wtorek, 20 grudnia 2016

Rada wróżki.

Niektóre to prawdziwe mistrzynie w swoim fachu. 
Utalentowane czarownice. Niestety tylko niektóre.
Większość zazwyczaj nie posiada żadnego talentu. 
Poza tym jednym: manipulacją.
O kim mówię? Oczywiście o wróżkach.
A jaka była ta, która poradziła mojemu bohaterowi?
I co mu poradziła?

Zdjęcie stąd.

Miejsce: Świat po śmierci. Kraina do której trafiają ludzie i inne istoty po życiu na Ziemi i innych planetach.

Czas: Nieokreślony.

Bohaterowie: Filip - duch zwyczajny.
                       Miś - duch zabawki.
                       Leona - duch wróżki.
                       Dziewica - duch z bajkowej rzeczywistości.
                       Krowa - duch krowy.

Dialog 1

Miejsce: Blok czteropiętrowy. Mieszkanie pod samym dachem. Wnętrze oświetlone naturalnym światłem, które sączy się przez zamknięte, niezasłonięte okno. Bardzo mgliste i blade światło.

Na łóżku leży Filip i gapi się w sufit. Na sobie ma piżamę brązową.
Od czasu do czasu wzdycha, jęczy. Innych odgłosów nie wydaje.

Miś siedzi na brązowym starym fotelu na przeciwko Filipa. Na przemian zatyka 
i trze swoje niebieskie uszy. Kręci głową z niezadowolenia. 

Miś: Jęczysz i jęczysz, aż uszy bolą. Całą noc przez ciebie spać nie mogłem.

Filip nadal wzdycha, jęczy. Na słowa Misia nie reaguje.

Miś: Zaczarowała cię ta wstrętna wampirzyca.
Filip: Tylko nie wstrętna, dobrze?!

Miś ( mówi do siebie ): Coś jakby do niego dotarło. Teraz mu powiem tak, że zleci z łóżka z wrażenia.

Miś: Słyszałem o kimś, kto ci pomoże.
Filip ( nadal obojętnym głosem): Nikt i nic mi nie pomoże. Jestem skończony.

Miś ( mówi do siebie ): Zapomniałeś tylko dodać idiotą.

Miś: Jest tu pewna wróżka, Leona. Prowadzi sklepik ezoteryczny i wróży. Jest podobno ekspertem od eliksirów miłosnych.
Filip ( jakby się obudził ): Co?! Gdzie?!
Miś: Na ulicy Cukierkowej. Dwie ulice dalej.

Filip zgodnie z przewidywaniami Misia wyskakuje z łóżka tak szybko, że uderza kolanem o szafkę z lampką. Teraz wije się i krzyczy z bólu, jednocześnie wyjmuje z szafy swoje ubranie: brązową marynarkę, brązową koszulę z długim rękawem, brązowe majtki i kalesony, płaszcz długi zimowy brązowy, szalik i czapkę też brązowe. Wszystko ląduje na podłodze. Tylko ostatnie rzeczy przyciągają uwagę Filipa.

Filip: Czy mi się wydawało, czy rzeczywiście tego płaszcza, szalika, czapki 
i butów jeszcze wczoraj nie było. Za to znikła gdzieś moja chustka pod szyję 
i adidasy.

Miś ( cicho ): Mała strata i tak były paskudne.

Miś: Na zewnątrz zapanowała  zima i stąd te ciuchy. Chociaż tutaj nie trzeba się o nie martwić. Zawsze się pojawiają we właściwym czasie.

Filip ( zdziwiony ): Nie rozumiem wczoraj jeszcze lato.
Miś: Widocznie przyszedł do nas ktoś ze świadomością zimy i pewnie jeszcze świąt Bożego Narodzenia.
Filip ( krzyczy ): Nie chcę zimy. Nie chcę świąt.
Miś: I co z tego? On, ona, ono ma silniejszą niż ty świadomość.
Zresztą szkoda czasu na protesty, przecież idziesz do wróżki.
Filip: No, tak.

Filip przestaje wpatrywać się w dodatkowe rzeczy, których wcześniej nie posiadał i siada na podłodze. Szybko jednak przenosi się na łóżko, bo podłoga okazuje się lodowato zimna. Na łóżku też jest zimno, ale mniej. Filip zakłada majtki, kalesony i wszystko robi w pośpiechu.

Miś: Cukierkowa 12 przy kiosku z bułkami. Zresztą jak stąd wyjdziesz powiedz głośno adres, a nogi same cię poniosą.
Filip: Czyli taki darmowy GPS.
Miś ( dziwi się ): Co takiego?
Filip ( uśmiecha się ): W twoich czasach nie było, co?
Miś ( kiwa głową ): Nie, a co to?
Filip: Takie coś co ci pokazuje na telefonie, gdzie jesteś i gdzie masz iść.
Miś ( znów się dziwi ): Na telefonie?
Filip ( znów się uśmiecha ): Telefonów też nie widziałeś nigdy w życiu?
Miś: Widziałem. Miały tarcze z numerami czasem klawisze do wciskania. Stały 
w pokoju albo w przedpokoju. Tam, gdzie było gniazdko.
Filip: Aha, stacjonarne czyli te, co ich zabierać ze sobą nie można.
Miś: Są inne?
Filip: Tak, ale o tym powiem ci jak wrócę od wróżki. O ile ona mi pomoże, bo jak nie to...
Miś ( wystraszonym głosem ): To co?
Filip ( groźnie ): Zobaczysz.

Miś się krzywi i mówi do siebie.
Miś: Nie uda się. Oberwę, bo Leona to oszustka. Nie jednego już nabrała. Chociaż może. Byli i tacy, co ją chwalili. W jakiś sposób im pomogła, albo oni sami sobie pomogli. Boże, zlituj się nad małym misiem i spraw, żeby Filip należał do tej drugiej, zadowolonej grupy.

Miś rzadko się modli. Nie wierzy w Boga i jego dobro, bo gdyby istniało dobro, czy on, Miś byłby tutaj? Jednak obecna sytuacja wydaje się krytyczna.

Tymczasem Filip kończy się ubierać. Wychodzi bez słowa pożegnania. Tak mu się spieszy.

Drzwi się za nim zamykają. Po drugiej stronie zostaje Miś i groźna cisza.


Dialog 2

Miejsce:  Ulica, dom wróżki.

Zanim znajdziemy się w domu wróżki Leony, widzimy ulicę, chodnik, którym idzie Filip. Z góry pada śnieg z deszczem. Po obu stronach ulicy sklepy z oświetlonymi witrynami. Wszystkie prezentują ozdoby świąteczne. Prezenty powieszone w pudełkach na sznurkach lub ustawione na podwyższeniach, Mikołaje, gwiazdki, bombki. Oczy Filipa rażą ich światła. Musi założyć brązowe okulary przeciwsłoneczne, a nawet to nie na wiele się zdaje. Filip z trudem pokonuje przestrzeń, która dostosowała się do świadomości kogoś, czegoś, kto tu przybył.

Umarł przed świętami albo w święta - myśli o tym kimś Filip. Pewnie się na nie szykował, a tu śmierć nagle przyszła. Gdyby o mnie chodziło, byłoby lato. Co tu zrobić, żeby mieć większą świadomość. O to też ją zapytam - postanawia Filip.

Wreszcie dociera do domu wróżki. Na dachu i na ścianach domu pierniki 
i czekoladki jakby trafił do domku Baby Jagi. Wokół drzewa, o dziwo, pełne liści 
i owoców: winogron, jabłek, gruszek, pomarańczy. Wiszą na każdym po trochu. Poza tym w oczy rzuca się wysoka trawa, róże czerwone i niebieskie, ławka z czarnym kotem i buda, w której siedzi kudłaty żółty pies średniej wielkości. Jego wygląd kojarzy się Filipowi z dawno oglądanymi i lubianymi Fraglesami i dużym psem Cliffordem.

Filip puka najpierw delikatnie, a później coraz bardziej gwałtownie do zielonych drzwi domku.

W środku w dużym łóżku z baldachimem zielonym i zielonymi zasłonami śpi wróżka Leona. Śni jej się egzotyczna plaża i morze i właśnie ma skosztować mrożonej kawy w wysokiej szklance z  żółtą słomką, kiedy ze snu wyrwa ją walenie do drzwi. To zniecierpliwiony Filip kopie drzwi nogami, rękami. Rzuca w nie kamieniami jakby wiedział, że wróżka jest, tylko go nie słyszy.

Leona wstaje. 

Włosy dość rzadkie, ale długie, siwe trzyma pod lokówkami jak z lat 50, 60 tych XX wieku. Na ustach karminowa szminka, różowe policzki, oczy podkreślone grubą czarną kredką. Całość makijażu dość groteskowa. Leona tak jak wszyscy tutaj sama sobie wybrała taki, nie inny wygląd. Tak siebie widzi i tak ją widzą inni. Poza tym jej figura ma kształt okrągłego jabłka. Krótkie nóżki i duży okrągły tułów.

Leona zakłada szlafrok niebieski w czerwone róże i idzie do drzwi.

Leona ( krzyczy ): Zaraz, zaraz. Co się pali?

W końcu otwiera drzwi i patrzy z ciekawością na Filipa.

Leona: Pan do mnie? Klient na wróżenie?
Filip: Tak. Pani jest moją ostatnią nadzieją.
Leona ( uśmiecha się, chociaż nadal jest zła ): Proszę do środka.

Leona mówi do siebie: Albo obedrę go ze skóry pieniężnej albo zrobię mu psikusa. Zobaczymy, co bardziej się opłaci.

Filip zrzuca z siebie płaszcz, marynarkę i podwija rękawy koszuli. Tutaj naprawdę jest mu za gorąco. Dopiero po chwili, gdy to stwierdza po cichu, zamiast dawnej koszuli ma letnią koszulkę bez rękawów brązową i krótkie spodenki zamiast spodni i kalesonów. Płaszcz, szalik i czapka też znikają.

Leona prowadzi go do swojego wróżbiarskiego gabinetu. 

Jest tu duża kula na czarnym biurku. Dwa fotele czarne. Jeden za biurkiem i na tym fotelu siada Leona i drugi na przeciwko, po drugiej stronie biurka. Prawie jak w gabinecie u lekarza. Tylko ściany nie pasują, bo błyszczą w różnych kolorach 
i zasłony bordowe na oknach.

Przez te zasłony pokój ginie w mroku. Leona zapala lampkę i jej światło kieruje tak, że jej twarz przestaje być dla Filipa widoczna, za to jego twarz Leona widzi doskonale.

Leona udaje, że wpatruje się w swoją kulę. Naprawdę patrzy przez nią na Filipa. Studiuje dokładnie rysy jego twarzy, spojrzenie, wygląd, sylwetkę i interpretuje je jak dobra psycholożka.

Leona: Widzę, że coś cię gnębi.
Filip ( wzdycha ): Oj, tak.

Leona przez chwilę się zastanawia czy lepiej postawić na brak pieniędzy czy na kobietę. Wykonuje przy tym różne ruchy wokół kuli i szepcze niby czary. W końcu podejmuje decyzję.

Leona ( mówi do siebie ): Ryzyk, fizyk albo trafię i wygram albo nie trafię i będę się tłumaczyć dlaczego. Może z powodu tej niezdecydowanej letniej pogody powiem, że mi wróżba dziś nie idzie. On na pewno uwierzy. Wygląda na naiwnego.

Leona: Kobieta. Cierpisz z jej powodu.
Filip: Tak.
Leona ( ucieszona ): Ma na imię... Zaraz, zaraz. Nie widzę dokładnie. Coś na A?

Leona strzela. Zdaje się na swoją intuicję, która podpowiada jej tę literę.

Filip: Tak. Angelina.
Leona ( znów się cieszy ): Niezwykła. Magiczna.

Tutaj wszystko jest niezwykłe i magiczne, więc nic nowego nie wymyśliła. Na szczęście Filip jakby nie zdaje sobie z tego sprawy. Uśmiecha się do niej. Wierzy jej.

Leona ( zgaduje dalej ): Wampirzyca.
Filip ( uradowany ) : Tak.
Leona: I stąd problem. Z wampirami nie jest łatwo.

Leona już wie jak się zemści na zbyt wczesnym gościu i kiepskim kliencie. Po jego ubraniu niemarkowym, więc marnym domyśla się, że jej nie zapłaci tyle ile by chciała.

Leona ( uśmiecha się ): Wampiry też można przechytrzyć. Z łatwością rozkochać w sobie, jeśli się im dostarczy odpowiedniej krwi. Takiej, którą lubią. A mówię ci oni tu rzadko jaką lubią.
Filip ( martwi się ): Jak rzadko jaką, to jak znajdę tę odpowiednią?
Leona: Zaraz, nie doszłam jeszcze do sedna. Można ją zdobyć z palca dziewicy 
i zmieszać z bobkiem magicznej krowy.
Filip ( przerażony ): Dziewicy?
Leona ( wyjaśnia ) : Mieszkają podobnie jak magiczne krowy przy Placu Cudów. To niedaleko. Parę kroków stąd.

Leona krztusi się. Udaje, że to kaszel. Naprawdę jej śmiech. Klient jej uwierzył. Pójdzie teraz na Plac Cudów, a tam już się sam przekona jak łatwo zdobyć bobek od magicznej krowy i krew z palca dziewicy.

Filip ( niezwykle zadowolony ): Dziękuję pani. 
Grzebie w kieszeniach spodenek. Wyjmuje z nich parę groszy żółtych. 

Filip: Mam tylko tyle. Czy to wystarczy?

Leona stara się nie okazać niezadowolenia. W końcu tego się po nim spodziewała, ale mimo to do końca miała nadzieję, że da jej więcej. 

Leona: Na razie może być. Jak ci się uda, przyniesiesz resztę.
Filip: Ile?
Leona: Będziesz wiedział. Kwota pojawi się w twoim umyśle i w kieszeni.

Leona ( do siebie ): Wątpię. Już taki mój los obsługiwać biedaków. Chociaż dobrze się bawiłam i jeszcze zabawię, gdy plotkary doniosą mi o jego staraniach, a doniosą na pewno. One lubią donosić, zwłaszcza mnie za ciastka czekoladowe, które sobie tworzę w wolnej chwili własną wyobraźnią.

Od Leony mimo wszystko bije zadowolenie. Od Filipa też, chociaż długa jeszcze przed nim droga.

Dialog 3

Miejsce: Ulica. Plac Cudów. Całość razem z domem wróżki leży w dzielnicy Cukiernica.

Filipa owiewa gorące, letnie powietrze. Filip cieszy się, że tu nie dociera wpływ zimowej świadomości. Nigdzie ani śladu świąt Bożego Narodzenia. Mijają go ludzie idący na plażę lub z plaży z leżakami, parasolami chroniącymi przed słońcem w kolorowych spodenkach i opalaczach. Za nimi lub przed nimi często biegną dzieci z łopatkami, wiaderkami, gumowymi kółkami i innymi zabawkami plażowymi oraz z lodami, zapiekankami, jedzeniem jakie można spotkać przy plaży.

Słychać krzyk mew i szum morza. Filipowi się to podoba. Chciałby tutaj się przenieść ze swojego ponurego bloku. Zastanawia się cicho, czy możliwa jest zmiana zajmowanego miejsca.

Za  częścią typowo plażową ciągnie się pole. Na zielonej trawie pasą się krowy: zwyczajne czarno-białe lub czarne, brązowe i te inne pomarańczowe, różowe, niebieskie i żółte.

Filip ( do siebie ): Skąd ja mam wiedzieć, od której krowy wziąć bobek, od zwykłej czy tej innej. Czy kolor w ogóle jest ważny?

Na szczęście problem sam się rozwiązuje. Podchodzi do niego różowa krowa.

Krowa: Przyszedłeś po bobek krowi?
Filip ( dziwi się ): Skąd wiesz?
Krowa ( śmieje się ): Ludzie tylko po to, tu przychodzą. Kiedyś przychodzili z powodu krów i łąki, ale teraz nauczyli się tworzyć własne łąki, plaże i inne cuda, więc tu się nie pokazują.

Filip: Masz rację. Mogę tak do ciebie mówić, czy proszę pani?
Krowa ( ziewa ): Nudzisz. Mów jak chcesz, ale mów ciekawie, żeby nie usnęła, bo jak śpię w dzień, to potem w nocy spać nie mogę.
Filip: Więc się streszczam. Daj mi bobek i sobie pójdę.
Krowa: Aha, ale jest pewnie jeszcze dziewica, do której musisz iść?
Filip: Wszyscy tu po to przychodzą, tak?
Krowa ( ziewa ): Mówiłam ci, żebyś nie nudził. Opowiedz mi ciekawą historię, a dostaniesz bobek. Pamiętaj tylko nic z bajek braci Grimm, Andersena, o Muminkach i takie tam bzdury już wydane i przeze mnie przeżute 100 razy.

Filip ( mówi do siebie ): Cholera. No, to nici z bobka, bo co ja tej krowie wymyślę. Czy ja jestem bajarz czy co?

Po chwili jednak dociera do niego pewna opowieść i razem z nim pamięć z Ziemi dotycząca fragmentów życia związanych z pisaniem. Filip przypomina sobie, że zanim na dobre wsiąkł w facebooka i zakochał się w Malinie, dużo pisał, niestety mało wydawał. Do tego potrzebne już były pieniądze, których jakoś zdobyć nie potrafił jak prawdziwy bujający w obłokach twórca opowieści, nawet wierszem pisanych.

Niektóre z tych opowieści opisywały ulicę Koszmarów znajdującą się w innej rzeczywistości jakby obok tej zwykłej, ziemskiej.

Filip: Wiem, co ci powiem. Tego nikt nie wydał, bo ja to napisałem. Historia o ulicy Koszmarów. Mówić?
Krowa ( nadal ziewa ): Mów. Zobaczymy, ale jak zasnę, to sobie stąd pójdziesz 
i więcej nie wrócisz?
Filip: Dobrze.
Filip ( do siebie ): Oby się udało.

Opowieść Filipa.

Była sobie kiedyś kobieta, która różniła się bardzo od wielu spotykanych w tych czasach kobiet. Nie lubiła gotować, smażyć, piec, zmywać naczynia i chodzić po zakupy. Inne lubiły. Ona nie.

Poza tym nie przepadała ani za małymi ani za dużymi dziećmi i prawie wcale nie mogła znieść obecności ludzi. Unikała tłumów i hałasu. 

Dlatego zamieszkała w lesie razem z elfem, który miał fobię społeczną czyli też się bardzo różnił od innych przedstawicieli swojego gatunku. Przy niej akurat czuł się bardzo dobrze, a że potrafił stawać się niewidzialnym na życzenie, robił zakupy. Przynosił je do domu. Przygotowywał posiłki i dbał o porządek w ich małej, dwuizbowej chacie.

Dzięki temu kobieta, nazwijmy ją Bajarką ( prawdziwego imienia nikomu nie zdradziła ) całymi godzinami snuła opowieści. Oplatała nimi drzewa w okolicy. Zapisywała nimi całą ziemię i piasek, a oprócz tego oczywiście zapełniała tony papieru, nawet toaletowego. 

Filip zrobił chwilę przerwy, żeby zastanowić się nad ciągiem dalszym. Przy okazji zauważył, że Krowa już nie ziewa.

Filip: Ciekawe?
Krowa: Nie marudź.  Zobaczymy.

A jednak krowa na razie nie zasnęła, ale co będzie później.
Filip wraca do opowieści.

Pewnego słonecznego dnia w krainie, w której żyła Bajarka, elf, i inni ludzie pojawił się Zły Mikołaj. Sam tak kazał do siebie mówić zaraz jak się pojawił. Chwilę później pokazał jak bardzo jest zły i że to nie tylko pusta nazwa.

W krainie zgasło światło. Nawet w chacie Bajarki zrobiło się ciemno, chociaż chata posiadała własne, niezależne źródło ciepła i światła. Ziemię wokół ogarnął chłód. Rzadko tutaj widywany śnieg pokrył drzewa. Mróz przeniknął do ich wnętrza. Zieleń znikła. Owoce skurczyły się i spadły na ziemię martwe. Podobnie kwiaty, liście. Wszystko się ugięło pod siłą mrozu i śniegu.

Krowa: Ten Mikołaj to jak Królowa Śniegu.
Filip ( niezadowolony, że mu przerwała, bo już wpadł w trans opowiadacza ): Słuchasz czy nie?
Krowa: Słucham, a potem pamiętaj ocenię.

Filip wraca do opowieści.

Ludzie nie potrafili nic zrobić. Nikt nie był na tyle silny, żeby Mikołaja wyrzucić. Nikt nie umiał odwrócić jego zaklęcia. Zwyczajnie w końcu się pogodzili. Nawet zapomnieli, że kiedyś świeciło słońce, rosły kwiaty, w domach ogrzewało ich centrale ogrzewanie, z góry świeciły im żarówki. Teraz wszyscy musieli chodzić spać o zmierzchu i wstawać o świcie, żeby złapać choć trochę słońca, zresztą i tak mglistego.

Ludzie zaakceptowali obecność Złego Mikołaja. Tylko Bajarka myślała o zemście. Bardzo chciała go stąd wyrzucić. Marzyła o wiośnie i lecie. Marzyła też o jesieni. O wszystkich innych porach roku z wyjątkiem zimy. Jeśli już miała być zima, to zwykła ze zwykłym światłem.

W końcu Bajarka wpadła na pomysł jak pozbyć się Mikołaja. Przebrała się za Słoneczną wróżkę. Pomógł jej w tym elf, który w przeciwieństwie do innych elfów nie tylko przeżył obecność Mikołaja, bo cierpiał na fobię społeczną, ale również nagle nabył umiejętność czarowania. Zamienił Bajarkę w Słoneczną Wróżkę.
 
Ubrana w piękną zieloną sukienkę ściśle przylegającą do ud, zielone pończochy z koronką na górze i buty na wysokich obcasach poszła do pubu, w którym Mikołaj zazwyczaj opróżniał kolejne szklanice z miodem i wódką.

Gdy się tam pojawiła, wszystkie męskie oczy zwróciły się w jej kierunku. 
Oczy Mikołaja też, a może przede wszystkim.

Zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Spędził z nią noc pełną namiętności. Rano już jadł jej z ręki. Wcale nie dlatego, że taki był łasy na wdzięki kobiet, ale z powodu czaru, który rzucił na Bajarkę elf. Ten czar sprawił, że Mikołaj już niczego innego nie pragnął tylko być z nią, tą jedną, jedyną, kobietą życia.

Spełnił jej wszystkie życzenia. Przywrócił światło i pory roku. Zima stała się zwykła i drzewa odżyły, gdy odeszła. Jedno tylko zostawił. Na jedno mu Bajarka pozwoliła.

Krowa ( niecierpliwie ): Na co? Na co?
Filip: Zanim powiem, ty oceń, czy było ciekawe. Głośno i wyraźnie.

Skąd wiedział, że tak ma powiedzieć Krowa? Tak głośno przyznać, że jego opowieść ją zaciekawiła. Nie wiedział. Jedynie czuł, że tak musi zrobić Krowa, żeby dostał bobek.

Krowa: Dobrze. Opowieść była ciekawa. Teraz powiedz, co dalej. Co z Bajarką, Mikołajem, elfem?
Filip: Powiem jak dostanę bobek i krew dziewicy. Jak mi się uda z moją ukochaną.

Krowa ( wzdycha, czuje się oszukana ): Sprytny jesteś jak ta Bajarka. Ale, cóż słowo się rzekło. Dam ci bobek i zaprowadzę do dziewicy. Przekonanie jej będzie proste. Wystarczy, że jej powiesz, że jest ładna. Za mało, piękna i mądra, chociaż naprawdę to tylko narcystyczna idiotka.

Tak się stało jak Krowa powiedziała.

Dziewica mieszka niedaleko w małej chacie. Wyleguje się na leżaku przed chatą w kostiumie kąpielowym w niebieskim kolorze takim jak barwa jej włosów. Wcale nie jest piękna. Włosy od częstego farbowania dosyć liche. Prześwituje przez nie łysina. Figura jak u lalki barbie. Usta zbyt duże i oczy zbyt wielkie. Na twarzy 
i ciele masa makijażu. Robi wrażenie dużej lalki

Filip: Dzień dobry piękna pani.
Dziewica ( znudzona ): Czego chcesz?
Filip: Posiedziałbym tu z panią i powdychał pani piękno.
Dziewica: Akurat. Przyszedłeś po krew z mojego palca. Dobrze, dam ci, bo jesteś grzeczny. Powiedz tylko jeszcze jak jestem piękna. 
Czekam na dobre porównania i metafory.

Krowa ( szepcze do Filipa ): Powiedz cokolwiek. Ona i tak nie wie, co to jest metafora, a co porównanie.
Filip: Piękna pani. Twoje piękno jest jak śnieg czyste i świeci jak gwiazdy w nocy.
Dziewica ( do siebie ): Śnieg? Gwiazdy? Co to takiego? Nieważne. Ładnie brzmi. Dam mu tę krew i niech spada.

Dziewica: Pięknie powiedziane. Masz tu próbówkę z moją krwią.

Przecina palec szpilką i wyciska trochę krwi do próbówki.
Filip tylko trochę się dziwi, skąd ta próbówka u tej głupiej lali.

Krowa: Czas się pożegnać. Twoja opowieść mnie zainteresowała, więc zapraszam cię do siebie ponowie.
Filip: Tu na Plac Cudów?
Krowa: Mówię przecież.
Filip: Dobrze. Jak mi się uda, znów cię odwiedzę.
Krowa: I dokończysz opowieść o Bajarce.
Filip: Tak

Naprawdę Filip uważa, że już tu nie wróci, bo po co. Nie wie, że zaproszenie Krowy zobowiązuje i tak będzie musiał wrócić, czy mu się to podoba czy nie.

Dialog 4.

Miejsce: Piwnica w kamiennicy późną nocą.

Wampiry budzi pukanie do drzwi. Dziwne, że ktoś sam do nich przyszedł. Nie musieli go tu ciągnąć na siłę. Związanego, nieprzytomnego. 

Augusto otwiera drzwi i jeszcze bardziej się dziwi, bo na progu stoi ich niedawna ofiara Filip. Na sam jego widok przypomina mu się smak jego krwi.

Augusto: Czego chcesz?
Filip: Chcę pogadać z Angeliną.
Augusto ( podejrzliwie ): A po co?
Filip: Nie twoja sprawa.
Augusto ( pokazuje swoje kły jak zły pies ): Zaraz cię pogryzę i wyrzucę jak nie powiesz, czego od niej chcesz.

Filip ( wystraszony ) Ok. Mam dla Angeliny prezent.
Augusto ( nadal podejrzliwie ) Pokaż.
Filip: To prezent osobisty.
Augusto ( znów szczerzy zęby ): Nie wejdziesz jak nie pokażesz.
Filip ( pokazuje): Krew dla niej.
Augusto ( wącha i się ślini ): Muszę ją najpierw spróbować, żeby się nie zatruła.
Filip ( wystraszony ): Nie, nie możesz próbować.

Przepychają się. W pewnym momencie Augusto zamienia się w szczura i chwyta fiolkę. Potem ucieka.

Filip: O Boże, Boże. Co teraz będzie?


P. S. Właśnie, co? Zobaczymy w kolejnych dialogach. 



 


 



 

    




 



 



 

5 komentarzy: