wtorek, 27 listopada 2018

W Cichym Dołku.

To tutaj wysiadł z pociągu Edward, a Lubisłowa została w przedziale, uciekając przede mną nad morze. Trochę później zmieniła zdanie. Chciała wrócić i pewnie by wróciła, gdyby do przedziału nie wszedł konduktor i nie kazał jej pokazać biletu, którego nie miała. Co później się wydarzyło? Jak i dlaczego?

Autor:Fotoklimat.
Anna.

Obudził mnie dźwięk przesuwającego się po papierze długopisu, może pióra. Jakby myszy skrobały w kącie, próbując znaleźć kawałek sera. Gdy otworzyłam oczy, nastała cisza. Nic i nikt się nie poruszał, jedynie wiatr za oknem. Na palcach podeszłam do biurka. Pewność, że coś się zmieniło, sprawiła, że stałam się czujna. Budzik pokazywał szóstą rano. Mogłabym jeszcze spać, bo sobota, dzień wolny od pracy. Mogłabym, gdyby nie dziwny odgłos, który gdzieś tu się krył niczym pająk czekający na muchy.

Na biurku jak zwykle panował bałagan. Pogniecione kartki kłębiły się wokół laptopa i kubka z resztką zielonej herbaty. Między tym wszystkim stał notes-książka, pamiętnik Lubisłowy. Nie leżał, ale stał jakby chciał być lepiej widoczny niczym odważny żołnierz na polu walki.

Chwyciłam zeszyt i zaczęłam czytać.

Lubisłowa.

Tego się nie spodziewałam. Wszystkiego, ale nie tego. Konduktor nie tyle wysadził mnie z pociągu, ile przesadził, zrzucił z pędzącego wagonu wprost w ramiona faceta na drezynie. Tak po prostu jakbym była zbędnym bagażem, na pewno nie człowiekiem, a może jako kobieta nie mieściłam się w kolejowej definicji człowieka? 

W każdym razie mężczyzna dowiózł mnie do stacji Cichy Dołek, na której wcześniej zniknął Edward. Od razu się domyśliłam, że powinnam zakończyć rozmowę z Edwardem, nawet jeśli mi się wydaje, że już ją skończyłam. Bo czy inaczej znalazłabym się w tym samym, co on miejscu.

Nieco skołowana nieoczekiwaną przejażdżką po torach, usiadłam na dworcowej ławce, której kolor wahał się między szarym, a startym niebieskim. Próbowałam zebrać myśli, zanim pójdę gdzieś dalej. Przede wszystkim chciałam wiedzieć, dokąd się udać, co zrobić, by móc wreszcie wrócić do domu.

- Wyrzucili cię, czy mnie śledzisz? - zza rogu wyłonił się Edward.
- Może jedno i drugie - ucieszyłam się na jego widok. - Sam mi wytłumacz.
- Jesteśmy zabawkami w rękach Boga. Tylko on wie o co chodzi. Idziesz do hotelu, czy śpisz tutaj?
- A ty?
- Nie uzależniaj się ode mnie, dobra?

Edward przysuwał się bliżej i odsuwał jakby krążyło w nim niezdecydowanie, zostać ze mną czy wybrać samotność. Pewnie jedno i drugie przyciągało i odpychało z taką samą siłą. 

- Chodźmy - zdecydował w końcu.

Poszliśmy. 

Przeznaczenie poprowadziło nas do hotelu Pod Jemiołą. 

Anna.

W najciekawszym momencie zadzwonił telefon.
- Co robisz? - ciekawiła się mama.
- Nic takiego.
- To może byś ze mną pojechała na cmentarz. Sama nie dam rady z wiązankami.
- Dobrze.

Musiałam, choć nie chciałam. Nie lubię odwiedzać zmarłych, bo nie wierzę, że są pod płytami w trumnach. Myślę, że istnieją w innym świecie i nic sobie nie robią z naszego stania przy ich nagrobkach. Jednak pewnych spraw nie da się wytłumaczyć mojej mamie. O wiele łatwiej zachować milczenie.

Do lektury wróciłam wieczorem z kubkiem herbaty w ręku.

Lubisłowa.

Wzięliśmy klucze do dwóch sąsiadujących ze sobą pokojów. Edward zamknął się w jednym, ja w drugim, a do rozmowy wróciliśmy następnego dnia przed południem. Dlaczego tak późno? Czemu nie od razu? Nie wiem. Może z powodu senności, jaka nas ogarnęła wraz z przejściem przez próg hotelu? Braku słów jakby przez wiatr zabranych? Nieważne. 

- Mówisz, że nie możesz wrócić, tak? - ciekawił się Edward przy stoliku w hotelowej restauracji.
- Tak i wydaje mi się, że jak z tobą we właściwy sposób porozmawiam, odejdę i już nie będę zawracać ci głowy.
- Ale co znaczy właściwy sposób? Czy to samo, co normalny i nienormalny?
- Właściwy czyli odpowiedni temat. O życiu na przykład. Po co jest? Myślałeś o tym?

Edward spojrzał na mnie zaciekawiony. 

- Wiele razy i nic z tego myślenia nie mam, a ty?
- Ja od niedawna zastanawiam się, z jakiego powodu życie powstało? Czy istnieje jakaś odpowiedź?

Do stolika podeszła kelnerka. Zamówiliśmy, ja zieloną herbatę i kanapkę z dżemem truskawkowym, Edward piwo i słone paluszki.

- I tak musimy żyć niezależnie od odpowiedzi.
- Nie mamy nic do gadania.
- Właśnie. Dusza nami kieruje, a nie my duszą. Myślisz, że ci wystarczy, bo ja już się zmęczyłem naszym gadaniem.
- Zobaczę. Poczekaj. Odchodzę teraz i jak nie wrócę, znaczy, że wystarczy.

Wstałam, choć nie zjadłam do końca kanapki i nie wypiłam herbaty. Edward pomachał mi ręką na pożegnanie:

- Obyś tu już nie wróciła.

Wyszłam z hotelu. Spojrzałam w słońce. Zamknęłam oczy i ... 
Nic się nie wydarzyło.

Anna.

Kolejny telefon.
- Co robisz? - chciałaby wiedzieć mama.
- Nic takiego.
- Czyli nic, a dla mnie oczywiście nie masz czasu - oburza się moja rodzicielka. - Na wszystko masz, tylko dla mnie nie.
- Mam. Jak chcesz przyjadę i posiedzę z tobą - próbuję się tłumaczyć. Czuję, że bezskutecznie. Po drugiej stronie słuchawki nadal trwa cicha, mroczna złość.
- Łaski nie potrzebuję. Nie musisz ze mną siedzieć. Zakupów też nie musisz robić. Ubiorę się i wyjdę, choć ledwie chodzę ....
Dalszych wyrzutów już nie słucham. Odkładam telefon. Ubieram się. Jadę zrobić mamie zakupy i posiedzieć z nią. Może i lepiej. Później zacznę myśleć o Lubisłowie. Później zacznę się o nią martwić i czekać na ciąg dalszy jej pamiętnika.



P. S. Wszystkie postacie, mama również, zostały zmyślone. Tylko Lubisłowa pozostaje jak najbardziej prawdziwa. Chcecie jeszcze o niej poczytać?
Część poprzednia: Tajne życie Lubisłowy.



 


 



   
 

wtorek, 20 listopada 2018

Efekt Mandeli?

Myślałam, że już do tego nie wrócę. Sprawa dawno się skończyła. Moje bohaterki nie poszły więcej na działkę znajomego sąsiadki. Pamięć zdarzenia zniknęła razem z zielonym domkiem. Jednak niezupełnie, ślad został i wyszedł na wierzch w najmniej odpowiednim momencie, oczywiście przyjmując założenie, że w ogóle istniały właściwe momenty.

Autor:Bruce Rolff.

 Eugenia i Stanisława 

Niepokój dotknął Eugenię, gdy nalewała wodę do dzbanka z herbatą, zezując jednocześnie przez okno na sąsiada Karola. Mężczyzna akurat wyszedł z bloku w zielonej, jesiennej kurtce i czapce z daszkiem. W ręku trzymał wielką niebieską reklamówkę z wiązanką na cmentarz. Nic nadzwyczajnego, a jednak serce Eugenii zabiło mocniej. Coś w jej pamięci wypływało na wierzch. Coś groźnego, czego nie powinna pamiętać. 

- Idziesz jutro na cmentarz? - głos Stanisławy przywrócił znajomą rzeczywistość. Kuchnia, pokój, stolik, talerzyk w fiołki z kruchymi ciastkami. 
- Idę.
Eugenia postawiła imbryk z malinową herbatą. Może to niestrawność wywołała dziwne myśli.

- Żeby tylko była pogoda - zaczynała martwić się Stanisława.
- Jak nie będzie, pójdziemy innym razem - Eugenia obojętnie machnęła ręką. Po raz pierwszy od wielu lat było jej wszystko jedno. Pójdą, nie pójdą, jakie to ma znaczenie, przecież oni i tak już nie żyją. Nie czekają na nie z ciastkami jak ona, Eugenia na Stanisławę.
- Co się ze mną dziś dzieje - zaraz przywołała się do porządku. - Najpierw jakiś lęk, a teraz niechęć do grobów ?!

- Pewnie, zawsze możemy iść pojutrze, żebyśmy tylko Karola nie spotkały.
- Nie spotkamy. Widziałam go przez okno jak szedł z wiązanką.
- Ale czy na pewno na ten nasz cmentarz?

Eugenia nic nie powiedziała, bo nagle jej się przypomniało jak razem ze Stanisławą i Rozalią poszły na działkę w poszukiwaniu domu z zielonej cegły. Tyle, że Rozalia nie miała działki. Jej koleżanka Todzia również nie, więc jak się mogło cokolwiek Eugenii przypomnieć.

- Oszaleję - mruknęła pod nosem.
- Co? - nadstawiła uszu Stanisława. - Nie słyszałam, co mówiłaś?
- Nic, tak tylko myślałam o Rozalii.
- Ach, Rozalia ma problem. Jakaś baba na rynku oskarżyła ją o kradzież.

Eugenia powinna, ale nie zareagowała. Jej myśli biegły w inną stronę.
- One zostały z tyłu. Ja weszłam do środka. Pojechałam windą na górę i ... Nie pamiętam. Co się tam wydarzyło?

- Co ty na to? - chciała wiedzieć Stanisława.
- O czym? 
- No, przecież o Rozalii.
- Poszłyśmy z nią na działkę popatrzeć na zielony dom.
- Jaki dom? - skrzywiona mina Stanisławy nie wróżyła nic dobrego. - Rozalia mieszka jak my w blokach. Nie ma żadnego domu, ani działki. Jakby miała, to by nie kradła.
- A kradnie?
- Oj, nie słuchasz mnie Gieniu. Przed chwilą mówiłam, że ją baba na kradzieży złapała.
- Wybacz Stasiu, źle się jakoś czuję.
Eugenia pozieleniała, zbladła, poczerwieniała. To nierealne wspomnienie przebijało się głębiej do serca, umysłu, może nawet duszy.

Weronika.

Podobnie jak Eugenia przypomniała sobie coś, czego nie mogła pamiętać. Spotkała Marka na skrzyżowaniu blisko bloku ciotki Florentyny. Chciała za nim pobiec, gdy Artur chwycił ją za rękę. Skąd wzięło się to dziwne wspomnienie? I po co? Żeby czuła w sobie jeszcze większy dół niczym nie wypełniony, pustkę rozmiarów pustyni?

Budzik nie zdążył zadzwonić, a Weronika już nie spała. Nie mogła. Wstać też nie miała siły. Przygniatał ją ciężar zbyt wielki, by sama dała radę się z niego wyczołgać. Wiedziała, że za godzinę po ich wspólnym pokoju zacznie się kręcić Jagoda, koleżanka ze szkoły. I z pewnością od razu zauważy, że Weronika się nie rusza. Spróbuje ściągnąć z niej kołdrę, połaskotać, w jakikolwiek sposób wyciągnąć z łóżka. Co wtedy? Czy Weronice uda się wyjść z przytłaczającej ją dziury? Czy pójdzie do szkoły, udając, że wszystko jest w porządku. Nie spotkała Marka. Przyśniło jej się. Nigdy więcej go nie zobaczy. Tu i teraz szkoła pozostaje najbardziej ważna. W końcu w tym roku matura. Trzeba wreszcie przysiąść przy podręcznikach. Postarać się odrzucić zbędne rzeczy, przede wszystkim zadających ból facetów.

Weronika spróbowała się poruszyć i wtedy zaatakowało inne wspomnienie. Najlepsze i najgorsze jednocześnie. Najgorsze, bo razem z nim wraca zarówno tęsknota jak i przerażenie.

- Nie, przecież to się nie wydarzyło - Weronika kuli się pod kołdrą, ale w żaden sposób nie potrafi wymazać obrazu z przeszłości.

Weronika kocha się z Markiem w jego domu na jego łóżku. Najpierw powoli, delikatnie, potem coraz szybciej gwałtowniej. Prawdziwy dziki seks. Pot płynący po zmieniających się splotach ciał. Raz on na górze, raz ona. Ujeżdżają siebie na wzajem jak konie, dotąd zamknięte, teraz wypuszczone na wolność.

Weronika czuje pulsowanie każdej komórki ciała. Ekstaza zbliża się wielkimi krokami. Jeszcze jeden ruch, skurcz podniecenia i nagle miejsce Weroniki zajmuje Gniewna. To ona kończy. Zbiera rozkosz. Zatraca się w uniesieniu. Weronika stoi z boku bezskutecznie starając się odepchnąć intruza. Na nic zdaje się krzyk, przestań, zostaw, nie, błagam. Gniewna spełnia swoje okrutne pragnienia. Tnie kuchennym nożem ciało Marka.

Eugenia i Stanisława.

Wyszła jak tylko pozbyła się Stanisławy. Kroki skierowała w stronę pobliskich ogródków działkowych. Po drodze wracały do niej szczegóły tamtego spaceru ze Stanisławą i Rozalią. Szczegóły, które przecież nie istniały, a jednak kuły wyraźnym kształtem. Każde wypowiedziane słowo, ruch ręki, spojrzenie. Wreszcie teren działek. Na szczęście ktoś zostawił otwartą furtkę.

Eugenia idzie jak ktoś pogrążony w hipnotycznym transie. Ogląda domy oczami pamięci. Tu się potknęła i została w tyle. Stanisława i Rozalia nawet nie zauważyły, że już z nimi nie idzie. Dlatego nie zobaczyły domu z dziwnej, zielonej cegły.

Eugenia stanęła w tym samym, co wtedy miejscu. Zielonego domu nigdzie nie było. Wiatr zawodził w nagich gałęziach brzozy.

Weronika.

Poszła do niego. Wdrapała się na dziesiąte piętro, bo winda się zepsuła. Przycisnęła dzwonek. Czekała długo. Jeszcze raz zadzwoniła i jeszcze i gdy się już poddała, drzwi się otworzyły. Stanęła w nich kobieta w niebieskim szlafroku i włosach zawiniętych w brązowy ręcznik.

- Słucham.
- Czy jest Marek?
- W pracy. A o co chodzi?
- Nic, tylko chciałam się upewnić, że on żyje, bo...
- Głupie żarty.

Kobieta trzasnęła drzwiami. Ciężar spadł z serca Weroniki.



P. S. Nie wiem skąd się wzięły dziwne wspomnienia Eugenii i Weroniki. Czy przyniosła je mgła i ochłodzenie? Czy może zaczęła się nowa gra tajemniczych graczy? I co się jeszcze wydarzy?
Poprzednie: PustkaWir czasuEuforia, ProblemyDziurawa pamięćTajemniczy domek.
Co to jest efekt Mandeli? Ci co nie wiedzą, mogą przeczytać tutaj.
   











 







             

wtorek, 13 listopada 2018

Listopadowe myśli.

Jakie są? Czy gładkie czy ostre? Czym pachną? W co ubrane? Jakim błyszczą kolorem? Czy potrafię je opisać?

Autor: Tran Nguyen.



Ona i niebo. 

Oboje w niebieskim nastroju 
marzą o zieleni, co odeszła 
nie wiadomo gdzie i kiedy. 
Czekają, wstrzymując oddech. 
Codzienność śpi.
Ciężar kobiety i nieba 
nie daje się unieść.


Autor: Tran Nguyen.
 Czerwona.

Równo na pół przecięta
wiedzą niepotrzebną
dama z filiżanką
smaczna i świeża.
Pachnie grzecznym smutkiem.

Autor: Tran Nguyen.

 Wędrowiec.

Dom nosi ze sobą.
Tylko czasem zdejmuje z pleców.
Kładzie na kolanach aktualnej żony.
Zasypia i budzi się, gdy księżyc wschodzi.
I tak bez końca.

Autor: Tran Nguyen.
Dwa pączki

zwiędniętej róży
smakują gorzkim lukrem.
Ktoś im powiedział,
że nie mogą żyć bez siebie.
Uwierzyli.
Resztę klei uczynił pocałunkiem. 

Autor: Tran Nguyen.

Wspomnienie lata.

Blaskiem zaślepia oczy.
W oddali cienie.
Szarość nie istnieje.
Zima nie nadchodzi.
Zło starte gumką umiera.

Autor: Tran Nguyen.

 Czekam.

Wciśnięta w blokowe ściany
czekam na wiosnę, lato, wakacje,
lepsze sny, właściwe słowa, 
właściwe miejsce.
Życie mija niewidocznie.

Autor: Tran Nguyen.

 W listopadzie.

Po głowie mi pływają robaki.
Herbata parzy.
Niebieska szarość zamyka umysłu szuflady.




P. S. Takie te moje myśli, trochę smutne, trochę leniwe, a jakie Wasze? Podzielicie się?









 

wtorek, 6 listopada 2018

Z pamiętnika Ulacenty

Nie wiem dokładnie, kiedy Ulacenta się pojawiła. Możliwe, że spotkałam ją, kiedy wracałam z plaży do domu lub odwrotnie, albo gdy szłam przez park leśny do Kołobrzegu. Tak więc na pewno w czasie wakacji i bardzo prawdopodobne, że w trakcie mojego pobytu nad morzem. 
Autor: Magdalena Walulik.
Lato

Lato zaczęło się jak wszystkie poprzednie od długich skwarnych dni na zmianę z chłodniejszymi i pełnymi deszczu. Skończyłam trzydzieści lat i po raz kolejny poczułam pustkę. Gniotła mnie gdzieś w okolicach serca. Czasem prowadziła w koszmary we śnie i na jawie. Potykałam się, rozbijałam talerze, rozlewałam wodę z kubków jakby zaciął się we mnie jakiś ważny mechanizm albo pustka przejęła nad nim kontrolę.

Lucek, mój ówczesny narzeczony zorganizował wyjazd nad jezioro. Mieliśmy pojechać razem, ale w ostatniej chwili szef  odwołał Lucka z urlopu. Nawet się ucieszyłam, bo nie lubię podróżować. Nie lubię siedzieć w pociągu, jeszcze gorzej w autobusie. Czas dłuży się, a zmęczenie siada ci na plecach. Nie możesz się ruszyć. Wolę już chodzić po ulicach swojego, wielkiego miasta.

Niestety Lucek zapłacił za nasz pobyt w malowniczej okolicy, więc chciał, żebym pojechała. Jasne, jego pieniądze nie mogą się zmarnować.

Po pięciu godzinach jazdy pociąg stanął, a konduktor przekazał nam wiadomość, że ruszy dopiero jutro.

- Jak to jutro - krzyczeli oburzeni podróżni, zanim grzecznie wysiedli i udali się do pobliskiego hotelu.

- Ożesz - zawyłam w duchu - nawet tu dopadła mnie pustka.

Zrezygnowana klapnęłam na brązowej dworcowej ławce. Tak, klapnęłam, nie usiadłam, bo na to drugie zabrakło mi siły. W dodatku zbyt szczupły portfel nie pozwalał na pójście do hotelu, chyba, że koszty pokryłaby kolei. 

Prawie zatonęłam w czarnych myślach, gdy pojawiła się ona. Kobieta w dużym słomianym kapeluszu, w czerwonych okularach przeciwsłonecznych i w letniej sukience w czereśnie na żółtym tle

- Niemożliwe - krzyknęła - Ulacenta Poważna, moja ukochana pisarka. Czy to pani naprawdę?

Nie zdążyłam jeszcze nic powiedzieć, a już ściskała moją rękę. Obejmowała mnie i całowała policzki. Pewnie gdyby mogła, wylizałaby mi nogi. 

- Domyślam się, że przyjechała pani tym starym gratem - cieszyła się moja czytelniczka. - I zamierza pani nocować w naszym okropnym hotelu. Na szczęście ja tu jestem. Nie pozwolę, żeby spała pani byle gdzie i byle jak. Mam duży dom. Pojedzie pani do mnie.
- Ale, ale... - próbowałam protestować.
- Żadne ale. Nie pozwolę, żeby się pani tułała w pokoju hotelowym.

Pojechałam więc do domu nieznajomej, która po drodze przedstawiła się jako żona znanego w okolicy biznesmena.

Po męczącym dniu w pociągu szybko zasnęłam w błękitnym pokoju pod błękitną pościelą.

Niestety spokojnie spałam tylko przez chwilę. Zaraz potem zatrzeszczało krzesło. Otworzyłam oczy.

Na przeciwko łóżka siedział mój zmarły wujek Szczepan. Na jego wychudzonej sylwetce wisiał o kilka numerów za duży szlafrok w kolorze fioletowym. Wokół niego roznosił się zapach zepsutej kapusty kiszonej.

- Wyspałaś się już? - zapytał.
- A ty? - nie bardzo wiedziałam, co powiedzieć, więc stąd chyba moje głupie pytanie.
- Ja wciąż cierpię na bezsenność.
- Jak żyłeś nigdy nie cierpiałeś
- Co to znaczy jak żyłeś? - wujek zmarszczył brwi.
- Przepraszam wujku, jeśli cię uraziłam. Nie chciałam - wolałam nie irytować zmarłego. Poza tym zastanawiałam się, co zrobić, żeby sobie poszedł, żebym znów mogła zasnąć i spać do rana.

- Wybaczam ci, ale więcej mi tak nie mów. Ty jedna wykaż się mądrością. Pamiętasz, zawsze ceniłem twoją inteligencję.

Nie pamiętałam. Wujek za życia kojarzył mi się z dyktatorem jak Fidel Castro. Wpadał w różne nastroje. Raz się cieszył, raz złościł. Dlatego nie odwiedzałam go zbyt często, przynajmniej wtedy, gdy już sama mogłam o tym decydować. Wcześniej rodzice wysyłali mnie do niego na wakacje, bo jak na złość musiał mieszkać na wsi, a jego żona była siostrą mojego taty.

- Chodzi o to - dotarł do mnie głos wujka - że mogłabyś niektórym udowodnić, że żyję. Wcale jak im się wydaje, nie umarłem. Rozumiesz?

Pokiwałam głową, że niby tak, wszystko pojmuję. Nie mogłam przecież powiedzieć, że nie wiem w jaki sposób mam udowodnić innym, że wujek chodzi po świecie, zamiast leżeć w trumnie.

- W takim razie chodź ze mną.

Wujek wyciągnął do mnie rękę i już wiedziałam, że tej nocy na pewno się nie wyśpię.

Kostnica.



Otoczyła nas gęsta jak budyń mgła. Wujek świetnie sobie radził. Stawiał kroki niczym zawodowy żołnierz na polu bitwy. Precyzyjne i ostre, podczas gdy ja grzęzłam co rusz jakbym szła przez bagno. Poruszało się, ślizgało pod stopami, łakomie łapało za nogi wkręcając do błotnistego środka. Na szczęście wujek trzymał mnie mocno i za każdym razem wyciągał na zewnątrz. Po wielu takich samych męczących ruchach, zobaczyłam światło w oddali. Jak promyk słońca obudziło we mnie nadzieję. Jednak okazało się, że złudną.

Z mgły weszliśmy prosto do oświetlonej słabą żarówką kostnicy. Bardzo starej kostnicy z porysowanymi i połamanymi niebieskimi kafelkami na ścianach i podłodze. Dokładnie do połowy ścian, a od połowy z szarą od brudu ścianą. Wysoki sufit w podobnej tonacji, wielkie okna tuż pod nim, złowieszczy, metalowy stół, trochę dalej brązowe szuflady. Wydawało się, że wszystko razem i osobno zgrzyta zębami w niecierpliwym oczekiwaniu na nowych nieboszczyków. Ja też zazgrzytałam zębami, tyle że ze strachu.

Wujek dzielnie szedł dalej. Zatrzymał się dopiero przy drzwiach na drugim końcu olbrzymiej sali. Nacisnął klamkę i nic. Drzwi się nie otworzyły.

- Zamknęli, a tak ich prosiłem, żeby poczekali. Mówiłem, że kogoś przyprowadzę. Nie uwierzyli i zamknęli zupełnie jak twoja ciotka.
- Ciotka się zamknęła? - zdziwiłam się, bo niedawno rozmawiałam z nią przez telefon i nic mi o tym nie mówiła.
- Żebyś wiedziała - rozgniewał się wujek. - Zaprosiła do siebie jakąś szamankę, czarownicę czy wróżkę. Ta zrobiła abrakadabra i koniec. Już nie mogę do niej wejść, nawet zajrzeć przez dziurkę od klucza.

- Aha - pomyślałam - ciotka znalazła sposób na natrętnego umarlaka. Jak ona znalazła, ja też znajdę, ale jaki, kiedy. Czy w ogóle się stąd wydostanę? Może to tylko sen i zaraz się obudzę? 

Zacisnęłam oczy. Uszczypnęłam się w rękę. Wujek mną potrząsnął.

- Przestań. Zachowujesz się tak samo jak ona.

Zrozumiałam, że nie ucieknę, nawet jeśli to sen, póki co mocno mnie trzyma.

Na górze otworzyło się okno.



P. S. Co dalej? Nie wiem. Czekam na następne kartki z pamiętnika Ulacenty.