wtorek, 3 grudnia 2019

Spisek

Wrócili do mnie po dłuższej nieobecności. Usiedli i zaczęli opowiadać. Kto? Moi bohaterowie, o których prawie już zapomniałam. Ciekawe, czy Wy ich jeszcze pamiętacie.


Przypadek?

Nie, na pewno nie. Błażej od dawna nie wierzy w przypadki. Może nigdy nie wierzył. Wszystko, co go spotykało miało swoją przyczynę, źródło. Nic nie zdarzało się dla samego zdarzenia, bo tak się czemuś, komuś chciało, bo los kaprysił albo się uśmiechał. Nie kaprys czy uśmiech losu to za mało przekonujące. O wiele lepiej brzmi przeznaczenie, konieczność, fatum i jacyś oni, którzy grzebią w dziejach świata, którzy pomajstrowali w jego ręce tak bardzo, że trzeba było się jej pozbyć.

Błażej wyrzuca z siebie wspomnienia, myśli, poglądy, szybko, zanim zdąży zmienić zdanie. Wyrzuca je na spotkanego na klatce schodowej sąsiada Witka. Jednocześnie patrzy i czeka na reakcję. Od niej zależy, czy uzna Witka za sprzymierzeńca czy wroga. To drugie znaczyłoby, że się pomylił i niepotrzebnie otwierał przed nieznajomym. Ale czy ręka uległaby iluzji? Nie, ręka, którą sam sobie kiedyś odciął siekierą, zazwyczaj mówiła prawdę. Podpowiadała mrowieniem lub błyskiem w głowie właściwe rzeczy, ludzi, sytuacje. W każdym razie bez niej i zarazem z nią Błażej czuł się lepiej. Mógł udawać, że oni nie istnieją, a nawet jeśli, to już nie mają wpływu na życie Błażeja. Odciął razem z ręką ich implanty. Stał się wolny i tylko czasem słyszy jak skrobią w ścianie albo wyją za oknem.  

Witek.

Witek patrzy na Błażeja i nie wie co myśleć. Czy spotkał wariata? Czy naprawdę wszystko, o czym opowiada Błażej, się wydarzyło? Może mu się tylko przyśniło? Ale dlaczego odciął rękę? Jak on mógł zrobić coś takiego? Nic dziwnego, że rodzice zamknęli go na dłuższy czas w psychiatryku? Czy leki sprawiły, że się uspokoił czy może brak ręki i podobno zawartych w niej implantów? A co, gdyby implanty znalazły się w głowie? Czy i jak pozbyłby się głowy?  

Myśli mieszają się jak cukier z herbatą, którą pije Witek. Razem z nimi uczucia: ciekawość, strach przed Błażejem i jego obcymi, chęć drążenia tematu i pragnienie ucieczki, gdzie pieprz rośnie, bo co jeśli Błażej go zaatakuje, przecież już raz rzucił w niego kamieniem.

- Wiem jak to wygląda - tłumaczy się Błażej. - Jakbym postradał zmysły. Czasem sobie myślę, że to mnie właśnie spotkało, a potem oni znów dają znać o sobie.
- Mówią coś do ciebie? - ciekawość Witka zwycięża nad strachem.
- Mówią po swojemu. Ja ich nie rozumiem. Chcesz posłuchać?
- Może lepiej nie - Witek czuje, że z wrażenia robi mu się zimno. Już by sobie poszedł, gdyby nie zamknięte drzwi mieszkania. Zatrzasnęły się za nim, gdy wynosił śmieci. Teraz musi czekać na ślusarza. Właśnie ślusarz. Dlaczego jeszcze do niego nie zadzwonili?

Innym razem.

Błażej dostrzega niepokój Witka i powoli zaczyna żałować, że uległ pokusie zwierzenia się ze swoich smutków. Wzdycha i sięga po telefon. Już czas wezwać kogoś, żeby zajął się drzwiami Witka.

- Innym razem. Jak będziesz chciał, przyjdziesz i posłuchamy albo wypijemy herbatę - Błażej się uśmiecha.
- Tak, dziękuję za wszystko.
- Nie ma sprawy. 



P. S. Poszli sobie w dwie różne strony. Na jak długo? Czy w ogóle kiedyś jeszcze wrócą? Czy istnieje jakiś spisek? 
Poprzednie części: SztucznorękiPudełka i cała reszta.

 

wtorek, 26 listopada 2019

Toksyczne miejsce.

Pomyślałam sobie, że od czasu do czasu podzielę się z Wami refleksją po lekturze, po filmie, wydarzeniu, po czymś, co mnie w jakiś sposób poruszyło. I na pewno nie będą to, mam nadzieję, typowe relacje, recenzje itp. Tylko i wyłącznie luźne myśli, spostrzeżenia, skojarzenia. Zacznę dziś od pewnego toksycznego miejsca.

Autor: Andrzej Gudański.
 Początek.

Na początku było słowo. Ukryte, zagrzebane pod stosem innych niechcianych, niepotrzebnych w wielkim pełnym i jednocześnie pustym miejscu. Ludzie chodzili i patrzyli, oceniali, zapełniali koszyki, szli do kasy. Z niewidocznych głośników sączyła się jazgotliwa muzyka. Jaskrawe światło oślepiało i mieszało w głowie. Porzucone słowa krzyczały okładkami. W końcu uległam i wzięłam jedno ze sobą, przygarnęłam przecenione, porzucone jak pies, który komuś nie pasował.

Schody.

Czasem pojawia się przestrzeń, a czasem schody. Każde słowo niesie z sobą inny ciężar, barwę, smak, zapach. Każde otwiera w nas coś innego. To akurat stworzyło schody.


Mroczne, porośnięte pleśnią prowadziły do toksycznego miejsca, miasta, w którym bohaterka kiedyś żyła razem z matką, z którego uciekła jak twierdzi sto lat temu. Teraz razem wracamy i ja i ona do miasta. Po co? Żeby szukać zagubionej matki, a przy okazji przypomnieć sobie klimat miasta i dawną siebie.

W mieście przestrzeń nie istnieje, tylko schody duszne, ciasne, męczące, zbudowane z kamieni kołyszących snem i jawą, zacierających granice między rzeczywistością, przewidzeniem. Idę po nich dzielnie na górę, myśląc, że tam właśnie spotkam spokojne, jasne zakończenie. Czy je spotykam? Co czuję, gdy wreszcie docieram do końca? Co czuje bohaterka? Czy znajduje matkę? Odpowiem tylko na jedno pytanie.

Moje uczucia.

Widzę je w sobie jak fraktale, ani ładne ani brzydkie, dziwne, podobne do słów zapisanych w czytanej przeze mnie książce.
Pomieszane i ułożone. Raz mi mówią jeszcze kiedyś do tej lektury wrócisz. Innym razem, nie warto i po co w ogóle brałaś ją do domu, naprawdę mogłaś zostawić. Niechęć walczy z zachwytem nad ubraniem, ulotną szatą słów. Ach jaka piękna, utkana z poezji, niespotykana, inna. Jednak z drugiej strony nudna, męcząca, gdy zbyt długo się w nią wpatrujesz, chociaż czy barwna szata może nudzić?

Chciałabym, ale nie potrafię ułożyć swoich uczuć. Pozostają niejednoznaczne jak wszystko wokół albo prawie wszystko. 

Czy warto?

 Sam, sama musisz ocenić, sięgając po książkę. Dla mnie mimo bardziej lub mniej uciążliwego zamieszania w głowie, warto, żeby zobaczyć, poczuć, posmakować innej, nieoczywistej prozy, żeby przez chwilę odetchnąć od łatwej akcji, łatwych postaci; żeby pomyśleć.

Wybrane cytaty.

,, Prawdziwe historie podobno nigdy nie wydarzają się naprawdę ,, 
,, Napisałaś o mnie opowieść? - pyta sen o Matce. Tak, napisałam o tobie, śnie powracający. Kompasie dawnej miłości, utraty i dalszego życia bez niej, a jednak nią przepełnionego.,,

Dane.

Nie moje, tylko książki. A może niektórzy z Was już się domyślili, o czym snuję refleksje? Jeśli nie, to wszystko poniżej:

Autor: Katarzyna Gondek.
Tytuł: Otolit.
Wydawnictwo: Świat Książki.
Rok wydania: 25 września 2015
Ilość stron: 192


P. S. Chcecie więcej takich refleksji, czy może lepiej dać sobie spokój?

 

 

 


wtorek, 19 listopada 2019

Sny.

Wszyscy je mamy, choć nie wszyscy pamiętamy. Chcemy, żeby były miłe, przyjemne, słodkie, ciekawe, lecz one jak uczucia przybierają różne barwy, niekoniecznie takie, jakie lubimy.


Śpiąca królewna

Nie budź śpiącej królewny.
Jej sny są zbyt piękne.
Jawa ciasna i mroczna. 


Spotkanie.

Znów do mnie przyszłaś.
I znów cię wygoniłam.
Sen zerwany ze smyczy
zaskomlał w środku nocy.
Może innym razem. 
Zerkam w okno.
Zapominam, że kiedyś żyłaś.



Puk, puk.

- Kto tam?
- To ja, koniec świata. Otworzysz?
- Przyjdź później. Śpię.
- Nic nie szkodzi. Wejdę i raz dwa pozamiatam.
Budzik dzwoni.
Za oknem wciąż trwa jesień.

Autor: Rafał Olbiński.

 Sen-wędrowiec.

Wspiął się na usta.
Pajęczyną nocy zasłonił oczy.
Do głowy wlał swoje wizje.
Zakochała się w nim.
Jawa go zabiła.
Deszcz nosi żałobę. 


Raj.

Szumi morzem.
Pachnie wiosną i latem.
Chcę wejść.
Nie mogę.
Zamknięty.
Czy jutro się otworzy?


P. S. Jakie są Wasze sny jesienne? Może dla Was raj się już otworzył?



 

wtorek, 12 listopada 2019

Obca w obcym czasie.

Wolałaby trafić do zwykłego więzienia albo do kolonii na Marsie, jeśli w ogóle taka istnieje. W ostateczności mogliby ją rozstrzelać, posadzić na krześle elektrycznym, uśpić jak chorego psa. Wszystko byłoby lepsze niż to miejsce i ten czas.


Eugenia i Stanisława.

Od godziny krążą między grobami, szukając tego jednego właściwego.
- Byłam pewna, że to tu - złości się Eugenia, której zwykle wydaje się, że wie więcej i lepiej.
- Wiesia nie chce, żebyśmy ją odwiedzały - wzdycha Stanisława.
- E, tam, gadasz - Eugenia wzrusza ramionami.
- Może dajmy sobie spokój.

Stanisława myśli o czekającej w domu herbacie, czekoladowych piernikach. Już by chciała usiąść, chrupać słodycze, obejrzeć ciekawy film w telewizji. Jednak Eugenia nie zamierza rezygnować z poszukiwań jeszcze nie teraz.

- Może zapytamy jej syna?
- Widzisz tu jej syna? - Eugenia rozgląda się tak na wszelki wypadek, gdyby syn krył się za drzewem lub szedł alejką na przeciwko, a ona jedna go nie zauważyła.
- Nie, ale...
- Jakie ale - oburza się Eugenia. - Myślisz, że on tylko czeka, żeby nam powiedzieć, gdzie matkę pochował, przecież nawet o pogrzebie nie powiedział.
Stanisława wzdycha. Widzi jak herbata i ciastka oddalają się coraz bardziej.

Florentyna.

- Dupek jeden - burczy Florentyna, rozglądając się po zaśnieżonej, oblodzonej okolicy.  Złość na faceta, który wsadził ją w to obce miejsce i czas, nie pomaga. Florentyna nadal nie rozpoznaje krajobrazu. Szare wieżowce jeden przy drugim jakby znalazła się na betonowej pustyni. Co robić? Gdzie iść? Jak się stąd wydostać?

- Chyba wiem jak - postać w czarnej pelerynie materializuje się obok tak nagle, że Florentyna aż podskakuje i prawie się w swoim podskoku przewraca. Na szczęście nieznajoma podaje jej rękę.
- Chodź. Muszę ci coś pokazać.

Idą. Florentyna nie do końca pewna, czy dobrze robi, bo co jeśli kobieta okaże się potworem, duchem, zmorą lub jednym z tych, którzy ją Florentynę wrzucili w ten czas i w to miejsce. Będzie niedobrze. Już jest nieciekawie. Pokonują drogę między wieżowcami i docierają do placu budowy. Przez dużą dziurę w siatce przechodzą na drugą stronę pełną wykopów, zastygłego w mrozie błota i śniegu. Tutaj znajduje się owo coś, do czego ciągnie Florentynę babka w pelerynie. Owo coś to rów w ziemi, do którego schodzą. 

Eugenia i Stanisława.

- To musi być gdzieś tutaj - powtarza Eugenia po raz kolejny skręcając w tę samą alejkę. I znów szybko okazuje się, że to nie tutaj. Stanisława nie ma już siły komentować. Eugenia przecież nie posłucha.
- Ciekawe dlaczego ona w ogóle poszła na to szczepienie? - zmienia temat Eugenia jakby od odpowiedzi zależało znalezienie miejsca pochówku ich sąsiadki Wiesi.
- Myślisz, że to od tego?
- Wszystko możliwe. Mówią, że te szczepienia na grypę nie są dobre.
- A ja myślę, że lekarz źle ją zbadał, zaszczepili chorą i tak się stało. Ciekawe, czy Florentyna jeszcze żyje?
Stanisława sama nie wie, po co wspomniała o wciąż zaginionej sąsiadce. I nie wiadomo dlaczego zaraz poczuła zimny wiatr na nogach. Może to duch Florentyny gdzieś obok.
- Ech, nie ma to nie ma - złości się Eugenia. - Wracajmy do domu.
Czyżby ona też coś poczuła?

Florentyna.

- Jak u Kinga - myśli Florentyna. - Tylko rów za mały i nic strasznego się nie dzieje. 

Ziemia się pod nimi nie otwiera. Nie spadają w nieznaną, głęboką przepaść. Peleryniara, jak Floretyna nazywa swoją towarzyszkę, kręci się w kółko jakby czegoś szukała.

- Przecież tu był jeszcze dziś rano.
- Co? - Florentyna wreszcie zdobywa się na odwagę, żeby zapytać.
- Tunel czasoprzestrzenny. Chciałam nim uciec, ale Zela mi powiedziała, żebym wróciła po ciebie.
- Jaka Zela?

Pytanie pozostaje bez odpowiedzi, bo nagle okolica wybucha wyjącym sygnałem karetki pogotowia, milicji lub czegokolwiek innego co, Floretyna czuje, jedzie po nią i tajemniczą kobietę.


P. S. Bohaterki uciekają, więc i ja się oddalam.
Część poprzednia: Dawno, dawno temu.
Jeśli chcecie wiedzieć coś więcej o Wiesi, zajrzyj do:



 

wtorek, 5 listopada 2019

Dzienniki Pelagiusza Latawca.

Ja to mam szczęście, pomyślałam, gdy przez otwarte okno razem z wiatrem wpadł do pokoju czarny notes. Wcale nie pusty, ale zapisany. Na stronie tytułowej złote litery wrzeszczą: Dzienniki Pelagiusza Latawca. Ciekawe, co to za jeden i dlaczego jego dzienniki znalazły się na mojej podłodze?


Podróży dzień pierwszy.

Jak zwykle wszystko zaczyna się od snu. Cofam się w nim o trzydzieści lat i staję się ośmioletnim chłopcem. Na dużej obcej i jednocześnie skądś znanej łące puszczam niebieski latawiec. Pogoda idealna. Świeci słońce, a wiatr delikatnie pcha latawiec po niebieskim niebie. Czuję, że wystarczy podskoczyć, by unieść się i pofrunąć w ślad za nim. Skaczę, lecz zaraz ktoś mnie chwyta i ściąga na ziemię. Z przerażeniem odkrywam, że to ja obecny ściągam siebie młodszego. Sen wyrzuca mnie na brzeg jawy.

Nie muszę się pakować. Wystarczy, że udam się do pewnego tajnego miejsca, żeby wyruszyć dalej do krainy cudów, gdzie znów przeżyję mnóstwo przygód, gdzie zapomnę kim jestem i kim byłem, stworzę siebie od nowa z samych bohaterskich cech.

Póki co wymykam się na palcach z domu. Wyszedłbym przez okno, ale zbyt wysoko. Mieszkam na dziesiątym piętrze starego, szarego wieżowca. Mam nadzieję, że żaden z sąsiadów mnie nie widzi. Na wszelki wypadek ukrywam się pod szerokim czarnym płaszczem, kapeluszem, szalikiem i kocem. Dobry, praktyczny kamuflaż. Do człowieka-namiotu nikt nie podejdzie. Poza tym o tej porze na ulicach mało kto się kręci. Zegar w telefonie pokazuje czwartą nad ranem. Moje osiedle śpi albo bawi się w innym miejscu, nie tu i nie teraz.

Przechodzę na drugą stronę ulicy, tę zastawioną małymi i większymi sklepami głównie z jedzeniem i ubraniami. Dwa kioski z gazetami, jadłodajnia, bank, dalej w głębi szkoła i przedszkole. Skręcam w lewo koło szkolnego boiska. Za boiskiem przy ulicy mała studzienka. Tutaj się zatrzymuję. Zrzucam z siebie koc, płaszcz, kapelusz i zakładam nowe przebranie - strój pracownika kanalizacji. Ubrany w robocze spodnie i kurtkę schodzę w dół do kanału, który prowadzi mnie prosto do miejsca zero, początku i końca wszystkich moich podróży.

Dzień drugi.

Po przekroczeniu granicy między światami: magicznym i realnym, spotykam wróżkę Lusię. Wolałbym jej nie spotykać. Jest straszną marudą i od razu zaczyna mi narzucać swój plan:
- Polecimy po dzieci, a potem udamy się na wyspę.
- Na jaką wyspę? - oburzam się, bo chcę jak najszybciej znaleźć się w swojej krainie cudów i marzeń.
- Nie wiesz? - krzywi się Lusia. - Przygodolandia.
- Może ty tam polecisz, a ja zostanę tutaj.
Niepotrzebnie to powiedziałem. Lusia tupie nogami, wywołując chmurę piaskowej burzy. Drobne ziarnka wlatują mi do oczu, uszu, osiadają na języku, kąsają całe ciało.
- Dobra, zrobimy jak chcesz - krzyczę i od razu wszystko się uspakaja. Zrozumiałem lekcję. Nie ja tu rządzę, ale Lusia mała dziewczynka-motyl.
- Muszę się jej jakoś pozbyć - myślę, a ona patrzy na mnie jakby czytała w moich myślach.

Dzień trzeci.

Nie mam już prawie wcale czasu dla siebie i swoich dzienników. Jak tylko biorę pióro do ręki, Lusia staje obok i rzuca kolejne rozkazy: zrób to, zrób tamto. Nawet fakt, że znów jestem chłopcem i potrafię latać ani trochę mnie nie pociesza. Bo co z tego, że posiadam niezwykłe moce, jeśli Lusia dysponuje większą potęgą. W dodatku zaczarowała dzieci, z którymi lecimy na wyspę. Zaraz na samym początku dała im do wypicia magiczny sok i teraz widzą to, co Lusia chce, żeby widziały. Mnie jako dzielnego chłopca, a Lusię jako dobrą, piękną wróżkę. Koń by się uśmiał jakbyśmy mieli konia. 

Dzień czwarty.

Dotarliśmy na wyspę. Powiedziałbym wreszcie, gdybym czuł się tu dobrze. Niestety wydaje się, że wpadłem jak śliwka w kompot albo lepiej z deszczu pod rynnę. I nie wydaje się, naprawdę wpadłem.

Wkoło biegają wrzeszczące, przebrane za Indian dzieciaki. W lasach ukrywają się prawdziwi Indianie ludożercy, wampiry, wilkołaki, czarownice. Po morzu wokół wyspy pływają piraci. Jeden z nich najgroźniejszy poluje na mnie. Jakby tego było mało wszędzie pełno dziwnych zwierząt: kilkumetrowe pająki, gadające od rzeczy krokodyle, węże ciągnące się kilometrami, żyrafy jedzące wszystko jak leci, żółwie noszące na grzbietach budziki i sam już nie wiem co jeszcze.

Lusia każe mi się bić z każdym. Organizuje mniejsze i większe walki. Przeważnie wygrywam, ale i tak mam dość. Coraz częściej myślę o ucieczce. Dłużej tu nie wytrzymam na pewno.

Dzień piąty ostatni.

Chyba znalazłem sposób jak się stąd wynieść. Gdy zbierałem w lesie chrust na ognisko, zobaczyłem w trawie studzienkę kanalizacyjną. Myślę, że właśnie tędy wyjdę. Tędy wszedłem i tędy sobie pójdę, o ile Lusia wcześniej mnie nie zabije.

Noc. Wszyscy śpią. Uciekam. 

Nie wierzę, że idzie mi tak prosto, nikt mnie nie goni. A jednak, kiedy zbliżam się do granicy światów nagle przede mną pojawia się Lusia. Z wrażenia padam na kolana jakbym chciał ją błagać o wybaczenie albo udawać, że ją błagam.

- Zdradziłeś mnie i swoją drużynę - o matko, o czym ona gada, jaką drużynę? Ta kupa dzieciaków to moja drużyna?
- Zostaniesz za to ukarany - Lusia wymierza we mnie swój palec jakby rzucała jakieś zaklęcie, a może rzuca zaklęcie. Nie wiem. Oddycham z ulgą, gdy znika i nic się nie dzieje. Mogę iść dalej. 

Wkrótce oślepia mnie rzeczywistość i okazuje się, że niepotrzebnie się cieszyłem. Miejsce, do którego wkroczyłem to oddział zamknięty szpitala psychiatrycznego, a ja tu jestem jednym z jego pacjentów. Gdzieś obok słyszę śmiech Lusi.

 
P. S. Inspiracją dla tej opowieści było zadanie z grupy pisarskiej: Pisarskie Olśnienia, które polegało na przerobieniu bajki i użyciu określonego gatunku. Każdy uczestnik miał podaną bajkę i gatunek. Potem wszyscy zgadywali, jaka bajka stała się pierwowzorem. Ciekawa jestem, czy widzicie w mojej opowieści znaną bajkę i jeśli tak to jaką.

 

 


wtorek, 29 października 2019

Przystanek życie.

Krótki, długi lub średni. Zagadką pozostaje dalsza droga po przejściu granicy. Czy jest coś czy nic nie ma? Czy wszystko rozpuszcza się w nicości i tylko nasza pamięć nosi tych, którzy odeszli? Pytania krążą w powietrzu coraz bardziej gęste, bo zbliża się święto zmarłych.


Czekasz

Autobus nie nadjeżdża. 
Ludzie nie nadchodzą.
Zwłaszcza ten jeden wymarzony człowiek.
Słońce też nie świeci.
Trwa listopad.
Krople deszczu zmieniają się w smutek.
Życie mija.
Zostajesz.
Czekasz.

 Odchodzisz.

Na ścieżce znikają twoje ślady.
Nie mogę się pogodzić, lecz czas nieubłagany.
Fragmenty ciebie w pamięci.
W sercu wiara, że dusza istnieje gdzieś dalej.


Śmierć miłości.

Nie przetrwała, choć całowałeś mocno.
Zgasła, choć ogień rozpalałeś.
Bez słowa odeszła.
Dwie łzy i niesmak - jedyne po niej wspomnienia. 

Zagubiona.

Nie pamięta, że życie na torach położyła.
Pociąg przejechał.
Czas się odwrócił.
Gdzie? Po co? Dlaczego?
Jak odejść?
Zagubiona dusza się smuci.

 Nadzieja.

Jeśli nie tu,
jeśli nie teraz,
to potem, tam, w innym świecie
wzbijesz się w górę i polecisz.
Czy słyszysz głos nadziei?


P. S. Może jeszcze nie słyszę, ale nadstawiam uszy. 
Jak Wasz nastrój przed listopadem? Lubicie listopad czy nie?
Chodzicie na cmentarz, czy może bawicie się w Halloween albo i jedno i drugie?

 






 

 

wtorek, 22 października 2019

Lęki.

Wiszą w powietrzu jak pajęczyny. Jedni przechodzą pod nimi bez problemu. Inni wpadają w sieć, szarpią się, chcą wyjść i czasem im się to udaje, znacznie częściej pozostają związani do końca życia.

  
Pająki

Nie wie, kiedy to się zaczęło. Czy można wyznaczyć wyraźną granicę między spokojem i jego brakiem? Czy gdyby wspiął się na wysoką górę, wszystko by zobaczył, zrozumiał i zszedł na dół już jako inny, nowy człowiek? Pytania pozostawały bez odpowiedzi. Lęk siedział w Janku nieporuszony. Pająki snuły pajęczynę i od czasu do czasu wpadały przez okno lub stawały na drodze, nie pozwalając iść tam, gdzie się chciało. Janek wzdychał, odwracał się, wybierał inną ścieżkę.

Monikę poznał na jednym z portali społecznościowych. Dobrze im się gadało o muzyce, filmach, książkach, jedzeniu, polityce, o tym i tamtym. Szybko ze świata wirtualnego przeszli do rzeczywistego. Monika okazała się sympatyczną trzydziestoletnią blondynką, tylko o parę miesięcy młodszą od Janka, w dodatku piękną kobietą. Janek od razu się w niej zakochał, ale czy ona pokochała Janka? To pytanie zadał sobie o wiele później.

Na początku trwała sielanka. Pocałunki wędrujące po ciele, trzymające się ręce, śmiech ze wszystkiego i niczego, uczucie lekkości, pełne zrozumienie, szczęście. I nagle się urwało, Janek zobaczył maszerującego po włosach Moniki pająka. Zamarł. Strużki potu popłynęły wzdłuż kręgosłupa. Serce załopotało jak ptak, który chce się wydostać na wolność. Monika niczego nie zauważyła albo udawała, że niczego nie zauważa. Beztrosko zrzuciła pająka na ziemię, a potem zamknęła w szklance i wyniosła do ogrodu. 

Minęło, jednak dziwny niesmak pozostał. W snach zamienił się w koszmar. Rysy twarzy Moniki wydłużyły się, nabrały ostrych kantów. Głos zabrzmiał twardo, gdy się odezwała:
- Zasłużyłeś.
- Co? Dlaczego? - niczego nie rozumiał.
- Wszedłeś mi w drogę i nigdy tego nie zapomnę. Będziesz cierpiał przez całą wieczność.
Z każdym kolejnym słowem z ust Moniki wylatywały pająki. Janek chciał, ale nie mógł się poruszyć. Pająki podeszły bliżej. Wspięły się po nogach, zajęły całe ciało, przez usta weszły do środka. Janek już nie był sobą. Stał się własnością pająków, jedną z ich wielu części.

Na jawie próbował zrzucić z siebie senne majaki, zapomnieć, zgubić się w pięknie kobiecego ciała. Nie wychodziło. Coraz częściej widział pająki w pobliżu Moniki. Jakby sama jej obecność wywoływała je z ciemnych kątów rzeczywistości. Jednocześnie nie potrafił z nią zerwać. Coś go do niej ciągnęło.

- Przeznaczenie. Jesteśmy ze sobą związani - Monika śmiała się w następnym koszmarze. 
- Na wszystko jest sposób - stwierdziła znajoma znajomej, która zawodowo zajmowała się różnymi dziwnymi sprawami. Uzdrawiała, odcinała więzy, odwracała klątwy, wróżyła. 

Minęło trochę czasu i pieniędzy. Janka przestały przerażać pająki, a Monika sama zaczęła się wycofywać ze znajomości. Koszmary się skończyły. Janek żył długo i szczęśliwie aż do następnego lęku, tym razem przed szczurami. 


Schody.

Patrząc na schody, Jowita myślała o spadaniu w mroczną przestrzeń bardzo podobną do czarnej dziury. Jak już tam wpadłeś, nie mogłeś wyjść ani umrzeć, musiałeś żyć wiecznie ze swoim cierpieniem. 

Matka uważała, że Jowita ma zbyt dużą wyobraźnię i trzeba to zmienić.Ciągnęła ją więc po miejscach ze schodami. Nie pomagały krzyki Jowity.
- Nie mogę, nie chcę.
- Masz już czternaście lat. Najwyższa pora przezwyciężyć swój strach. Ja w twoim wieku...
Jowita nie słuchała. Spadała w przepaść, trafiała do piekła. Dlaczego matka jej nie rozumiała? Dlaczego ojciec się nie odzywał? 

- Uwolnię cię - zaszeptał głos, gdy po raz kolejny matka wepchnęła ją na ruchome schody w galerii handlowej.
Jowita odwróciła się. Za nią stał mężczyzna w dużym czarnym kapeluszu i długim również czarnym płaszczu. Jedna część twarzy ginęła w mroku, druga się uśmiechała.
- Kim jesteś? 
- Czy to ważne? To jak pójdziesz ze mną?
Jowita wahała się tylko przez chwilę. Schody bardziej ją przerażały niż tajemniczy mężczyzna. 

I to był błąd. Nieznajomy wsadził ją do czarnego mercedesa i wywiózł za miasto. W lesie zgwałcił i zamordował. 

  
Misie.

Dawno, dawno temu siedziały na wystawie sklepu z zabawkami. Obok przechodziła Marianna, spojrzała na nie i kupiła. Jednego dała swojej bratanicy Zosi, dwa pozostałe postawiła u siebie w pokoju na kolorowych poduszkach. I na tym historia pluszaków by się skończyła, gdyby nie dziwne rzeczy, które zaczęły się dziać wokół Marianny i Zosi. Najpierw Zosia zauważyła, że w ciemności oczy misia Bartka błyszczą jak ślepia złej czarownicy. Potem autobus, którym jechali rodzice Zosi zderzył się z tramwajem. Później Marianna zobaczyła, że misie w nocy zmieniają miejsce i zamiast na poduszkach siedzą za tapczanem, w szafie, na balkonie, nawet w lodówce. Wyrzuciła je, ale następnego dnia znów były obok. Spaliła je na polu za miastem. I znów wszystko by się dobrze skończyło, gdyby nie Zosia.

Marianna musiała wziąć Zosię do siebie. Oprócz niej Zosia nikogo nie miała. Do domu cioci przeniosła się z misiem Bartkiem, którego mimo strasznego nocnego spojrzenia nadal kochała. Razem z misiem pojawiły się koszmary i lęki. Marianna i Zosia cierpiały. Jednak Zosia nie chciała rozstać się z misiem. 

Pewnej nocy Marianna wstała z łóżka. Poszła do kuchni. Wyjęła z szuflady największy i najbardziej ostry nóż. Precyzyjnym ruchem odcięła głowę Zosi. W następnej chwili się obudziła i zobaczyła co zrobiła. Kolejne chwile spędziła w więziennym szpitalu psychiatrycznym.

Tymczasem miś Bartek uśmiechał się w pokoju innego dziecka.


 
P. S. A jak Wasze lęki? Macie jakieś czy nie?