Małe serce
wymienię na duże.
Pierś martwą na żywą.
Myśli blade na jaskrawe.
Nie chcesz?
Więc serce małe zabiję.


P. S. A na zewnątrz lato. Może żar sprawia, że myślę tak, nie inaczej. Ciekawa jestem jakie są Wasze sterty myśli?