piątek, 30 maja 2014

Szatan grasuje.



Dzisiaj moje główne pytanie brzmi, jest czy nie jest? 
Kolejne życie po śmierci? Jeśli jest to dlaczego? Po co? Jeśli nie ma to co dalej? 
Następne pytania nasuwają się same. I są bardzo proste.
Komu i dlaczego zależy na szerzeniu wiary w reinkarnację?
Na to pytanie w zasadzie nie muszę odpowiadać, bo odpowiedź jest już w tytule. 
Nic dodać, nic ująć. Może tylko jeszcze jedno pytanie. Czy ja sama wierzę w reinkarnację czyli inaczej jestem zagubioną katolicką owcą? Czy może skłaniam się do poglądów szanownej siostry, która przecież w Indiach była i wszystko widziała. 
A ja nie byłam, więc może ona ma rację.
Za chwilę odpowiem na wszystkie pytania. Może nawet dodam trochę nowych. 
To mam nadzieję, będzie tekst pełen pytań i różnych odpowiedzi.
Gotowi? Zapiąć pasy. Lecimy.
Na początek słowa mocne jak głazy, kamienie, którymi kiedyś rzucać chcieli ci ,,dobrzy,, w tego ,,złego,,. Płeć przy tym nieważna. Ważne, że rzut kamieniem się uda i kamień trafi w najsłabsze miejsce tego o innych poglądach. Nie masz racji i dostajesz za to, że racji nie masz. To my rację mamy i monopol na naszą prawdę.
W Polsce jak mówi zakonnica Michaela istnieje specjalna pigułka, dla tych co jadą do Indii. Nie ma ona oczywiście żadnego związku z prawdziwą rzeczywistością. 
O tym przekonała się siostra, studiując pisma różne. Najpierw oczywiście poznała hinduski, by czytać w oryginale, potem angielski. Prawda, że mądra ta Michaela. A może ja coś pokręciłam i ona tylko zna angielski.
W każdym razie mądrzy ludzie i ważni przyjeżdżali z ówczesnego ZSRR do Indii, żeby tam poznawać hinduską filozofię. Skąd to wie nasza kochana polska siostra? Zaraz zobaczymy, czy coś o tym powie. Nie wiem jeszcze, bo dopiero zaczęłam oglądać te prawdy objawione.
Na pewno, zdaniem mądrej siostry Hindusi jeździli do ZSRR, by poznać bardzo popularny wtedy marksizm. Kawałek dalej dowiadujemy się, że siostra miała propozycję współpracy z człowiekiem od spraw wyznań.
Cieszę się, że nie była to propozycja seksualna, bo wtedy, wybaczcie, zostałabym z gównem na patyku, bo o czym bym napisała.
To bardzo ciekawe. Jak ostatni numer ,,Fantastyki,, , a może nawet jak reklama na bilbordzie. Zakonnica szpiegiem hinduskiej religii i filozofii. Przeczytalibyście, bo ja chętnie. Dlaczego zakonnica szpiegiem nie została? Za to się przecież dostaje grube pieniądze.
Michaela na moje szczęście nie wybrała kariery szpiegowskiej i teraz dzięki temu może nam przedstawiać swoją własną historię i swoje pytania, które zadane w odpowiednim momencie miały zastąpić ateizm, bo jak jej powiedział pewien też mądry pan: ateizm nie przetrwa. 
Te pytania są konieczne, żeby mogła przetrwać ateistyczna władza tzn. ja to tak zrozumiałam i może coś pokręciłam.
A pytania: skąd życie, dokąd i co po życiu?
Przyznacie, że bardzo dobre pytania i te pytania właśnie miały zastąpić ateizm, który raczej takich pytań nie zadawał.
Dalej pada hasło dość trudne. Z trudem je odczytałam i niestety znalazłam tylko w jednym miejscu w internecie, co to takiego.
Tutaj to znajdziecie. Informacje na temat szkodliwej sekty, która zaplanowała zmianę ateizmu na inne wyznania. 
Wiara w reinkarnację zniszczy chrześcijaństwo. I co wtedy będzie? Sodoma i Gomora.
To tak jakby otworzyć klatki z kurami na kurzej fermie i krowy spuścić z łańcucha. 
Wszystko zjedzą i nic nie będzie. Ludzie umrą z głodu. 
Wyobrażacie sobie coś takiego, bo ja nie bardzo. Chyba już lepiej teraz przejdę na bretarianizm czyli sztukę niejedzenia, żeby potem przeżyć tę globalną katastrofę.
Zastanawiam się, czy dalej to komentować jest coraz gorzej. Niewiedza siostry na temat reinkarnacji może u kogoś takiego jak ja doprowadzić do alergii skórnej. 
W najgorszym wypadku do zawału serca.
I tak wbrew własnym regułom jeszcze przed całkowitym końcem mojego długiego komentarza do poglądów prezentowanych przez Michaelę, a tym samym również przez kościół katolicki, już prawie wiecie, co ja myślę na ten temat.
Czy reinkarnacja jest tym samym, co wcielanie ,, w jakiegoś stwora,,? 
Czy wierząc w reinkarnację tracimy zbawienie, bo nasza nadzieja powinna być nie w życiu po życiu, ale w śmierci, a raczej w zmartwychwstaniu w wersji katolickiej?
Mówiąc w ten sposób o reinkarnacji moim zdaniem i za przeproszeniem wszystkich katolików robimy z siebie idiotę, kretyna, który wie, że lampa jakaś świeci, ale gdzie i jaka tego niestety nie wie. Może tak trochę informacji z mojej strony. Informacji, które być może nie będą się Wam podobać szanowni katolicy.
Tutaj   znajdziecie informacje na temat hinduizmu i jego wierzeń. Skąd się wzięły i kiedy? Która religia jest starsza? Hinduizm czy chrześcijaństwo? Jakie są święte pisma? 
Będzie też o tym, że ludzie ponoszą konsekwencje swoich działań i dlatego wracają na ziemię w kolejnych wcieleniach.
Z mojego punktu widzenia wszystko jest jasne, gdy znamy prawa karmy i reinkarnację. Wtedy, widząc dziecko z autyzmem lub chore od urodzenia, nie możemy, tak po prostu powiedzieć, taka była nieznana wola Boża. Nie wiem, bo zamiast logicznego myślenia mam w umyśle ślepą wiarę.
Nie wiem dlaczego tamten człowiek ma zawsze z górki, a ten drugi pcha ciężki kamień pod górę.
W hinduizmie wszystko jest jasne. Nie powiem oczywiście, że zgadzam się z podziałem kastowym wyrastającym wprost z wiary w reinkarnację. W takiej urodziłeś się rodzinie i tym musisz być, ale czy w Indiach się to wszystkim podoba. Jestem pewna, że nie. 
Są na pewno tacy, którzy chcą to zmienić. 
Tylko tam i w krajach, w których istnieje wiara w reinkarnację, spotkacie naprawdę mądrych ludzi, od których wiele się dowiecie.
A od księży z kościoła katolickiego jedynie, co jest w Nowym Testamencie. 
I jeszcze, jak masz lub nie masz kochać się ze swoim mężem lub żoną. 
Czego w tym czasie używać, a czego nie. Na pewno nie prezerwatyw, ani tym bardziej tabletek antykoncepcyjnych. Wszystkie katolickie porządne kobiety zaglądają do swoich kalendarzyków i patrzą na swoje termometry. Inaczej zabronione. Seksu dla przyjemności nie ma ani trochę. 
Wybaczcie, że spłycam temat, ale kiedyś, gdy jeszcze byłam katoliczką właśnie to rzuciło mi się w uszy najbardziej. Odpowiedzi na zadane na początku przez zakonnicę pytania nie było dla mnie sensownej. Nie było jej w Nowym Testamencie, który uznają katolicy. Odpowiedzi o sens życia i życie po śmierci znalazłam w starszych religiach tak chętnie atakowanych przez kościół katolicki.
Najgorsze jest dla mnie w tym wszystkim, to że tak chętnie. 
Gdy tymczasem tamte religie pozwalają by obok nich żyły inne. Oczywiście one też nie są święte i też walczą z innymi. zdarza się, ale pomyślcie czy u nas w Polsce mamy jakieś inne religie oprócz katolicyzmu. Jeśli są to są małe i mało znaczące. 
Księża z łatwością je atakują. Niszczą na wszelki intelektualny sposób, bo już nie ma Wielkiej Inkwizycji, która szybciej, z tym wszystkim zrobiłaby porządek. 
Prawdziwą czystkę w imię tej jednej jedynej właściwej religii. Religii narzuconej nam od urodzenia i trwającej aż do grobowej deski. Chyba, że jest ktoś taki jak ja, który nie wierzy w popularne powiedzenie: w takiej religii się urodziłam/em i w takiej muszę zostać. 
Który naprawdę szuka odpowiedzi na pytanie o sens życia. I skąd się życie wzięło.
Czy odpowiedziałam na pytania zasadnicze? Jak Wam się wydaje? 
A jaki jest mój stosunek do prawdy objawionej przez siostrę? Odpowiem pewną metaforą. 
Kiedyś pewna kobieta przyśniła mi się z drzwiami na głowie. 
Co sen oznacza? Sami dojdziecie do tego. Z pewnością bez mojej pomocy.
Dodam jeszcze jedno pytanie na koniec, zwłaszcza dla Was katoliccy entuzjaści.
Czy można zabić energię, która jest we wszystkim? I drugie, pytanie dodatkowe.
Czy ta energia zabita już nigdy się nie pojawi? Może tylko kiedyś zmartwychwstanie?
Czy rzeczywiście na pewno jest tylko jedno jedyne życie?
To już naprawdę było ostatnie pytanie.

Tag:  Społeczne, Obyczajowe, Religie   

niedziela, 25 maja 2014

Peruka mojej mamy.


Pomyślałam sobie, że napiszę coś z okazji zbliżającego się święta matki.
Nie będzie to nic sentymentalnego. Żadne lukrowate wspomnienia, laurki, serduszka, cukierki itp. bzdurki. Co oczywiście nie znaczy, że swojej mamy nie kocham. Nie wręcz przeciwnie, ale...
Ja jak to ja lubię coś napisać inaczej niż ogół się tego po mnie spodziewa.
Po co jednak tyle się tłumaczę. Szkoda czasu. Przejdźmy do sedna.
Peruka mojej mamy to taka szczególna rzecz, do której często wracam swoją pamięcią, bo teraz oczywiście już tej peruki nie ma tzn. nie ma na głowie mojej mamy. Gdzieś tam w szafie z środkami przeciw molom i innymi starociami i przydasiami czyli ubraniami, które kiedyś tam się założy, może jeszcze przed śmiercią, spokojnie sobie leży. Leży i może wzdycha do lepszych czasów, kiedy była na głowie mamy.
Mama zakładała ją na wszystkie szczególne okazje. Wyjście do teatru z tatą moim oczywiście, bo przecież nie myślicie chyba o jej ojcu, wyjście do kina i...
Niestety też wyjście do mojej szkoły na zebranie szkolne.
Zakładała więc moja mama perukę. Malowała usta jaskrawym czerwonym kolorem i wychodziła. Wychodziła całkowicie pewna, że wygląda jak boska Marlinyn Monroe.
Nikt jej mówił jak wygląda naprawdę. Jej lustro nie było magiczne i milczało w tej i w każdej innej sprawie. Nigdy nie przemówiło jak to w bajce do złej macochy królewny Śnieżki.
Dlatego moja mama nie wiedziała i nawet nie przypuszczała jaki jest jej prawdziwy wygląd. 
Jaką naprawdę ozdobą jest jej peruka.
Zakładała ją po prostu i szła, tam dokąd miała iść. Na przykład do szkoły.
W szkole na zebraniu wiele mam i tatusiów patrzyło na jej perukę.
Mama myślała sobie o jak pięknie wyglądam. Tymczasem...
Pewnego dnia byłam u mojej najbliższej koleżanki ze szkoły, która siedziała ze mną w tej samej ławce.
W przerwie między naszą  jedną, a drugą zabawą, poszłyśmy coś zjeść do pokoju rodziców koleżanki.  
I tam tak sobie porozmawiałam o peruce mamy z mamą koleżanki:
-Czy Twoja mama Aniu pochodzi ze wsi?-Zapytała grzecznie mama mojej koleżanki.
Oniemiałam. Nie wiedziałam, co powiedzieć.
-Dlaczego pani pyta?-Zapytałam jak już doszłam do siebie.
-Widzisz-Odparła-miała ostatnio coś takiego na głowie.
-Co?-Byłam ciekawa.
-Nic takiego. Peruka jakaś taka...
Jaka myślałam, ale następnego pytania już nie zadałam. 
Wtedy jeszcze byłam zbyt nieśmiała, żeby drążyć ten jakże dla mnie delikatny temat. 
Czułam, że robię się czerwona i jedyne słowa, które mi przyszły do głowy brzmiały:
-Ani moja mama, ani mój tata nie są ze wsi.
Teraz bym tego nie powiedziała. Tylko coś zupełnie innego:
-Moi rodzice są ze wsi. Mama kupiła tą perukę w małym wiejskim sklepie. Obok peruki na półce leżał chleb, a trochę dalej mięso. Obok mydło i dżem i jakaś jedna czekolada.
Mama kupiła perukę i wsadziła ją do torby z chlebem. Potem jedliśmy ten chleb i od czasu do czasu wyjmowaliśmy z zębów włosy z tej peruki, które zostały na chlebie.
Tak bym dzisiaj powiedziała mamie koleżanki. I naprawdę żałuję, że tego już nie mogę powiedzieć.    Nie mogę wsiąść do machiny czasu i wejść w swoje dawne szkolne ciało i porozmawiać raz jeszcze z mamą koleżanki o peruce mojej mamy.
Och, było minęło. Dzisiaj śmiejemy się z mamą z tej peruki, którą kiedyś nosiła.
-Dlaczego mi nie powiedziałaś?
-Byłam zbyt głupia.
Zresztą jakie to ma dziś znaczenie. Dawny wygląd mojej mamy, czy obecny jej wygląd. Moja mama i tak jest najpiękniejsza na świecie. Chyba nie macie wątpliwości.
P.S. Wszystkiego najlepszego wszystkim mamom życzę.
Bardzo ważna informacja, o której zapomniałam. Moja mama ma i miała ładne włosy. Nie wiem, dlaczego zakładała perukę.

Tag: Z życia, Obyczajowe

piątek, 23 maja 2014

Jak przestać się odchudzać?


Takie pytanie zadałam sobie, gdy znalazłam się w jednej z facebookowych grup. 
Znalazłam się nagle i niespodziewanie czyli nie było to moje celowe działanie. W grupie umieściła mnie jedna z moich znajomych.
Na początku grzecznie zapytałam, czy ja akurat pasuje do tej grupy. Ja, która o odchudzaniu nie mam zielonego pojęcia. Znajoma twierdziła, że tak. Jednak do tej pory nie napisałam nic na temat odchudzania. A dlaczego?
Zwyczajnie jak to ja od razu podeszłam do tematu od całkiem innej strony.
Po co właściwie się odchudzamy?
Po to, żeby robić wrażenie na facetach-kobiety, na kobietach- faceci lub całkiem odwrotnie, jeżeli nie jesteśmy heteroseksualni.
W większości przypadków o to właśnie chodzi i o nic innego. Wrażenie, wrażenie i jeszcze raz wrażenie na tej drugiej, na tym drugim.
Oczywiście jest jeszcze inna grupa ludzi. Ci odchudzają się dla siebie, dla zdrowia i dobrego samopoczucia, a nie po to, żeby komuś tam się podobać. Na pewno taka grupa jest.
Niezależnie od tego do jakiej należycie grupy, ten tekst będzie dla Was wszystkich tzn. mam taką nadzieję, a co z tego wyjdzie, zobaczymy.
Chodzi o to, że tak naprawdę wcale odchudzać się nie musicie, ani trochę. 
Chyba, że Wasza tusza doprowadziła już do tego, że bez pomocy dźwigu nie wyjdziecie z domu. 
W takim wypadku odchudzanie jest wskazane nawet w błyskawicznym tempie. 
A więc na pewno jest jakaś granica, do której można jeszcze tolerować swoją wagę. 
W związku z tym ten tekst nie jest dla skrajnych przypadków. Ludzi chorych z powodu swojej wagi. 
 To co teraz napiszę będzie dla tych, którzy ze zdrowiem nie mają problemów. 
Chyba tylko takie, że z powodu swoich kilogramów, które noszą w brzuchu i na swoim grzbiecie, zaczynają głupieć, czytaj odlatywać w całkiem inną przestrzeń.
Zamiast żyć normalnie, patrzą tylko w lustro i ciągle pytają ile jeszcze i kiedy wreszcie. 
Kiedy spojrzy na mnie przystojny facet, fajna babka i nie odwróci się z obrzydzeniem. 
Wręcz przeciwnie jego wzrok zawiesi się na mnie i już przez cały dzień o niczym innym nie będzie myślał, tylko o mnie. 
Kiedy wreszcie założę tę bluzkę o dwa numery mniejszą? Kiedy spojrzę na siebie i ujrzę wychudzoną seks bombę, do której niejeden projektant się uśmiechnie? Ile jeszcze kilogramów muszę schudnąć, żeby móc wreszcie powiedzieć, to jest to? To jest szczęście. Jestem zadowolona, zadowolony. Teraz moje życie potoczy się samo we właściwym kierunku. 
Na te wszystkie wzdychania do lustra i mniejszych niż powinny być ciuchów, ja mówię nie.
Moje szczęście nie będzie zależało od kilogramów. Nie, na pewno.
Ale cóż ja się po prostu wymądrzam, bo nigdy gruba nie byłam i naprawdę nie wiem, co to znaczy otyłość. Z czym to się je z masłem zwykłym czy orzechowym, a może zwyczajnie wrzucone do zupki-owsianki. Nie wiem. Przyznaję szczerze. Nie mam pojęcia.
Wiem tylko, że mimo Waszych dobrych chęci uroda przeminie. Czas ją zniszczy.
 I Wy przemądrzałe modelki i dziewczyny, którym się wydaje, że tylko piękno powinno istnieć, będziecie starymi babami. I co wtedy zrobicie? Powiesicie się na drzewie? Czy może utopicie się w szklance kawy? 
Tak bardzo jestem ciekawa, co te zadowolone z siebie supermanki zrobią, jak już ich starość nadejdzie. I może z tej ciekawości poradnik napiszę p.t. jak skutecznie zakończyć życie z dedykacją dla młodych i zarozumiałych panienek.
No, to się wyżyłam, a teraz do rzeczy. Bardzo poważnie.
Myślę, że Ci, którzy mimo takiej czy innej wagi potrafią kochać siebie, szanować innych ludzi, przede wszystkim siebie, promieniują swoją mądrością na zewnątrz czyli środek jest zawsze najważniejszy. Nasze wnętrze. Nasze myśli. Niekoniecznie nasza waga.
Oczywiście dieta jest bardzo ważna. Trzeba dbać o siebie i nie wpychać w siebie ciągle różnych śmieci, bo nie jesteśmy workami na śmieci.
Ale nie przesadzajmy, bo i tak jeśli źle o sobie myślimy, szczupła sylwetka nic nam nie pomoże. 
W ten czy w inny sposób ludzie wyczują, zauważą, że chociaż niby jesteśmy ładni, ale tak jakby czegoś nam brakuje. I w odwrotną stronę jakaś brzydota w niemodnych ciuchach dziwnie promieniuje, jakby się w niej ukryło małe słońce. Nie wiemy dlaczego chcemy obok niej siedzieć, być z nią w tej samej przestrzeni, a może nawet razem z nią skoczyć z balkonu.
Oczywiście nie zawsze jest tak ze wszystkimi ,,brzydkimi,, i wszystkimi ,,ładnymi,, 
Nie ma na to jednej reguły.
Mimo wszystko jednak uważam, że trzeba więcej uwagi zwrócić w inną stronę, inne miejsce niż to,  
 w którym znajduje się nasza waga. Nasze wnętrze to jest właściwa strona, właściwy kierunek. 
O to trzeba zadbać przede wszystkim, a nie o kalorie.
P. S. Dodam jeszcze wygląd zewnętrzny też jest bardzo ważny. Nie możemy oczekiwać zachwytów innych jeśli mamy na sobie jakieś brudne łachy i na kilometr cuchniemy cebulą.

Tag:   Psychologiczne, Obyczajowe

sobota, 17 maja 2014

Telegonia - co to takiego?



Film znalazłam kilka dni temu na YouTube. Zrobił na mnie duże wrażenie. Dobre i złe. A dlaczego?
Dojdziemy powoli i do tego. Ostatnie refleksje jak zwykle na końcu. Ostatnie i najważniejsze.
Pierwszym moje pytanie, pytanie, które sobie zadałam po obejrzeniu filmu, brzmiało: 
czy ja mam w to wierzyć?
Ponieważ jestem wagą nie podam konkretnej odpowiedzi tak lub nie, tylko coś pomiędzy. 
Nie biały. Nie czarny. Szary. Tak właśnie widzę rzeczywistość. Nie ma konkretnych odpowiedzi na wszystko. Nauczycielom ze szkoły owszem może się tak wydawać. 
Ale ja nie jestem nauczycielką i dla Was też nie mam zamiaru odgrywać tej roli. Do Was należy wybór wierzyć, nie wierzyć i co z tym zrobić. Ja tu podam tylko swoje luźne refleksje i nic więcej.
Nie wierzę, bo nie chcę wierzyć, a jak jest naprawdę, nie wiem. 
Pilnowanie swojej cnoty ze względu na swoje przyszłe dzieci pachnie mi trochę zepsutym serem, szowinizmem w czystej postaci. 
Nam mężczyznom wolno, a tobie kobieto ani trochę. Weź sobie lepiej modlitewnik albo robótkę na szydełku. Możesz ewentualnie szalik zrobić na drutach, ale puszczać się to ty na pewno nie będziesz. Nie będziesz żadnych rozkoszy cielesnych przeżywać, bo dla ciebie to grzech. Tylko my czyści nieskalani jabłkiem drzewa dobrego i zła możemy. Na pewno nie Ty złotko.
Do tego sprowadza się ten temat, przynajmniej dla mnie feministki, którą jestem i nie jestem, ale to już inny temat.
W każdym razie drogie kobiety ja nie uważam, że musicie za wszelką cenę pilnować swojej cnoty. Jednak kierujcie się rozsądkiem i nie idźcie do łóżka z byle jakim frajerem, bo potem będziecie przez resztę życia winić się za to, co zrobiłyście, a na oczyszczające modlitwy i afirmacje może wcale nie traficie.
Z drugiej strony, nie myśląc o dzieciach, a jedynie o sobie, coś jest w tej teorii. 
Jeśli odrzucimy nasze oburzenia na facetów, którzy nam narzucają bycie skromną panienką i wszelkie inne feministyczne poglądy, na pewno znajdziemy coś więcej. 
Intymny kontakt z drugą osobą zostawia ślad w jakieś części nas samych niezależnie od naszej płci i tego co my myślimy na ten temat. Z własnego doświadczenia wiem, że te osoby, z którymi mieliśmy jakiś ważny kontakt niekoniecznie powiązany z seksem, zostawiają w nas coś, czego nazwać się nie da. Pojawiają się w naszych snach. Uciekamy od nich lub dyskutujemy z nimi. 
Jeśli już nie możemy na jawie to we śnie. Dopóki nie oczyścimy się z tych i innych znajomości długich i krótkich, będą nas męczyć te osoby, którym pozwoliliśmy na zbyt wiele. Na seks, na rozmowy z nami, na coś, co się zapisało w naszych matrycach energetycznych, bo było dla nas ważne.
Czy to znaczy, że mamy unikać wszystkich ludzi i nie pozwalać sobie na seks, nawet wtedy, gdy czujemy, że jest nam potrzebny?
Chociaż znam prawa karmy, a teraz jeszcze film o telegoni i znam wszystkie przykazania i te kościelne i te pozakościelne, bo pochądzące z innych religii, powiem nie na zadane pytanie.
Dlaczego zawsze mamy sobie wszystkiego odmawiać? Dlaczego musimy być pustelnikami i cnotliwymi panienkami, żeby sobie zasłużyć na prawo wejścia do nieba?
Podobno życie jest grą i każdy może w nią zagrać. 
Po co aż tak bardzo martwić się o matryce energetyczne? 
Co ma być i tak będzie, niezależnie od naszych planów i naszego martwienia się o swoją energetykę.
Nie odrzucam czekolady, gdy ktoś mnie ją częstuje, chociaż wiem, że po niej mogą mnie boleć zęby, brzuch i wzrośnie poziom cukru w organizmie. Na tej samej zasadzie nie odrzucę ciekawej propozycji seksualnej. Może potem będę żałować tak jak tej czekolady, gdy usiądę na fotelu dentystycznym. 
A może będzie inaczej odrzucę czekoladę, seks i przez całe późniejsze życie będzie mi przykro, że czegoś nie zrobiłam. 
Moja ciocia powiedziała mi kiedyś. Nie kupowałam czekolady, kiedy mogłam ją jeść, bo szkoda mi było pieniędzy na nią wydawać. Teraz kiedy mi pieniędzy nie szkoda, nie mogę już jeść czekolady.
Te słowa wyryły się głęboko w mojej pamięci. Nie powiem już grać nie mogę, bo mam zasady i boję się o swoje matryce. Boję się o swoją karmę. 
Nie. Chcę zjeść moją czekoladę, bo mam na nią ochotę, a potem będę się martwić o zęby.
Jak widzicie nie przejmuje się teoriami przedstawionymi w filmie. 
Nie zastanawiam się, czy są prawdziwe. Nie męczy mnie pytanie kim jestem i kim będę, jeśli zjem tę czekoladę.  Dla siebie samej jestem Atmą, duszą niezmienną. Tylko moje ciało, umysł są w różnych życiach różne.
Nawet jeśli kiedyś będę musiała zapłacić za czekoladę, powiem i tak było warto.
P.S. Każdy z Was sam musi zdecydować, czy jeść czy nie jeść czekoladę. 
Czy pozwolić sobie na seks czy nie. 
Ja nie jestem nauczycielką i Wam nie odpowiem na pytanie, co macie myśleć o czekoladzie i nakładaniu się matryc energetycznych dwóch kochających się osób?

Tag: Fantastyczne, Seks, Obyczajowe, Psychologiczne
  



środa, 7 maja 2014

Czy warto wybaczać?


 To bardzo trudny temat. Jestem pewna, że większość z Was nie zgodzi się z tym, co za chwilę napiszę. Nie musicie się zgadzać, a ja nie muszę pisać tak, jak Wy byście chcieli żebym pisała. 
Mam prawo mieć tak jak Wy swoje własne poglądy.
To tak tytułem wstępu, a teraz przejdźmy do meritum sprawy czyli skąd wziął się ten temat.
Niedawno obejrzałam filmik umieszczony na YouTube p.t. ,,Konsekwencje zdrady,,. 
Link do filmu podam na końcu. Film jak film wywołał pewne emocje, dość silne, by się nimi podzielić 
z Wami. Co to były za emocje domyślicie się sami albo wyczytacie z tekstu, bo być może wspomnę 
o nich wprost nieco dalej.
Zacznijmy od początku. Dla Was obejrzę film jeszcze raz, by móc go skomentować na bieżąco, ale Wam nie radzę oglądać go kilka razy. Dość w życiu stresu mamy. Zapytacie pewnie, czy film jest tak bardzo stresujący. Odpowiem, zależy od Was samych.
Ładny obrazek. Ładna muzyczka. Tekst z każdą chwilą coraz bardziej okrutny. Może tego nie widać, ale to się czuje. Ogólna myśl przewodnia: zbyt łagodnie traktujemy tzw. złych ludzi.
Przykład łagodnego traktowania: dziewczyna zdradzona przez chłopaka. Ufała mu, a on, co zrobił? Sprawa stara jak świat i znajdziecie ją we wszystkich książkach dla biednych dziewczynek i chłopczyków. 
Chłopak odszedł na chwilę do przyjaciółki swojej dziewczyny. Nagły impuls, fatalne zauroczenie? Takich szczegółów z tego filmu się nie dowiecie, bo i po co. Autorowi chodzi o co innego. 
O przyjaciółce i karze dla niej też nic nie mówi. Skupia się głównie na chłopaku, który sami przyznacie, obrzydliwie postąpił. 
Co zrobić z takim chłopakiem? Wybaczyć mu? Dać mu następną szansę? 
Dziewczyna szansę dała, ale jak to zdaniem autora bywa w większości przypadków, chłopaka to nie zmieniło i dalej ją zdradzał. 
A co my powinnyśmy zrobić w tej sytuacji?
 Przecież już na samym początku macie odpowiedź. Nie bądźcie tacy łagodni. Nie wybaczajcie. Nie ufajcie. Nie wierzcie. Wtedy na pewno już Was ta osoba nie skrzywdzi, a w dodatku będzie miała nauczkę, że nikogo krzywdzić nie można bezkarnie. Jeśli skrzywdzi poniesie konsekwencje. Bardzo bolesne konsekwencje. 
I co? Wszystko wydaje się w porządku, nieprawdaż? Chłopak powinien być ukarany i nie tylko za to, co zrobił, ale również za to, że jest socjopatą. 
Zaraz sprawdzimy, co to takiego ten socjopata. Tu sobie zajrzyjcie i zastanówcie się, czy chłopak mieści się w tej definicji. http://uciekamydoprzodu.blog.pl/socjopata-ktoz-to-taki-katalina/
Moim zdaniem zdradzanie wielokrotne to zbyt mało, żeby kogoś określać tym mianem. 
Czy na pewno wiemy, dlaczego zdradza? Czy my go znamy?
Nie. Znamy tylko opowieść na jego temat i tej nieszczęsnej dziewczyny. 
Poza tym nie znamy siebie, jak możemy znać innego człowieka. Jeszcze jedno, czy wielokrotne zdrady popełniają tylko socjopaci? Przede wszystkim oni. Ludzie nie przestrzegający norm społecznych. Jednak...
Jest pewne jednak. Dla większości, tych co film oglądają, całkiem niewidoczne. 
Są też inni ludzie zdradzający wielokrotnie. Są na pewno.
Wyobraźcie sobie taką sytuację. Całkiem fantastyczną. Dziewczyna ma męża i jest w tym związku szczęśliwa. Niczego jej nie brakuje. Ma dzieci. Całkowicie spełniona. Nagle poznaje innego faceta. Wszystko jedno gdzie. To nieważne. Najpierw są zwykłe rozmowy. Potem zaczyna się przyjaźń. W końcu jednak częste kontakty przyjaźń zmieniają w coś więcej. Dziewczyna odkrywa niespodziewanie, że może kochać 2 mężczyzn jednocześnie. Decyduje się złamać zasady dla nowo poznanego faceta. 
Czy jest socjopatką? 
Dla autora filmu nie ma wątpliwości. Dziewczyna tak jak i chłopak z filmu ma skłonności do zdrady, do łamania norm społecznych. Kim może być jeśli nie socjopatką? Czy są jakieś inne możliwości i najważniejsze, czy mąż, który później dowiaduje się o zdradzie może jej wybaczyć? Oczywiście odpowiedź brzmi nie, jeśli mężem jest autor filmu. W przypadku innych mężów odpowiedź nie jest taka prosta. Niestety takie odpowiedzi nigdy nie są proste, bo życie to nie bajka dla grzecznych dzieci. Chciałoby się, żeby tak było, ale tak nie jest. Tutaj nie ma jednoznacznych odpowiedzi. Nie ma wyłącznie czarnego i białego koloru. Kolory są wymieszane. Od nas samych zależą nasze odpowiedzi. Zwłaszcza te, które łatwe nie są.
Czy wszystkich trzeba karać tak jak poleca autor filmu? Oczywiście tak, jeśli myślimy, że jesteśmy panami świata i wszystko wiemy. Zawsze każdą sytuację potrafimy dokładnie obejrzeć z każdej strony. Do nas ten świat należy. My wyznaczamy granice i normy społeczne. Mamy prawo osądzać ludzi, bo poza nami nikogo nie ma. Bóg nie istnieje. Bóg to tylko słabość słabych ludzi. Mocni, twardziele go nie potrzebują. Tak więc sądy należą do nich na pewno nie do niego. On nie jest dla nich przyczyną tego świata, bo dla nich świat nie ma przyczyny. 
Powstał z niczego. Wszystko z niczego powstało. Jest tylko jedno życie. Są w tym życiu zasady, których twardziele się trzymają. Nie ma zmiłuj się dla tego, co złamie zasady.
 Autor filmu należy do twardzieli, a ja też jeśli tak go osądzam. Nie, błąd. Nie osądzam. Nie mówię przecież zróbcie z nim porządek, a jak złamie zasady powieście go od razu. Nie dawajcie mu żadnej szansy. Nie mówię tak. Ja go tylko oceniam, a że wierzę w Boga, przyczynę tego świata, jemu, nie ludziom zostawiam jego osądzanie.
Ja jestem, jak widzicie ta dobra, co złych tłumaczy. Możecie na mnie ,,psy wieszać,, bo przez takich jak ja zło macie na świecie. Zamiast eliminować złych tak jak ,,wspaniały,, autor filmu, daję im pozwolenie na życie. Wybaczam 1, 2, nawet milion razy. Jestem przeciwko zabijaniu. Pozwalam, by ten, co mnie zgwałcił, jadł sobie smaczne danie w wygodnym więzieniu. Ten, który nazwał oszustką śmiał się ze mnie, że udało mu się mnie obrazić. Ten, co ukradł mi rower, przyszedł i mnie zabił.
Przesadzam? Ani trochę. Po prostu chcę Wam tylko pokazać swój punkt widzenia.
Namaste. Wszystkim wybaczam, bo wierzę w Boga i w to, że On kiedyś powie mi to samo. 
Anno, ja Ci wybaczam, a ponieważ wierzę w reinkarnację doda do tego jeszcze parę ważnych słów dla mnie. Nie musisz już wracać na Ziemię i jeszcze raz oglądać ,, Konsekwencji zdrady,,
To już koniec. Do tych słów nic dodać nie można. Chciałam może trochę inaczej to napisać i wszystkie 3 części zdrady dokładnie przeanalizować, ale po co. Po co mam się męczyć oglądając to po raz nie wiadomo który. I tak wiadomo. Jestem z innego bieguna niż autor. 
Możecie to sobie wytłumaczyć w prosty sposób. Nikt mnie nie zdradził. Nikt nie skrzywdził w poważny sposób. Możecie sobie moich poglądów nie tłumaczyć wcale. Możecie też wytłumaczyć je sobie moją filozofią życia, wiarą w Boga, wiarą w to, że coś się zdarzyło, bo tak miało być. Spotkało nas coś , na co sobie zasłużyliśmy, co przyciągnęliśmy do siebie, co sami wytworzyliśmy swoim oczekiwaniem, podświadomymi intencjami i trudno powiedzieć, czym jeszcze.
Nieważne, co myślicie. Podzieliłam się z Wami tylko poglądami.
Linki do wszystkich 3 części po kolei. https://www.youtube.com/watch?v=z3DQOJ_430k
https://www.youtube.com/watch?v=23TIJDYBzYg
https://www.youtube.com/watch?v=O1fxn0RD4fA
P. S. Wybaczam wszystkim, którzy mnie skrzywdzili.
Nie jestem własnością żadnego człowieka i nie będę w związku z tym zawsze robić, to co mu się podoba.
Wszystkich, którym się naraziłam powiem wybaczcie dla własnego dobra. O jeden kamień mniej w sercu, a jeśli nie macie serca i nie potraficie wybaczać, tym bardziej luz Wam potrzebny. Dajcie sobie siana Kochani. Nie bądźcie tacy poważni. Życie jest grą. Grajcie w nią, zamiast osądzać i rzucać w innych kamieniem swojej moralności.

Tag: Psychologiczne

piątek, 2 maja 2014

Czy jest nam potrzebna edukacja szkolna?Społeczne, obyczajowe

Z okazji minionych egzaminów szóstoklasistów i gimnazjalistów i zbliżającej się matury znów zadałam sobie to pytanie. Po co? I dalsze pytania z tym związane. Dlaczego? Dla kogo? Co nam to daje? Czego właściwie powinniśmy się uczyć? Czego uczy obecna szkoła?
Czy zastanawiacie się nad tym zdając egzaminy lub kibicując swoim dzieciom?
Ja wiele lat temu też się nad tym nie zastanawiałam. Po prostu chodziłam do szkoły i uczyłam się tego, co zadali. Niezupełnie tak do końca, bo pamiętam, że w szkole podstawowej przeczytałam wiele książek pod ławką tzn. to nie ja siedziałam pod ławką, tylko książka tam sobie leżała. Nie wiem, czy jeszcze są takie ławki, ale kiedyś były z półką pod spodem i tam można było sobie trzymać dowolną książkę. Oczywiście tak, żeby się nauczyciel nie zorientował. Ja sobie tak te książki trzymałam i nigdy na lekcji się nie nudziłam. Rezultat był taki, że miałam najgorsze oceny, ale za to mnóstwo przeczytanych książek. Gdy poszłam do szkolnej biblioteki, pani tylko wyjmowała kolejne książki, żeby usłyszeć ode mnie, już to czytałam. Przy jednej się zawahałam, bo tytułu nie pamiętałam. Wkrótce jednak okazało się, że i tę też czytałam.
Teraz miło się to wspomina, ale wtedy nie było mi miło. Patrzyłam z zazdrością jak inni w nagrodę za piękne stopnie dostają fajne książki, których na prawdę wówczas nigdzie nie było. Przyznacie, że trudne do uwierzenia.
Tak więc pierwsza szkoła nauczyła mnie doskonałego wymigiwania się od, moim zdaniem, głupiej, nudnej nauki. W następnej szkole, średniej dalej uczyłam się nieuczenia czyli omijania jak się dało wszelkich obowiązków związanych z nauką. Tutaj też byłam najgorsza. Wcześniej lubiłam angielski, ale pisanie testów, robienie pracy domowej i w związku z tym brak czasu dla siebie sprawił, że przestałam się uczyć tego języka. Już taka jestem z przymusu, na ocenę nic nie zrobię.
Nie chodziłam na fizykę, bo mnie to nie interesowało, a mogłam nie chodzić, bo fizyka zwykle była pierwszą lekcją, więc spałam sobie dłużej. Nieważne, że potem musiałam zdawać egzamin z tego przedmiotu, żeby przejść do następnej klasy i tak było warto nie być na żadnej lekcji.
Nie wiem po co i dlaczego poszłam na studia. Teraz myślę sobie, że dlatego, że w pracy się nudziłam. Ciągle to samo i żadnych wakacji. Tylko miesiąc urlopu z łaski. Miałam rodziców. Oni mieli pieniądze, więc zaczęłam się bawić w studiowanie. Poza tym wydawało mi się, że mogę być nauczycielką w szkole.
Ach, dwa miesiące wakacji, dwa tygodnie ferii i mnóstwo wolnego po drodze. Dopiero na praktykach w szkole na trzecim roku studiów i potem na czwartym, zdałam sobie sprawę, że ja nauczycielką na pewno nie będę. Nie znoszę tych wszystkich bzdurnych lektur obowiązkowych i gramatyki, wypracowań, sprawdzania zeszytów i stania przed całą gromadą małych i zupełnie dużych dzieciaków. I po raz pierwszy przeżyłam depresję z powodu źle wybranego kierunku studiów, ale przede wszystkim dlatego, że musiałam zaliczyć praktyki, żeby skończyć studia.
I po co to całe długaśne wspominanie? A po to Kochani, żeby uświadomić sobie i Wam, dlaczego na temat szkoły mam takie, a nie inne zdanie. Dlaczego nie powtarzam za innymi rodzicami i opiekunami jednego wspaniałego zdania. Wy macie dobrze, a ja męczyłam się strasznie. Słyszałam to nawet w wersji z kozą czyli musiałam kozę paść na wsi, ale się uczyłam, nie to, co ty mój synu leniu do kwadratu.
Ludzie dlaczego wy już nic nie pamiętacie. Jak kiedyś było naprawdę i jak jest teraz i że wszystko zmieniło się na niekorzyść obecnych uczniów. Czy ja kiedyś miałam egzamin po szóstej klasie?
 Nie. Takich egzaminów nie było, a egzamin sprawdzający wiedzę przed przyjęciem do szkoły średniej można było świetnie ominąć, idąc na początku do innej szkoły, a po skończeniu 1 klasy, przenosząc się zwyczajnie do 2 klasy w innej szkole. Ja przynajmniej tak zrobiłam, chociaż w dalekiej przyszłości i tak okazało się, że to nie miało sensu, bo i tak nigdy dobrej pracy nie miałam, a przecież głównie o to chodzi.
Szkoła jest właśnie po to, żeby zdobyć odpowiedni papierek, który jest naszą wejściówką do tej właściwej pracy, dającej satysfakcję i pieniądze. Innego sensu w obecnej szkole nie widzę ani trochę. Co mi po wiedzy z wyższej matematyki, fizyki, chemii. I tak nie jest mi to w życiu do niczego potrzebne. Nie jestem nauczycielką ani naukowcem. Podobnie ma się sprawa z plastyką, polskim, angielskim i każdym innym przedmiotem. Nigdzie nie wyjeżdżasz. Nie masz obcojęzycznych przyjaciół. Nie czytasz książek w oryginale. To po co ci angielski, niemiecki i inne języki. Chyba tylko po to, żeby zaimponować przyszłemu pracodawcy, który prawie zawsze udaje super wymagającą osobę, żeby mieć najlepszych wokół siebie, a sam wcale nie musi być idealny. Oczywiście możecie powiedzieć, nigdy nic nie wiadomo co, kiedy może się przydać.
Na tej samej zasadzie mam wiele rzeczy w szafie. Prawie wszystkie to tzw. przydasie. Nie wyrzucę, bo może się jeszcze przydać i dopiero na łożu śmierci stwierdzę, nie to już się nie przyda, a może nawet wtedy będę mówić, że się przyda. To samo jest z przedmiotami w szkole. Każdy nauczyciel ci to powie i każdy wzorowy uczeń. Wszystko to nam się przyda. Dziwne, że mnie się nic nie przydało oprócz pisania, czytania i podstawowego liczenia. Całą istotną wiedzę zdobyłam i zdobywam poza szkołą.
A jaka powinna być szkoła, żeby mi się podobała? Już od 4 klasy podzielona na zainteresowania.
Tylko nie mówcie, że dzieci w tym wieku nie wiedzą, co lubią. Te, co nie wiedzą mogą mieć wszystkie przedmioty. Te jednak, co już wiedzą niech uczą się tego, co lubią.
 I znów powiecie, że zainteresowania się zmieniają. Fakt, ale przecież z wybraną przez siebie grupą przedmiotów nie musimy wiązać się na całe życie. Zawsze powinna być możliwość ich zmiany. Najlepiej żadnych ocen, żadnej rywalizacji, żadnych egzaminów. Ci, którzy uczą się tego, a nie innego są na bieżąco sprawdzani w miejscach pracy czyli mogą połączyć teorię z praktyką. Jasne, że jest to tylko mój szkic całkiem niedopracowany. Szkic nowej i bardzo moim zdaniem idealnej szkoły. Niestety jak to w życiu ideały często się nie sprawdzają, więc i ten może by nie wypalił.
Co poza tym jeszcze. Wartości ludzkie. Właśnie tego powinniśmy się uczyć w szkole.
A co to takiego i skąd to wzięłam, bo na pewno taka mądra nie jestem, żebym sobie to sama wymyśliła. O wartościach mówił mój Mistrz. Ważna dla mnie osoba i dlatego piszę Go z dużej litery. Teraz na pewno nie powiem kto to taki. Reklamować nie będę swojego Nauczyciela, a jedynie wartości ludzkie krótko wspomnę. Są to: prawda, pokój, miłość, niekrzywdzenie, prawość inaczej po prostu dharma.
Podobno, gdyby szkoły uczyły właśnie tego zapanował by pokój na świecie.
 Ja powiem tylko, że w różnych miejscach na świecie są już szkoły uczące wartości. My jak zwykle jesteśmy ,,daleko za murzynami,,. Ani jednej tego rodzaju szkoły i czy w ogóle jakaś tutaj będzie. Jestem pesymistką więc powiem, że nie.
Od lat się uczymy, my, potem nasze dzieci w takich samych szkołach z nie do końca lub wcale niepotrzebną wiedzą. Zmienia się tylko ilość egzaminów, ilość barier postawionych dla tych, którzy nie mają forsy na własny interes, a chcieliby mieć dobrą pracę.
Nie każdy Kochani będzie sobie siedział w wygodnym fotelu. Najbardziej potrzebni są ci, którzy nie zadają pytań i robią, co im się każe. Np. zmywają naczynia lub sprzedają mięso lub siedzą na kasie w wielkim markecie. Nie trzeba im zbyt dużo płacić, bo i tak nigdzie nie odejdą. Nie mają odpowiedniego papierka z odpowiedniej szkoły, to i gdzie się przeniosą.
Sito egzaminacyjne wspaniale spełnia swoje zadanie i dostarcza prostych robotników, takich którymi można rządzić. Ich stworzenie jest głównym zadaniem szkoły. Im więcej ludzi myślących schematami, tym lepiej dla państwa. Kreatywni indywidualiści nie są potrzebni.
Po co, żeby rozwalili istniejący system. Takich wcale nie chcemy, ale przyznać się do tego nie przyznamy. Zawsze każdy nauczyciel powie Wam jaka szlachetna i wspaniała jest obecna szkoła.
Powiedziałam już wszystko i nic więcej nie powiem. Dodam tylko czarno na białym. Mój tekst nie jest krytyką, a jedynie przedstawieniem moich poglądów na temat szkoły. Wy możecie mieć inne.
Nie musicie zgadzać się ze mną.

Tag: Społeczne, Obyczajowe