wtorek, 14 maja 2019

Niewygodni ludzie - część pierwsza.

Ludzie dzielą się na dobrych, złych i niewygodnych. Ci ostatni są najgorsi. Hałasują, śmierdzę i włażą ci na głowę. Czasem łatwiej stanąć na suficie niż się ich pozbyć.


Zapach.

Jechała pociągiem z Warszawy do Gdańska, gdy do przedziału wszedł ten facet. Niby porządny, ubrany w dobrze skrojony szary garnitur i czarny płaszcz. Elegancki, miły, a jednak wokół niego powietrze gęstniało od smrodu starych, palących się skarpetek.
- Papierosy - od razu domyśliła się Ania, zdecydowana przeciwniczka palenia. Gdyby to od niej zależało, zamknęłaby wszystkie fabryki tytoniu, a już na pewno nie wpuściłaby palacza do pociągu.

- Pan daleko? - zagadała, robiąc minkę słodkiej idiotki.
- Nie - uśmiechnął się do niej. - Do Torunia.
- Szkoda.
- Dlaczego szkoda?
- Taki pan podobny do mojego zmarłego męża, że chciałabym siedzieć tu z panem do samego końca.
- Czyli? - ofiara złapała haczyk nie wiedząc nawet, że jest ofiarą. Jacy ci mężczyźni przewidywalni, zwłaszcza w pewnym wieku, tak między czterdziestką a sześćdziesiątką i w podróży służbowej.
- Do Gdańska. Poczęstuje się pan? - Ania wyciągnęła z torby cukierki. - Owocowe. Sama robiłam.
Nie potrzebował większej zachęty. Od razu sięgnął i wrzucił kilka do ust jakby wcześniej nic nie jadł.

- Bardzo dobrze - ucieszyła się Ania, zamykając torebkę. Parę razy dla niepoznaki poruszyła językiem, żeby nieznajomy widział, że ona też lubi cukierki. Musi lubić, przecież je sama robiła. Tyle, że nie dla siebie, dla takich jak on niewygodnych ludzi.
- Więc jedzie pani... - zaczął i nie skończył. Zasnął w połowie zdania. Ania wiedziała, że już się nie obudzi, chyba, że na tamtym świecie w towarzystwie jemu podobnych.

Nastolatki i babcia z wnuczką.

W przedziale, do którego się przeniosła, siedziała babcia z wnuczką oraz on i ona całujący się prawie bez przerwy. Ani zbierało się na wymioty za każdym razem, gdy na nich spojrzała. Z kolei babcia z wnuczką przypominały jej dzieciństwo, czasy gdy sama musiała podróżować z babcią, bo rodzice zazwyczaj nie mieli na to czasu. Tylko raz udało im się razem wyjechać na wczasy do Międzyzdrojów. W każdym razie nie lubiła babci i ich wspólnych wyjazdów. Może by nawet współczuła pięcioletniej dziewczynce, gdyby potrafiła spojrzeć na nią z sympatią. Niestety małe dzieci najczęściej grały jej na nerwach. Ta tutaj ciągle coś przeżuwała, kręciła się, puszczała bąki, tak czy inaczej psuła atmosferę.

Ręka Ani sama powędrowała do torby z cukierkami. Poczęstowała wszystkich: zakochanych w sobie nastolatków, babcię i dziewczynkę. Nikt nie odmówił. Każdy łakomie wrzucił swój kawałek trucizny do gardła i już po chwili problem niewygodnych ludzi zniknął, a na jego miejscu pojawiła się satysfakcja ze sprawnie przeprowadzonej akcji oczyszczania środowiska.

 Hipis - bretarianin.

Przejście z jednego wagonu do drugiego zawsze ją trochę oszałamiało. Jakby szła przez ruszającą się huśtawkę. Z drugiej strony pojawiały się pytania. Co tam zobaczy? Jacy będą ludzie? Ci z kategorii niewygodni? Czy inni: obojętni lub niedający się zaszufladkować? Tych ostatnich spotykała rzadko. Szkoda. Wzbudzali jej ciekawość i w rezultacie zapominała o sobie, o tym, co ją drażni, o związanych z tym emocjach i możliwościach. Całkiem zatracała się w osobowości innych, niepasujących do świata, w którym żyła. 

Jednak i w tym wagonie innych nie zobaczyła. Zwyczajni ludzie. Siedzieli w przedziałach i z braku miejsc również na korytarzu. Wśród nich on, hipis - bretarianin. Tak go nazwała, ponieważ w przeciwieństwie do pozostałych nic nie jadł i nie wpatrywał się w ekran telefonu ani nie próbował drzemać. Długie czarne włosy spływały mu do ramion. Poza tym niczym szczególnym się nie wyróżniał. Bladoniebieskie podarte na kolanach dżinsy i czarna koszula z kołnierzykiem. Może wybierał się na pogrzeb, a może lubił czarny kolor. Akurat Ania za nim nie przepadała. Kiedyś nawet słyszała, że czarny i biały nie są kolorami. Ciekawa teoria.


Hipis sprawiał wrażenie pogrążonego w medytacji. Ciało siedziało na brązowym plecaku, a wzrok poszedł sobie w jakieś inne lepsze miejsce. Ania żałowała, że sama tak nie potrafi. O ile łatwiejsza byłaby wtedy podróż pociągiem, w ogóle całe życie.


Chciała pójść dalej, zostawić hipisa w spokoju i jednocześnie pragnęła zostać. Wyobraźnia podsunęła jej wizję noża, którym rysuje po zastygłej w bezruchu twarzy nieznajomego. Właśnie, czy jego twarz nie stałaby się wtedy zbyt ruchliwa? Czy krzyczałby jak każdy człowiek, czy raczej wzruszył ramionami? Jak wielka jest jego wiara w iluzję istnienia?


- Może sobie pani usiądzie? - głos hipisa wyrwał ją nagle z zamyślenia.
- Nie, dziękuję. Pójdę dalej.
- Nie ma po co. Tam też tłok. Ludzie jadą na wczasy. Wymiana turnusu, rozumie pani?
- A pan też na wczasy? 
Usiadła na podsuniętym przez hipisa plecaku. 
- Nie, ja do cioci do Gdańska.
- To tak ja - udała, że się cieszy. Naprawdę było jej wszystko jedno. Powinna wstać i odejść, ale jakoś nie mogła. Plecak za bardzo przyciągał.

- A co tam - pomyślała. - Posiedzi, posłucha, co jeszcze powie hipis, bo coś powie na pewno. Czuła to swoim szóstym zmysłem.
- Praktykuję filozofię spokoju - pochwalił się. 
- Tak? 
- Zdarza się, że jak medytuje nawet konduktor mnie nie zauważa.
- O, coś podobnego. Nauczy mnie pan, ale może najpierw poczęstuje się pan moim cukierkiem domowej roboty?
- Naprawdę? Miło mi. Zazwyczaj nie jem w pociągu. Jednak jak pani sama robiła...
Wyciągnął rękę i nagle Anię ogarnęła niechęć. 
-Poczciwy głupek - doszła do wniosku. - Czy warto tracić na takiego cukierki?
- Przepraszam, zdaje się, że tam dalej stoi moja koleżanka.

Po raz pierwszy uciekła przed swoją ofiarą. Musiała. Poczciwe głupki same się zabijają jak ćmy lecące do światła.



P. S. Myślałam, że uda mi się za jednym zamachem napisać wszystko, ale nie wyszło, więc część następna pojawi się za tydzień.








   



  

wtorek, 7 maja 2019

Jestem za krótka.

I stąd dzisiaj krociki czyli małe formy literackie zamiast długich ciągów dalszych, chociaż pewnie te drugie bardziej chcielibyście przeczytać. Jednak mam nadzieję, że podobnie jak ja znajdziecie w krocikach coś dla siebie.
Autor: Salvador Dali.
Jestem za krótka.

Jestem za krótka i dlatego wolno przemierzam przestrzeń. Nie potrafię dogonić swoich bohaterek, gdy biegną nie wiadomo dokąd.

Uciekają przede mną? Albo dowiedziały się, że w pobliskim markecie ogłosili promocję na banany bez podtekstów erotycznych i udawania, że obecna na półkach sztuka mięsa jest czymś więcej niż tylko sztuką mięsa, kawałkiem świni, nie smoka z Gry o tron. Klienci wybierają najładniejsze porcje i złoszczą się kiedy kierownik marketu zabiera je na zaplecze jakby sam chciał wszystko zjeść. Tak nie może być. Nawet moje bohaterki podnoszą pięści w górę.

Jestem za krótka, żeby wszystko zrozumieć, powiedzieć z satysfakcją, już wiem i zaraz dołączyć do kolejki po wyborną sztukę mięsa. Razem z innymi krzyczeć na kierownika, żeby zaraz natychmiast oddał mi smakowite żarcie. Czekam więc na przystanku przy markecie. Czekam, aż moje bohaterki wyjdą wreszcie nasycone albo głodne, bo jednak nie dostały tego, co chciały i muszą same upolować konsumcyjny artyzm.



Manekin.

Pamięta, że stał wśród innych jemu podobnych. Wdychał kurz sali magazynowej. Nie myślał, nie czuł, nie marzył, a jednak śnił, że przyszła wróżka i zamieniła go w prawdziwego człowieka, takiego przez duże p. Elegancko ubrany przemierzał ulice centrum miasta. Zaglądał do pubów, kawiarni, kin, teatrów, wszędzie tam, gdzie gromadzili się ludzie. Patrzył jak się zachowują, jak trzymają filiżanki z kawą, przechylają butelki z piwem, zaciągają się papierosem, uśmiechają się, krzywią, robią zamyślone miny. Wystarczyło ich naśladować, żeby stać się takim samym, więc naśladował. Na swoje mądre miny i słowa poderwał kilka dziewczyn. Zaliczył z nimi szybki seks w zaułkach ulicy pod ścianą. Niektóre zaprosiły go do hotelu. One doznawały rozkoszy, a on obojętności. Ludzie nadali mu honorowe obywatelstwo, ponieważ potrafił liczyć jak komputer, pisać jak genialny pisarz, malować, robić kilka rzeczy naraz. Jak idealny uczeń wiedział wszystko. Nieważne, że tego nie czuł. Podziwiali go, dopóki nie wymyślili innych, lepszych od niego - androidów.

Ale to tylko sen. Manekin nadal stoi pokryty warstwą pajęczyny. 

Autor: Hector Toro.

 Wszystkie książki świata.

Gdyby przeczytał wszystkie książki świata i tak nie zdobyłby wiedzy, której tak pragnął.

- Ale czy dałby radę przeczytać? - zamyślił się Marian nad książką podrzuconą mu przez jednego z Graczy. - I jak już by przeczytał, czy nie spotkałby go los podobny do mojego? Marian westchnął. Prawdopodobnie pragnienie wiedzy popchnęło go, Mariana w niewłaściwą stronę. Sprawiło, że zainteresowali się nim tajemniczy osobnicy. Zaczęli go śledzić i najgorsze tylko on ich widział. Nawet Ania, jego przyjaciółka ze szkoły, niczego nie zauważyła, więc  nie pomogła, bo jak mogła pomóc. Marian uciekał, chował się, ale nic to nie dało i tak go dorwali, a teraz zmuszali do czytania jeszcze większej ilości książek, żeby jego wiedza stała się szersza i żeby zrozumiał. Co miał zrozumieć? Nie powiedzieli. Jedynie, że nic gotowego nie podają na tacy, nawet jedzenia. Sam musi iść do kuchni i zrobić sobie coś ze składników włożonych do lodówki. Nie, żeby narzekał,bo akurat gotować lubił. W jakiś sposób proste czynności kulinarne go uspakajały. Jednak te narzucone lektury. Książki, które przypominały mu szkołę, czas zabrany przez podobno mądrzejszych dorosłych. Czuł się tak samo jak wtedy z tą małą różnicą, że w szkole mógł chociaż trzymać pod ławką interesującą lekturę. Tutaj Gracze zabrali mu wszystko razem z telefonem, żeby przypadkiem nie przyszło mu do głowy kontaktowanie się ze światem zewnętrznym. Siedział tu jak w luksusowym więzieniu. Niczego mu nie brakowało i jednocześnie wszystko zostało odwrócone na drugą stronę. Marzył o ucieczce. Raz mu się udało. Pobiegł wtedy do Ani, ale oni szybko go wytropili, sprowadzili z powrotem. Przy okazji poprawili zamki. Czy pojawi się następna szansa i jak czytać, żeby nie czytać, żeby wiedza nie wchodziła do głowy, bo naprawdę jej nie potrzebuje?

- I co? - zapytał Gracz numer jeden Gracza numer dwa.
- Wciąż to samo. Marian nie chce przyswajać wiedzy.
- Powiedziałeś mu, że go zlikwidujemy, jeśli nie będzie spełniał naszych oczekiwań?
- Nie, ale...
- Jeszcze jedno słowo i ciebie też zlikwiduję.



P. S. I tyle na razie. Napiszę więcej, gdy poczuję się dłuższa, nie za krótka.





 


wtorek, 30 kwietnia 2019

Mglista szarość.

Zdarza Wam się czasem mimo słońca za oknem poczuć mglistą szarość? Nie dzieje się nic złego, a jednak wokół rozciąga się jałowa pustka. Taka, z której nic nigdy nie powstanie, żadna mniejsza lub większa forma, barwa, kształt. Wszystko tonie w kałużach bezsensu. I co wtedy? Ja siadam i próbuję pisać wiersze.



Niebieski smutek.

Wtłoczona w mury obojętności
pod powiekami szuka wolności - na próżno.
Niebieski smutek owija się wokół.
- Przytul mnie - prosi - jestem samotny.
Ona nie słucha.
Zamknięta jak dom na cztery spusty.
Za smutkiem ciągną zmory istnienia.
- Pomóż nam.
Jej dla nich nie ma.
Bez ruchu stoi i czeka, lecz radość nie nadchodzi.
Niebieski smutek jak pies liże nogi. 



Cierpienie.

Siedzi na ławce z pochyloną głową.
- Dzień dobry - mówię.
Odpowiada milczeniem.
Gorzko-słodki zapach nieistnienia.
Drętwieją palce u nogi.
Nie potrafię odejść.
Obejmuję ją ramieniem.
Oddycham w  rytm jej oddechu.
- Kim jesteś? - pytam.
- Cierpienie.


Samotność.

Patrzy oczami mężczyzny z papierosem.
Deszcz ze śniegiem pada.
W powietrzu woń brudnych skarpetek.
Brakuje ciepłych ramion.
Nie ma z kim porozmawiać.
Cisza brzęczy jak lawa.
Nikt ciebie nie zauważa.
Możesz odejść.
Jesteś niepotrzebny.


Nadzieja.

Pojawia się jak słońce po burzy.
Jeszcze nie możesz uwierzyć.
Powoli oczy otwierasz.
Czujesz, że jest inaczej, choć na niebie wciąż chmury.
Z serca spadł kamień.
Światło wygania ciemność. 

 
Szczęście.

Wlatuje niezauważone przez dziurkę od klucza.
Siada ci na ramieniu i już wiesz, że znikły pragnienia.
Barwa z radością się miesza.
Mglista szarość odchodzi.





P. S.  Lepiej zakończę tu i teraz, zanim do głowy przyjdzie mi następna 
szaro-mglista myśl.                    

 
 






 

wtorek, 23 kwietnia 2019

Prawda.

Po ostatniej rozmowie z filozofem Pankracym Mistrz Gry Lukrecjusz długo stał przed lustrem i mrugał. Chciał się przekonać, czy rzeczywiście absolutowi wystarczy mrugnąć i już wie wszystko. Niestety albo źle mrugał albo Pankracy go oszukał. To drugie bardziej prawdopodobne. Filozofowie inaczej rozumieją prawdę. A czym jest prawda?

Autor: Andrzej Gudański.
 Po dłuższej przerwie.

Spotykają się w komnacie Lukrecjusza: Pankracy i Lukrecjusz, nadworny filozof i Mistrz Gry, władca graczy. Lukrecjusz pije sok świeżo wyciśnięty z pokrzywy, a Pankracy herbatę rumiankową, nie, żeby tak sobie wybrał, tylko to mu podał Lukrecjusz do picia. 

Lukrecjusz: Długo rozmyślałem o tym, co mi ostatnio powiedziałeś i dotarło do mnie, że nie wiem tyle, ile bym chciał. Poza tym gnębi mnie natura prawdy. Powiedz jak ty ją widzisz. Czym jest dla ciebie prawda, czym nie jest?
Pankracy ( myśli ): Tobą na pewno nie jest.
Pankracy: Hmm.
Lukrecjusz: Zaschło ci w gardle? Dolać ci herbaty?
Pankracy ( myśli ): Te siuśki nazywa herbatą.
Pankracy: Nie, dziękuję. Zbieram myśli.
Lukrecjusz: To rób to szybciej, żebyśmy tu cały dzień na nie nie czekali.

Pankracy: Wydaje mi się, że natura prawdy jest skomplikowana. Z jednej strony jasna, a z drugiej ciemna.
Lukrecjusz ( zaciekawiony ): Prawda ciemna?
Pankracy: Gdy inni jej nie podzielają, uważając za kłamstwo lub urojenie.
Lukrecjusz ( oburzony ): Jak można nie podzielać prawdy?
Pankracy ( myśli ): Zwłaszcza twojej, co?
Pankracy: Wybacz drogi mistrzu, często prawda idzie krętą, stromą drogą, na której nie potrafimy się utrzymać.
Lukrecjusz ( nadal z oburzeniem ): Kłamstwo idzie krętą drogą, a prawda prostą i jasną.
Pankracy: Sam widzisz panie, że z prawdą nie łatwa sprawa. Weźmy dla przykładu ludzi z Ziemi, dla nich bóg jest prawdą, a już gracze niekoniecznie.
Lukrecjusz ( wydaje się zadowolony z przykładu ): Pleciesz. Część z nich, chyba nawet większa, uważa, że nauka stanowi podstawę prawdy.
Pankracy ( uśmiecha się, bo właśnie udało mu się niepostrzeżenie wylać herbatę do doniczki z kaktusem ): Biedni głupcy. Nie wiedzą, że ich nauka przypomina zabawę w piaskownicy. Prawda i wiedza istnieje oczywiście jedynie po naszej stronie świata i ty panie jesteś jej ucieleśnieniem.
Lukrecjusz ( zadowolony ): I tak prawie dotarliśmy do sedna. Prawie, bo jeszcze nic nie powiedziałeś o naturze prawdy.  Jedynie, że ciemna i kręta na zmianę z jasną.

Niestety - dla Lukrecjusza, nie dla Pankracego - w tym momencie na ekranie komunikatora Lukrecjusza pojawia się czerwony napis pilna wiadomość. Władca musi przerwać interesującą rozmowę, a Pankracy z ulgą wraca do domu.

Rozmowa druga.

Lukrecjusz i Pankracy wracają do konwersacji po kilku dniach. Tym razem piją sok z buraków, Lukrecjusz z rozkoszą, Pankracy jak zwykle z niechęcią.

Lukrecjusz: Przypomnij mi na czym ostatnio skończyliśmy.
Pankracy ( myśli ): Czyżby skleroza?
Pankracy: Skończyliśmy kwestią natury prawdy, tym, że bywa ciemna i kręta. Względna. Zależna od istoty i sytuacji.
Lukrecjusz: Taką możemy się nie zajmować. 
Pankracy ( myśli ): Pewnie, twój mózg mógłby się zlasować.
Pankracy: Jasną jesteś, byłeś i będziesz ty panie, więc ty najlepiej znasz jej naturę.
Lukrecjusz ( krzywi się ): Załóż, że nic nie wiem, choć wiem, ale chcę poznać twoją opinię na temat jasnej prawdy.

Pankracy: Nie można jej ująć w słowach. Wykracza poza rozumienie ograniczonych umysłów takich jak mój umysł panie.
Lukrecjusz ( nadal się krzywi ): I to wszystko? Nic więcej nie powiesz? Lepiej dobrze się zastanów, zanim dasz mi odpowiedź.
Pankracy ( wzdycha w duchu ): A myślałem, że wyjdę stąd wcześniej niż zwykle.
Pankracy: Nie wszystko. Jasna prawda to prawda bezwzględna. Wszędzie i zawsze pozostaje prawdą. Tworzy porządek, dobro i piękno.
Lukrecjusz ( ziewa ): Nudzisz. Jak tak dalej pójdzie, chyba będę musiał pomyśleć o zmianie mojego nadwornego filozofa.
Pankracy ( przerażony ): Ale co jeszcze mogę powiedzieć?
Lukrecjusz: Rusz głową póki cię jeszcze toleruję.
Pankracy ( myśli ): I co mu wcisnąć, żeby dał mi wreszcie spokój?
Pankracy: Nawet ta jasna gromadzi w sobie czarne chmury lub smugi chemiczne jak na ziemskim niebie.
Lukrecjusz ( zaciekawiony ): Właśnie, smugi, kto je robi i po co? Przypomniałeś mi, że muszę się zająć tą sprawą. Przecież nasze pionki i plansza do gry nie mogą zginąć. Za długo szukaliśmy Ziemi, żeby teraz z niej zrezygnować. Dobrze, na razie pozwalam ci odejść, ale podkreślam na razie i do sprawy prawdy jeszcze wrócimy.

Pankracy uradowany odstawia szklankę z niewypitym sokiem z buraków i wychodzi z komnaty. Coś takiego, myśli, udało mi się przez przypadek znaleźć właściwe słowa. Tylko my wiemy, że przypadki nie istnieją.


P. S. Może Lukrecjusz wróci  jeszcze do sprawy prawdy, a może znajdzie sobie ciekawszy temat. Zobaczymy.


 

wtorek, 16 kwietnia 2019

Pasikonik.

Obie śniły o zielonym pasikoniku jakby połączyła je niewidzialna nić telepatii. A może los, bóg, wszechświat czy jakaś inna wyższa siła podała im wskazówkę lub ostrzeżenie. Przed czym? Dlaczego?
O co tu w ogóle chodzi? 

Autor: Apollonia Saintclair.


Eugenia i Stanisława.

- I znów święta - wzdycha Eugenia, ciągnąc za sobą wózek na zakupy. Kółka obijają się o schody, zjeżdżając z trzeciego piętra. Hałas powiększa smutek, który nagle zagnieździł się w sercu.
- Przecież ja lubię święta - przekonuje siebie Eugenia, zanim na dole przed blokiem widzi koleżankę Stanisławę. 

- Jak tam gotowa? Idziemy do sklepu? - uśmiecha się Stanisława, ale podobnie jak Eugenia czuje jakiś mrok w powietrzu. Może z powodu pogody, która w tym roku nie rozpieszcza. Raz grzeje jakby było lato, a innym razem wieje jakby zima wróciła. 

Weronika.

Jeszcze śpi, gdy obie emerytki idą do osiedlowego marketu. Nauczyciele strajkują, więc nie musi spieszyć się do szkoły. We śnie jedzie pociągiem razem z Markiem, swoją pierwszą i niestety zagubioną miłością. Trzymają się za ręce i przytulają w wyjątkowo pustym przedziale. Świat za oknem uśmiecha się do nich mijanymi drzewami, polami i domami gdzieś daleko. Weronika po raz pierwszy od dłuższego czasu, czuje się szczęśliwa, dopóki jej wzrok nie zatrzymuje się nagle na małym kawałku okna, po którym wędruje piękny, zielony pasikonik. 

-  Chodź tu mój czarusiu - Weronika wyciąga rękę i chwyta owada, by mu się przyjrzeć z bliska. Gdy po chwili podnosi oczy, nic nie jest już takie jakie było. Siedzi sama w ziejącym pustką wagonie. Marek gdzieś zniknął. Za to w sercu otworzyła się dziura, przez którą przelatuje cały dobry nastrój.

Eugenia i Stanisława.

Eugenia rozgląda się po sklepie za znajomymi twarzami. Szuka wśród nich Radomiły. Jakże byłoby miło, gdyby ona również chodziła między półkami ze zmęczoną miną, miną przegranej, bo wreszcie ona też się przekonała, że związek z mężczyzną na dłuższą metę nic dobrego nie daje. Tylko same obowiązki: pranie, gotowanie, sprzątnie i seks na żądanie. 

- Jak myślisz, kupić ten sernik czy nie? - pytanie Stanisławy wyrywa Eugenię z zamyślenia i sprowadza do nieciekawej rzeczywistości po raz pierwszy tak mocno odczuwanej. 
- Kup - Eugenia z niechęcią patrzy na ciasto. 
- A ty? 
- Co ja?
- Nic nie kupujesz? - Stanisława rzuca spojrzenie na pusty koszyk Eugenii.
- Kupuję - wzdycha Eugenia. - Tylko się zastanawiam, od czego zacząć.

Radomiła.

Po wysłaniu Kazimierza do pracy z kanapką, którą zrobiła mu na drugie śniadanie, kładzie się do łóżka. W przeciwieństwie do innych pań domu nie musi się nigdzie spieszyć. Nadal nie pracuje, a w sprawie świąt, nie da się ukryć, liczy na matkę i ciotkę. One pewnie coś kupią i się z nią podzielą. Wystarczy trochę, bo przecież pierwszego dnia i tak Radomiła przyjdzie do nich razem z Kazimierzem, obecnie już oficjalnym narzeczonym.Teraz więc może i chce odpocząć. O dziwo zasypia od razu po przyłożeniu głowy do poduszki.

We śnie leży na plaży z twarzą przyciśniętą do koca w niebieską kratę. Słońce grzeje jej plecy, a pomarańczowy parawan wokół chroni przed wiatrem. Kazimierz szepcze jej do ucha, że ją kocha. Jego palce wędrują po prawej, potem lewej łopatce, wzdłuż kręgosłupa aż do pośladków. Radomiła tylko przez chwilę walczy z uczuciem wstydu przed ewentualnymi obserwatorami tej sceny. Chęć protestu przegrywa z rosnącą przyjemnością. Rozsuwa nogi, pozwalając, by pieszczota dotarła dalej i głębiej. Jej wagina zaczyna pulsować rozkoszą, gdy dotąd zamknięte oczy Radomiły otwierają się i zatrzymują na wędrującym po piasku zielonym pasikoniku. Zanim pojawi się pierwsza myśl, skąd on tutaj, zimny wiatr rozwiewa włosy Radomiły, gęsia skórka pokrywa ciało. Kazimierz gdzieś znika. Jego miejsce zajmuje Patryk, który jednym mocnym posunięciem wdziera się w nią. Gwałci, trze, tarmosi, wykręca jak starą, niepotrzebną ścierkę. Radomiła krzyczy, ale nikt nie słyszy jej krzyku. Plaża jest pusta i coraz bardziej mroczna.

Eugenia i Stanisława.

Stanisława przygląda się Eugenii. Dziś jej koleżanka wydaje się jakaś inna, jakby nie była sobą. Prawie się nie odzywa i mało co kupiła. Z kolejki do kasy wróciła się po jajka, o których nie wiadomo dlaczego zapomniała. Potem jeszcze szukały odpowiedniego majonezu. Koszmar. Stanisława odetchnęła z ulgą, gdy wreszcie wyszły ze sklepu.

- Dobrze się czujesz? 
Eugenia się nie odzywa, tylko przyspiesza jakby chciała uciec od Stanisławy i jej pytań.

Z północy nadciąga rząd czarnych chmur.



P. S.  Pytania pozostają bez odpowiedzi. Wierzę, że później się wszystko wyjaśni.


      

wtorek, 9 kwietnia 2019

Nadzieja, sens i bezsens.

Nie znam wszystkich elementów, ale te trzy na pewno składają się na świat po śmierci. W nich gubią się i odnajdują bohaterowie, wciąż pytając jak długo jeszcze muszą trwać w swojej rzeczywistości. Czy kiedyś nastąpi upragniony koniec?

Autor: M.C. Escher.
Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Gena - kobieta lat 30, Konrad - niespełniony pisarz lat 20 i trochę, Nadzieja - młoda kobieta, dokładny wiek nieznany; ciotka Dynia - ciotka Geny, nauczycielka klas początkowych; Paweł - siedmioletni chłopiec z klasy ciotki Dyni; Sensomir - woźny szkolny; Zuzia - uczennica z tej samej, co Paweł szkoły; Marek i Darek - młodzi terroryści; Zenon - ordynator szpitala.

Dialog 1.

Miejsce: Ogród przy szpitalu psychiatrycznym.

Na pomalowanej na brązowo ławce siedzi młoda kobieta, która sama siebie nazwała Nadzieją i na żadne inne imię nie reaguje. Czarne długie włosy opadają na twarz i ramiona, gdy pochyla się nad trzema stojącymi obok pudełkami. Z największego pełnego plastikowych guzików wyjmuje  niebieski lub turkusowy. Przez chwilę przygląda się guzikowi z różnych stron, by w końcu wrzucić turkusowy do pudełka z turkusowymi, a niebieski do tego z niebieskimi. Oddziela guziki w ramach ćwiczenia zadanego przez szpitalnego psychoterapeutę. Podobno dzięki temu odnajdzie sens, nie jakiś byle jaki, ale właściwy, który sprawi, że wreszcie wypuszczą ją do domu. Póki co poci się z wysiłku, zgrzyta zębami, zaciska pięści. W pewnym momencie, gdy zmęczona podnosi głowę znad pudełek, widzi wychodzących zza krzaków ludzi: mężczyznę i kobietę.

Nadzieja ( poznaje nieznajomych i krzyczy radośnie ): Konrad, Gena.
Gena ( zdziwiona ): My się znamy?
Nadzieja ( wzdycha ): Nie pamiętacie? Wyprowadziłam was z pokoju między rzeczywistościami. Uciekliśmy w ostatniej chwili zanim drzwi się otworzyły, a potem w tunelu usiedliście i zabrała was ziemia.
Konrad: Piłaś czy brałaś coś?
Gena:. Nic nie rozumiem.
Nadzieja ( wzdycha ): Byłam wtedy sobą, dziewczynką, która szła do komunii. Nawet imię sobie wybrałam.
Gena: Imię wybiera się do bierzmowania.
Nadzieja: Jak się idzie do bierzmowania. Jak tylko do komunii, to przed komunią.
Gena: Pierwsze słyszę.
Konrad: Głupoty bredzisz. Lepiej powiedz, gdzie jesteśmy, bo się zgubiłem.
Gena: Właśnie. Ja też.
Nadzieja: W ogrodzie przy szpitalu. Zaraz po nas przyjdą.
Konrad: Kto?
Nadzieja: Jak to kto? Nasi opiekunowie ze szpitala.
Gena: W takim razie wychodzimy.
Nadzieja: Stąd nie ma wyjścia. Chyba, że pomożecie mi oddzielić te guziki, ale tak, żeby nikt nie widział, że mi pomagacie.
Konrad: Guziki? Po co?
Nadzieja: Żebyśmy wszyscy mogli wyjść ze szpitala.
Konrad: Pokażesz nam wyjście jak oddzielimy?
Nadzieja ( kłamie nie pierwszy i nie ostatni raz ): Pokażę.

Dialog 2.

Miejsce: Szkoła imienia Kleofasa Bystrzaka w Przestrzeni Obok.

W dużej trzydziestoosobowej sali siedmioletnie dzieci pochylają się nad zeszytami w linię. Piszą wypracowanie na temat sensu życia w swoim mieście. Tylko Paweł nic nie pisze. Patrzy przez okno. Zszokowana jego zachowaniem nauczycielka, w której rozpoznajemy ciotkę Dynię, podchodzi do niego.

Dynia: Dlaczego nie piszesz?
Paweł: Bo nie wiem co.
Dynia: Nie byłeś na poprzednich lekcjach, gdy mówiliśmy o sensie?
Paweł: Byłem.
Dynia: Więc się nie nauczyłeś?
Paweł: Bo to bez sensu.
Dynia: Co takiego? Natychmiast idź do pani dyrektor.

Paweł zbiera swoje rzeczy i wychodzi na korytarz. Schodzi na dół do wyjścia ze szkoły. Niestety tak jak przypuszczał drzwi są zamknięte. Zrezygnowany opada na ławkę obok. Z jednego z ciemnych kątów wychodzi woźny Sensomir.

Sensomir: Co tu robisz?
Paweł: Nie widać? Siedzę.
Sensomir: Dlaczego tutaj nie w klasie?
Paweł: Bo pani mnie wygnała.
Sensomir: Wygnała cię?
Paweł: Powiedziała, żebym sobie poszedł, jeśli nie chcę pisać o sensie.
Sensomir: Taki piękny temat, a ty nie chcesz pisać?
Paweł: Nie chcę.
Sensomir: Dlaczego? 
Paweł: Sens nie istnieje.
Sensomir ( oburzony ): Co za brednie. Myślisz, że na próżno nosiłbym swoje zacne imię?
Paweł: Nie wiem.
Sensomir ( zły ): Zmiataj do klasy, pókim dobry.
Paweł ( potulnie ): Przepraszam. Nie chciałem pana obrazić. Proszę, niech mi pan pozwoli jeszcze chwilę posiedzieć.
Sensomir ( łagodnieje, naprawdę nie potrafi zbyt długo się złościć ): Dobrze, niech ci będzie, ale żeby to było pierwszy i ostatni raz.
Paweł: Aha.
Sensomir: Co aha?
Paweł: Mówię, że dobrze.

Drzwi jednej z klas na parterze otwierają się i wychodzi z nich siedmioletnia dziewczynka o jasnych włosach ściętych na jeżyka.

Sensomir ( zauważa ją i myśli ): Jeszcze jedna. Zaraza jakaś czy co z tymi dzieciakami.

Dziewczynka siada obok Pawła. Chłopiec się odsuwa, a wtedy ona znów się przysuwa.

Zuzia: Cześć, mam na imię Zuzia.
Paweł: Czemu nie jesteś na lekcji?
Zuzia: Nie lubię matematyki ani pana Kanciastego.
Paweł: Ale to jeszcze nie powód, żeby wyjść z klasy.
Sensomir ( nie byłby sobą, gdyby się nie wtrącił ): Słuchaj kolegi i wróć na lekcję.
Zuzia ( pokazuje na Pawła ): Jak on wróci, to ja też.
Sensomir ( wzrusza ramionami ): A róbta, co chceta. Ja stąd idę, żeby mi potem nie gadali, że to przeze mnie.

Dialog 3.

Miejsce: Ogród przyszpitalny.

Ze szpitala wychodzi ordynator Zenon. Poznajemy w nim ślepca, którego Konrad i Gena po raz pierwszy spotkali w pociągu do Nicości. Pewnym krokiem idzie w stronę Konrada, Geny i Nadziei.

Nadzieja: On tu idzie. Uciekajmy.
Gena: Kto?
Konrad: Gdzie?
Nadzieja ( pokazuje palcem pobliską studzienkę kanalizacyjną ): Tędy wyjdziemy, a on ( pokazuje w inną stronę ) przyjdzie stąd.
Gena ( nagle sobie przypomina ): Już tam byliśmy. Nigdzie nie zejdę.
Nadzieja: Zostań, jak chcesz, żeby cię złapał.
Konrad: Ja też zostaję.
Nadzieja: Dobrze. Róbcie sobie, co chcecie, ja stąd spadam.

I już jej nie ma. Znika w studzience. Konrad i Gena z powrotem siadają na ławce, żeby pomyśleć, co robić dalej i żeby, świat wokół nich znów mógł się obrócić, przyspieszyć i zwolnić.

Zenon ( krzyczy radośnie ): Wreszcie jesteście moi kochani pacjenci. Wyleczymy was i wrócicie do domu z poczuciem sensu.

Dialog 4.

Miejsce: Krzaki przy szkole imienia Kleofasa Bystrzaka.

W krzakach czają się młodzi terroryści - zbuntowani uczniowie: Darek wysoki blondyn i Marek niski brunet.

Marek: Jesteś gotowy?
Darek: Tak.
Marek: Ustawiłeś bombę.
Darek: Wybuchnie za 10 minut.
Marek: No, to wchodzimy.
Darek: Chwila.
Marek: Teraz, zaraz.
Darek: Tylko dlaczego my też musimy ginąć?
Marek: Jezu, przestań. Ile razy mamy ci powtarzać, żeby nasz czyn miał sens.
Darek: A musi mieć sens?
Marek: Strach cię obleciał? Dobra, pójdę sam, a ty tu zostań.
Darek: Nie no, co ty. Idę z Tobą.

Po dziesięciu minutach szkoła wylatuje w powietrze. Po raz drugi i pewnie nie ostatni. Młodzi terroryści nie wiedzą, że zginęli bez sensu, że szkoła odrośnie i oni też się pojawią. Świat po śmierci nie posiada końca.



P. S. Żeby zrozumieć, o co tu chodzi, polecam poprzednie części:
Nie wiem, czy jeszcze wracać do tych bohaterów, jeśli oni podobnie jak świat kręcą się w kółko niby z sensem i nadzieją, ale jednak bez sensu.    

 

 


  
 

 

wtorek, 2 kwietnia 2019

Duchy Ziemi.

- Duchy Ziemi - pomyślałam, gdy zobaczyłam obrazy Tomasza Alena Kopery. 
Nie, nie byłam na wystawie. Trafiłam na nie w internecie, szukając czegoś innego. Od razu wtargnęły do mojego umysłu, zapełniły wyobraźnię pytaniami: co, jak i dlaczego? Co czują duchy? Co myślą? Jak patrzą na świat? Dlaczego tak, nie inaczej?


Myślę.

A może staram się myśleć,
bo przy tobie jakoś ciężko mi w głowie.
Obrazy się plączą.
Kwitną żółte emocje.
Tymczasem ty przechodzisz obok z obojętnym spojrzeniem.
Dla ciebie jestem tylko nagim po zimie drzewem.


Szczęście.

Minęła zima.
Świeci słońce.
W moich włosach liście zielone.
Zamykam oczy.
Chłonę wiosenny klimat.
Czuję, że nawet bez ciebie jestem szczęśliwa. 


Sen.

Nie budźcie nas.
We śnie świat oswojony.
Nikt z toporem nie nadchodzi.
Las trwa omijany z daleka
przez ludzkie bloki.
Magazyny nie zasłaniają nieba.
Markety nie tarasują drogi.
Wokół panuje spokój.
Czas nie istnieje.
Rzeczywistość nie boli.

  
Czas.

Trwamy w jednym dwoje.
Ty we mnie, ja w tobie.
Czas nas dzieli.
Wiosną mnie każe rządzić,
tobie śnić o jesieni.
Słyszę jak szepczesz: mam dosyć,
chcę odejść, smutek przygniata mi plecy.
Nie wiem, co powiedzieć.
Radością się zielenię.
Zimą spotkamy się pod śniegiem. 


Miłość.

Miłość trwa w najlepsze
mimo burz, deszczu, śniegu.
Łączy pocałunkiem marzenie i nadzieję.


 

P. S. I tu w tym miejscu należy skończyć. Amen - niech się tak stanie, niech się tak dzieje. Podzielcie się wrażeniami.



 
 

wtorek, 26 marca 2019

Głaszcząc pająka.

Gdyby ktoś wcześniej powiedział jej, że pogłaszcze pająka, nie uwierzyłaby. Ona i głaskanie pająka - nigdy w życiu. A jednak los chodzi różnymi ścieżkami, ciągnąc za sobą tłum ludzi lub jednego człowieka.

  
Eugenia i Stanisława. 

Emerytki plotkary siedziały u Stanisławy przy herbacie i kruchych, cynamonowych ciastkach z osiedlowego marketu.

- Śniła mi się Florentyna - pochwaliła się Eugenia.
- Mówiła, gdzie jest? - zaciekawiła się Stanisława.
- Nic nie mówiła. Tylko się uśmiechała - westchnęła Eugenia.
- Może dawała znać, że z nią wszystko w porządku - rozmyślała na głos Stanisława.
- Jakoś słabo dawała. Ledwo ją widziałam. Obraz mi się rozmazywał i mi się przypomniało, że do anteny muszę kogoś wezwać, żeby mi nastawił. Jak mi się przypomniało, to się obudziłam, a tu telewizor włączony, tylko program się skończył. Eugenia sięgnęła po następne ciastko.
- Też mi się kiedyś tak zdarzyło. Śniła mi się nieboszczka mama. Strofowała mnie za zjedzoną czekoladę. Nie bardzo wiedziałam, o którą chodzi. Podeszłam do mamy i ona nagle zasyczała, aż się obudziłam. Patrzę, telewizor włączony, a byłam pewna, że go wyłączyłam.
- Może zmarli tak się z nami porozumiewają, przez sen i telewizor.
- Kto ich tam wie?
Obie westchnęły, żałując, że żadna z nich nie należy do tych wiedzących.
- I czy Florentyna jeszcze żyje? - dodała Stanisława.  

Erast.

Czekał na nią na fotelu w ludzkim ubraniu. Cieszył się na myśl o wrażeniu, jakie na niej zrobi. Wielki pająk w dżinsach, w okularach i z gazetą zasłaniającą głowotułów. Kobieta na pewno zemdleje z przerażenia, a on nasyci się soczystą emocją strachu. Na smaczne danie warto czekać. Szkoda tylko, że nie może zjeść wszystkiego, ale Pawuk kazał mu ją zostawić. Spróbowałby nie posłuchać, zobaczyłby wtedy, jak to mówi Pawuk, gdzie raki zimują. Cokolwiek to znaczy w ustach szefa brzmi groźnie. Dlatego lepiej powstrzymać swoje żądze. Może jak Pawuk z nią skończy, da mu resztę. W końcu on, Erast nie jest przecież jakimś tam pająkiem niskiej kategorii. Należy do średniej klasy i niewiele stopni pozostało mu do wyższej. I posiada własne imię. Opanował też sztukę przemiany kształtu czyli mógłby, gdyby chciał pokazać się kobiecie jako człowiek. Wolał jednak rozkoszować się jej trwogą. Dawno już nie jadł ludzkich emocji. Ciągle tylko małe strachy małych zwierzątek, najczęściej zwykłych, ziemskich pająków, które przynosił Pawuk.

W lustrze naprzeciwko coś się poruszyło.
- No, nareszcie - ucieszył się Erast. 
 
Florentyna.

Nadal nie mogła uwierzyć swoim oczom. Naprawdę przeszła przez lustro jak bajkowa Alicja? W dodatku w towarzystwie nieznajomej podobnej do lalki Barbie. Albo całkiem oszalała albo wpadła w kolejny dziwaczny sen.
 
- Zaraz zapali się zielone światło i będziesz musiała wejść do pokoju, w którym siedzi pająk Erast - odezwała się przewodniczka Florentyny.
- Gdzie to światło? Florentyna bezskutecznie próbowała zobaczyć coś w mgle gęstej jak mleko.
- Posłuchaj - zbyła jej pytanie kobieta-lalka. - Jeśli podejdziesz do Erasta i pogłaszczesz go po odsłoniętej kończynie, wygrałaś. On już nie cię nie wystraszy, wręcz przeciwnie, zgodnie ze swoim imieniem stanie się miły. Zapamiętasz, co masz zrobić?
- No, nie wiem - Floretyna brzydziła się pająkami, a tu trzeba jednego z nich pogłaskać. - Czy ja dam sobie radę?
- Musisz, jeśli chcesz wrócić do domu cała i zdrowa.

Eugenia i Stanisława.

- Wydaje mi się, że w tym śnie były pająki - przypomniała sobie Eugenia.
- Wspaniała wróżba - ucieszyła się Stanisława. - Mnie, jak się przyśni pająk, zawsze spotyka coś miłego.
- Więc może Florentyna wróci i powie nam, gdzie znikła. Podskoczyła radośnie Eugenia.
- Wrócić, wróci, ale czy nam coś powie? - zmarkotniała nagle Stanisława.
- Taa Klementyna też nam nic nie powiedziała, że spotyka się z Karolem - Eugenia również posmutniała.

Erast.

Nie, czegoś takiego się nie spodziewał. Kobieta, która wyszła z lustra, podeszła do niego i pogłaskała go po nodze wystającej ze spodni. Pogłaskała pająka Erasta, zamiast krzyknąć i stracić przytomność. Przez chwilę nie wiedział, co powiedzieć. Kobieto, co robisz? Zwariowałaś? Nie dotyka się pająków, tylko wrzeszczy się z przerażenia. Patrzył na nią zszokowany. On zszokowany, nie ona. Świat stanął na głowie albo już nastąpiła apokalipsa, jeśli ludzie zachowują się w tak nieprzewidywalny spokój. I czym on się teraz pożywi, gdy baba się go nie boi? 

- Mam na imię Florentyna, a ty jesteś Erast - kobieta pierwsza przerwała ciszę.
- Skąd znasz moje imię? - zasyczał, mając jeszcze nadzieję, że głosem ją przerazi.
- Wyczułam otaczającą cię aurę - skłamała Florentyna.
- Jaką aurę? - zdziwił się pająk, zauważając, że już nie umie panować nad własnym srogim brzmieniem. Z chwili na chwilę staje się coraz milszy i zmienia się w człowieka.
- Miłą, bo twoje imię znaczy miły. Już nawet widzę, że stajesz się lepszy.

Rety, naprawdę przechodził transformację. Niechciane przeobrażenie. Dlaczego Pawuk go nie ostrzegł? Czemu nasłał na niego tę paskudną kobietę?


 
P. S. Może kiedyś się tego dowiemy.
Poprzednia część: Przystanek w mroku.