wtorek, 13 listopada 2018

Listopadowe myśli.

Jakie są? Czy gładkie czy ostre? Czym pachną? W co ubrane? Jakim błyszczą kolorem? Czy potrafię je opisać?

Autor: Tran Nguyen.



Ona i niebo. 

Oboje w niebieskim nastroju 
marzą o zieleni, co odeszła 
nie wiadomo gdzie i kiedy. 
Czekają, wstrzymując oddech. 
Codzienność śpi.
Ciężar kobiety i nieba 
nie daje się unieść.


Autor: Tran Nguyen.
 Czerwona.

Równo na pół przecięta
wiedzą niepotrzebną
dama z filiżanką
smaczna i świeża.
Pachnie grzecznym smutkiem.

Autor: Tran Nguyen.

 Wędrowiec.

Dom nosi ze sobą.
Tylko czasem zdejmuje z pleców.
Kładzie na kolanach aktualnej żony.
Zasypia i budzi się, gdy księżyc wschodzi.
I tak bez końca.

Autor: Tran Nguyen.
Dwa pączki

zwiędniętej róży
smakują gorzkim lukrem.
Ktoś im powiedział,
że nie mogą żyć bez siebie.
Uwierzyli.
Resztę klei uczynił pocałunkiem. 

Autor: Tran Nguyen.

Wspomnienie lata.

Blaskiem zaślepia oczy.
W oddali cienie.
Szarość nie istnieje.
Zima nie nadchodzi.
Zło starte gumką umiera.

Autor: Tran Nguyen.

 Czekam.

Wciśnięta w blokowe ściany
czekam na wiosnę, lato, wakacje,
lepsze sny, właściwe słowa, 
właściwe miejsce.
Życie mija niewidocznie.

Autor: Tran Nguyen.

 W listopadzie.

Po głowie mi pływają robaki.
Herbata parzy.
Niebieska szarość zamyka umysłu szuflady.




P. S. Takie te moje myśli, trochę smutne, trochę leniwe, a jakie Wasze? Podzielicie się?









 

wtorek, 6 listopada 2018

Z pamiętnika Ulacenty

Nie wiem dokładnie, kiedy Ulacenta się pojawiła. Możliwe, że spotkałam ją, kiedy wracałam z plaży do domu lub odwrotnie, albo gdy szłam przez park leśny do Kołobrzegu. Tak więc na pewno w czasie wakacji i bardzo prawdopodobne, że w trakcie mojego pobytu nad morzem. 
Autor: Magdalena Walulik.
Lato

Lato zaczęło się jak wszystkie poprzednie od długich skwarnych dni na zmianę z chłodniejszymi i pełnymi deszczu. Skończyłam trzydzieści lat i po raz kolejny poczułam pustkę. Gniotła mnie gdzieś w okolicach serca. Czasem prowadziła w koszmary we śnie i na jawie. Potykałam się, rozbijałam talerze, rozlewałam wodę z kubków jakby zaciął się we mnie jakiś ważny mechanizm albo pustka przejęła nad nim kontrolę.

Lucek, mój ówczesny narzeczony zorganizował wyjazd nad jezioro. Mieliśmy pojechać razem, ale w ostatniej chwili szef  odwołał Lucka z urlopu. Nawet się ucieszyłam, bo nie lubię podróżować. Nie lubię siedzieć w pociągu, jeszcze gorzej w autobusie. Czas dłuży się, a zmęczenie siada ci na plecach. Nie możesz się ruszyć. Wolę już chodzić po ulicach swojego, wielkiego miasta.

Niestety Lucek zapłacił za nasz pobyt w malowniczej okolicy, więc chciał, żebym pojechała. Jasne, jego pieniądze nie mogą się zmarnować.

Po pięciu godzinach jazdy pociąg stanął, a konduktor przekazał nam wiadomość, że ruszy dopiero jutro.

- Jak to jutro - krzyczeli oburzeni podróżni, zanim grzecznie wysiedli i udali się do pobliskiego hotelu.

- Ożesz - zawyłam w duchu - nawet tu dopadła mnie pustka.

Zrezygnowana klapnęłam na brązowej dworcowej ławce. Tak, klapnęłam, nie usiadłam, bo na to drugie zabrakło mi siły. W dodatku zbyt szczupły portfel nie pozwalał na pójście do hotelu, chyba, że koszty pokryłaby kolei. 

Prawie zatonęłam w czarnych myślach, gdy pojawiła się ona. Kobieta w dużym słomianym kapeluszu, w czerwonych okularach przeciwsłonecznych i w letniej sukience w czereśnie na żółtym tle

- Niemożliwe - krzyknęła - Ulacenta Poważna, moja ukochana pisarka. Czy to pani naprawdę?

Nie zdążyłam jeszcze nic powiedzieć, a już ściskała moją rękę. Obejmowała mnie i całowała policzki. Pewnie gdyby mogła, wylizałaby mi nogi. 

- Domyślam się, że przyjechała pani tym starym gratem - cieszyła się moja czytelniczka. - I zamierza pani nocować w naszym okropnym hotelu. Na szczęście ja tu jestem. Nie pozwolę, żeby spała pani byle gdzie i byle jak. Mam duży dom. Pojedzie pani do mnie.
- Ale, ale... - próbowałam protestować.
- Żadne ale. Nie pozwolę, żeby się pani tułała w pokoju hotelowym.

Pojechałam więc do domu nieznajomej, która po drodze przedstawiła się jako żona znanego w okolicy biznesmena.

Po męczącym dniu w pociągu szybko zasnęłam w błękitnym pokoju pod błękitną pościelą.

Niestety spokojnie spałam tylko przez chwilę. Zaraz potem zatrzeszczało krzesło. Otworzyłam oczy.

Na przeciwko łóżka siedział mój zmarły wujek Szczepan. Na jego wychudzonej sylwetce wisiał o kilka numerów za duży szlafrok w kolorze fioletowym. Wokół niego roznosił się zapach zepsutej kapusty kiszonej.

- Wyspałaś się już? - zapytał.
- A ty? - nie bardzo wiedziałam, co powiedzieć, więc stąd chyba moje głupie pytanie.
- Ja wciąż cierpię na bezsenność.
- Jak żyłeś nigdy nie cierpiałeś
- Co to znaczy jak żyłeś? - wujek zmarszczył brwi.
- Przepraszam wujku, jeśli cię uraziłam. Nie chciałam - wolałam nie irytować zmarłego. Poza tym zastanawiałam się, co zrobić, żeby sobie poszedł, żebym znów mogła zasnąć i spać do rana.

- Wybaczam ci, ale więcej mi tak nie mów. Ty jedna wykaż się mądrością. Pamiętasz, zawsze ceniłem twoją inteligencję.

Nie pamiętałam. Wujek za życia kojarzył mi się z dyktatorem jak Fidel Castro. Wpadał w różne nastroje. Raz się cieszył, raz złościł. Dlatego nie odwiedzałam go zbyt często, przynajmniej wtedy, gdy już sama mogłam o tym decydować. Wcześniej rodzice wysyłali mnie do niego na wakacje, bo jak na złość musiał mieszkać na wsi, a jego żona była siostrą mojego taty.

- Chodzi o to - dotarł do mnie głos wujka - że mogłabyś niektórym udowodnić, że żyję. Wcale jak im się wydaje, nie umarłem. Rozumiesz?

Pokiwałam głową, że niby tak, wszystko pojmuję. Nie mogłam przecież powiedzieć, że nie wiem w jaki sposób mam udowodnić innym, że wujek chodzi po świecie, zamiast leżeć w trumnie.

- W takim razie chodź ze mną.

Wujek wyciągnął do mnie rękę i już wiedziałam, że tej nocy na pewno się nie wyśpię.

Kostnica.



Otoczyła nas gęsta jak budyń mgła. Wujek świetnie sobie radził. Stawiał kroki niczym zawodowy żołnierz na polu bitwy. Precyzyjne i ostre, podczas gdy ja grzęzłam co rusz jakbym szła przez bagno. Poruszało się, ślizgało pod stopami, łakomie łapało za nogi wkręcając do błotnistego środka. Na szczęście wujek trzymał mnie mocno i za każdym razem wyciągał na zewnątrz. Po wielu takich samych męczących ruchach, zobaczyłam światło w oddali. Jak promyk słońca obudziło we mnie nadzieję. Jednak okazało się, że złudną.

Z mgły weszliśmy prosto do oświetlonej słabą żarówką kostnicy. Bardzo starej kostnicy z porysowanymi i połamanymi niebieskimi kafelkami na ścianach i podłodze. Dokładnie do połowy ścian, a od połowy z szarą od brudu ścianą. Wysoki sufit w podobnej tonacji, wielkie okna tuż pod nim, złowieszczy, metalowy stół, trochę dalej brązowe szuflady. Wydawało się, że wszystko razem i osobno zgrzyta zębami w niecierpliwym oczekiwaniu na nowych nieboszczyków. Ja też zazgrzytałam zębami, tyle że ze strachu.

Wujek dzielnie szedł dalej. Zatrzymał się dopiero przy drzwiach na drugim końcu olbrzymiej sali. Nacisnął klamkę i nic. Drzwi się nie otworzyły.

- Zamknęli, a tak ich prosiłem, żeby poczekali. Mówiłem, że kogoś przyprowadzę. Nie uwierzyli i zamknęli zupełnie jak twoja ciotka.
- Ciotka się zamknęła? - zdziwiłam się, bo niedawno rozmawiałam z nią przez telefon i nic mi o tym nie mówiła.
- Żebyś wiedziała - rozgniewał się wujek. - Zaprosiła do siebie jakąś szamankę, czarownicę czy wróżkę. Ta zrobiła abrakadabra i koniec. Już nie mogę do niej wejść, nawet zajrzeć przez dziurkę od klucza.

- Aha - pomyślałam - ciotka znalazła sposób na natrętnego umarlaka. Jak ona znalazła, ja też znajdę, ale jaki, kiedy. Czy w ogóle się stąd wydostanę? Może to tylko sen i zaraz się obudzę? 

Zacisnęłam oczy. Uszczypnęłam się w rękę. Wujek mną potrząsnął.

- Przestań. Zachowujesz się tak samo jak ona.

Zrozumiałam, że nie ucieknę, nawet jeśli to sen, póki co mocno mnie trzyma.

Na górze otworzyło się okno.



P. S. Co dalej? Nie wiem. Czekam na następne kartki z pamiętnika Ulacenty.