wtorek, 19 lutego 2019

Serduszkowe wypróżnienia.

Dlaczego wypróżnienia? Co takiego jest w niedawno minionym święcie, że kojarzy mi się z biegunką lub wymiotami? O tym i innym dziś Wam napiszę.

Autor: J.R. Slattum.

Języki.

Na początku jak miód słodkie.
Piękne. Ciało głaszczące.
Z czasem ostre, raniące.
Już się do siebie przyzwyczaiły.
Znudziły.
Stały się obce.
Szukają nowości.
I tak się kończy zakochanie.
Prawdziwa miłość trwa dalej.

J.R. Slattum.

 Głodne serce.

Szczerzy zęby.
Język pokazuje.
Mlaska nad czekoladą.
Ślini się cukrową watą.
Pragnie zagłębić się w ładne ciało.
Zębami rozszarpać płaty mięsa z piersi,
ud, twarzy, waginy, penisa, serca.
I choć już jadło wciąż głodne,
spragnione nieskończonej rozkoszy, 
ociekającego potem seksu.
Powiesz, to tylko hormony,
kochanie inaczej wygląda. 

Autor: Varia.
 Bliskie i odległe.

Drzewo miłości w tobie
takie bliskie i odległe.
Mógłbyś zakochać się w sobie,
ale coś sprawia, że patrzeć nie możesz
na swoją twarz w lustrze.
Zamiast zalet widzisz rysy, pęknięcia, zadry,
gorszy fałszywy obraz siebie.
Nie znosisz własnej gęby.
Nie lubisz ciała, które nosisz.
Dusisz się w nim.
O łaskę prosisz cudze serce.
A twoje płacze zbyt blisko i zbyt daleko.

Autor: Tumblr Newartz.

A przecież....

Istnieją w tobie światy
nieskończenie barwne.
Wystarczy się otworzyć
na inne spojrzenie.
Walenty przestaje być ważny.
Tu i teraz, zawsze i wszędzie
miłość istnieje w tobie.
Nie musisz z nikim się wiązać.
Sam dla siebie jesteś cenny.

Autor: Anna Wach.



Bajka.

Zauroczone pierwszym spojrzeniem
dwie połówki barwne
wiecznie trwają w namiętnej fascynacji.
I nic na gorsze się nie zmienia.
Nie pojawia się nikt trzeci i czwarty.
On i ona przyjaciele.
Takiej życzę Wam bajki.



P. S. I tym optymistycznym tonem zakończę swoje rozważania na temat obchodzenia dnia zakochanych. Miłość trwa niezależnie od święta i warto zauważać ją na co dzień. A jakie są Wasze refleksje? Za co lubicie lub nie lubicie Walentynki?






 

wtorek, 12 lutego 2019

Edward.

Marzyła się jej wolność, gdy ta wydawała się niedostępna. Po udanej ucieczce, nagle dotarło do niej, że wcale nie chce być sama, a wtedy okazało się, że nie może wrócić do domu. Dlaczego? Czy tym razem się uda? O kim Wam dziś opowiem?

Autor: Fotoklimat.

 Anna.

Każdy dzień prawie każdy zaczynam lub kończę szukaniem pamiętnika Lubisłowy. Moja wewnętrzna pisarka zniknęła lecz zostawiła mi zeszyt-książkę ze szczegółowym opisem swoich perypetii. Wiem, że coś sprawia, że może przesłać jedynie spisane myśli i zdarzenia, nic poza tym. Ona sama od dawna się nie pojawia.

Wcześniej sądziłam, że bez niej nie potrafię pisać. Okazało się jednak, na szczęście, że nie miałam racji. Może nie piszę tak szybko jak kiedyś, ale piszę. Może część pomysłów uleciała mi z głowy, ale część została. Tyle, że nagle pamiętnik się gdzieś zapodział. Urwała się łączność z Lubisłową. Nie wiem, co ona robi, gdzie jest i czy nadal próbuje rozmawiać z Edwardem, facetem, którego spotkała w pociągu.

Szukając zeszytu, trafiłam na wiele zapomnianych rzeczy: nieprzeczytanych książek, starych pocztówek, opuszczonych zeszytów, porzuconych bluzek, długopisów i w końcu na nieznany, fioletowy kamień. Na pewno nie ametyst. Inny, czarodziejski. W każdym razie takie robi na mnie wrażenie. Biorę go do ręki. Siadam w fotelu i od razu w głowie pojawiają się obrazy.

Lubisłowa.

Jak pies z podkulonym ogonem wróciłam do siedzącego przy stoliku Edwarda.

- Już jesteś z powrotem? - zdziwił się, gdy mnie zobaczył.
- Nie udało się. Może musimy dłużej ze sobą rozmawiać.
- A już myślałem, że zachowam szlachetne milczenie.
- Tak bardzo lubisz milczeć?
- Nie, tylko wtedy, kiedy nie mogę, a ty?

Westchnęłam. Ze mną było podobnie. Kiedy coś stawało się niemożliwe lub niedostępne, goniłam za tym. Cierpiałam, nie mogąc schwycić. Czy bym opuściła dom, gdybym wiedziała, że mogę go opuścić? Na pewno nie. I teraz pewnie siedziałabym z Anką, popijała herbatę, oglądała film lub coś pisała. Tymczasem kręciłam się na krześle w hotelowej restauracji, a przede mną wciąż leżała niedojedzona kanapka z dżemem.

- Coś się tak zamyśliła? Edward przechylił głowę na bok jakby chciał spojrzeć na mnie z innej perspektywy.
- Tak - odparłam.
- Co tak?
- Odpowiedź na twoje pytanie.
- A jakie było?
- Nie udawaj, że już nie pamiętasz.
- Prawdę mówiąc, nie bardzo. Edward wzruszył ramionami, a ja poczułam, że zapowiada się ciężka rozmowa i chyba zbyt szybko do domu nie wrócę. 
- Masz krótką pamięć.
- Tak. To jeden z moich problemów. Mam jeszcze inne gorsze. Ogólnie inni mnie raczej nie rozumieją.
- A to ciekawe. Opowiesz mi o tym?

Edward skrzywił się, uśmiechnął i znów skrzywił. Jakby chciał mówić, a jednocześnie nie mógł. 

- Może później. Wstał z miejsca i ruszył do wyjścia z restauracji, choć nie zjadł wszystkich paluszków i nie wypił całego piwa.
- Już idziesz. Ja też poderwałam się z miejsca.
- Muszę pomyśleć.
- Może wyjdziemy na spacer? - zaproponowałam.
- Później. Odwrócił się i poszedł na górę. Zostałam sama z sobą, jedzeniem, które przestało mi smakować i wolnym, niepotrzebnym czasem.

Edward.

Leżał na łóżku i wpatrywał się w sufit. Jakby szukał na nim odpowiedzi na wiele dręczących go pytań, między innymi, czy zaufać Lubisłowie. Czy kobiecie w ogóle można ufać? Pewnie tak samo jak mężczyźnie. Znajdą się tacy, którym powierzysz wszystko, nawet własną duszę i tacy, którzy cię zniszczą. Tych drugich zdaniem Edwarda było więcej. Ich liczba z dnia na dzień się powiększała. Patrzyli, oceniali, komentowali przez dziurkę od klucza albo przez ściany i sufit. Wszędzie, gdzie się pojawił, obcy ciekawscy obserwowali, dogadywali, truli swoim jęzorem. Oczywiście, zdaniem lekarzy nikt się Edwardem nie interesował. Wszystko mu się uroiło w głowie. Zwyczajnie zwariował. Cała reszta, łącznie z jego naprawdę głupią rodziną, pozostawała normalna. Edward nie potrafił przekonać lekarzy, że się mylą. Im bardziej się starał się wyjaśnić, dlaczego zachowuje się tak nie inaczej, tym bardziej oni wmawiali mu własną wersję prawdy. A może prawda nie była jedna. Istniało ich całe mnóstwo i każdy człowiek wybierał sobie jakąś pasującą do niego. 

- I jak powiedzieć o tym Lubisłowie? - zastanawiał się Edward.
- Nie mów, jeśli masz później chorować - odezwała się Edzia, alter ego Edwarda. 
- Znów ty. Edward zerknął w wiszące obok szafy lustro. 
Edzia siedziała po drugiej stronie z kręconymi czarnymi włosami do ramion, grzywką do połowy zakrywającą oczy i pomalowanymi na różowo ustami. Ładna. Szkoda, że nieprawdziwa. 
- Nie chcesz pogadać? - zagadała do Edwarda.
- Jak to ma znaczenie, chcę, nie chcę, ty nie znikniesz dopóki nie pogadam?
- Bingo, strzał w dziesiątkę. Edzia klasnęła w dłonie i podskoczyła w miejscu jakby Edward powiedział coś niesamowicie fantastycznego.
- Dobra, co o niej myślisz? - chciał wiedzieć Edward.
- Może być. Edzia wzruszyła ramionami.
- Tylko tyle.
- A trzeba więcej?
- Chodzi o to, co przed nią ujawnić, a czego nie?
- Sam musisz zdecydować.
- Zawsze sam, a ty od czego jesteś? Od zawracania głowy?

Edzia skrzywiła się.
- Wiesz, co teraz powiedziałeś?
- Że żadnego z ciebie pożytku nie ma!
- Jak ze mnie nie ma, to z ciebie tym bardziej! Przecież jestem twoim odbiciem, niczym innym!

Jak zwykle Edzia doprowadziła Edwarda do wściekłości. Wkurzony rzucił szklanką w lustro. Edzia od razu zniknęła, a lustro pękło jakby tylko czekało na chwilę, gdy się rozsypie na kawałki i odejdzie w zapomnienie. 

Lubisłowa.

Martwię się. Minął dzień, noc, Edward się nie pojawił. Cały czas siedzi w swoim pokoju hotelowym. Czasem wydaje mi się, że uciekł przez okno, bo na moje pukanie i wołanie nie reaguje. Obiecuje sobie poczekać jeszcze jeden dzień. Potem muszę stąd odejść. Nie mam kasy, żeby tu siedzieć bez końca. Przyznam się, że liczyłam, że Edward za nas zapłaci. Czy inaczej zatrzymywalibyśmy się w tym hotelu? Chyba, że to wariat albo myślał, że w kieszeniach noszę złoto. Szkoda, że Anka nie może mi pomóc. Zaraz, chwila, mam pomysł. Rzucę do niej ten fioletowy kamień, który dziś znalazłam na drodze. Jeśli dotrze do niej, przyjedzie tu, wyciągnie mnie z kłopotów.

Anna.

Obraz się rozmazał i znikł jak wizja w telewizorze. Nie wiem, gdzie przebywa Lubisłowa i jak jej pomóc.



P. S. Pewnie pomysł na uratowanie Lubisłowy pojawi się później.
A Wy jak myślicie?



 

wtorek, 5 lutego 2019

Jaszczur Bazyli.

Ostatnio wcale tu nie zaglądałam, zwłaszcza do tych bohaterów. Do kogo i do czego? Co zobaczyłam, jak wreszcie zajrzałam do środka?






















Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Aurelia - wiedźma, Bolelut - czarodziej, jaszczur Bazyli - magiczna istota, Roksan - android.

Dialog 1.

Miejsce: Dom Boleluta. Sypialnia. 

Na wielkim małżeńskim łożu śpi Aurelia tak jak inne kobiety przed nią i pewnie po niej, choć żadna z nich nie była żoną Boleluta. Każda zajmowała pozycję kochanki, na początku uwielbianej, z czasem coraz bardziej nudnej. Aurelia powoli zbliża się do etapu nudnej. Bolelut często zostawia ją samą w dzień i w nocy. Na szczęście nie zamyka już drzwi i okien pewny, że Aurelia go nie opuści, a nikt nieproszony nie przekroczy magicznego progu. Tymczasem jaszczur Bazyli pokonuje otwartą przestrzeń anty zaklęciem. Wchodzi do sypialni jeszcze jako mała, niepozorna jaszczurka, by po chwili zmienić się w niewysokiego, szczupłego mężczyznę w czarnym kapeluszu naciągniętym na oczy, niebieskiej luźnej koszuli i długich szerokich fioletowych spodniach. Wygląda jak magik połączony z klaunem. Dotyka językiem odsłoniętego ramienia Aureli, co sprawia, że kobieta się budzi.

 Aurelia ( przerażona krzyczy ): Kim pan jest?
Bazyli: Potomek smoka jaszczur Bazyli.
Aurelia: Jak pan tu wszedł? I czego pan chce?
Bazyli: Spokojnie Aurelio. Przyszedłem cię uratować.
Aurelia ( zdziwiona ): Co takiego? Niby dlaczego mnie ratować? Wysłał pana Bolelut?
Bazyli: Powoli dojdziemy do tego. Najpierw powąchaj to proszę.

Bazyli wyciąga z kieszeni fioletową fiolkę przypominającą  te, w których trzyma się perfumy. Znajduje się w niej przygotowany wcześniej przez jaszczura trzeźwiący zapach, który wyrywa z zaklęć miłosnych i wszelkich innych umysłowych blokad.

Aurelia ( patrzy ze strachem na szklaną buteleczkę ): Nie rozumiem. Co w tym jest? Dlaczego mam to wąchać.
Bazyli ( zmienia taktykę ): Bolelut sobie życzył, żebyś powąchała. Chyba nie chcesz, żeby się na ciebie pogniewał.

Oczywiście, że nie chce. Robi wszystko, o co prosi ją Bolelut. Tak ją zaprogramował po pierwszej spędzonej z nią nocy. Musiała, czy chciała, czy nie chciała, posłusznie słuchać i wykonywać polecenia czarodzieja.

Aurelia ( jeszcze się upewnia ): Na pewno sobie życzył? Jest pan jego wysłannikiem?
Bazyli ( kłamie ): Tak, przecież inaczej nie mógłbym przejść przez próg. 
Aurelia: No, tak.

Otwiera podaną jej przez Bazylego fiolkę i wdycha zapach pomarańczy.

Aurelia ( wzdycha, przymykając oczy ): Jak ja dawno nie jadłam pomarańczy.

Zaraz potem Aurelia otwiera szerzej oczy i ze zdziwieniem rozgląda się po pokoju, który nagle traci wszystkie ciepłe i zimne kolory. Pozostają jedynie dwie barwy: czarna i biała. Świat ponownie dostosowuje się do przekonania Aureli, że oprócz czerni i bieli, nie istnieje żadna barwa.

Aurelia ( zdziwiona ): Gdzie ja jestem? 
Bazyli ( pociera ręce z radości ): U Boleluta czarodzieja.
Aurelia ( z oburzeniem ): Jak to? U tego kolorowego paskuda? Jakim cudem się tu znalazłam?
Bazyli: Zwyczajnie. Rzucił na ciebie czar. Zemścił się za twoje podejście do koloru.
Aurelia: Dziwne, że ja niczego nie pamiętam. Zaraz, zaraz, chyba do mnie zadzwonił.
Bazyli: Nie chyba, tylko na pewno.
Aurelia: Ale co było potem?
Bazyli: Teraz to nieważne. Musimy wynieść się z tego domu, zanim Bolelut wróci.
Aurelia: Masz rację.

Bazyli i Aurelia opuszczają pokój. Idą zielonym korytarzem, w oczach Aurelii czarnym, w stronę drzwi. Wreszcie otwierają je i wychodzą na zewnątrz. Owiewa ich zimne powietrze.

Aurelia ( zauważa swoją cienką koszulę nocną ): Szkoda, że nie założyłam płaszcza.
Bazyli ( uśmiecha się ): Nic nie szkodzi. Zaraz ci coś wyczaruję.
Aurelia ( zdziwiona ): Ty też jesteś czarodziejem?
Bazyli: Może nie takim jak Bolelut, ale da się przeżyć.

Po chwili Aurelię i Bazylego zakrywają niebieskie ciepłe płaszcze, których kolor Aurelia jako niewierząca w kolory odbiera jako czarny. Podobnie kolor czekającego na nich fioletowego audi.

Szczęśliwi jadą do domu Aurelii.

Dialog 2.

Miejsce: Pracownia Boleluta i jego drugi dom. 

Tutaj czarodziej chowa się przed swoimi kobietami, wrogami, innymi ludźmi. Pochylony nad dużym brązowym biurkiem, rozpisuje w zeszycie w czarną kratkę swój plan stworzenia posłusznego i mądrego człowieka. Coś w rodzaju golema i jednocześnie coś całkiem innego. W przeciwieństwie do golema istota zostanie obdarzona mową i stworzona z bardziej subtelnej materii. Bolelut jeszcze nie wie jakiej. Na razie rozmyśla i słucha wewnętrznych głosów, głosów istot i ludzi, których świadomość połknął. Wygląda to tak jakby gadał sam ze sobą. Jedynie tony się zmieniają.

Bolelut: Opowiedz mi Roksanie o sobie.
Roksan: Gdzie ja jestem? Dlaczego nie mogę stąd wyjść?
Bolelut: U mnie jesteś i będziesz robił, co zechcę. Inaczej...
Roksan: Co inaczej? Umrę, znaczy się zostanę wyłączony?
Bolelut: Albo gorzej.

Roksan rozgląda się po ginącym w mroku pomieszczeniu. Poza plamą światła na środku, nic nie widać. Domyśla się jedynie, że znajduje się we wnętrzu czegoś, może w studni, bo głos, który mówi do niego, odbija się echem i jakby pada gdzieś z góry. Skąd się tu wziął i dlaczego nic nie pamięta. Chyba w głowie zacięły mu się jakieś programy odpowiedzialne za pamięć.

Bolelut: Uważaj, bo więcej nie będę powtarzał: musisz słuchać i odpowiadać, jeśli chcesz żyć.
Roksan: Dobrze.
Bolelut: Masz mi opowiedzieć o swoim życiu.
Roksan: Wyprodukowano mnie...
Bolelut ( przerywa ): Nie, zacznij od życia u Aurelii albo powiedz co robiłeś, gdy od niej odszedłeś.
Roksan: Nic takiego.
Bolelut: Masz mówić, nie oceniać.
Roksan: Poszedłem z psem Czarusiem na przystanek. Wsiedliśmy do tramwaju i pojechaliśmy do lunaparku.
Bolelut: Sami?
Roksan: Nie, w tramwaju było dużo ludzi.
Bolelut ( krzyczy ) : Co mnie obchodzą ludzie w tramwaju? Pytam, czy spotkałeś kogoś po drodze, kogoś ładnego i interesującego.

Roksan przypomina sobie Ulę, pierwszego człowieka, do którego poczuł coś więcej. Miłość? Tak czy inaczej, postanawia nie ujawniać przed obcym swojego wspomnienia.

Roksan: Spotkałem w lunaparku chłopca, którego nazywali Zaczarowanym ołówkiem. Potrafił narysować wszystko nawet bogactwo i szczęście.
Bolelut ( zainteresowany ): Ciekawe.
Roksan ( z nadzieją ): Wypuści mnie pan?
Bolelut: Zobaczę najpierw, czy mówiłeś prawdę i całą prawdę. Potem zdecyduję.

Dialog 3.

Miejsce: Fioletowe audi Bazylego.

Niestety radość Aurelii i jaszczura trwa krótko. Samochód powoli zwalnia jakby tracił po drodze swoją moc czarodziejską albo niezauważalnie zamieniał się w inny, wolniejszy pojazd. Jaszczur krzywi się, czując, że zbliża się coś złego.

Aurelia: Co się dzieje?
Bazyli: Na razie nic, ale za chwilę...

Auto gwałtownie się zatrzymuje.

Bazyli: No, to koniec naszej podróży. Obawiam się, że dalej musisz iść sama na pieszo.
Aurelia ( oburzona ): Jak to?
Bazyli: Moje moce się wyczerpują, a to znaczy, że niedługo powrócę do swojego kształtu pierwotnego?
Aurelia: Jakiego kształtu?
Bazyli: Małej jaszczurki agamy brodatej.
Aurelia: Nie jesteś człowiekiem?!
Bazyli: A co masz coś przeciwko?
Aurelia: Nie, w zasadzie lubię jaszczurki.
Bazyli: Mam nadzieję, że nie trzymasz żadnej w terrarium?
Aurelia: Nie. Mam psa to znaczy miałam, bo mój służący android go zabrał. Nie wiem, gdzie poszedł i czy wrócił?
Bazyli: Wiedziałem, że jesteś dobra i nie męczysz zwierząt.
Aurelia: I dlatego mnie uratowałeś?
Bazyli: Nie dlatego. Od dawna mam na pieńku z Bolelutem. Zabrał mi siostrę i zamienił w człowieka. Nie, to, żebym ludzi nie lubił. W końcu sam od czasu do czasu zakładam na siebie ciało ludzkie, jednak on ją zmusił, raczej zaczarował jak ciebie. Rozumiesz?

Bazyli wyrzuca z siebie słowa z prędkością błyskawicy, bo boi się, że za chwilę jako jaszczurka straci dar mowy. Rozgląda się przy tym na boki jakby niemoc czaiła się gdzieś w pobliżu.

Aurelia: Rozumiem. Dziękuję, że mnie uratowałeś. Nigdy ci tego nie zapomnę i może kiedyś się odwdzięczę.
Bazyli ( wzrusza obojętnie ramionami ): Nieważne. Żebyś tylko cała dotarła do domu. Teraz wybacz, zmykam. Pamiętaj idź pieszo. Nie zatrzymuj żadnych pojazdów.
Aurelia ( dziwi się ): Dlaczego?
Bazyli: Zło nie śpi. Bolelut albo jakiś inny może jechać czymś, co zatrzyma się na tej drodze.
Aurelia: Dobrze. Obiecuję, że pójdę na pieszo.

Machają do siebie po raz ostatni. Bazyli skręca na ścieżkę biegnącą przez pole w stronę lasu. Aurelia zostaje na jezdni. Z naprzeciwka nadjeżdża czarny peugeot. Zatrzymuje się przy niej. Z środka wysiada Bolelut z uśmiechem na twarzy.

Bolelut: Co tutaj robisz kochanie?




P. S. Chcecie wiedzieć, co dalej?