wtorek, 11 grudnia 2018

Supełki.

Gdyby porównać moje opowieści do robionego na drutach swetra, stałyby się widoczne supełki lub puste miejsca, nierozwiązane historie. Jakby zarysowane kontury bez środka. Obiecuję sobie, że wypełnię braki treścią, to i owo dopowiem, a w praktyce tworzę nowe. Jednak tym razem wrócę do jednego z supełków związanych z Sensbezsensem, miastem poza czasem w krainie po śmierci.






Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Teresa - dwunastoletnia uczennica szkoły uniwersalnej w Sensbezsensie, Rafał - również uczeń tej samej szkoły i w tym samym wieku, Rosława - elf, wiek nieznany; Andrzej Violet - wzorowy uczeń 12 lat; Ilona - dawniej szefowa sekty Pozytywni, obecnie nikt ważny; Marysia - myślicielka, chora, znaczy się zdiagnozowana.

Dialog 1.

Miejsce: Szkoła uniwersalna w Sensbezsensie. Długi korytarz częściowo oświetlony światłem jarzeniówek, częściowo tonący w mroku. Nigdzie nie widać okien. W powietrzu wisi atmosfera smutku, nudy, złości czyli przeciętnego dnia szkolnego.

Rafał ( zły ): Przez ciebie tu trafiłem. Chciałem pójść z Rosławą, ale ty się musiałaś wtrącić i powiedzieć, że jesteśmy z tej samej drużyny. I po co? Tak ci brakowało towarzystwa?
Teresa ( również zła ): A kto cię uratował przed dzieciakami w pociągu? Już nie pamiętasz jak biegły za nami i chciały cię zabić?
Rafał: Pamiętam, że ciebie też i to ty popchnęłaś mnie przez drzwi do innego wagonu.
Teresa: I teraz żałuję. Trzeba cię było zostawić. Niech by cię zabili zwolennicy Ilony. Nie musiałabym teraz słuchać twojego marudzenia.

Do kłócących podchodzi wzorowy uczeń Andrzej Violet.

Andrzej: O co się tak kłócicie? Jeśli o ostatnie zadanie, to mnie wyszło...
Teresa: Mnie guzik obchodzi, co ci wyszło.
Andrzej ( krzywi się ): No wiesz. Mogłabyś okazać więcej szacunku.
Rafał: Ciekawe do czego, do ciebie czy zadania?
Andrzej: Powiem panu Baryłce, że się ze mnie nabijacie.
Rafał: Idź mów. Droga wolna.

Jednak Andrzej nie odchodzi. Prawda jest taka, że coś ciągnie go jak magnes do dwóch dziwaków szkolnych, łobuzów, ostatnich, najgorszych uczniów. Ciągle pyta sam siebie, dlaczego właśnie oni tak bardzo go interesują, dlaczego zamiast siedzieć przy podręczniku, kręci się koło nich, takich, jak ich określił pan Baryłka pasożytów miasta, w zasadzie całego kraju.

Tak więc Andrzej Violet nadal trwa na swoim przymusowym posterunku niedaleko Rafała i Teresy. Ubrany w granatowy, czysty mundurek szkolny w przeciwieństwie do Rafała i Teresy, którzy nadal noszą pomarańczowe stroje ze swojej dawnej sekty Pozytywni. Dawnej, bo sekta już nie istnieje. Ilona jej szefowa żyje w innej rzeczywistości, a jej podopieczni w jeszcze innej. Tylko Rafał i Teresa trafili do szkoły. 

Teresa: Chodźmy dalej. Lizus nas podsłuchuje.
Rafał: Tu nie ma gdzie iść.
Teresa ( pokazuje ręką mroczną część korytarza ): Może tam
Rafał ( boi się ): Nie wiemy co tam się kryje.
Teresa ( już idzie we wskazanym kierunku ): To się dowiemy.

Andrzej waha się, iść za nimi, czy nie iść. Zaraz przecież zadzwoni dzwonek i zacznie się lekcja geometrii kolorów. Nie można jej opuścić. Poza tym nie wolno zwiedzać mrocznej części korytarza. Tyle, że poznanie nieznanego smakuje jak dobra czekolada. Dlatego w końcu Andrzej idzie za Teresą i Rafałem.

Dialog 2.

Miejsce: Szpital psychiatryczny imienia Zenona Mądrego w Przestrzeni Obok. Sala pomalowana na biało-zielono. Czteroosobowa. Na łóżku przy oknie leży Ilona, dawna szefowa sekty Pozytywni. Z szefostwa pozostał jej jedynie pomarańczowy kolor szlafroka i piżamy. Powinien działać na nią pozytywnie, ale nie działa. Na łóżkach obok inne pacjentki. Mimo nocnej pory wszystkie objadają się słodyczami. Tylko Marysia siedzi i zagaduje Ilonę.

Marysia: Dlaczego tu jesteś? Bo ja z powodu próby samobójczej. Moja lekarka Dagmara mówi, że mam depresję maniakalną i schizofrenię. Moim zdaniem inaczej widzę rzeczywistość i przez to nie pasuję ludziom. Chcę dużo powiedzieć, ale nikt nie chce słuchać. Rozumiesz?
Ilona ( nie rozumie ): Aha. Śpijmy już.
Marysia: Ten świat należy do wieloświata. Można go porównać do plastra miodu. Ludzie myślą, że poza nim już nic ich nie czeka, a to nie prawda. Piszę o tym w swoim dzienniku: O sensie świata. Chcesz, dam ci przeczytać?
Ilona (ziewa ): Nie, dziękuję.

Marysia ( mówi dalej jakby nie słyszała ): Śniło mi się kiedyś miasto Sensbezsens. Wiedziałam, że istnieje po drugiej stronie życia. Do miasta zbliżał się pociąg, a w nim dzieci.
Ilona ( w jednej chwili oprzytomniała ): Coś mi się przypomina.
Marysia: Mnie też się coś przypomniało jak się obudziłam. Dziwne wspomnienie, że należałam do drużyny Pozytywni. Naprawdę nigdy nigdzie do niczego nie należałam, bo moim zdaniem trzeba płynąć środkiem rzeki życia, nie przy lewym lub prawym brzegu.
Ilona: Należałam do tej grupy. 
Marysia: Skąd wiesz?
Ilona: Nie wiem. Muszę się stąd wydostać.
Marysia: Wszyscy muszą. Tyle, że siedzimy w zakładzie zamkniętym. Nie da się stąd uciec.
Ilona: Próbowałaś?
Marysia: Po co? Prędzej czy później mnie wypuszczą. Wystarczy, że zacznę gadać to, co chcą słyszeć. Naprawdę dobra taktyka.
Ilona: Pamiętam, jechałam do Sensbezsensu. Nie dotarłam, bo konduktor mnie wyrzucił, a potem.... Nie wiem. Jakaś mgła mi zasłania.
Marysia: Cicho, słyszę kroki naszego stróża.

Do sali wchodzi dyżurująca pielęgniarka.

Pielęgniarka: Co wy tu wyprawiacie po nocy? Spać, bo jak nie, wszystkim dam po zastrzyku.

Pacjentki chowają się pod kołdrami. Nastaje wymuszona, niecierpliwa cisza. Chore lub raczej uznane za chore czekają na wyjście pielęgniarki, by wrócić do rozmów i słodyczy.

Dialog 3.

Miejsce: Mroczna część korytarza w szkole uniwersalnej w Sensbezsensie.

Powoli Rafał i Teresa pogrążają się w coraz bardziej gęstej ciemności, a Andrzej razem z nimi. Brak światła sprawia, że Andrzej podobnie jak wszystko wokół staje się niewidzialny. W dodatku czuje, że traci kształt. Już nie wie, gdzie kończy się jego ciało, a gdzie zaczyna się reszta. Rafał i Teresa też to odczuwają.

Rafał: Nie powinniśmy wchodzić tutaj.
Teresa ( nadal odważna ): Dlaczego?
Rafał: Bo nie mamy latarek.
Teresa: I co z tego?
Rafał: Jak co? Nie widzimy drogi? Nie wiemy gdzie idziemy?
Teresa: Nawet widząc drogę, nie wiemy gdzie idziemy.
Rafał ( myśli ): Zachciało się jej mądrości.
Andrzej ( myśli ): Po co ja za nimi idę. Powinienem wrócić, ale jak w tej ciemności.

Słychać kroki. Ktoś się zbliża. Z tyłu? Z przodu? Z boku? A może wielkie coś? Smok? Wampir? Zombie? Serca brzmią równie głośno jak kroki.

Rosława: Hej, jest tu kto?
Rafał: Kto pyta?
Rosława: Ja, elf Rosława.

Rafał oddycha z ulgą. Teresa zaciska pięści. Andrzej stoi jak słup soli.

Rafał: Rosławo to my: Rafał i Teresa. Pamiętasz nas? Jechaliśmy razem pociągiem.
Rosława: Pamiętam. Co tu robicie?
Teresa: A ty co?
Rosława: Badam korytarz szkolny.
Rafał ( zdziwiony ): Też się uczysz?
Rosława: Raczej oduczam. Już nie potrafię świecić oczami w ciemności, latać i przenikać ściany.
Teresa ( myśli ): No i dobrze.
Andrzej ( myśli ): Kim ona jest?
Rafał: Więc nas nie znajdziesz po węchu?
Rosława ( śmieje się ): Znajdę po intuicji.

Rosława dociera do Rafała. Obejmuje go. Przytula. Teresa zgrzyta zębami, czując bardziej niż widząc, co się dzieje. Andrzej podchodzi bliżej i też się przytula do Rosławy.

Rosława ( cieszy się ): Dwóch was. Miło mi, miło.
Teresa ( ze złością ): Troje.
Rosława ( z niechęcią ): Znów ty.
Teresa: Uciekamy. Przeszkadzasz nam.
Rosława: Uciekacie? Ja też, ale ze szkoły nie da się uciec. Ona jest wszędzie jak wasz bóg.
Teresa: Uważaj, obrażasz moje uczucia religijne.
Rafał: Naprawdę? Niemożliwe. Razem znajdziemy wyjście.
Andrzej: Ale po co? Mnie się szkoła podoba.

Dialog 4.

Miejsce:  Nadal ten sam szpital w Przestrzeni Obok.
Środek nocy. Pacjentki dawno już śpią z wyjątkiem Marysi, która szarpie rękaw pomarańczowej piżamy Ilony.

Marysia: Obudź się. Uciekamy.
Ilona ( budzi się ): Co? Jak? Gdzie?
Marysia ( kładzie jej palec na ustach ) Cicho. Mam klucz. Wychodzimy.
Ilona: Jak to? Skąd?
Marysia: Później ci powiem. Idziemy zanim nasz stróż się obudzi.




P. S. I tak rozwiązałam jeden supełek lecz zawiązałam następny. Co dalej z ucieczką moich bohaterów? Zobaczymy, jeśli chcecie zobaczyć.
Poprzednie części:  
 




  

wtorek, 4 grudnia 2018

Sztucznoręki.

Bohaterowie przychodzą do mnie o różnych porach dnia i nocy. Wśród starych pojawiają się nowi. Nie wiem, czy zostaną przez chwilę czy może zatrzymają się na dłużej. Czy stworzą wokół cienką i krótką pajęczynę czy długą i grubą?

Nie znam autora.

 Po drodze do pracy.

Zazwyczaj Witek tak bardzo spieszył się do pracy, że niczego wokół nie widział i nie słyszał, niczego z wyjątkiem tramwaju lub autobusu, który odwoził go na miejsce, prawie pod same drzwi antykwariatu, w którym kupował i sprzedawał bardziej lub mniej poszukiwane książki. Tego dnia coś się zmieniło. Może z powodu dziwnej letniej aury mimo drugiej połowy października, a może białych smug na niebieskim niebie? W pewnym momencie, dokładnie po środku parku między pomarańczowo-żółtymi dębami, oczy Witka zatrzymały się na siedzącym na ławce mężczyźnie. Niby zwyczajny koleś w niebieskim dresie i okręconym wokół szyi czerwonym szalu z długimi związanymi w kitkę czarnymi włosami.
Jednocześnie jakiś inny niż cała reszta kręcących się po ulicy ludzi. Dlaczego? Witek zatrzymał się na chwilę i to wystarczyło, by wzbudził zaciekawienie nieznajomego. 

- Porozmawiasz? - mężczyzna kiwnął do niego bladą, sztuczną ręką. 
- Chciałbym, ale nie mam czasu.
- Daj spokój. Usiądź.

Witek czuł jak maleje jego opór. Jak przebity balon wznosi się i znika. Pozostała ciekawość. Czemu ten facet wydaje się taki niezwykły? Z powodu sztucznej ręki?

- Ona cię tu przyciągnęła - potwierdził mężczyzna, odsłaniając nienaturalnie białą dłoń. - Mów mi Błażej.
- Witek.
- Lubisz zagadki?
- Zależy jakie.
- Na przykład moja ręka, chcesz wiedzieć skąd się wzięła?

Błażej pogładził sztuczną powierzchnię. Potem spojrzał na Witka z zielonym błyskiem w oku.

- Wypadek?
- Coś w tym rodzaju. Powiem ci, bo jakoś czuję, że ci się przyda. Rękę sobie odciąłem kosą na wsi. Musiałem, inaczej oni, by mnie zabili prędzej czy później.
- Jacy oni? 
- Przekonasz się. No, idź już, bo się spóźnisz. 

- Co? - oburzył się Witek. Właśnie teraz, gdy praca stała się nieważna, nieznajomy odwracał się od niego. Jakby nagle przypomniał sobie, że zostawił zupę na gazie. Wstał. Poprawił swój dres i bez słowa się oddalił, ani razu nie patrząc za siebie na Witka, który nadal stał ze swoim co na ustach. Minęła długa chwila zanim Witek się otrząsnął, wrócił do siebie i czasu sprzed paru minut, gdy jeszcze się spieszył. Tyle, że czas był inny. Podobnie jak Witek. Stare komórki ciała umarły. Pojawiły się nowe. Coś się skończyło i coś się zaczęło.

Drugie spotkanie.

Po raz drugi Witek spotkał Błażeja przy przejściu dla pieszych. Oparty o stary niebieski rower z torbami wszelkiego rodzaju złomu kojarzył się z bezdomnym alkoholikiem. Jedynie aura wokół niego nie pasowała do wyobrażeń. 

Gdy zmieniło się światło, przeszli na drugą stronę. Błażej się nie odzywał jakby Witek był dla niego kimś obcym. Pewnie skręciłby w swoją stronę, gdyby ten nie pociągnął go za rękę, tą zwykłą, cielesną.

- Pamiętasz mnie?
- I co z tego?
- Nic. Może ci pomogę - Witek wskazał złom.
- Nie trzeba. Dam radę.
- Powiedz chociaż dlaczego mnie wtedy zaczepiłeś?.
- Ech, sam już nie pamiętam. Chyba mi odbiło albo byłem pijany.

Błażej odganiał się od Witka jak od obrzydłej muchy. Dziś nawet przez chwilę nie chciał się dzielić słowami. 

- Spieszę się - pociągnął rower w drugą stronę.
- Zdążysz. Najpierw mi powiedz - nalegał Witek. - Zresztą, kupię od ciebie ten złom.
- I co z nim zrobisz? Pokażesz go swojej dziewczynie? A może choinkę przystroisz? 

Dziwne, ale Błażej nie okazywał zainteresowania pieniędzmi, a przecież szedł sprzedać złom.

- Dobra, pójdę z tobą - zdecydował Witek.
- Uparty jesteś - uśmiechnął się Błażej. - Okey, wygrałeś. Wtedy na ławce wydałeś mi się inny, jakiś wyjątkowy, ale to była iluzja. Rozumiesz? Jeszcze jedno życiowe złudzenie, bezsens. Dlatego powiedziałem, żebyś sobie poszedł.
- Ale wcześniej powiedziałeś mi o ręce.
- Pomyliłem się. Wybacz. A teraz naprawdę sobie idź, bo sprowadzisz na siebie nieszczęście - Błażej odepchnął Witka sztuczną ręką. Jednak Witek szedł dalej. 
- Jak się nie odczepisz, to cię walnę.

Błażej podniósł kamień z chodnika. Duży, okrągły, świecący dziwnym brązowym światłem. Witek się przeraził. Nagle zdał sobie sprawę, że nie zna Błażeja. Może to niebezpieczny wariat, bo kto normalny grozi kamieniem drugiemu człowiekowi, który chce tylko porozmawiać.

Coś się zmieniło jeszcze bardziej. Nowe komórki zastąpiły stare. Tajemnica na dobre zagościła w Witku i drążyła w nim coraz większą dziurę.


P. S. Przy okazji we mnie również. Może jednak to cienka nić pajęcza, którą można zerwać? Ciekawi, czy nie?