wtorek, 16 października 2018

Nastoletni zawrót głowy.

Przemyślałam sprawę i doszłam do wniosku, że po Nikodemie, czas na główną bohaterkę moich opowieści, nastolatkę Kornelię. Teraz Wam ją przedstawiam. To znaczy tej części z Was, która nie czyta moich wpisów na facebookowej stronie Lubisłowa. Część, która zna już Kornelię, może będzie rozczarowana - wybaczcie proszę, obiecuję, że następnym razem wstawię coś nowego.



Wybuch

Kornelia stała na korytarzu swojej nowej szkoły. Zegar na białej ścianie pokazywał, że do ósmej zostało jeszcze pięć minut, a do pierwszej lekcji dwadzieścia. Pustka i biel powiększały przerażenie Korneli. Co dziś zobaczy? Co i kogo? Jak będzie? Czy od razu wyda się, że boi się ludzi? Nie może patrzeć im w oczy, przyglądać się im, tym bardziej mówić do nich.
 
Kornelia rozglądała się wokół póki jeszcze nikogo w pobliżu nie było. Nikt nie widział na co patrzy. Nikt jej nie obserwował, chociaż kto wie. Nieznane czaiło się tam dalej, gdzie jej wzrok już nie sięgał. W mroku kolejnego korytarza i następnych pięter.
 
Dlaczego przyszła tak wcześnie? Bała się, że jak spóźniona wejdzie do klasy, wszystkie oczy zwrócą się na nią. Ocenią. Zaszufladkują do działu: fajna albo zwariowana lub wręcz głupia. To ostatnie wydawało się najbardziej prawdopodobne. Ale przecież - pomyślała Kornelia. - Oni zawsze oceniają bez względu na porę dnia i porę roku. Nieważne, czy przyjdziesz o 8.15 czy 8.20 lub zaraz na drugą, nie pierwszą lekcję. Wszyscy i tak zmierzą cię wzrokiem. Wzruszą ramionami. Uśmiechną się lub zwyczajnie odwrócą. W najgorszym razie zostaniesz ich ofiarą. Nic więcej. Nic mniej.
 
Trzask drzwi wejściowych przerwał mroczne myśli Korneli. Korytarzem zbliżała się farbowana blondynka z odrostami. Oczy wielkie podkreślone czarną kredką. Na długich nogach podarte dżinsy. I włosy jak u stracha na wróble. Tyle Kornelia zdążyła zobaczyć, zanim nieznajoma podeszła do niej.
 
- Jesteś nowa? - zapytała.
- Tak
Swoim zwyczajem Kornelia odwróciła wzrok.
- Też jestem nowa. Mam na imię Stefania, ale mów mi Magda. Stefania to takie pospolite imię.
Słowa blondynki wystrzeliły jak z karabinu maszynowego.
-Ta nie będzie miała problemów z kontaktami - pomyślała Kornelia.
- A ty jak masz na imię?
- Kornelia.
- Jak?
 
Zanim Kornelia zdążyła powtórzyć, drzwi wejściowe znów trzasnęły. Do szkoły wpadło dwóch chłopaków. Właśnie tak, wpadło, nie weszło. Zwłaszcza rudowłosy grubas. Pełen energii jak piorun kulisty. Już od progu krzyczał w ich stronę:
- Hej, młode. Gotowe do akcji?
 
Kornelia chciała uciec. Nie lubiła energicznych chłopaków. Mało powiedziane. Ona nie znosiła gwałtownych, zbyt szybkich ludzi. Wszystkich niezależnie od płci. Zadawali zbyt dużo pytań. Zaczepiali ją. Nie pozwalali żyć w spokoju. Już się odwróciła. Już szła w mrok nieznanej części korytarza, gdy Stefania-Magda złapała ją za rękę.
 
- Moja nowa kumpela - powiedziała.
- O, ładna z ciebie gąska. Mów mi Toni - odezwał się rudy grubas.
- Kornelia.
Znów zbyt cicho, by mogli ją usłyszeć.
- Jak?
Toni podszedł bliżej. Podniósł do ucha rękę. Kornelia czuła jak się czerwieni. Powtórzyła tym razem głośniej:
- Kornelia.
- Fajne.
 

Grubas poklepał ją po plecach.
- Niech zgadnę. Obie w tej samej klasie?
- Jeszcze nie zdążyłam zapytać - odparła Stefania-Magda.
- No, jak to. Ty i nie zdążyłaś?
Grubas zarechotał w sposób, jak stwierdziła Kornelia zbyt głośny i zbyt sztuczny.
- Oki. A to mój nowy kumpel.
Gdy już się pośmiał wskazał ręką stojącego za nim dryblasa.
- Powiedz im jak się wabisz.
Jak do psa - pomyślała Kornelia i zacisnęła usta.
- Nikodem - przedstawił się chłopak równie cicho jak Kornelia, więc zaraz musiał tak jak ona powtórzyć swoje imię głośno i wyraźnie.
 
- Czadowo - pochwaliła Stefania-Magda. - Co robimy?
Pytanie skierowała do Toniego.
- Jak co? - zdziwił się. - Ustaliliśmy przecież w tamtym roku, że na pierwszy rzut pójdzie magazyn.
- Myślałam, że coś się zmieniło.
- Fryzura ci się zmieniła.
- Odwal się.
Stefania- Magda się skrzywiła.
- Jak mamy iść, to idziemy - zdecydowała.
- Z nimi?
Toni pokazał palcem Kornelię i Nikodema.
- Jasne, niech się wdrażają.
 
Kornelia chciała zapytać do czego i gdzie niby pójdą za chwilę. Do jakiego magazynu? Dlaczego nie na lekcję? Zanim jednak otworzyła usta, oni już szli: Toni, Stefania-Magda i Nikodem. Mogła dołączyć. Mogła zostać. Trzeciej możliwości jakoś nie widziała.
 
Poszła, całkiem zapominając o zostawionej w szatni kurtce. Na szczęście na zewnątrz zrobiło się całkiem ciepło i kurtka nie była potrzebna. Tylko by przeszkadzała.
 
Magazyn pojawił się nagle. Tam gdzie jeszcze niedawno błyszczała zieleń parku. Teraz jak powiedział Toni, znalazł się właściciel tej strony. Postanowił ją zagospodarować na swój własny sposób i stąd ten wielki ponury gmach. Naprawdę do niczego niepasujący. Burzący ład i spokój bawiących się dzieci, spacerujących ludzi i wagarowiczów. Toni też tu do niedawna przychodził. Razem z innymi protestował przeciwko budowie. Na nic się to zdało. Ci z kasą zrobili swoje.

- A my dziś im pokażemy, kto tu rządzi - oznajmił Toni.
Kornelia milczała. Dla Toniego oznaczało to pełną aprobatę jego działań. Naprawdę jednak biła się z myślami. Jak pokażemy? Co niby zrobimy? Co możemy zrobić? Co chce zrobić Toni?
Po minie Stefani-Magdy widać było zrozumienie. Ona wiedziała i się zgadzała.

Z zarzuconej na ramię torby Toni wyjął ciemną podłużną paczkę. Otworzył ją i pogrzebał w środku pełnym przełączników i kabli.
- Idę - powiedział.
I zanim ktokolwiek zareagował już go nie było.

Potem nastała cisza. Stefania-Magda w skupieniu obgryzała paznokcie. Nikodem drapał się po głowie. Kornelia usiadła na trawie. Myślała albo raczej myśli same się przelewały.

Toni wszedł przez otwartą bramę na teren magazynu. Nikt na niego nie zwrócił uwagi. O tej porze wchodziło i wychodziło wielu ludzi. Jedni szli do pracy. Inni już wracali do domu.

I tu cisza dudniła. Cisza przed burzą. Coś się za chwilę wydarzy. Jedynie Toni to wiedział. Czuł całym swoim ciałem. Skóra na rękach pokryła się gęsią skórką.




Postawił paczkę pod boczną ścianą. I nadal niezauważony przez nikogo wrócił tą samą drogą, którą przyszedł.
- Co to było? - zapytałaby Kornelia, gdyby tak bardzo nie bała się odezwać. Gdyby nie bała się reakcji na swoje słowa.
- I jak? - odezwała się Stefania-Magda.
- Zaraz zobaczysz.
I zobaczyła. Wszyscy zobaczyli.
 


Wybuch rozdarł powietrze na dwie części. Tę stałą niezmienną, w której siedzieli i drugą unoszącą się w górę chmurą pyłu i kawałków ściany z magazynu.











P. S. Co wydarzyło się dalej? Niektórzy wiedzą, a ci, co nie wiedzą, dowiedzą się na pewno.

wtorek, 9 października 2018

Jesiennie.

Po raz kolejny jesień za oknami. Piękna, gdy jest ciepło i słońce świeci. Mieni się radosnymi barwami, a jednak nadal nie potrafię spojrzeć na nią w przyjazny sposób. Może przeszkadzają mi zbyt krótkie dni? Może dokucza pamięć minionych wakacji? I stąd moje myśli takie, nie inne? A właściwie jakie?


Zeschnięty

liść na drodze jak miłość na bruk wyrzucony.
Kiedyś zielony, teraz brązowy, nijaki.
Czas wyrył w nim dziury.
Pamięć piękna odeszła.
Zostały resztki zbędnych uczuć.


Martwa

Pochylasz się.
Chcesz mnie ożywić pocałunkiem.
Wyłowić z otchłani.
Krzyczysz.
Nie pozwalasz.
Nic z tego.
Uciekłam.
Nie wrócę.
Nie czekaj.

Obraz z tej strony.

 Bajka w wielkim mieście.

On i ona w jednej chwili ważni dla siebie.
Zakochani.
Ręce splatają razem z obietnicami.
Ile trwa wieczność? 
Wiosna, lato, jesień.
Namiętność spada z drzewa.
Mrok owija do snu ciała spragnione.


Jesienią

Las grzmi ciszą.
Wiatr śpiewa zamiast ptaków.
Słońce się gdzieś spieszy.
Dzień ucieka.
Kolory się bawią.
Mnie nie ma.
Zawinięta w koc
powoli przestaję istnieć.


Zielona herbata

Zawsze i wszędzie.
Nigdy i nigdzie.
Słowa przez wiatr wydrążone,
niepotrzebne 
nieaktualne,
wystrzępione.
Pod nimi wciąż ostre kolce.
Powoli zapominam, pijąc zieloną herbatę.


 
P. S. A jakie są Wasze uczucia związane z jesienią?






 

 

wtorek, 2 października 2018

Tajne życie Lubisłowy.

Gdzie była, kiedy jej nie było? Jak trafił w moje ręce jej sekretny dziennik? Co w nim napisała?


 Zeszyt.

Leżał na biurku między zgniecionymi kartkami w kratkę, klawiaturą laptopa i niebieskim kubkiem z do połowy wypitą zieloną herbatą. Wyglądał jak książka, ale ja od razu wiedziałam, że to złudne podobieństwo. Jedna z iluzji rozsiewanych przez moją wewnętrzną pisarkę Lubisłowę. Zdradziecki czar jak magia świąt na miesiąc przed świętami. 

Skąd się tu wziął? Czy Lubisłowa specjalnie go tu zostawiła. Chciała, żebym napisała o nim? Dlaczego? 

Podeszłam bliżej. Wzięłam zeszyt do ręki i zaczęłam czytać. 

Lubisłowa.

Anka myśli, że dzielimy jeden umysł, ciało, życie. Jesteśmy jak te dzieci zrośnięte ze sobą tułowiem albo biodrami. Ograniczone, zamknięte w małej przestrzeni istnienia. Ani ona ani ja nie możemy odejść, nawet na chwilę. Tymczasem rzeczywistość jak zwykle przekracza wyobraźnię. I ja to odkryłam, nie Anka.

Anna

Czytając dziennik Lubisłowy, bo cóż to innego może być, przypominam sobie pewien dziwny sen. 

Budzę się i widzę Lubisłowę jak wychodzi z pokoju. Chcę iść za nią i nie mogę. Jakby coś przykleiło mi nogi do podłogi. Próbuje dosięgnąć myślami  swojej wewnętrznej pisarki i też bez skutku. Wydaje się, że wyrosła między nami ściana, twarda, lodowata, nieprzezroczysta. Kiedy chcę ją przebić, zaczyna mi się kręcić w głowie. Muszę się położyć, uspokoić. Możliwe, że dorwę ją w innym śnie. Wtedy na pewno wszystko się wyjaśni. Lubisłowa wróci, a razem z nią moje pisanie. Póki co nie udaje mi się zebrać myśli. Zamykam oczy. 

Lubisłowa.

Nie wiem jak, jednak przeszłam przez ścianę niemożliwości. Podskoczyłam do góry i okazało się, że umiem latać. Gdybym chciała, mogłabym polecieć wprost nad morze, do mojego ukochanego krajobrazu z plażą, lasem, falami hałasu przeplatanego ciszą drzew i traw. Jednak wolę zwyczajnie pojechać pociągiem. Naprawdę, to coś mi mówi, żebym wsiadła do pociągu. Dlaczego? Czy podróż da mi inspirację do dalszej twórczości, z którą ostatnio żyjemy na bakier? Ja chcę, a ona nie, jakby się oddalała, bo musi odpocząć. Z kolei Anka się wścieka, uważa, że twórczość jest moją wymówką, ale nie jest. Ja też potrzebuję pomysłów. Dla mnie też szafy kreatywności się zamykają. Nie potrafię ciągle wyciągać z siebie słów jak z niekończącego się worka. Dlaczego Anka tego nie rozumie?

Siadam w jednym z pustych przedziałów. Cieszę się jego pustką. Zresztą po przejściu przez ścianę wszystko mnie cieszy, nawet ten bury mrok za oknem. Dworcowe latarnie bezskutecznie próbują go oświetlić, zmienić na swój sposób. Bury mrok uparcie trwa. 

Po schodach dworcowego wejścia-wyjścia wchodzi on, facet w czarnej skórzanej kurtce motocyklisty, czarnych przylegających do nóg spodniach i martensach. Czuję, że idzie do mnie, zaraz usiądzie obok, porozmawiamy. I moje pomysły wrócą na miejsce wreszcie poukładane.

Edward.

- Bóg stworzył chaos, a człowieka po to, żeby ten chaos uporządkował. Moim celem jest wyplątać się z tej bożej zabawy, głównym celem, bo małym obecnym wyjechać z tego dusznego miasta, poczuć przestrzeń i zebrać myśli, żeby dokończyć Posiedzenie, moją książkę - myśli Edward, a raczej myśli chodzą mu po głowie jak natrętne mrówki, bo on gdyby mógł nie myślałby wcale, osiągnąłby nirwanę i spokojnie odszedł z tego świata.

Edward nie do końca jest normalny. Lekarze zdiagnozowali u niego zaburzenia osobowości, schizofrenię, problem separacyjny. Jednak z drugiej strony posiada inny, niezwykły sposób patrzenia na świat, mądrość starego drzewa i dużą dawkę kreatywności. Poza tym lekarze zazwyczaj jak się dobrze postarają u każdego coś znajdą.

Edward wsiada do przedziału z kolorową dziewczyną-kobietą, nie taką o czarnej skórze, ale w pomarańczowym swetrze i fiołkowych dżinsach.

Lubisłowa.

Drzwi przedziału się otworzyły. Do środka wmaszerował nieznajomy, choć jakiś szczegół w jego twarzy, może w ubraniu, sposobie, w jaki się poruszał, sprawiał, że wydawał się znany. 

- Można? 
Nie czekał na odpowiedź, tylko rozsiadł się naprzeciwko mnie przy oknie. - Czy my się znamy? - dodał po chwili.
- Nie wiem - odparłam zgodnie z prawdą. 
- Mam na imię Edward - przedstawił się, wyciągając dłoń w moją stronę.
- Lubisłowa, ale możesz na mnie mówić Lubika albo Lubisza.
Sama wymyśliłam sobie zdrobnienie. Anka nie pomyślała o tym. Dała mi jedno imię i już. Nieważne, że obce i bez zdrobnienia. 

- Już wiem. Czytałem twoje teksty na blogu.
- Moje i Ani - poprawiłam, choć jej tu przecież nie było, nie musiałam się starać, żeby pozostać grzeczną, miłą dziewczynką.
- Niezłe są, choć momentami takie sobie.
- Dlaczego?
- Eugenia i Stanisława, po co się nimi zajmujesz? Jeśli już, dlaczego nie wykorzystasz ich symboliki?
- Jakiej symboliki?
- Stałości w zmienności, najniższe piętro wysokiego budynku-rozwoju, ograniczony sposób widzenia.
- Nie rozumiem - westchnęłam. - One są bohaterkami...
- Tak - przerwał - jednocześnie czymś więcej, jeśli odpowiednio się zabierzesz do sprawy.

- Jakiej sprawy - myślałam i po co?

Edward snuł jeszcze jakieś teorie, ale już nie słuchałam. Nie podobały mi się słowa wylatujące z jego gardła. Ciężkie, niemrawe, usypiające. Przytuliłam głowę do okna. Krajobrazy kleiły się do oczu. Lasy, pola, niebo. 

Z letargu wyrwał mnie bóg, nie Bóg lecz bóg-pytanie, które zawisło jak topór między mną, a Edwardem.

- Kto wygrał człowiek czy Bóg, jeśli my jesteśmy w Bogu, a on w nas?
- Co?
- To, że się obudziłaś i pociąg jedzie, a ty dokąd?
- Nad morze.
- Ja też, choć jak przyjdzie konduktor wysiądę?
- Dlaczego?
- Bo cel się rozpłynął. Ten mój mały cel, bo ten duży, życiowy tkwi na miejscu i ma się dobrze.

Edward podniósł się z miejsca. Przerzucił przez ramię worek podobnych do tych, jakie mają marynarze. Pomyślałam, że się nie dogadaliśmy jak ja z twórczością, i że nawet pobyt nad morzem niczego nie zmieni. 

Anna.

Zatkało mnie. Siedziałam przy biurku, gapiąc się bezmyślnie na zapisane kartki papieru. Za oknem zagrzmiał czyjś motor, głosy przechodzących ludzi, wrzask dzieci. Mijało niedzielne przedpołudnie. Ludzie wracali ze spacerów na obiad, ci bardziej leniwi wygrzebywali się z łóżek. Ja trawiłam przeczytane słowa. Żałowałam, że je przeczytałam. Mogłam nadal tkwić w błogiej nieświadomości, przekonaniu, że Lubisłowa nigdy mnie nie opuści, bo należy do mnie, jest moją częścią. Owszem zdarzało się, że milczała i wtedy nawet obcęgami nic nie dało się z niej wyciągnąć, ale żeby coś takiego, ucieczka nad morze?! Tak jej źle było ze mną? Dlaczego? Co ja zrobiłam lub nie zrobiłam? Czym się naraziłam Lubisłowie? Jak teraz będę pisać? Bez niej zacznie się prawdziwa orka, przemierzanie wielkiego pola z łopatą i wygrzebywanie z ziemi skamielin twórczych, słów, zdań, które ktoś zapomniał, porzucił, nawet się nie domyślając jakie są piękne. Jak długo wytrzymam z łopatą na polu? Czy w ogóle potrafię męczyć się nad swoim pisaniem? 

Lubisłowa.

Edward wysiadł z pociągu na następnej stacji. Oświetlona zimnym, niebieskim światłem przypominała Sensbezsens z moich opowieści. Na ponurym budynku wisiała nazwa Cichy Dołek. Dziwne i ciekawe. Może jednak uda mi się złożyć coś z nazwy, Edwarda i kawałków rozmowy z nim. Westchnęłam. Mój cel czyli morze stracił znaczenie. Poczułam smutek i samotność.

Otworzyłam okno, żeby odlecieć z powrotem do domu, do Ani. Wtedy do przedziału wszedł konduktor.
- Bilety do kontroli - zagrzmiał.
- Nie mam - przyznałam się od razu.
- Niedobrze. Pójdzie pani ze mną.

Poszłam, bo co miałam zrobić.




P. S. Na razie nie wiem, gdzie jest Lubisłowa i kiedy wróci. Piszę sama. Powoli przyzwyczajam się do trudności, z jaką tworzę słowa bez swojej wewnętrznej pisarki.