wtorek, 19 grudnia 2017

Rozmowa w cztery oczy.

Wiem, że czekacie na ciąg dalszy moich opowieści. Ja tymczasem... Nie ja. Ona chce napisać coś o sobie. Kto? Moja wewnętrzna pisarka - Lubisłowa.


Epizod 1.

Idę przejściem podziemnym do... Nie wiem dokąd. Czuję jedynie, że ona tam czeka. Ona - Lubisłowa. Czai się gdzieś za zakrętem.

- Chcę z tobą pogadać - wołam. Nikt nie odpowiada. Tylko mój głos odbija się echem jak w ogromnej studni. Może idę po dnie jakieś pustej i głębokiej dziury w ziemi?

Wreszcie schody w górę. Wchodzę ciągnącymi się w dal spiralami. Docieram do windy. W półmroku jarzy się blado-niebieskim światłem. Coś mi mówi, że razem z windą i Lubisłową zawisłam w próżni między jawą, a snem. W szczelinie między światami.

Jazda windą w górę sprawia, że żołądek podchodzi mi do gardła. Wokół brzęcząca cisza. Serce bijące zbyt głośno. Ile czasu mija, zanim drzwi znów się rozsuwają? Do środka wpada zimny podmuch powietrza i wciąż to samo nikłe światło. Rozglądam się. Na przeciwko zwyczajne wejście-wyjście. Do pokoju? Naciskam klamkę.

Wchodzę. Cisza, ale innego rodzaju niż ta, którą zostawiłam za sobą. Wiem, że przekroczyłam granicę spokoju. 

Lubisłowa siedzi w wiklinowym fotelu naprzeciwko drzwi i obok balkonu. 
Z wyglądu przypomina mnie. Tylko dres nosi tęczowy. Uśmiecha się do mnie jak odbicie w lustrze. Wskazuje mi ręką szary tapczan przy drzwiach i pomarańczowej ścianie.

- Siadaj - zaprasza. - Chcesz herbaty?
- Nie, dziękuję.
- I dobrze. Wcale mi się nie chce stąd ruszać.
- Więc po co pytasz, czy chcę?
- Taki zwrot grzecznościowy.
- Aha.

Sadowię się na tapczanie. Wtulam plecy w żółtą i zieloną poduszkę. Całkiem inne niż te, które leżą w moim pokoju. Zresztą pozostałe szczegóły również. Olbrzymia biblioteczka przy żółtej ścianie. Wysprzątane biurko, laptop, zeszyty, pióra, długopisy. Duża szafa. Biurko i szafa opierają się o turkusową ścianę. Balkon wychodzi ze ściany niebieskiej. A sufit? Zwykły biały z nierzucającym się w oczy żyrandolem.

- Kto tu u ciebie sprząta? - pytam.
- Samo się sprząta.
- Jak samo?
- Zwyczajnie. Myślę, że chcę porządek i jest.
- Tak po prostu? Zazdroszczę.
- A ja tobie realności?
- Nie jesteś realna?
- Niezupełnie.
- Przecież ty jesteś mną, a ja tobą, nie?

Patrzę na nią zdziwiona. W końcu dociera do mnie, że przecież ona siedzi na fotelu, ja na tapczanie, więc jak to z nami jest naprawdę?

- Rozumiesz? Tutaj sobie gadamy, a tam ja myślę, ty piszesz. Ja nie myślę, ty nie piszesz - tłumaczy mi Lubisłowa.
- Właśnie - przypominam sobie. - Powiedz mi coś o swoich planach i pomysłach.
- Żartujesz? - śmieje się. - Nie planuję. Nie wymyślam. Znaczy się nie siedzę i nie myślę, ani nie stoję i nie myślę lub nie leżę i nie myślę nad tym, co dalej. Owo co dalej przychodzi samo. W dodatku w najmniej oczekiwanych chwilach.
- Wiem - też się śmieję. Może jednak coś opowiesz dla czytelników jak już tu jestem?
- Dobrze.Jeden epizod.
- Co ty? Trzy.
- Dwa albo nic i oczy zamknij.
- Po co - dziwię się.
- Zobaczysz.

I zobaczyłam, jak po chwili pozwoliła mi oczy otworzyć. Ujrzałam swoje bardzo dawne miejsce corocznych wakacji. W innych raczej nie przebywałam. Może czasem zdarzały się wyjątki. Jak to wyjątki potwierdzały regułę.

Dom cioci na wsi między Kołem, a Koninem. Z perspektywy czasu wygląda pięknie. Na przeciwko na górce drzewa iglaste układają się w mały las. Obok domu z jednej strony i drugiej rośnie żyto.

Podchodzimy bliżej. Łatek szczeka. Ciocia wygląda przez okno, ale nas nie widzi. Nie należymy do jej czasu i przestrzeni.

Wchodzimy do środka. Na krzesłach przy stole siedzą: ciocia i jedna z jej sąsiadek, pani Helenka.

- To jak weźmie pani trochę tych kartek? - pyta Helenka.
- Co też pani? Ja mam czas, żeby kartki roznosić? Po co w ogóle je pani wzięła?
- Listonosz mnie spotkał i mnie prosił. On teraz zajęty. Wie pani, żniwa.
- A u mnie niby co, nie żniwa?
- Może by tak Ania.
- Co? Dziecko będzie kartki roznosić?

Przypominam sobie. Widzę wyraźnie siebie na rowerze z kartkami i listami. Robię za listonosza. Obie zapłaciły mi słodyczami. Dla mnie to prawdziwa przygoda. Czuję się doceniona i wyróżniona ważnym zadaniem. Przynajmniej na początku, bo potem zaczynają mnie plecy boleć od ciężaru albo zwyczajnie już mi się nie chce. Część listów i kartek wyrzucam. Ktoś to zauważy? Coś się stanie?

- Nic, tylko Frania nie poślubi Józka. Później wyjdzie za pijaka Antka - mówi Lubisłowa. - Nieważne. Nie przejmuj się.
- Zmienimy to? 
- Nie. Chodźmy.

Lubisłowa ciągnie mnie za rękę, ale ja się wyrywam. Biegnę do siedzącej w drugim pokoju Ani czyli mnie w tamtym czasie i miejscu. Siłą woli przesuwam szafę w stronę drzwi. Nikt nie wejdzie i nikt nie wyjdzie. Potem jeszcze krzyczę do Ani.

- Uciekaj przez okno?
- Co? Kto?

Przerażona Ania naprawdę wyskakuje przez okno. Lubisłowa się śmieje. 

Epizod 2.

Znów jesteśmy w jej pokoju. Lubisłowa nadal się śmieje.

- Myślisz, że coś zmieniłaś? - pyta.
- A nie? - dziwię się.
- Przypomnij sobie.

Przypominam sobie. Raczej widzę coś, czego Ania czyli ja, zobaczyć nie mogłam, bo Ania przecież wyskoczyła.

Ciocia i Helenka proszą Anię, żeby otworzyła drzwi. 

- Nie ma jej - stwierdza Helenka.
- To dlaczego drzwi zamknięte? - dziwi się ciocia.
- Nie wiem - wzrusza ramionami Helenka. - Lepiej już pójdę.

Ciocia jej nie zatrzymuje. Najpierw kręci się po domu jakby nie wiedziała, co zrobić. Prawie słyszę jej myśli: gdzie Ania, co się z nią stało, dlaczego drzwi zamknięte. Wreszcie ciocia wychodzi.

Na drodze przed domem znajduje Anię i nie tylko, również kartki i listy. Czy Helenka specjalnie porzuciła swój zbyteczny bagaż? Czy same jej wypadły z kieszeni? 

- A co z Franią i Józkiem? - chcę wiedzieć.
- Nic - stwierdza Lubisłowa.
- Jak nic?
- Zwyczajnie. Przeszłości nie da się zmienić.
- To po co ja się tak wysilałam, jeśli ona i tak wyjdzie za pijaka.
- A ja wiem po co?
- Drugi epizod - domagam się. 
- Pamiętasz miały być dwa - dodaję.

Lubisłowa wzdycha i pokazuje palcem na laptopa.

- Nie przenosimy się - czuję rozczarowanie.
- Podobało ci się, co? Ale mamy mało czasu.
- Jak to?
- Zbyt dużo straciłyśmy na epizod pierwszy. To jak oglądasz, czy spotkamy się innym razem.
- Oglądam - decyduję.

Na ekranie pojawia się obraz. Ze zdziwieniem rozpoznaję swój pokój. Bardziej go wyczuwam niż widzę, ponieważ tonie w mroku nocy i słabym świetle lampy z ulicy. Ania nastolatka śpi. Drzwi do pokoju się otwierają. Do środka wchodzą jakieś osoby-cienie. Nie potrafię ich rozpoznać. Na pewno nie przypominają rodziców Ani. Nikogo znanego nie przypominają. 

- Obcy - mówię.
- Cii - Lubisłowa z placem na ustach każe mi zachować spokój jakby bohaterowie z ekranu i przeszłości mogli nas usłyszeć.

Istoty zbliżają się do łóżka. Oświetlają Anię blaskiem własnych rąk. Może w rękach trzymają niewidzialne latarki. Ania śpi nadal. Nie czuje bliskości obcych. Oni podchodzą bliżej. Jeszcze chwila. Coś na pewno się stanie. Niestety obraz gaśnie.

- Co się dzieje? - krzyczę, bo przestrzeń wokół znika razem z Lubisłową.
- Ciąg dalszy nastąpi albo nie - szepcze mi ktoś do ucha. Jeden z obcych z ekranu laptopa?
- Lubisłowa - wołam.
- Wasz czas się skończył - oznajmia inny głos.



P. S. I tak zwykła rozmowa z Lubisłową przerodziła się w opowiadanie. Podzielcie się proszę wrażeniami. Chcielibyście ciąg dalszy?


 

 



4 komentarze:

  1. Dziękuję za zapoznanie z pisarką Lubisłowa, za ciekawe wspomnienia z dzieciństwa. Bardzo było mnie miło czytać te epizody.
    Ale wiesz, było mnie szkoda że przeszłośći nie potrafiłaś zmienić!..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też szkoda, ale jeszcze nie odkryłam maszyny do zmiany czasu. Może innym razem gdzieś na nią wpadnę. W końcu ludzie różne rzeczy wyrzucają.
      Jeśli Ci się podobało to coś jeszcze o Lubisłowie napiszę na pewno.

      Usuń