wtorek, 19 marca 2019

Krociki.

Taką sobie nazwę wymyśliłam na szorty, gdy doszłam do wniosku, że czas na coś krótkiego bez ciągu dalszego. Szorty to oczywiście określenie krótkich prozatorskich utworów. (Dopowiadam, jeśli ktoś miałby wątpliwości). Postanowiłam stworzyć kilka albo chociaż spróbować stworzyć. Sami oceńcie jak mi wyszło.

Autor: Rob Gonsalves.

  
Bajka.

Dawno, dawno temu, w czasach, gdy świat opanowały wielkie domy zwane przez ludzi wieżowcami i olbrzymie sklepy zwane marketami żyła sobie pewna kobieta z dwiema urodziwymi córkami i jedną głupią i brzydką. Kiedy kobieta zachorowała wszystkie córki wyruszyły po lek na jej chorobę.

Pierwsza, Martyna z czarnymi, długimi do pasa włosami szybko zaplątała się w ostre kulki łopianu. Przyczepiły się do jej włosów i nie chciały puścić. Biedna musiała zrezygnować z dalszej wędrówki, bo przecież nie chciała, żeby rzepy wyciągnęły z jej głowy wszystkie włosy. Jakby wyglądała z łysą czaszką? Czy ktokolwiek zauważyłby jej urodę, gdyby zabrakło długiej czupryny?

Druga, Viola nosiła krótką jasną fryzurę, ale za to duży naukowy umysł. W szkole zawsze była prymuską. W mig łapała skomplikowane ciągi liczbowe, teorie i definicje. Zarówno ona jak i jej chora matka wiedziały, że tylko tak mądra osoba może przynieść ukryte gdzieś lekarstwo. Viola szła drogą z dumnie uniesioną głową, dopóki nie pojawił się pająk.
- Aaa - krzyknęła przerażona i uciekła z powrotem do domu. Nie mogła iść dalej drogą, po której przeszedł pająk, bo wtedy przydarzyłoby się nieszczęście. Owszem nie wierzyła w różne zabobony, jednak w zabójczą moc pająka nie potrafiła wątpić, odkąd w dzieciństwie ugryzł ją jeden z przedstawicieli tego gatunku.

Dwie siostry nie dały sobie rady, więc przyszła kolej na głupią i brzydką. Ta wcale iść nie chciała. Wolała siedzieć w domu i czytać książki, których miała tyle, że mogła nimi wypełnić bibliotekę.
- Matka i tak kiedyś musi umrzeć. Po co mam iść i marnować czas na szukanie leku, który nie istnieje? - chciała wiedzieć. Tyle, że nikt nie chciał jej słuchać. Iść musiała, czy chciała czy nie.

I poszła. Nic po drodze nie spotkała i nie zobaczyła jakby wszystko wokół schowało się przed jej brzydotą. Dopiero po dłuższym czasie na podnóżu góry Eufania znalazła starą książkę, która okazała się zbiorem przepisów na unikalne mikstury. Jedna z nich pomogła matce. Pozostałe Eufania wykorzystała w swojej pracy uzdrowicielki. Tak, Eufania została uzdrowicielką. Cały świat dzięki niej żył długo i szczęśliwie, dopóki na planecie nie wylądowali obcy i nie zaczęli zabijać po kolei i systematycznie mieszkańców Ziemi.

Autor: Lilianna Lazarska.

Rozmowa.

- Gdzie idziesz? - zapytałeś, gdy zakładałam kurtkę.
- Porozmawiać z moją bohaterką - wyjaśniłam.
- Jaką bohaterką? - chciałeś znać wszystko ze szczegółami.
- Żanetą - jęknęłam, bo już robiło mi się zbyt ciepło w zapiętej kurtce.
- Jaką znów Żanetą?
- Przecież mówię, że bohaterką.
- Czego bohaterką?
O matko, jeszcze trochę i stracę cierpliwość. Wbiję ci nóż w serce. Może lepiej podam truciznę w herbacie. Szkoda tylko, że nie mam trucizny. To nic. W szafce pełno starych, przeterminowanych leków. Coś na pewno da się wrzucić do herbaty.

Tymczasem patrzymy na siebie. Ty na mnie z podejrzliwością, ja na ciebie ze znużeniem.
- Mogę iść? Przystępuję z nogi na nogę.
- A idź sobie - oburzasz się.
- Zresztą - decyduję - porozmawiam z nią przez telefon. Zdejmuję kurtkę.
- Przecież powiedziałem ci, idź sobie - Nadal się gniewasz.
- Wolę zostać. W końcu wcale nie muszę jej widzieć. Wystarczy, że ją sobie wyobrażę.
- A jak w rzeczywistości jest inna? - zadajesz słuszne pytanie.
- To, nic - pocieszam ciebie i siebie. - I tak muszę pracować z wyobraźnią, żeby ją jakoś opisać.
- Opisać? - dziwisz się. - Nie rozumiem.
- Zapomniałeś, Żaneta to moja bohaterka. Wcale nie potrzebuję jej widzieć.
- Ale chciałaś wyjść przed chwilą - zdumiewasz się.
- No, tak, żeby z nią pogadać w myślach. W myślach, bo wiesz ona jest zmyślona.
- Co?! 

Wiem trudno uwierzyć, że wychodzę na randkę z bohaterką i jeszcze mi się marzy rozmowa z nieistniejącym bytem.

Dzwoni telefon. Numer się nie wyświetla.
- Kogo diabli niosą? - złoszczę się, bo nadal tkwię na pół ubrana do wyjścia i na pół rozebrana do pozostania w domu.
- Czekam na ciebie. Czemu nie przychodzisz? 
- Kto mówi?
- Jak to kto? Ja, Żaneta.



 Lustro.

Zanim wszystko się zaczęło, Eustachy zajmował się ramami do obrazów i luster. Godzinami pochylał się nad drewnem lub metalem, malując dokładnie każdy szczegół. Często zły, że upadł tak nisko po tym jak triumfalnie wyszedł z uczelni z dyplomem na piątkę. Wcześniej myślał, że swoimi obrazami olśni cały świat. Tymczasem wena odeszła, a nawet jak jeszcze była, nikt nie chciał kupować jego dzieł. Prawie wszyscy mówili, że za drogie, ale przecież Eustachy musiał z czegoś żyć, a że musiał, poszedł w końcu do pracowni artystycznej. Naprawdę sklepu-pracowni, do którego ludzie przychodzili z własnymi ramami do naprawy lub z żądaniem nowej pięknej ramy do zazwyczaj obrzydliwego obrazu, koszmarnego zwierciadła.

Pewnego razu pracownię odwiedził tajemniczy wysoki facet w czarnym kapeluszu, długim czerwonym płaszczu i butach z noskami zakręcanymi do góry. Niósł owinięte w papier lustro, a może obraz.

- Zastałem pana Krzysztofa? - zapytał o właściciela pracowni.
- Wyszedł przed chwilą. Coś mu przekazać? Pomóc w czymś?
Eustachy obdarzył nieznajomego grzecznościowym uśmiechem.
- A to pech - westchnął facet. - Wolałbym dostarczyć mu to lustro osobiście, ale jak go nie ma, cóż oddam panu. Tylko proszę ostrożnie i żeby pan nie zaglądał do środka, bo to magiczne zwierciadło. Raz pan spojrzy i już będzie do końca życia wykonywać jego rozkazy.
- Magiczne zwierciadło? - Eustachy się skrzywił. Nie wierzył w magię i cuda. Ten facet przed nim uciekł chyba z domu wariatów.
- Wiem, że nie wierzy mi pan. Mimo wszystko proszę je postawić w ciemnym miejscu i nie patrzeć do środka.

Klient nasunął kapelusz na oczy i wyszedł. Eustachy został z dużym pakunkiem. Nie bardzo wiedział, gdzie go odłoży. W pracowni jak zwykle panował bałagan i wszelkie miejsca wydawały się zajęte. W końcu Eustachy zaniósł lustro do toalety. Tylko tam część ściany nadal pozostawała pusta. Zaraz potem Eustachy zajął się swoją pracą i zapomniał o lustrze, choć do łazienki wchodził kilka razy.

Szef tego dnia już nie wrócił do sklepu. I pewnie skończyłoby się dobrze, gdyby nie szept. Coś szepnęło Eustachemu, żeby zabrał lustro razem ze sznurem pereł, które nagle pojawiły się na ladzie sklepu.




P. S. Pierwszy i ostatni krocik powstał w czasie 12 dniowego wyzwania Piszę codziennie zorganizowanego przez Krzysię Bezubik.   
Podoba się Wam taka forma literacka? Chcecie więcej? 





wtorek, 12 marca 2019

Przygoda.

Tamta przygoda już się skończyła. Pozostał po niej jedynie lęk z oczami jak spodki ufo i uśmiechem od ucha do ucha. On się tak uśmiechał, gdy zabijał kolejnych, bezbronnych ludzi. Jaki on? Dlaczego zabijał? 


Żaden z niego dziadek.

- Żaden z niego dziadek - zauważyła Lubisłowa, gdy już dotarliśmy na wzgórze w świecie skazanym na zagładę.
( Jaki to świat i jak się tam znalazłyśmy, znajdziesz tutaj i tam. )
- Cii, jeszcze cię usłyszy.
- Akurat, w tym hałasie?

Miała rację. Wokół panował harmider i chaos, a wszystko z powodu naszego niby dziadka. Niby, bo naprawdę już obie wątpiłyśmy w jego prawdziwość. Czy jakiś z naszych przodków mógłby okazać się tak agresywny jak wściekły ork, wyciągnąć nie wiadomo skąd karabin maszynowy i strzelać do wszystkiego, co się rusza? Wierzyłyśmy, że nie i na pewno nie dziadek, ten ukochany staruszek z naszej wyobraźni. On by nawet muchy nie skrzywdził. Tymczasem ten tutaj cieszył się każdym trupem, spaloną trawą, walącym się budynkiem, skowyczącym psem, płaczem ludzi, krzykiem dzieci, ogólnie coraz większym bałaganem. Jakby zniszczenie należało do jego ulubionych zajęć. Oddawał mu się z zapałem esesmana na początku wojny.

Owszem świat, który rujnował, nie należał do pięknych, jeśli nawet, to chyba tylko dla miłośników betonowych, zagrodzonych płotem osiedli. Wieżowce, bloki, kilka drzew, mały park, plac zabaw, parę mniejszych sklepików, wielki market. Nieciekawy krajobraz zarówno dla mnie jak i dla Lubisłowy, ale żeby z tego powodu zabijać wszystko jak leci? 

Dziwne, że nikt się nie bronił, nawet nie próbował. Ludzie ginęli jak owce zaprowadzone do rzeźni. My z Lubisłową patrzyłyśmy na to też jak owce. Czy choć trochę mądrzejsze?

- Lepiej stąd spadajmy - krzyknęła Lubisłowa.
- Nie pomożemy im? - chciałam wiedzieć.
- Szybciej nas ten szaleniec zabije.

Wyjście, które nie jest wyjściem.

Zdarzyło Wam się kiedyś przejść przez cały labirynt i dotrzeć do ściany, choć wcześniej widzieliście światło i czuliście zapach świata zewnętrznego, albo jechać autobusem, by po kilku przystankach stwierdzić, że w niewłaściwym kierunku? Jeśli tak, to zrozumiecie uczucie jakie ogarnęło mnie i Lubisłowę, gdy już zeszłyśmy ze wzgórza. Teoretycznie wróciłyśmy tam, gdzie spotkałyśmy niby dziadka, ale praktycznie trafiłyśmy w inne miejsce. Obce, zagrodzone siatką z barierką jak na przejściu granicznym i z budką strażnika.

- I co teraz? - zapytałam.
- Może spróbujemy z innej strony - zaproponowała Lubisłowa.

Spróbowałyśmy. Jednak z każdej strony witał nas ten sam widok: ogrodzenie, barierka, budka strażnika.

- Kiedy oni zdążyli to wszystko zbudować? Lubisłowa kopnęła kamień ze złości. - I dlaczego?
- Może zapytamy strażnika? 

Strażnik.

Nie spytałyśmy, bo na jego widok nas zamurowało. Przed nami stał dziadek-niedziadek.

- Czego tu? - zapytał.
- Chciałyśmy przejść - odezwała się Lubisłowa.
- Przepustka jest?
- Przepustka? - Krzyknęłyśmy obie.
- A wy skąd się urwały, że nie wiedzą, że na teren zagłady się nie wchodzi? Idźcie sobie, ale już!

Odeszłyśmy na bok, żeby się naradzić.
- Co robimy? - chciała wiedzieć Lubisłowa.
- Hm 
Nic nie przychodziło mi do głowy. Wydawało się, że świat wokół zrobił nam świetny żart, a teraz śmiał się gdzieś obok. 
- Nie masz pomysłu? - naciskała na mnie Lubisłowa.
- Nie bardzo - przyznałam się.

Inny.

I wtedy z krzaków z lewej strony wzgórza wyłonił się Inny. Wiedziałam, że jest Innym, kimś, kto nigdzie nie pasuje i nigdy się nie dopasuje, bo w sobie nosi własne zasady, swój unikalny porządek. 

- Jeszcze jeden - pomyślałam, przypominając sobie buntownika z początku zagłady. - Jakby rodzili się w każdym krzaku, pewnie razem z klonami dziadka.
- Niezły numer - dodała od siebie Lubisłowa. - Strażnik dziadkiem i kolejny dziwak.
- Cześć - przedstawił się Inny. - Jestem Mędrek. Przysłali mnie, żebym was wyprowadził. Przy okazji, nie widziałyście mojej siostry Bunty? Nosi czarny kapelusz i żółte getry.
Inny patrzył na nas z nadzieją w oczach. 
- Nie - odezwałam się szybko, zanim Lubisłowa zdążyła dojść do słowa. Lepiej na razie nic mu nie mówić o tym, co spotkało buntownika.
- Szkoda - zasmucił się, ale tylko na chwilę. - Chodźcie.
Poszłyśmy.


P. S. Wybaczcie, nagle mi sens całości gdzieś uciekł. Chcecie dokładnego opisu mojej i Lubisłowy drogi powrotnej do realnego świata? 
Części poprzednie: ZagładaCień dziadka.



 

  



 







 
  

wtorek, 5 marca 2019

Pytania i odpowiedzi czyli rozmowy z Mistrzem.

Ukrył się przed Mistrzem w piwnicy własnego domu, ale on i tak wyniuchał go swoim szóstym zmysłem. Taki już ten Mistrz - marudny, upierdliwy i bystry jak pies gończy. Zawsze cię wyśledzi i zmusi do zrobienia czegoś, czego wcale nie chcesz robić.

Autor: Andrzej Gudański.

Rozmowa pierwsza i oby ostatnia.

Znów siedzą naprzeciw siebie, jak wypada w każdej dyskusji, w Szczelinie między światami, w komnacie Mistrza Gry Lukrecjusza. 
( Za mało szczegółów? Zajrzyj tutaj czytelniku ). Lukrecjusz moczy nogi w dużej różowej miednicy z plastiku napełnionej wodą z dodatkiem gorzkiej soli. Popija wywar z gotowanych warzyw. Taki sam wmusza w siebie jego służący, filozof Pankracy.

Lukrecjusz: Dziś, gdy wstawałem rano, przyszła mi do głowy pewna myśl: jak to jest z tym absolutem, iluzją, początkiem i końcem.
Pankracy ( próbuje się nie krzywić tylko uśmiechać ): Trudna sprawa.
Lukrecjusz: A ty jak zwykle swoje, trudna i trudna. Wybij sobie z głowy owo słowo. Przecież dla filozofa, zwłaszcza w służbie wielkiego władcy, nie istnieje, nie może istnieć jakakolwiek trudność w zwykłej dyskusji. Jasne?
Pankracy ( myśli ): Jasne głupi dupku.
Pankracy ( mówi ): Tak drogi Mistrzu.
Lukrecjusz: Więc mów. Na co czekasz?
Pankracy: I w naszym świecie i w świecie ludzi wszystko ma swój początek i koniec.
Lukrecjusz ( oburza się ): Nie, absolut nie ma początku i końca, a ja jestem absolutem, więc nigdy się nie zacząłem, ani nie skończyłem.
Pankracy ( z niewyraźną miną ): Tak, Wasza Światłość, jesteś panie wyjątkiem potwierdzającym regułę.
Lukrecjusz ( wzrusza ramionami ): Czy ja wiem, czy można tu mówić o jakiś regułach?
Pankracy: Ty panie jako absolut tworzysz reguły i decydujesz również, co przejawia się jako iluzja, a co trwa realnie.
Lukrecjusz ( uśmiecha się ): A głupi ludzie myślą, że ich bóg rządzi światem.
Pankracy ( zadowolony, bo udało mu się wylać obrzydliwy napój do pobliskiej donicy z pelargonią ): Nie wiedzą, że ty panie jesteś ich Bogiem.
Lukrecjusz: Otóż to, ale wróćmy do tematu. Jakoś niewiele powiedziałeś mi o tym. Jak widzisz iluzję, absolut, początek i koniec?
Pankracy ( myśli ):  Wcale nie widzę, zwłaszcza w twojej obecności.
Pankracy ( mówi ): My wszyscy, z twoim panie wyjątkiem, jesteśmy stworzoną przez absolut iluzją. Naprawdę istniejemy tylko w głowie absolutu. Absolut nas stworzył po to, żeby mógł z nami rozmawiać i bawić się.
Lukrecjusz ( krzywi się ): Tylko rozmawiać i bawić się? A tworzyć nowe idee, nowe światy, nowe początki i końce?
Pankracy ( myśli ): Chciałbyś, co?
Pankracy ( mówi ): Oczywiście, że tak. Absolut tworzy z iluzjami, co zechce i co mu wyobraźnia podpowie.
Lukrecjusz ( uśmiecha się ): Też tak sądzę.
Pankracy ( myśli ): Niech to się już skończy. Kurtyna i koniec proszę.

Jakby na zawołanie Pankracego dzwoni sygnał wiadomości przychodzącej. Wściekły Lukrecjusz naciska przycisk na leżącej na biurku klawiaturze.

Lukrecjusz: Czego tam? Nie widzicie, że jestem zajęty.
Głos z drugiej strony: Ale to ważne Mistrzu.
Lukrecjusz: Chwila.
Lukrecjusz ( naciska przycisk i zwraca się do Pankracego ): Musimy na razie skończyć. W wolnym czasie wrócimy do tej rozmowy.

Pankracy wychodzi, mając nadzieję, że Mistrz jednak zapomni i nigdy więcej już nie wrócą do dyskusji.

Rozmowa druga, niestety.

Niestety dla Pankracego, bo dla Lukrecjusza doskonale. Świetnie, że się udało znaleźć chwilę czasu wolnego i że wcześniej wyłączył wszelkie łącza z resztą świata. Teraz jeśli znajdzie się ktoś z ważną wiadomością, będzie musiał walić rękami i nogami do drzwi komnaty władcy, a ten i tak go nie usłyszy. Nie na próżno przecież Lukrecjusz zainstalował na ścianach wyciszające ekrany. Nic z komnaty nie wychodziło i nic nie wchodziło. Jedynie biedny filozof Pankracy, którego oczy za każdym razem przyzwyczaiły się do innego wyświetlanego przez ekrany krajobrazu. Tego dnia akurat widoku drzewa, chmur i jakieś wody, może rzeki, a może jeziora. Nieważne. Pankracy nie po to został wezwany, by podziwiać pejzaż na ścianie.

Lukrecjusz: Myślę, że dziś dla odmiany porozmawiamy o reinkarnacji. Niedawno miałem okazję przeczytać fragment dzieła pewnego ludzkiego mistyka na temat wędrówki dusz. Nawet mi się spodobał ów fragment. Zacytuję: ,, Jedno życie - wiele inkarnacji. Swoje inkarnacje policzyć, licząc wszystkie kroki.,, I co ty na to?
Pankracy: Hm, hm, hm.
Lukrecjusz ( zły ): Nie jesteś świnią, żeby chrumkać, a może jesteś? Jeśli tak każę cię odprowadzić do chlewu i odtąd będziesz żył ze świniami. Może kiedyś upiekę cię na rożnie.
Pankracy ( stara się opanować złość ): Ja tylko się zastanawiałem.
Lukrecjusz: To przestań się zastanawiać. Mów albo cię wychłostam.
Pankracy ( myśli ): Grozić potrafisz, ale nic poza tym.
Pankracy ( mówi ): Dobrze byłoby znać całość. Jednak rozumiem, że niedostępna. Dla mnie reinkarnacja oznacza wiele istnień, nie jedno życie, ale w trakcie jednego życia też następują jakieś reinkarnacje. Innym się jest w dzieciństwie, innym w młodości i innym na starość. Już znajdujemy trzy jeśli nie więcej przemian koła trwania w danym świecie.
Lukrecjusz ( zamyślony ): I jak się to ma do niezmiennego absolutu.
Pankracy ( myśli ): Jak gówno do stodoły.
Pankracy ( mówi ): Absolut stoi poza jakby na marginesie wędrówki dusz. Sam ustalił zasady, których może, nie musi się stosować. Jeśli zechce, przyjdzie na świat w formie podlegającej reinkarnacji, choćby po to, żeby doświadczyć stanu zmiany, przemijania.
Lukrecjusz ( krzywi się ): Absolut wszystko wie. Nie musi niczego doświadczać.
Pankracy ( myśli ): Widzisz dupku daleko ci jeszcze do absolutu. Nic nie wiesz i niczego się nie dowiesz.
Pankracy ( mówi ): Tak, wie. Zawsze jednak może spróbować, a nuż poczuje coś inaczej. To znaczy mnie się tak wydaje, a wiadomo, że moja wiedza ograniczona w porównaniu do wiedzy absolutu.
Lukrecjusz: Znów zacytuję: ,, Czy ta reinkarnacja czegoś nas uczy? Poza powielaniem schematów!,, Jak myślisz?
Pankracy ( cicho wzdycha zmęczony tematem ): My ograniczone istoty nie poznamy płynącej z reinkarnacji nauki. Dla nas ona zbyt zawikłana, trudna. Jedynie absolut zna prawdę.
Lukrecjusz ( zdziwiony ) Zna prawdę?
Pankracy: Tak. Wystarczy, że sięgnie głębiej do swojej świadomości i już ją chwyta jak dziecko różowy balon.
Lukrecjusz ( wciąż zdziwiony ): Dziecko różowy balon?
Pankracy: Absolutowi wystarczy mrugnąć okiem i wie wszystko.
Lukrecjusz: Hm, hm. Chyba muszę nad tym pomyśleć, więc na razie możesz sobie iść. Zawołam cię jak skończę myśleć.
Pankracy ( myśli ): Obyś nigdy nie skończył.
Pankracy ( mówi ): Zawsze do usług waszej świetlistej mądrości Mistrzu.

Po kilku obowiązkowych ukłonach Pankracy wycofuje się do drzwi. Wreszcie wychodzi z rumieńcami na policzkach od intensywnego, żmudnego odpowiadania na pytania. Wierzy, że kiedyś pytania się skończą i odpocznie gdzieś w sielskim krajobrazie nad jeziorem lub rzeką. Nawet nie przypuszcza, że jak zabraknie pytań, Lukrecjusz go powiesi albo spali lub utopi. W każdym razie pozbędzie się niepotrzebnego służącego.


P.S. Co Wy na to? Lubicie rozmowy Pankracego z mistrzem? Zadajecie sobie czasem trudne pytania?
Autor cytatów: Angelo Sto. 
Część poprzednia: Sekretne rozmowy.

  


 



wtorek, 26 lutego 2019

Coś takiego.

- Coś takiego - fuknęła jak wściekła kotka i zaraz odwróciła się w inną stronę, żeby tylko nie patrzeć i żeby nie być widoczną.
Kto? Co? Dlaczego? Gdzie? Ciekawi? Zapraszam do dalszej lektury.

Zdjęcie ze strony.

Eugenia i Stanisława.

Siedziały w zatłoczonym autobusie, a jednak Eugenia zobaczyła w szparze między ludźmi dziwnie znajomą kobietę. O zgrozo, owa kobieta, podobnie jak Eugenia w starszym wieku, całowała się z równie starym mężczyzną. 

- Coś takiego - fuknęła Eugenia i zaraz odwróciła się w drugą stronę.
- Co takiego? - chciała wiedzieć Stanisława.
- Ci dwoje tam - wskazała palcem Eugenia.
- A - przyjrzała się bliżej Stanisława - Klementyna z Karolem.
- Co ty gadasz? - nie chciała wierzyć Eugenia, lecz drugie, bardziej dokładne spojrzenie potwierdziło słowa Stanisławy.

- Kto by przypuszczał - pomyślała Eugenia - że tych dwoje się zejdzie i że będą się tak obrzydliwie zachowywać w miejscu publicznym. Rozumiem nastolatki, ale starzy ludzie. Nie wypada. W dodatku oboje ubrani jak klauni z cyrku. 

Klementyna zamiast swojego starego czarnego płaszcza założyła zieloną kurtkę i czerwony beret, a Karol czerwoną kurtkę i zieloną czapkę. Jakby się zmówili, że razem postraszą innych jaskrawymi barwami.

- Świat się przewraca do góry nogami - burknęła Eugenia.
- Chyba raczej nieboszczyk mąż Klementyny w trumnie się przewraca - zauważyła Stanisława.
- Akurat. Ona go podobno spaliła.
- Dobrze.
- Co dobrze?
- Nieboszczyk mąż się nie przewróci.
- Ty lepiej patrz, żebyśmy przystanku nie minęły.

Eugenia jeszcze raz zerknęła na całującą się parę i prychnęła słusznym gniewem. I pomyśleć, że jak wychodziła z domu, dobry nastrój jej nie opuszczał. Od rana czuła się lekka i wypoczęta. Z radością przyjęła zaproszenie Stanisławy na wieczorek w nowo otwartym klubie seniora. Ani przez chwilę nie pomyślała, co i kogo może spotkać po drodze, chociaż po tym jak się wróciła do domu po rękawiczki i nie odczekała kilku minut na krześle przed ponownym wyjściem, powinna spodziewać się najgorszego. No i proszę, dostała za swoje. Tego widoku nigdy nie zapomni. Dwoje starych całujących się ramoli jak śmierdząca psia kupa na stole przy imbryku z herbatą i talerzu z ulubionym ciastem.

Radomiła.

Przysłał jej smsa:
- Spróbujesz w moim audi?
- O matko - przeraziła się. - A jeśli ktoś nas zobaczy? Poza tym, czy może po raz kolejny zdradzić Kazimierza? Już teraz czuje wyrzuty sumienia. Jednak z drugiej strony seksualna przygoda w audi ciągnie jak magnes. Trudno odmówić takiej propozycji.

W każdym razie Radomiła chodzi z myślami o samochodowym seksie przez cały dzień, całkiem zapominając o zrobieniu sobie i Kazimierzowi, z którym mieszka, smacznego, pożywnego obiadu. Jak zwykle nie pozostaje jej nic innego tylko zamówić pizzę. Wie, że Kazimierz nie będzie zachwycony, bo zdecydowanie woli domowe jedzenie, ale na pewno nastrój mu poprawią jej, Radomiły wdzięki fizyczne.

Radomiła zakłada jedną ze swoich rzadko noszonych sukienek, granatową z dużym dekoltem i krótkim rękawem. Na ramiona zarzuca pomarańczowo-niebieską chustę. Jeszcze rzut oka w lustro, żeby stwierdzić, że wygląda seksownie. Potem siada na brązowym fotelu i czeka na Kazimierza, wciąż myśląc o seksie w samochodzie.

Eugenia i Stanisława.

Z tramwaju wyszły innym wyjściem niż Klementyna i Karol. Dopiero po chwili zdały sobie sprawę, że wszyscy idą w tę samą stronę. Klementyna z Karolem zajęci sobą szli szybko i radośnie. Eugenia i Stanisława coraz wolniej jakby z każdym krokiem przybywało im niewidzialnego ciężaru. W końcu Eugenia stanęła w miejscu.


- Nie idę dalej - stwierdziła.
- No, co ty - próbowała protestować Stanisława.
- Nawet mnie nie proś. Eugenia opadła ciężko na parkową ławkę. - Posiedzę tu trochę i wrócę do domu.
- Ale przecież... - zaczęła i skończyła Stanisława. Naprawdę nie wiedziała, co powiedzieć, że nabrała przez drogę apetytu na ciastka, że obecność Klementyny i Karola na wieczorku nic jej nie obchodzi. Jeśli tak powie, Eugenia się obrazi, a Stanisława nie lubiła, gdy Eugenia się obrażała. Nieważne, czy miała czy nie miała powodu. 
- Dobrze - zgodziła się wreszcie, wzdychając za ciepłym wnętrzem nowego klubu seniora, wnętrzem, do którego nie wejdą i oczywiście żałując ciastek. Nic to. Może jutro kupi sobie cukierki.

Radomiła.

Też wzdychała najpierw w ramionach Kazimierza, później na kolanach Patryka. To drugie bardziej ze złości niż radości z cielesnego obcowania z kochankiem. Ciasne, niewygodne auto przyprawiało ją o zawrót głowy jakby nagle zaatakowała ją klaustrofobia. Na próżno zamykała oczy, zaciskała uda, wyprężała ciało, podnosząc się i opadając, przyjemność tylko lekko ją muskała. Fale podniecenia opadały. Ciało stawało się ostre, coraz bardziej suche, aż dziw, że Patryk tego nie zauważał, a może udawał, że nie zauważa. Tak bardzo zajęła go wspinaczka na szczyt własnego podniecenia, tarmoszenie nagich piersi i wiercenie dziury w bebechach. Radomiła z każdym jego ruchem czuła powiększającą się w niej pustkę, przeciwieństwo, tego, co zaznała dzień wcześniej z Kazimierzem. Czyżby obszerne łóżko dawało więcej rozkoszy niż tylne siedzenie auta, a może właśnie zaczęła odkrywać swoją tajną naturę księżniczki na ziarnku grochu? Albo zwyczajnie jest zbyt stara na samochodowe ekscesy? Odetchnęła z ulgą, gdy Patryk wreszcie doszedł i przestał ciosać kołki w jej waginie.

- I jak ci było? - zapytał.
- Cudownie - odparła, bo niby co miała powiedzieć.
- Wiedziałem - uśmiechnął się zadowolony. - A teraz pojedziemy na ciąg dalszy do hotelu.
- Chciałbym - Radomiła się skrzywiła - ale muszę odebrać dziecko z przedszkola.
- Masz dziecko? - teraz Patryk się skrzywił.
- Nie mówiłam ci. Mam dziecko i męża. Tylko obrączki nie noszę - uśmiechnęła się Radomiła.
- Podrzuciłbym cię,gdybym mógł. 
- Rozumiem. Wystarczy, że dowieziesz mnie do przystanku tramwajowego.



P. S. I tak się skończyła kolejna przygoda Radomiły. Czy dojdzie do następnej? Czy Radomiła zrezygnuje ze spotkań z tajemniczym Patrykiem albo Patryk z niej zrezygnuje lub oboje dadzą sobie spokój? A Klementyna i Karol czy nadal będą gorszyli Eugenię?
Tym, którzy jeszcze nie wiedzą, dopowiem, Radomiła zmyśliła sobie dziecko i męża, bo już miała dość Patryka.
Poprzednia część: Ostatni raz?



 

wtorek, 19 lutego 2019

Serduszkowe wypróżnienia.

Dlaczego wypróżnienia? Co takiego jest w niedawno minionym święcie, że kojarzy mi się z biegunką lub wymiotami? O tym i innym dziś Wam napiszę.

Autor: J.R. Slattum.

Języki.

Na początku jak miód słodkie.
Piękne. Ciało głaszczące.
Z czasem ostre, raniące.
Już się do siebie przyzwyczaiły.
Znudziły.
Stały się obce.
Szukają nowości.
I tak się kończy zakochanie.
Prawdziwa miłość trwa dalej.

J.R. Slattum.

 Głodne serce.

Szczerzy zęby.
Język pokazuje.
Mlaska nad czekoladą.
Ślini się cukrową watą.
Pragnie zagłębić się w ładne ciało.
Zębami rozszarpać płaty mięsa z piersi,
ud, twarzy, waginy, penisa, serca.
I choć już jadło wciąż głodne,
spragnione nieskończonej rozkoszy, 
ociekającego potem seksu.
Powiesz, to tylko hormony,
kochanie inaczej wygląda. 

Autor: Varia.
 Bliskie i odległe.

Drzewo miłości w tobie
takie bliskie i odległe.
Mógłbyś zakochać się w sobie,
ale coś sprawia, że patrzeć nie możesz
na swoją twarz w lustrze.
Zamiast zalet widzisz rysy, pęknięcia, zadry,
gorszy fałszywy obraz siebie.
Nie znosisz własnej gęby.
Nie lubisz ciała, które nosisz.
Dusisz się w nim.
O łaskę prosisz cudze serce.
A twoje płacze zbyt blisko i zbyt daleko.

Autor: Tumblr Newartz.

A przecież....

Istnieją w tobie światy
nieskończenie barwne.
Wystarczy się otworzyć
na inne spojrzenie.
Walenty przestaje być ważny.
Tu i teraz, zawsze i wszędzie
miłość istnieje w tobie.
Nie musisz z nikim się wiązać.
Sam dla siebie jesteś cenny.

Autor: Anna Wach.



Bajka.

Zauroczone pierwszym spojrzeniem
dwie połówki barwne
wiecznie trwają w namiętnej fascynacji.
I nic na gorsze się nie zmienia.
Nie pojawia się nikt trzeci i czwarty.
On i ona przyjaciele.
Takiej życzę Wam bajki.



P. S. I tym optymistycznym tonem zakończę swoje rozważania na temat obchodzenia dnia zakochanych. Miłość trwa niezależnie od święta i warto zauważać ją na co dzień. A jakie są Wasze refleksje? Za co lubicie lub nie lubicie Walentynki?






 

wtorek, 12 lutego 2019

Edward.

Marzyła się jej wolność, gdy ta wydawała się niedostępna. Po udanej ucieczce, nagle dotarło do niej, że wcale nie chce być sama, a wtedy okazało się, że nie może wrócić do domu. Dlaczego? Czy tym razem się uda? O kim Wam dziś opowiem?

Autor: Fotoklimat.

 Anna.

Każdy dzień prawie każdy zaczynam lub kończę szukaniem pamiętnika Lubisłowy. Moja wewnętrzna pisarka zniknęła lecz zostawiła mi zeszyt-książkę ze szczegółowym opisem swoich perypetii. Wiem, że coś sprawia, że może przesłać jedynie spisane myśli i zdarzenia, nic poza tym. Ona sama od dawna się nie pojawia.

Wcześniej sądziłam, że bez niej nie potrafię pisać. Okazało się jednak, na szczęście, że nie miałam racji. Może nie piszę tak szybko jak kiedyś, ale piszę. Może część pomysłów uleciała mi z głowy, ale część została. Tyle, że nagle pamiętnik się gdzieś zapodział. Urwała się łączność z Lubisłową. Nie wiem, co ona robi, gdzie jest i czy nadal próbuje rozmawiać z Edwardem, facetem, którego spotkała w pociągu.

Szukając zeszytu, trafiłam na wiele zapomnianych rzeczy: nieprzeczytanych książek, starych pocztówek, opuszczonych zeszytów, porzuconych bluzek, długopisów i w końcu na nieznany, fioletowy kamień. Na pewno nie ametyst. Inny, czarodziejski. W każdym razie takie robi na mnie wrażenie. Biorę go do ręki. Siadam w fotelu i od razu w głowie pojawiają się obrazy.

Lubisłowa.

Jak pies z podkulonym ogonem wróciłam do siedzącego przy stoliku Edwarda.

- Już jesteś z powrotem? - zdziwił się, gdy mnie zobaczył.
- Nie udało się. Może musimy dłużej ze sobą rozmawiać.
- A już myślałem, że zachowam szlachetne milczenie.
- Tak bardzo lubisz milczeć?
- Nie, tylko wtedy, kiedy nie mogę, a ty?

Westchnęłam. Ze mną było podobnie. Kiedy coś stawało się niemożliwe lub niedostępne, goniłam za tym. Cierpiałam, nie mogąc schwycić. Czy bym opuściła dom, gdybym wiedziała, że mogę go opuścić? Na pewno nie. I teraz pewnie siedziałabym z Anką, popijała herbatę, oglądała film lub coś pisała. Tymczasem kręciłam się na krześle w hotelowej restauracji, a przede mną wciąż leżała niedojedzona kanapka z dżemem.

- Coś się tak zamyśliła? Edward przechylił głowę na bok jakby chciał spojrzeć na mnie z innej perspektywy.
- Tak - odparłam.
- Co tak?
- Odpowiedź na twoje pytanie.
- A jakie było?
- Nie udawaj, że już nie pamiętasz.
- Prawdę mówiąc, nie bardzo. Edward wzruszył ramionami, a ja poczułam, że zapowiada się ciężka rozmowa i chyba zbyt szybko do domu nie wrócę. 
- Masz krótką pamięć.
- Tak. To jeden z moich problemów. Mam jeszcze inne gorsze. Ogólnie inni mnie raczej nie rozumieją.
- A to ciekawe. Opowiesz mi o tym?

Edward skrzywił się, uśmiechnął i znów skrzywił. Jakby chciał mówić, a jednocześnie nie mógł. 

- Może później. Wstał z miejsca i ruszył do wyjścia z restauracji, choć nie zjadł wszystkich paluszków i nie wypił całego piwa.
- Już idziesz. Ja też poderwałam się z miejsca.
- Muszę pomyśleć.
- Może wyjdziemy na spacer? - zaproponowałam.
- Później. Odwrócił się i poszedł na górę. Zostałam sama z sobą, jedzeniem, które przestało mi smakować i wolnym, niepotrzebnym czasem.

Edward.

Leżał na łóżku i wpatrywał się w sufit. Jakby szukał na nim odpowiedzi na wiele dręczących go pytań, między innymi, czy zaufać Lubisłowie. Czy kobiecie w ogóle można ufać? Pewnie tak samo jak mężczyźnie. Znajdą się tacy, którym powierzysz wszystko, nawet własną duszę i tacy, którzy cię zniszczą. Tych drugich zdaniem Edwarda było więcej. Ich liczba z dnia na dzień się powiększała. Patrzyli, oceniali, komentowali przez dziurkę od klucza albo przez ściany i sufit. Wszędzie, gdzie się pojawił, obcy ciekawscy obserwowali, dogadywali, truli swoim jęzorem. Oczywiście, zdaniem lekarzy nikt się Edwardem nie interesował. Wszystko mu się uroiło w głowie. Zwyczajnie zwariował. Cała reszta, łącznie z jego naprawdę głupią rodziną, pozostawała normalna. Edward nie potrafił przekonać lekarzy, że się mylą. Im bardziej się starał się wyjaśnić, dlaczego zachowuje się tak nie inaczej, tym bardziej oni wmawiali mu własną wersję prawdy. A może prawda nie była jedna. Istniało ich całe mnóstwo i każdy człowiek wybierał sobie jakąś pasującą do niego. 

- I jak powiedzieć o tym Lubisłowie? - zastanawiał się Edward.
- Nie mów, jeśli masz później chorować - odezwała się Edzia, alter ego Edwarda. 
- Znów ty. Edward zerknął w wiszące obok szafy lustro. 
Edzia siedziała po drugiej stronie z kręconymi czarnymi włosami do ramion, grzywką do połowy zakrywającą oczy i pomalowanymi na różowo ustami. Ładna. Szkoda, że nieprawdziwa. 
- Nie chcesz pogadać? - zagadała do Edwarda.
- Jak to ma znaczenie, chcę, nie chcę, ty nie znikniesz dopóki nie pogadam?
- Bingo, strzał w dziesiątkę. Edzia klasnęła w dłonie i podskoczyła w miejscu jakby Edward powiedział coś niesamowicie fantastycznego.
- Dobra, co o niej myślisz? - chciał wiedzieć Edward.
- Może być. Edzia wzruszyła ramionami.
- Tylko tyle.
- A trzeba więcej?
- Chodzi o to, co przed nią ujawnić, a czego nie?
- Sam musisz zdecydować.
- Zawsze sam, a ty od czego jesteś? Od zawracania głowy?

Edzia skrzywiła się.
- Wiesz, co teraz powiedziałeś?
- Że żadnego z ciebie pożytku nie ma!
- Jak ze mnie nie ma, to z ciebie tym bardziej! Przecież jestem twoim odbiciem, niczym innym!

Jak zwykle Edzia doprowadziła Edwarda do wściekłości. Wkurzony rzucił szklanką w lustro. Edzia od razu zniknęła, a lustro pękło jakby tylko czekało na chwilę, gdy się rozsypie na kawałki i odejdzie w zapomnienie. 

Lubisłowa.

Martwię się. Minął dzień, noc, Edward się nie pojawił. Cały czas siedzi w swoim pokoju hotelowym. Czasem wydaje mi się, że uciekł przez okno, bo na moje pukanie i wołanie nie reaguje. Obiecuje sobie poczekać jeszcze jeden dzień. Potem muszę stąd odejść. Nie mam kasy, żeby tu siedzieć bez końca. Przyznam się, że liczyłam, że Edward za nas zapłaci. Czy inaczej zatrzymywalibyśmy się w tym hotelu? Chyba, że to wariat albo myślał, że w kieszeniach noszę złoto. Szkoda, że Anka nie może mi pomóc. Zaraz, chwila, mam pomysł. Rzucę do niej ten fioletowy kamień, który dziś znalazłam na drodze. Jeśli dotrze do niej, przyjedzie tu, wyciągnie mnie z kłopotów.

Anna.

Obraz się rozmazał i znikł jak wizja w telewizorze. Nie wiem, gdzie przebywa Lubisłowa i jak jej pomóc.



P. S. Pewnie pomysł na uratowanie Lubisłowy pojawi się później.
A Wy jak myślicie?



 

wtorek, 5 lutego 2019

Jaszczur Bazyli.

Ostatnio wcale tu nie zaglądałam, zwłaszcza do tych bohaterów. Do kogo i do czego? Co zobaczyłam, jak wreszcie zajrzałam do środka?






















Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Aurelia - wiedźma, Bolelut - czarodziej, jaszczur Bazyli - magiczna istota, Roksan - android.

Dialog 1.

Miejsce: Dom Boleluta. Sypialnia. 

Na wielkim małżeńskim łożu śpi Aurelia tak jak inne kobiety przed nią i pewnie po niej, choć żadna z nich nie była żoną Boleluta. Każda zajmowała pozycję kochanki, na początku uwielbianej, z czasem coraz bardziej nudnej. Aurelia powoli zbliża się do etapu nudnej. Bolelut często zostawia ją samą w dzień i w nocy. Na szczęście nie zamyka już drzwi i okien pewny, że Aurelia go nie opuści, a nikt nieproszony nie przekroczy magicznego progu. Tymczasem jaszczur Bazyli pokonuje otwartą przestrzeń anty zaklęciem. Wchodzi do sypialni jeszcze jako mała, niepozorna jaszczurka, by po chwili zmienić się w niewysokiego, szczupłego mężczyznę w czarnym kapeluszu naciągniętym na oczy, niebieskiej luźnej koszuli i długich szerokich fioletowych spodniach. Wygląda jak magik połączony z klaunem. Dotyka językiem odsłoniętego ramienia Aureli, co sprawia, że kobieta się budzi.

 Aurelia ( przerażona krzyczy ): Kim pan jest?
Bazyli: Potomek smoka jaszczur Bazyli.
Aurelia: Jak pan tu wszedł? I czego pan chce?
Bazyli: Spokojnie Aurelio. Przyszedłem cię uratować.
Aurelia ( zdziwiona ): Co takiego? Niby dlaczego mnie ratować? Wysłał pana Bolelut?
Bazyli: Powoli dojdziemy do tego. Najpierw powąchaj to proszę.

Bazyli wyciąga z kieszeni fioletową fiolkę przypominającą  te, w których trzyma się perfumy. Znajduje się w niej przygotowany wcześniej przez jaszczura trzeźwiący zapach, który wyrywa z zaklęć miłosnych i wszelkich innych umysłowych blokad.

Aurelia ( patrzy ze strachem na szklaną buteleczkę ): Nie rozumiem. Co w tym jest? Dlaczego mam to wąchać.
Bazyli ( zmienia taktykę ): Bolelut sobie życzył, żebyś powąchała. Chyba nie chcesz, żeby się na ciebie pogniewał.

Oczywiście, że nie chce. Robi wszystko, o co prosi ją Bolelut. Tak ją zaprogramował po pierwszej spędzonej z nią nocy. Musiała, czy chciała, czy nie chciała, posłusznie słuchać i wykonywać polecenia czarodzieja.

Aurelia ( jeszcze się upewnia ): Na pewno sobie życzył? Jest pan jego wysłannikiem?
Bazyli ( kłamie ): Tak, przecież inaczej nie mógłbym przejść przez próg. 
Aurelia: No, tak.

Otwiera podaną jej przez Bazylego fiolkę i wdycha zapach pomarańczy.

Aurelia ( wzdycha, przymykając oczy ): Jak ja dawno nie jadłam pomarańczy.

Zaraz potem Aurelia otwiera szerzej oczy i ze zdziwieniem rozgląda się po pokoju, który nagle traci wszystkie ciepłe i zimne kolory. Pozostają jedynie dwie barwy: czarna i biała. Świat ponownie dostosowuje się do przekonania Aureli, że oprócz czerni i bieli, nie istnieje żadna barwa.

Aurelia ( zdziwiona ): Gdzie ja jestem? 
Bazyli ( pociera ręce z radości ): U Boleluta czarodzieja.
Aurelia ( z oburzeniem ): Jak to? U tego kolorowego paskuda? Jakim cudem się tu znalazłam?
Bazyli: Zwyczajnie. Rzucił na ciebie czar. Zemścił się za twoje podejście do koloru.
Aurelia: Dziwne, że ja niczego nie pamiętam. Zaraz, zaraz, chyba do mnie zadzwonił.
Bazyli: Nie chyba, tylko na pewno.
Aurelia: Ale co było potem?
Bazyli: Teraz to nieważne. Musimy wynieść się z tego domu, zanim Bolelut wróci.
Aurelia: Masz rację.

Bazyli i Aurelia opuszczają pokój. Idą zielonym korytarzem, w oczach Aurelii czarnym, w stronę drzwi. Wreszcie otwierają je i wychodzą na zewnątrz. Owiewa ich zimne powietrze.

Aurelia ( zauważa swoją cienką koszulę nocną ): Szkoda, że nie założyłam płaszcza.
Bazyli ( uśmiecha się ): Nic nie szkodzi. Zaraz ci coś wyczaruję.
Aurelia ( zdziwiona ): Ty też jesteś czarodziejem?
Bazyli: Może nie takim jak Bolelut, ale da się przeżyć.

Po chwili Aurelię i Bazylego zakrywają niebieskie ciepłe płaszcze, których kolor Aurelia jako niewierząca w kolory odbiera jako czarny. Podobnie kolor czekającego na nich fioletowego audi.

Szczęśliwi jadą do domu Aurelii.

Dialog 2.

Miejsce: Pracownia Boleluta i jego drugi dom. 

Tutaj czarodziej chowa się przed swoimi kobietami, wrogami, innymi ludźmi. Pochylony nad dużym brązowym biurkiem, rozpisuje w zeszycie w czarną kratkę swój plan stworzenia posłusznego i mądrego człowieka. Coś w rodzaju golema i jednocześnie coś całkiem innego. W przeciwieństwie do golema istota zostanie obdarzona mową i stworzona z bardziej subtelnej materii. Bolelut jeszcze nie wie jakiej. Na razie rozmyśla i słucha wewnętrznych głosów, głosów istot i ludzi, których świadomość połknął. Wygląda to tak jakby gadał sam ze sobą. Jedynie tony się zmieniają.

Bolelut: Opowiedz mi Roksanie o sobie.
Roksan: Gdzie ja jestem? Dlaczego nie mogę stąd wyjść?
Bolelut: U mnie jesteś i będziesz robił, co zechcę. Inaczej...
Roksan: Co inaczej? Umrę, znaczy się zostanę wyłączony?
Bolelut: Albo gorzej.

Roksan rozgląda się po ginącym w mroku pomieszczeniu. Poza plamą światła na środku, nic nie widać. Domyśla się jedynie, że znajduje się we wnętrzu czegoś, może w studni, bo głos, który mówi do niego, odbija się echem i jakby pada gdzieś z góry. Skąd się tu wziął i dlaczego nic nie pamięta. Chyba w głowie zacięły mu się jakieś programy odpowiedzialne za pamięć.

Bolelut: Uważaj, bo więcej nie będę powtarzał: musisz słuchać i odpowiadać, jeśli chcesz żyć.
Roksan: Dobrze.
Bolelut: Masz mi opowiedzieć o swoim życiu.
Roksan: Wyprodukowano mnie...
Bolelut ( przerywa ): Nie, zacznij od życia u Aurelii albo powiedz co robiłeś, gdy od niej odszedłeś.
Roksan: Nic takiego.
Bolelut: Masz mówić, nie oceniać.
Roksan: Poszedłem z psem Czarusiem na przystanek. Wsiedliśmy do tramwaju i pojechaliśmy do lunaparku.
Bolelut: Sami?
Roksan: Nie, w tramwaju było dużo ludzi.
Bolelut ( krzyczy ) : Co mnie obchodzą ludzie w tramwaju? Pytam, czy spotkałeś kogoś po drodze, kogoś ładnego i interesującego.

Roksan przypomina sobie Ulę, pierwszego człowieka, do którego poczuł coś więcej. Miłość? Tak czy inaczej, postanawia nie ujawniać przed obcym swojego wspomnienia.

Roksan: Spotkałem w lunaparku chłopca, którego nazywali Zaczarowanym ołówkiem. Potrafił narysować wszystko nawet bogactwo i szczęście.
Bolelut ( zainteresowany ): Ciekawe.
Roksan ( z nadzieją ): Wypuści mnie pan?
Bolelut: Zobaczę najpierw, czy mówiłeś prawdę i całą prawdę. Potem zdecyduję.

Dialog 3.

Miejsce: Fioletowe audi Bazylego.

Niestety radość Aurelii i jaszczura trwa krótko. Samochód powoli zwalnia jakby tracił po drodze swoją moc czarodziejską albo niezauważalnie zamieniał się w inny, wolniejszy pojazd. Jaszczur krzywi się, czując, że zbliża się coś złego.

Aurelia: Co się dzieje?
Bazyli: Na razie nic, ale za chwilę...

Auto gwałtownie się zatrzymuje.

Bazyli: No, to koniec naszej podróży. Obawiam się, że dalej musisz iść sama na pieszo.
Aurelia ( oburzona ): Jak to?
Bazyli: Moje moce się wyczerpują, a to znaczy, że niedługo powrócę do swojego kształtu pierwotnego?
Aurelia: Jakiego kształtu?
Bazyli: Małej jaszczurki agamy brodatej.
Aurelia: Nie jesteś człowiekiem?!
Bazyli: A co masz coś przeciwko?
Aurelia: Nie, w zasadzie lubię jaszczurki.
Bazyli: Mam nadzieję, że nie trzymasz żadnej w terrarium?
Aurelia: Nie. Mam psa to znaczy miałam, bo mój służący android go zabrał. Nie wiem, gdzie poszedł i czy wrócił?
Bazyli: Wiedziałem, że jesteś dobra i nie męczysz zwierząt.
Aurelia: I dlatego mnie uratowałeś?
Bazyli: Nie dlatego. Od dawna mam na pieńku z Bolelutem. Zabrał mi siostrę i zamienił w człowieka. Nie, to, żebym ludzi nie lubił. W końcu sam od czasu do czasu zakładam na siebie ciało ludzkie, jednak on ją zmusił, raczej zaczarował jak ciebie. Rozumiesz?

Bazyli wyrzuca z siebie słowa z prędkością błyskawicy, bo boi się, że za chwilę jako jaszczurka straci dar mowy. Rozgląda się przy tym na boki jakby niemoc czaiła się gdzieś w pobliżu.

Aurelia: Rozumiem. Dziękuję, że mnie uratowałeś. Nigdy ci tego nie zapomnę i może kiedyś się odwdzięczę.
Bazyli ( wzrusza obojętnie ramionami ): Nieważne. Żebyś tylko cała dotarła do domu. Teraz wybacz, zmykam. Pamiętaj idź pieszo. Nie zatrzymuj żadnych pojazdów.
Aurelia ( dziwi się ): Dlaczego?
Bazyli: Zło nie śpi. Bolelut albo jakiś inny może jechać czymś, co zatrzyma się na tej drodze.
Aurelia: Dobrze. Obiecuję, że pójdę na pieszo.

Machają do siebie po raz ostatni. Bazyli skręca na ścieżkę biegnącą przez pole w stronę lasu. Aurelia zostaje na jezdni. Z naprzeciwka nadjeżdża czarny peugeot. Zatrzymuje się przy niej. Z środka wysiada Bolelut z uśmiechem na twarzy.

Bolelut: Co tutaj robisz kochanie?




P. S. Chcecie wiedzieć, co dalej?